Jan Kazimierz Umiastowski „Przez kraj niewoli” (fragmenty)

Jan Kazimierz Umiastkowski – podchorąży, uczestnik wojny obronnej 1939 roku, po zakończeniu działań wojennych internowany wraz z innymi oficerami i podchorążymi na Litwie. Po przejęciu obozu przez władze radzieckie odbył drogę internowanego przez obozy w Kozielsku, Juchnowie i Murmańsku. Po ogłoszeniu amnestii został wcielony do Armii Polskiej, przeszedł szlak z północy na południe, przez Turkiestan do Persji.

Ostatnie dni w kraju

Cóż to była za dziwna, romantyczna Pani.
Wszyscy się w niej kochali, umierali dla niej.
Wszyscy cierpieli za nią najdotkliwsze krzywdy.
Nawet ci, co jej oczu nie widzieli nigdy.
(Stanisław Baliński)

17 września, mimo niedzieli, zarządzono zbiórkę całej kompanii i rozdano nam amunicję. Wiedzieliśmy już, że idziemy do Lidy, gdzie zbiera się „cały pułk”. Z tym pułkiem co prawda to była lekka przesada, bo w podmiejskich wsiach Grodna, Hożej i Ostrowli, w których stały bataliony, działo się to samo, co i u nas. Kompanie mające broń wyruszały, reszta na razie pozostała i, jak później się okazało, żołnierzy, dla których broni brakło, zwolniono do domów. (…)

Wkrótce wyszliśmy na tę samą szosę wileńską, którą przed kilkoma dniami przyszedł nasz 85 pułk do Lidy. Wracaliśmy na stary szlak nie wiedząc, jaki będzie kres naszej wędrówki. Na szosie ruch był niezwykły, mijaliśmy grupki ludzi z tobołkami, a nas znów mijały rzędy samochodów wypchanych pasażerami, z bagażem na dachach. Podczas chwilowej przerwy w marszu przeszła obok nas kolumna samochodowa z nieznanym nam sprzętem i działami przeciwlotniczymi – to opróżniano lotnisko lidzkie. Coś jest nie w porządku – to było jasne. Teraz już wszyscy opuścili głowy i wlekli się z gromadami koni, wozów, ludzi i samochodów w kierunku Wilna. Wiedzieliśmy już o katastrofie i różne myśli plątały się po głowie. Nie wiem, jak i kiedy doszliśmy do Bastun, tu skręciliśmy w stronę Ejszyszek i zatrzymaliśmy się biwakiem w najbliższym lesie. Wystawiono ubezpieczenia i umówiono sygnały na wypadek ukazania się czołgów. Było już widno, kiedy położyliśmy się spać. (…)

Wielu ludzi usłyszawszy, że wojna się skończyła i że Niemcy odchodzą, próbowało wrócić do domu, oczywiście spory procent z nich bolszewicy później aresztowali i wywieźli. Wielu urzędników państwowych zatrzymano, zanim dotarli do swoich domów.

Spotkani koledzy z Wilna opowiadali o wypadkach w mieście. Czołgi sowieckie stanęły na skrzyżowaniach ulic i strzelały do każdego, kto się pokazał. Rozpędzili jeden batalion KOP i ranili wielu żołnierzy. Ponieważ pancerniacy nie mogli brać jeńców, więc po rozbrojeniu pozwalali im iść do domów. Nie wiedzieli też co robić z zabraną bronią i jakiś oficer sowiecki wygłosił okolicznościową mowę do rozbrojonych, kończąc ją słowami: „Nie potrzeba nam waszych karabinów, mamy dosyć swoich” – po czym czołg przejechał się kilkakrotnie po nich. Był to jednak zdaje się wyjątkowy wypadek, bo na ogół starannie zbierali  uzbrojenie. (…)

Kiedy nasz batalion wyładował się z pociągu w Grodnie, nadleciały dwa samoloty sowieckie i rzuciły ulotki. Były pisane po białorusku i w dodatku rosyjskim alfabetem, więc nie mogliśmy nawet ich przeczytać. Wreszcie znalazł się ktoś, kto z biedą odcyfrował litery, lecz ze zrozumieniem znów było gorzej, bo oficjalny sowiecki białoruski język, którym piszą mińskie gazety różni się bardzo od mowy naszych Białorusinów. Ulotka, jak się wreszcie pokazało, zawierała mowę Mołotowa oraz wiadomości, że Rząd Polski opuścił Rz-plitą i że wojska sowieckie przychodzą, żeby uchronić narody mieszkające na tych ziemiach od okropności wojny i bronić przed Niemcami. Nikt z nas nie wierzył w te bzdury.

Następnego dnia, to jest 21 września, bolszewicy nacierali na miasto. Była to piechota bardzo słabo wyszkolona i uzbrojona – walczyli miękko. Nasi podchorążowie, którzy tydzień temu włożyli mundury, rozpędzili duży oddział. Nasza kompania nacierająca na sad ?Druck” zdobyła karabiny maszynowe. Ci bolszewicy mieli stare powycierane mundury bez guzików. Z naszej strony nie było ani jednego działa przeciwpancernego; oni mieli dużo samochodów, którymi dowozili oddziały nie okazujące wiele ochoty do walki.

Dziwny nam się wydawał ten kontrast między obdartym żołnierzem sowieckiej piechoty, który często nosił karabin na sznurku, a oficerami z czołgów, którzy bili się zupełnie inaczej.

Opuściliśmy miasto po południu. Nikt nas nie gonił i mało co strzelali za nami. Przed wieczorem doszliśmy do naszej wsi Hoża, gdzie saperzy zrobili na rzece coś, czego nikt nie mógł nazwać mostem. Były to tratwy powiązane ze sobą, po których w nocy przeszli ludzie, wozy, a nawet samochody. Przeprawę oświetlał płomień stosów opon polewanych naftą, które paliły się długo po naszym przejściu. (…)

Jedna z kompanii spała na wsi po wschodniej stronie Niemna. W nocy czołgi bolszewickie wjechały w środek wsi, zanim czujki zdołały ostrzec. Strzały wywołały alarm, żołnierze wybiegli na podwórza, a widząc co się dzieje, próbowali opłotkami wydostać się na pola. Kiedy Moskale spostrzegli, że wieś opustoszała, rzucili się w pogoń za nimi. Oświetlali pola rakietami i strzelając z karabinów maszynowych jechali pełnym gazem w kierunku najbliższej dostrzeżonej grupki naszych żołnierzy. Naszym było ciężko uciekać po roli, a z czołgu w nocy znów niewiele widać; taka zabawa trwała aż do rana, kiedy resztki kompanii, ledwie żywe ze zmęczenia, dobrnęły do jakiegoś lasu.

Lecz nie wszystkie oddziały motorowe sowieckie były nastawione tak bojowo. Kiedy rosyjskie samochody pancerne najechały na kolumnę, w której była bateria przeciwlotnicza i ta oddała kilka strzałów, rozbijając wieżę czołowego wozu, pozostałe zawróciły bez walki.

Wojsko sowieckie zachowało się rozmaicie w stosunku do ludności; na ogół zgodnie z otrzymanymi rozkazami starali się zaskarbić sobie jej przychylność. Rabujących rozstrzeliwano, wygłaszając przy tym okolicznościowe mowy o sprawiedliwości. W Mołodecznie, jak opowiadała żona jednego z policjantów, oficerowie sowieccy mówili: „Nas się nie bójcie. My nie straszni. Za nami idą lepsi i oni dopiero wam pokażą”. Mówili o NKWD.

Dowódca okręgu Grodno, generał Olszyna Wilczyński, odłączył się od wojska i jechał w stronę granicy litewskiej. W Sopoćkiniach spotkały ich czołgi bolszewickie. Ostatni z samochodów Skoda próbował uciekać, lecz czołg dogonił go i zrzucił z szosy. Generała Moskale  rozstrzelali  pod  najbliższą  stodołą, a żonie pozwolili dalej jechać. Płakaliśmy przechodząc granicę.

Na Litwie

Przez Lejpuny i Serie szliśmy do Olity. Początkowo Litwini przyjęli nas gościnnie i szydercze wypominanie naszego, niedoszłego zeszłorocznego, marszu na Kowno było dość rzadkie. Denerwował ich natomiast stan broni, jaką od nas odbierali, dział i karabinów maszynowych bez zamków. Początkowo żołnierze przed przejściem granicy zakopywali broń, lecz tu się Litwini wzięli na sposób i nie puszczali nie uzbrojonych, traktując ich jako cywili, dla których wstęp na Litwę był zamknięty.

Przez pierwsze miesiące pobytu w tym kraju byliśmy wszyscy zbyt przygnębieni katastrofą, aby próbować ucieczki. Propaganda niemiecka grzmiała na cały świat o zrównaniu z ziemią Warszawy i nowym podziale Polski. Nasi przełożeni zapewniali nas (przeszliśmy zwartym oddziałem) o planowym przewożeniu wojska do Francji, co początkowo wydawało się możliwe. Więc siedzieliśmy spokojnie. (…)

Życie w obozie kawaleryjskim biegło dość szybko. Zorganizowano stałe ogłaszanie komunikatów, na pierwszym piętrze czytał je zwykle porucznik Leszczyński, późniejszy oficer oświatowy 14 pułku. Umarł on w Dżałał Abadzie na tyfus, którego się nabawił w jakimś kołchozie, dokąd jeździł z ramienia pułku, aby wyszukać polskie rodziny.

11 listopada, rocznica niepodległości, przebiegł u nas spokojnie, choć Litwini trochę się denerwowali. Natomiast w Wiłkomierzu harcerze, którzy byli wśród żołnierzy, wywiesili biało-czerwone chorągiewki na budynku i Litwini kazali je zdjąć, a kiedy nikt się nie kwapił, rozpoczęli strzelać do okien i zranili trzech ludzi, którzy grali w karty i o niczym w ogóle nie wiedzieli.

30 listopada zaczęła się wojna fińsko-rosyjska. Śmieszne, jak ludzie wierzą w przepowiednie. Ogłosił jeszcze przed wojną jakieś wierszowane brednie i teraz cokolwiek się zdarzy, ludzie z uporem lepszej sprawy naginają słowa przepowiedni do wydarzeń. Obecnie wszyscy powtarzali zwrotkę przepowiadającą wojnę na północy, niby w Finlandii, i jak się zmieni w „poczwórną jedność”.

Staraliśmy się, jak się da, urozmaicić nudne życie Kalwariata. Ta nazwa utarła się, gdy mówimy o sobie, raz ze względu na sąsiedztwo wariatów, a po wtóre, że naprawdę trzeba było być wariatem, żeby się dać zamknąć Litwinom w takiej ciupie.

Zorganizowano kursy językowe wszystkich bodaj ludzkich języków, oprócz litewskiego, na który nie znalazło się amatorów. Dwa razy w tygodniu odbywały się odczyty w jednej z dwóch wielkich sal. Porucznik Ostrowski, słynny alpinista, mówił o swoich wyprawach w Andy i na Kaukaz, gdzie uratowali sowiecką ekspedycję, za co im przyznano ordery Lenina. Generał Przeździecki, komendant obozu, opowiadał o Gruzji z okresu ubiegłej wojny i o jej krótkiej niepodległości, zakończonej nagłym zajęciem Tyfilisu przez Sowiety, łamiące swoją umowę z Gruzinami. Dobrze znany czytelnikom gazet wileńskich, Charkiewicz, próbował wyjaśnić genezę klęski wrześniowej i, powołując się na mesjanizm i trzech wieszczów, usiłował przekonać słuchaczy, że upadek państwa polskiego był nie tylko nieuchronny lecz i potrzebny dla ocalenia innych narodów ,czy też w ogóle demokracji. Tak to sobie zawile tłumaczył rzeczy proste. Denerwowało mnie jego gadanie i nie tylko mnie, bo wierzyliśmy, że w końcu Niemcy pobiją się z Rosją i wojna będzie rozstrzygnięta, gdy Rzesza ulegnie z kolei Francji i Anglii. (…)

Nasze władze oficjalnie zabraniały ucieczki, a zresztą nie bardzo było i dokąd. Litwini nie dawali pracy, a studentów, jeżeli się taki nawinął, zamykali do obozu w Żagarach. Z Warszawy pisano, żebyśmy nie wracali. Pod zabór rosyjski, a raczej na Syberię, niewielu się śpieszyło. I tak tkwiliśmy w obozie. Można było wprawdzie siedzieć u któregoś z miejscowych Polaków na łaskawym chlebie, lecz niezbyt to wdzięczna rola. Kto miał punkt zaczepienia, uciekał, nie chcąc siedzieć w charakterze wariata. Przeszło nas na Litwę około 20 000, do Rosji wywieziono około 6 000. Polityka tych, co zostali, okazała się słuszna, wszyscy oni w końcu trafili do armii, a z tych, co uciekli, niewielu można się było doliczyć – prawie wszystkich bolszewicy wyłapali i wywieźli.

Było tysiące sposobów na zorganizowanie ucieczki. Komendantem obozu był major Jaksztas, bardzo nieprzychylny dla Polaków. Zdarzyło się też kilka wypadków, że posiadający ubranie cywilne przebierał się, brał do ręki walizkę i szedł prosto do kancelarii Jaksztasa prosząc go o pozwolenie widzenia się z bratem ? tu wymieniał swoje nazwisko. Ten pytał o przepustkę na wejście do obozu, którą wydawano w Kownie. Gość nie miał tego papierka, lecz upierał się, że musi się zobaczyć z bratem. Major wpadał w gniew i kazał służbowemu kapralowi wyprowadzić pasażera za druty. (…)

Kiedy na Zachodzie zaczęła się wojna i 9 kwietnia Niemcy zaatakowali Danię, a potem Norwegię, myśleliśmy, że niedługo skończy się nasze internowanie. W początku maja radio doniosło o walce naszych oddziałów pod Narwikiem. 10 maja Niemcy uderzyli na Holandię i Belgię. Z zapartym tchem słuchaliśmy komunikatów, znacząc na własnoręcznie zrobionej mapie pochód wojsk niemieckich. 19 maja Niemcy złamali front francuski i Weygand został naczelnym wodzem. Kapitulacja króla Belgów pod koniec miesiąca zbiegła się wprawdzie ze zdobyciem Narwiku, lecz Anglikom pozostała tylko Dunkierka.

Radio sowieckie podawało komunikaty obu stron, wykazując jednak wyraźnie swe proniemieckie sympatie. Zaczynało się i u nas coś psuć w państwie litewskim i niepokój osiadł na twarzach Litwinów, a cóż mówić o nas.

Czerwiec upłynął prędko w roku 1940. Niemcy zaczęli piątego nową ofensywę na Sommę i, kiedy już przegrana Francji była wyraźnie widoczna, Włosi wystąpili po stronie Niemców. W cztery dni później padł Paryż, a następnego dnia, to jest 15 czerwca, wojsko sowieckie wkroczyło na Litwę, popierając bagnetami mało przekonywającą notę zarzucającą Litwinom, że nie potrafią utrzymać bezpieczeństwa w kraju. 16 czerwca weszli bolszewicy w granice Łotwy i Estonii, marsz ten miał charakter ćwiczeń. Szeroko zastosowano na Łotwie użycie wojsk spadochronowych.

Wojsko sowieckie wchodząc do krajów bałtyckich zachowało się inaczej niż jesienią ubiegłego roku, kiedy obejmowało bazy w tych krajach. W wielu wypadkach używano broni. W Dźwińsku miejscowi komuniści napadli na policjanta, żołnierz sowiecki krzyczał coś z czołgu pragnąc rozpędzić tłum, a kiedy to nie pomogło, pociągnął serię z karabinów maszynowych. W Rydze doszło do rozruchów antyrządowych i Łotysze sami strzelali do swych policjantów.

Żydzi w Kownie urządzili uroczyste powitanie Czerwonej Armii, lecz oficer sowiecki nie przyjął ofiarowanych mu kwiatów, a kiedy przedstawiciel miasta rozpoczął do niego mówić tytułując go towarzyszem, ten tylko splunął i odparł: Kakoj ja tiebie towariszcz –  Nie po kwiaty przyszła Czerwona Armia. (…)

Początkowo Moskale zdawali się nie interesować naszym obozem, pewnego dnia jednak pod koniec czerwca zajechał do nas wspaniały samochód i wyszło z niego kilku czerwonych oficerów. Siedzieli czas dłuższy u komendanta obozu, majora Misiewicza. Był on żonaty z Polką i na wiele rzeczy patrzył przez palce, przyszedł do nas z obozu w Połądze. Rosjanie wezwali na rozmowę aspiranta Baumana, który był, o ile pamiętam, w wydziale śledczym powiatu głębockiego. Proponowano mu współpracę. Musieli mieć w ręku dość wiadomości o nim, bo chłop wyszedł z tej pogawędki blady i nie chciał nic mówić. Później koledzy Baumana z obozu w Kozielsku wyrażali się o nim niezbyt pochlebnie. Zapomniałem nazwisko drugiego oficera, któremu bolszewicy z kolei proponowali powrót do rodziny, oddanie z powrotem części majątku itd. Dziwili się bardzo, kiedy odmówił.

Od tego dnia począwszy często było u nas widać samochody sowieckie, które przyjeżdżały po prowiant. Wielu wymknęło się przy tej okazji z obozu, bo żołnierz litewski nie śmiał protestować albo też udawał ślepego, gdy ktoś chyłkiem pakował się na sowiecką ciężarówkę. Moskalom zaś było wszystko jedno, pozwalali na to i wywozili ludzi, aby robić przykrość Litwinom. Rozmawialiśmy często z rosyjskimi szoferami. Opowiadali, jak im kazano, niestworzone rzeczy mówić o tym, jak dobrze jest w Rosji i skarżyli się na oszustów sprzedających im popsute zegarki.

W początku lipca znowu przyjechali Rosjanie i po krótkim pobycie zniknęli. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy wkrótce przybyło kilka ciężarówek z żołnierzami sowieckimi, którzy stanęli naokoło budynku tuż poza wartownikami litewskimi. Był to zupełnie inny oddział niż te, które dotąd widzieliśmy; mieli porządne ubrania i dobre uzbrojenie, dużo karabinów maszynowych. Z dala wyróżniali się swymi niebieskimi okrągłymi czapkami. Tak poznaliśmy się z oddziałami Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, zwanego w skrócie NKWD. Służbę wartowniczą ci żołnierze pełnili z dużą gorliwością, wartownik stał bez ruchu na jednym miejscu, trzymając często karabin na ?gotuj broń”. Zmiany chodziły gęsiego, szybkim, drobnym krokiem. Zatrzymywali bardzo głośno, a gdy ktoś zbliżał się do drutów, podnosili broń do ramienia grożąc strzelaniem. Teraz naprawdę nie można było uciekać. Śmieszne było, jak Litwini poczęli naśladować sowiecką musztrę i usiłowali pokazać swoje wojskowe wyszkolenie. Niewiele to pomagało, każdy wiedział, jakie są z nich dziady. Jeden czytał gazetę, a drugi golił się na posterunku, a trzeci odłożywszy karabin strzelał z floweru do wróbli.

Wiedzieliśmy już o rychłym wyjeździe. Rozprzedano sklep i rozdano bibliotekę. Ci, co mieli lity, martwili się, co z nimi począć. Robiono zapasy żywności, co szło z trudem, bo komunikacja z miastem urwała się i kupcy kalwaryjscy, przeważnie Żydzi, nie chcieli przyjmować litów. 12 lipca Litwini odebrali rzeczy, które od nich otrzymaliśmy, jak prześcieradła, miski, sienniki. Sprawdzali przy tym wszystko, czy zgadza się ze spisem, co zajęło całą noc i w rezultacie wielu nie zdążyło oddać tych gratów i zostawiło je na salach.

Major Misiewicz żegnając się z nami kilkoma, których złapał w sklepie, życzył nam szczęśliwego powrotu do ojczyzny. Zakończył słowami, że nasz los jest teraz jednakowy -dziś was wywożą, jutro mogą się do nas zabrać”. Nie mylił się, wielu oficerów litewskich poszło tym samym szlakiem i w niewielkim nawet odstępie czasu po nas, jego samego podobno w rok później widziano w którymś z obozów koncentracyjnych w Archangielsku.

W drodze do Rosji

18 lipca 1940 roku wywieziono nas z Kalwarii. O godzinie wpół do szóstej zarządzono zbiórkę na boisku i odbył się apel. Litwini często urządzali sprawdzanie stanu, lecz pożyczaliśmy sobie ludzi z kompanii do kompanii, więc nigdy nie wiedzieli, ilu nas jest i kogo brak. Tym razem zrobiono to szczegółowo, według list przez nas samych sporządzonych. Wielu podchorążych podało przy tym swe prawdziwe nazwiska, my z Jurkiem Czarneckim nie zdążyliśmy. Wyszedł na jaw brak około czterdziestu oficerów, część z nich uciekła już dawno, a część w przededniu objęcia straży przez bolszewików. Działo się to za cichą zgodą Misiewicza, który miał powiedzieć: ?Wszystkich wypuścić nie mogę, ale jeśli ktoś był zaangażowany w pracy mogącej szkodzić Sowietom, będzie mógł wyjść”. Sporo oficerów policji zniknęło więc z początkiem  lipca, między nimi aspirant Cichocki, kierownik wydziału śledczego w Mołodecznie, znany ze spraw antykomunistycznych i wspominany przez radio mińskie.

Odbyła się pobieżna rewizja, poprzedzona przemową oficera grożącego surowymi konsekwencjami, jeśli ktoś zatrzyma nóż, brzytwę czy inne jakieś ostre narzędzie. Rzeczy spisano, spakowano, zdaje się, że dowódcy kompanii dostali kwity, co na wiele się nie zdało, bo nie ujrzeliśmy ich więcej. Myśmy z Jurkiem nie oddali swych scyzoryków, na wyrzucenie jest zawsze czas, a jak krajać chleb w drodze?

Dość długo marudzono przy przekazywaniu nas bolszewikom. Ustawiono nas grupami po 48  i poszliśmy w stronę miasta. Ta sama procedura, z małymi urozmaiceniami ,odbyła się we wszystkich obozach na Litwie w czasie od 13 do 15 lipca, jak na przykład w Wyłkowyszkach, gdzie żołnierz litewski korzystając z zamieszania chciał zabrać jakiemuś policjantowi harmonię, z czego wynikła awantura i bijatyka. Wmieszali się w to bolszewicy i instrument pozostał przy właścicielu.

Przed przejściem bramy obozu rosyjski dowódca eskorty wygłosił sakramentalne ostrzeżenie, którego potem nauczyliśmy się na pamięć, a które tak wielu ludzi w Rosji również umie na pamięć. Szag w prawo, szag w lewo, konwój budiet primieniat orużje bez predupreżdienja. Panialil  (Jeżeli ktoś wyjdzie krok w prawo albo w lewo, konwój użyje broni bez ostrzeżenia. Zrozumieliście?). Ponieważ rzeczywiście wielu nie zrozumiało, wyciągnęli tłumacza, który powtórzył ostrzeżenie po polsku. Później w Rosji na pytanie Paniatno?  zawsze odpowiadaliśmy zgodnym chórem ?Nie”, choć każdy obudzony w nocy potrafiłby powtórzyć tę formułę bez zająknięcia. Zawsze jednak bolszewicy cierpliwie czekali, aż tłumacz skończył swoje i wtedy dopiero kolumna ruszała. Było to pierwsze zdanie rosyjskie, jakiego się nauczyłem. (…)

W małych towarowych wagonach obliczonych na 40 było nas 48. Rzeczy i tych ośmiu dodatkowych ludzi wydaje się być niewiele, jednak było ciasno i duszno, drzwi były pozamykane, a okna w tych wagonach są niewielkie. Jechaliśmy powoli, w Kownie dołączono do naszego transportu internowanych z tamtejszych fortów, gdzie byli oni bardziej izolowani niż my.

Po drodze było widać sporo żołnierzy sowieckich ? obsadzili Litwę mocno. Na postojach było szczególnie gorąco, nie pozwalano wyglądać przez okienka i jeżeli ktoś wychylił głowę, zaraz mu wartownik podsuwał pod nas długi szpikulec bagnetu z odpowiednim wrzaskiem jako objaśnienie.

Była głucha noc, kiedy podjeżdżaliśmy do Wilna. Mieliśmy uciekać, lecz na szczęście Jurka Czarneckiego tak rozbolał brzuch, że nie mógł się wprost ruszyć i musiałem czekać aż mu przejdzie.

W Wilnie staliśmy na moście kolejowym naprzeciw bramy, na stacji mimo nocy było wiele ludzi. Spostrzegli transport i poczęli się zbliżać, lecz Moskale nie dopuszczali blisko. Ktoś z wagonu krzyknął jedno słowo „Kalwaria” i już wiedziano potem w całym mieście o naszym przyjeździe. Tu na stacji kobiety płakały, mężczyźni patrzyli ponurym, tępym wzrokiem w poczuciu bezsilności. Robiło się szaro, gdy mijaliśmy Kolonię Wileńską. Mój Jurek miał się całkiem dobrze, więc wybieraliśmy się do Wilna. Ja wysunąłem się pierwszy przez wąskie okno. Podano mi worek z rzeczami. Długo nie mogłem znaleźć oparcia dla nóg, aż wreszcie zaczepiłem o jakiś pręt z boku wagonu. Jechałem tak jakiś czas trzymając się lewą ręką okna, w prawej miałem rzeczy. Nikt z konwoju na szczęście nie dostrzegł mnie dotąd. Skoczyłem w prawo przewracając się do rowu biegnącego wzdłuż toru. Przywarłem do ziemi bez ruchu. Pociąg mnie mijał. Spojrzałem na oddalający się wagon, z którego powinien teraz skakać Jurek. Któryś z kolegów rzucił w ślad za mną płaszcz zostawiony w pośpiechu, ale zamiast go zsunąć wzdłuż ściany wagonu, cisnął zwinięty w tobołek daleko w stronę drutów telegraficznych. Płaszcz rozwinął się, zafurkotał i opadł powoli na trawę. Któryś z żołnierzy sowieckich spostrzegł tę operację i wystrzelił.

Teraz dopiero zaczęła się zabawa. Żołnierze konwoju, a na każdym siedział jeden, poczęli strzelać w powietrze na wyścigi. Pociąg stanął. Niektórzy z bolszewików, a raczej większość, nie czekała na to, lecz skakali w biegu na obie strony. Jeden o mało nie wpadł na mnie – nie było na co dłużej czekać. Uskoczyłem w bok. Nie ubiegłem jednak kilkunastu kroków, kiedy zorientowałem się w beznadziejności sytuacji. Przede mną było otwarte pole a na nim już byli Moskale, ci co skakali w biegu. Z tyłu pociągu puszczono psy i trzeba było kapitulować. Długo potem zastanawiałem się, jakim sposobem konwojenci zdołali zabiec mi drogę i znalazłem tylko jedno rozwiązanie – mnie droga wypadła pod górkę, oni zaś pobiegli przez mostek przejazdu i od razu znaleźli się na polu. Całość ich akcji miała charakter dobrze wyreżyserowanego i wielokrotnie powtarzanego przedstawienia.

Historia nie przedstawiała się wesoło, kiedy zawróciłem. Dopiero teraz spostrzegłem, że strzelają do mnie. Najbliżej, bo o kilkanaście kroków, zatrzymał się podoficer i walił z nagana. Położyłem się na ziemi. Leżąc widziałem, jak jeden z bojców, tak się nazywają, celował do mnie z dachu. Zrobiło mi się nieswojo, tak głupio chyba się czuje tonący.

Kiedy strzelanina umilkła, wstałem i słuchając rozkazów podniosłem ręce do góry. Chciałem wziąć swoje rzeczy, grozili jednak użyciem broni. Nie podchodzili do mnie, dopóki nie zebrała się ich gromada, a wtedy skoczyli razem i zaczęli bić kolbami. Kazali mi się położyć na ziemi. Nie chciałem. Podstawiono mi więc nogę i trzepnięto kolbą rewolweru po głowie. Upadłem. Na szczęście nadbiegł oficer i zabronił bicia. Prowadzono mnie do wagonu. Gdy tylko oficer odwrócił się, znów dostałem kolbą. Tym razem podniosłem krzyk, a że reklama zwykle pomaga skończyło się na kilku prikładach, krzyczałem oczywiście więcej niż to było warte.

Był już jasny dzień. Przyjrzałem się dobrze tym enkawudzistom. Boże, co za twarze! Mogliby ludzi straszyć samym tylko wyglądem. Byli wściekli na mnie i klęli ile wlazło. Wyróżniał się feldfebel, który dowodził tą częścią konwoju, gdzie był nasz wagon. Małe zamieszanie powstało przy pakowaniu mnie do wagonu. Twierdziłem, że jestem spod numeru 38, żołnierz, który podniósł mój płaszcz, patrzał złym wzrokiem i dowodził że z 39. Zamieszanie powiększyli towarzysze mego wagonu, bo siedzący przy drzwiach nie wiedzieli o mojej ucieczce i zaparli się mnie. Stopniowo sprawa się wyjaśniła i znalazłem się ponownie między kolegami, z tą różnicą, że bez rzeczy. Co do Jurka, to wyłaził przez okno, kiedy zaczęła się strzelanina, musiał więc wrócić. Podchorąży Kózko, student medycyny, pierwszy zauważył krew na moim ramieniu. Kula porwała mi ubranie rozcinając lekko skórę, na głowie miałem sporego guza od kolby rewolwerowej, czapkę przestrzeloną i to był mój cały zysk.

Gdy pociąg się zatrzymał, wezwano mnie przed oblicze komendanta transportu. Pytali o nazwisko. Podałem według litewskiej listy – Beck. „Kto pomagał w ucieczce?” Mówię, że nikt. Uwierzono mi łatwo, była to częściowo prawda. „Dokąd uciekałem?” „Do Wilna”. „Czy mam tam znajomych?” „Nie”. „Gdzie rodzina?”. Tego pytania nie zrozumiałem. Musieli powtarzać. Powiedziałem prawdę, że w Warszawie. Na zakończenie major sowiecki chciał wiedzieć, dlaczego uciekałem. Było to głupie pytanie. „Nie chciałem jechać daleko do Rosji”. „A to”, wtrącił adiutant, wskazując na obandażowaną głowę „uderzone o szynę”. Zgodziłem się z tym. Pogadali coś między sobą i zakonkludowali. „Drań, żeby to był strzelec, to by nie uciekał, ale że oficer to swołocz próbował. Mogli cię przecież zastrzelić”. Wzruszyłem ramionami.

Na następnym postoju otworzono gwałtownie wagon i podoficer sowiecki wskoczył z rewolwerem do środka. Dwóch żołnierzy z karabinami stało przy drzwiach. Wywołano mnie na środek i kazano przejść wszystkim na lewą stronę wagonu. Ja miałem iść na prawo. Nie bardzo się śpieszyłem, bo ich zachowanie nie wróżyło nic dobrego. Popchnęli mnie w róg wagonu, potem drugiego, trzeciego… Po prostu liczyli, czy wszyscy są.

Porucznik Sawicki, który obudził się w tym momencie i zobaczył przed sobą rewolwer przy akompaniamencie liczenia, dostał jakiegoś histerycznego ataku. Rzucił się z krzykiem w przeciwległą stronę wagonu. Zdawało mu się, że co dziesiątego będą rozstrzeliwać. Człowiekowi nagle zbudzonemu różnie się troi w oczach.

Takie sprawdzanie połączone z bieganiem wartowników po dachu i opukiwanie ścian kolbami odbywało się cztery razy na dobę, zdaje się przy każdej zmianie warty.

Był jeszcze dzień, kiedy przyjechaliśmy do Mołodeczna. W wagonach nie było ustępów i tu po raz pierwszy wypuszczono nas dla załatwienia się. Nie pozwolono daleko odejść, lecz zmuszono sprawę załatwić na ścieżce wzdłuż toru. Żołnierze sowieccy stali z karabinami na ?gotuj broń” nad długim szeregiem ukucniętych postaci. Na stacji było pełno ludzi.

Następnej nocy uciekło z transportu pięciu. Kilku podobno raniono. Pociąg zatrzymywał się kilka razy i strzelaniny trwały długo. Porucznik Jentys, będący w tym czasie w Wilnie, opowiadał później, że Moskale zarządzili alarm całego batalionu i szukali tych pięciu zbiegów z psami. Niektórych z nich zastrzelono. (…)

Po przejechaniu granicy rosyjskiej widziało się wszędzie biwakujące wojsko, jakby koncentracja, lecz na takiej przestrzeni aż do Smoleńska? Nie mogliśmy tego zrozumieć. Dniem było teraz piekielnie gorąco i w dodatku męczyło nas pragnienie. Wody nie było. Wreszcie zaczął padać deszcz i ku naszej radości ochłodziło się trochę. Najbardziej spragnieni próbowali złapać wodę spływającą z dachu do dekli, lecz niezbyt to się udawało, bo Moskale nie dawali kłując menażki bagnetami. (…)

16 lipca przed wieczorem przybyliśmy do Kozielska.

Wśród politruków

Koło południa zjawił się kapitan politruk, starszy człowiek o bardzo poczciwej twarzy i niezwykle głupi, nie orientował się zupełnie, kiedy z niego kpiono. Zachęcił nas do słuchania swoim wstępem, obiecując powtórzyć komunikat radiowy. Mówił o upadku Francji i o tym, że Francuzi idą na ugodę z Niemcami do tego stopnia, że wspólnie bombardują Gibraltar. Ile w tym było prawdy, trudno było dociec. Po objaśnieniu znaków szarż politruk ów począł mówić o rozbudowie przemysłu po rewolucji w Rosji, klepiąc się przy tym po brzuchu.

W tym obozie, który okazał się przejściowym, byliśmy dzień i 18 lipca rano przy zwykłych środkach ostrożności przerzucono nas setkami do innego dużego obozu. Konwojenci krzyczeli poganiając nas tak jak i ich poprzednicy, lecz nie klęli. W zachodnim rogu obozu stał duży murowany dom. Zatrzymano nas przed bramą i wpuszczano po kilkunastu do podłużnej ciemnej sali, gdzie odbywała się rewizja. Rewidenci ubrani w fartuchy przetrząsali nasze tobołki, zabierając w depozyt złote pierścionki  i zegarki,  nie trzeba dodawać w depozyt bezpowrotny.

Rozbierano nas do naga, konfiskując noże, brzytwy, żyletki, gwoździe, a nawet igły. Nie wiedzieli jednak o istnieniu w naszych mundurach kieszonki na opatrunki osobiste, która mieściła się u spodu prawej klapy od wewnątrz, dzięki czemu uratowaliśmy sporo cennych rzeczy. Zły byłem wtedy na podchorążego Poskrobkę, który obawiając się rewizji w Mołodecznie wyrzucił po drodze mój nóż z wagonu, bo nóż w obozie to skarb. Szczęśliwie Jurek Czarnecki uratował swoje małe nożyczki, więc było czym obcinać paznokcie.

Zdziwiła nas konfiskata kart. Okazało się, że w Rosji nie wolno grać w karty. Ludzie oszukują się przy grze, kłócą, z czego wynikają bójki i awantury, tłumaczył nam politruk. Spotkałem raz tylko sowieckiego oficera, który chwalił się, że umie grać w brydża. Więźniowie w sowieckich obozach znają tylko „21”. Gorliwość rewidentów była posunięta tak daleko, że darli nawet talie kart i cała sala była pokryta strzępami.

Początkowo mieszkaliśmy w drewnianym bloku 9, obfitującym w niesłychaną ilość pluskiew. Prycze miały trzy piętra, a że przejście między nimi było wąskie, na najniższym było zawsze ciemno. My, najmłodsi, mieszkaliśmy najwyżej. Obok nas spał kapitan Łabanowski z synem, naszym rówieśnikiem, znaliśmy go jeszcze z Kalwarii.

Dostaliśmy miski do jedzenia, chyba ze 25 cm w średnicy i z 0 cm głębokości, można w nich było myć nogi. Wydano też łyżki. Jak na Rosję jest wydarzeniem wyjątkowym, że w krótkim czasie po przybyciu poszliśmy do łaźni. Nie było tam pryszniców, a tylko krany z gorącą i zimną wodą, zawsze oblężone przez namydlonych golasów i trzeba było czekać, aby nabrać wody do blaszanej miednicy – rzecz wcale nie zabawna w zimie.

Nasi fryzjerzy na rozkaz bolszewików ostrzygli wszystkich na pałę. Lekarz major Aleksandrowicz chodził między nami, kiedy się ta operacja odbywała na trawie przed łaźnią i pocieszał nas, ze to higienicznie.

Przed łaźnią stały dwa zielone blaszane piece dezynfekcyjne. Obsługujący derkamerę wieszał ubranie, które należało mu oddać przed kąpielą, na prętach i pilnował, aby temperatura pary doszła do  iluś tam stopni. Trwało to dość długo i trzeba było po wykąpaniu czekać na otwarcie dezynfektora, aby dostać z powrotem pożółkłą i gorącą odzież. Kilku nieostrożnych poparzyło się metalowymi kółkami przy zdejmowaniu z nich mundurów.

Kąpaliśmy się przeciętnie co dziesięć dni i zawsze zabierano ubranie do dezynfekcji, to też po niecałym roku najmocniejsze koszule się darły, a mundury zmieniały w strzępy. Trzeba przyznać, że wszy w większości wytępiono. Bardzo się bolszewicy dziwili, kiedy słyszeli, że w Polsce dezynfektor jest rzadkością.

Karmiono nas gorzej niż na Litwie. Wszystko gotowano na roślinnym oleju, jaki u nas się używa do nasycania materiałów. Rzadka zupa z suszonych kartofli, jedno wiadro, i miska kaszy na dziesięciu – to był obiad. Na śniadanie też zupa, na kolację herbata. Chleba wilgotnego i źle wypieczonego dawano 800 gramów i dość często śledzie, czasami dobre, czasami zgniłe. Raz wybuchła z tego powodu awantura. Dyżurny nie chciał wziąć zepsutych śledzi. Zawołano lekarza. Zanim ten przyszedł, zjawił się zastępca komendanta obozu i dowiedziawszy się o co chodzi, sam postanowił sprawdzić. Jakież było nasze zdumienie, kiedy zjadł jednego śledzia nie obierając go zupełnie, a potem wziął drugiego i oświadczył, że są wyśmienite. Tymczasem z otwartej beczki śmierdziało niezachęcająco. Zdziwił się też Moskal, gdy nikt nie chciał go naśladować.

Raz na miesiąc wydawano cukier, mydło i machorkę. Oficerowie otrzymali 900 gramów cukru i okrągłe kolorowe podłe mydło, szeregowi 600 gramów cukru i miękkie szare mydło pełne piasku. Wszystkim dawano pięć paczek machorki i dwa pudełka zapałek.

Ciekawa była gradacja, jaką bolszewicy wprowadzili wśród nas. Majorów na przykład umieszczono razem z księżmi w małym budynku, gdzie mieli małe pokoiki i łóżka. Policję trzymano osobno. Po naszym wyjeździe z Kozielska zorganizowano dla oficerów oddzielną kuchnię. Opowiadali mi później żołnierze ze Zwiahla, przez który to obóz przeszli nasi żołnierze więzieni na Ukrainie, jak tam traktowano naszych oficerów, jak któregoś dnia kazano im nocować w chlewie i nie szczędzono przy tym drwin.

Nas wszystkich podchorążych – było nas około dwustu – zgrupowano w jednym budynku w południowej stronie obozu. W tym nowym lokalu pokoje były niskie i prycze posiadały tylko jedno piętro. Moja dziesiątka miała szczęście, mieszkaliśmy w holu naprzeciw schodów, gdzie był głośnik, zwany przez Rosjan „punktem radiowym”, i słyszało się zawsze tę samą jedną lokalną stację. Słuchaliśmy codziennie komunikatu, podawano wiadomości z Berlina, jak i z Londynu, co pozwalało na zorientowanie się w sytuacji. Tak zacząłem się uczyć rosyjskiego. Początkowo pomagał mi inżynier Smoleński, dawniejszy sąsiad z 9 bloku, który chodził z moim ojcem do gimnazjum Rychłowskiego w Warszawie. Pułkownika Gaładyka, również kolegę mego ojca, wywieziono z obozu do więzienia i nie miałem sposobności pogadać z nim. 6 sierpnia wywieziono też pułkownika Dąbrowskiego, który prowadził jakiś czas partyzantkę na Wileńszczyźnie. Spodziewał się tego, lecz zwykle mawiał: „Najwyżej mogą mnie zabić. Wyprawiłem ich wielu na tamten świat, teraz przyszła i na mniej kolej”.

Spotkaliśmy w obozie wiele śladów po naszych poprzednikach. Jeszcze na wiosnę tego roku była tu spora grupa naszych oficerów. Wyjeżdżali partiami po dwustu w kilkudniowych odstępach. Jak pisali na ścianach ?w niewiadomym kierunku po sześciomiesięczym pobycie”. (…)

Wyjechaliśmy z Kozielska po sześciu tygodniach. 17 sierpnia przyszedł politruk i odczytał długą listę nazwisk, ponad sto. Czym się kierowano przy wyborze, nie udało się nam dociec. Brano ludzi w różnym wieku, z obu zaborów, nie podług dziesiątek, ani też z listy, zdaje się po prostu na chybił trafił. W następnej turze 21 sierpnia wyjechała reszta podchorążych, cywili pozostawiono w obozie. Rozłączyłem się z Jurkiem Czarneckim, który został razem z inżynierem Wigurą i Jankiem Łabanowskim.

Procedura opuszczenia obozu była jak normalnie w Sowietach. Najpierw nas izolowano od reszty zamknąwszy w kinie, obstawionym wartownikami. Dostaliśmy trochę prowiantu, cukru, chleba i nieodłącznych śledzi – wyglądało więc na niedługą podróż. Następnie zaprowadzono nas do murowanego domku na rewizję, gdzie oficer sprawdzał identyczność osoby z fotografią naklejoną na arkuszu ewidencyjnym. Rewizja odbywała się w dużej ciemnej izbie. Odbierano, jak zawsze, noże, brzytwy i wszelkie metalowe przedmioty, jak również ołówki. Zabrali mi paczkę igieł, których nie zdążyłem schować. Kruszewski przemycił swe obcążki ukryte w fałdach prześcieradła.

Po raz ostatni spojrzeliśmy poza siebie na mury i stare baszty Kozielska, żegnał nas z dala tłum pozostających machając rękami. Jechaliśmy w nieznane małymi partiami, tak jak przed pół rokiem jechali stąd nasi oficerowie będący w niewoli.

Obóz w Juchnowie

(…) Czekaliśmy dość długo zanim doczepiono nas do pociągu. Na suficie wagonu znaleźliśmy rosyjskie nazwisko z informacją, że „wieziono nas do więzienia w Moskwie”. Teraz było zrozumiałe, dlaczego zabrano nam ołówki. Podczas jazdy zabroniono nam mówić. Przed drzwiami każdego przedziału siedział żołnierz i krzyczał, ile razy ktoś usiłował coś powiedzieć. Do ustępu wyprowadzano pojedynczo, pilnując cały czas. Żołnierze NKWD nie wdawali sie w rozmowy, a nazwy stacji nic nam nie mówiły, nie wiadomo więc było dokąd nas wiozą. Wobec braku wody, nie jedliśmy śledzi, oddaliśmy bojcowi całą paczkę, aby wyrzucił, początkowo nie chciał, wreszcie zabrał je w tę stronę wagonu, gdzie jechała eskorta. Dla żołnierzy NKWD wagon był stałym domem, zmieniali się tylko pasażerowie za kratami.

Jechaliśmy tak dwa dni stając na każdej stacji, wiele razy przyczepiani do innych pociągów; po tych dwóch dniach ujechaliśmy 70 kilometrów. Było to bodaj normalne tempo dla podobnych wagonów, przekonaliśmy się później, że nasza trzydniowa podróż z Litwy do Kozielska była swego rodzaju sowieckim rekordem szybkości.

Wreszcie zorientowaliśmy się w kierunku, wracaliśmy tą samą drogą, którą przybyliśmy, i dopiero na stacji Suchiniczy skręciliśmy w stronę Moskwy. 23 sierpnia zatrzymano nas na małej stacyjce Babinin. Tu powtórzyła się procedura ładowania na maszyny – tak się oficjalnie nazywa samochód w Rosji. Kobiety prowadzące wozy jechały szybko i nieostrożnie, nie zważając na wyboje. Nasz wóz przejeżdżając mostek, trzymający się chyba na słowo honoru, zrzucił dwie belki, lecz nikt się nie zatrzymał dla naprawienia szkody.

Nowe miejsce pobytu nazywało się Juchnów, była to nowa nazwa. Bolszewicy dokładali starań, aby ukryć przed nami fakt, że dawniej to miejsce nazywało się Pawliszczew Bor, co dowiedzieliśmy się później od poprzedniego turnusu tu przebywającego, naszych żołnierzy-jeńców wywiezionych stąd na Ukrainę.

Wprowadzono nas w wąską uliczkę, po obu stronach były mury, a tam gdzie w Europie są chodniki stały podwójne rzędy drutów kolczastych. Na prawo i na lewo wznosiły się budki wartownicze narożne, jednym słowem więzienny komfort.

Weszliśmy do parku, w którym stał ładny pałacyk, a na schodach grupa enkawudzistów. Siedzieliśmy dość długo między pięknymi, starymi drzewami, podczas gdy w obozie gotowano się do naszego przyjęcia. Wróciliśmy przez główną bramę, aby przejść na drugą stronę ulicy w rejon właściwego obozu. Mile zaskoczył nas na wstępie widok małego stolika, na którym leżały drobiazgi zabrane przy wyjeździe z Kozielska. Każdy podchodził i zabierał swoją własność.

Rewidowano nas w małym domku po kilku. Tym razem dla odmiany zabierano nam pieniądze: lity, polski bilon i banknoty; jeżeli napotkali większą sumę, wydawali pokwitowanie. Udało mi się przemycić zbiór monet litewskich, choć miałem kupę tego srebra. Rewidujący mnie żołnierz, znalazłszy pieniądze, odłożył je na bok i po przetrząśnięciu kieszeni oddał wskazując stół, gdzie powinienem je złożyć. Udałem naiwnego i podszedłszy do stolika zapytałem, czy będą spisywać ewidencję. Sądzili, że robię to z nadmiaru gorliwości i kazali mi wyjść. Kolegom konfiskowali fotografie pytając kogo przedstawiają, mnie nie mieli co – wszystkie rzeczy zostały pod Wilnem. (…)

Spotkaliśmy w obozie kolegów z Litwy, internowanych żołnierzy z Wiłkomierza, Wyłkowyszek i fortów kowieńskich.

24 sierpnia mieliśmy łaźnię, jedną jaką widziałem w Rosji z prysznicami, i to jak się okazało wykonanymi przez naszych żołnierzy, którzy tu byli przed nami. 25 sierpnia uszeregowano nas podług województw, nie wiadomo po co i w nowych dziesiątkach wróciliśmy do baraków.

1 września 1940 roku, niedziela. To już rok. Pokazują nam film, znów o kołchozach, wszyscy są dzisiaj tym zdenerwowani. Później piękne zdjęcia z Kaukazu – czy tam strzegą granicy równie pilnie jak w Polsce? Tam, gdzie na prusko-polskiej granicy rok temu na posterunku było siedmiu ludzi straży granicznej, mówi Kalinka właśnie z tej straży, dzisiaj stoi pluton piechoty, pluton kawalerii i czołgi.

2-go, w poniedziałek był występ chóru, orkiestry i solistów. Jakoś tu się prędzej zorganizowano niż w Kozielsku.

5 września, czwartek. Pokazano film amerykański Wielki walc. Nasza kompania na nr 22, podchorążych spod zaboru sowieckiego nr 23. Moskale się denerwują słysząc wyrażenie „zabór niemiecki” i „zabór sowiecki”. ?Nie myślcie o powrocie do domu” mówią, „chyba, że się wojna skończy i Polska Republika zrzuci jarzmo panów”. Myślą o siedemnastej republice sowieckiej. Z czasem zmienią ton i będą mówili o powrocie do domu „ich” obywateli i wymianie tych spod zaboru niemieckiego.

7 września wyjechało coś ze 120 Łotyszy, to znaczy tych naszych, których Moskale znaleźli na Łotwie i uwięzili. Są to w porównaniu z nami bogaci ludzie, mają porządne walizki, ubrania i konserwy. Pracowali na Łotwie na wolnej stopie, chociaż pod pewną kontrolą. Zarabiali dużo pieniędzy, a waluta jest tam droga. Przeważnie młodzi chłopcy, sporo lotników. Razem pracowali, razem się bawili, dużo w nich było życia i więcej zgrania niż u nas.

21 września. Czytam książkę Foerstera Niemcy a Europa. Niektórzy już zdobyli łotewskie konserwy.

24-go pracowaliśmy przy niwelacji w rogu obozu, gdzie jest radio. Dużo było śmiechu a mało roboty. Karmią nas zupą na peklowanym mięsie, najwyraźniej cuchnącym. Znawcy, jakich wszędzie wielu, kłócą się między sobą, jedna partia stwierdza, że to specjalny zapach konserw, inni zatykają nosy i nie chcą jeść; robi się to wszystko tylko dla formy.

25 września. Pierwszy szron.

26 września Poczęli wyświetlać film, ale się popsuło światło. Takich instalacji jak w Rosji nie ma na całym świecie, kable w wielu miejscach zwisają zupełnie nie zabezpieczone, izolacja marna, spięcia częste. Ale lampy oświetlające druty wokół obozu są zasilane z innego dynamo i mają mocne światło.

Niedziela. Przechodzimy do innego bloku, ongiś stajni. Budynek jest niski i wąski, lecz bardzo długi, z północną ścianą drewnianą, a południową murowaną. Prawa strona budynku jest o dwa stopnie niżej. Mamy teraz daleko do stołów, padał deszcz i niewygodnie nosić jedzenie. Na kolację była kasza i słodka herbata, dwa wiadra na dziesiątek. Chochelkę zrobiliśmy z pudełka od konserwy, jedna trzecia litra – każdy dostaje po dwa i pół czerpaka zupy. Kaszy wypada po trzy łyżki na osobę. Znowu wywieziono sześciu.

1   października. Przymrozek.

2  października. Mamy zbiórkę harcerzy.

4-go wielkie poruszenie w obozie z powodu otwarcia sklepu. Nikt z nas nie ma rubli. Sprzedają proszek do zębów i cukierki, na ogół skąpo z towarami w tym sklepiku.

8-go we wtorek pokazują film z życia Czajkowskiego. Z zagranicznych był niedawno znany nam obraz z Deanną Durbin- Ich stu, ona jedna. Film ten przedstawia wielkie bezrobocie w Ameryce i dlatego przeszedł przez cenzurę sowiecką. Moskale chwalą się brakiem bezrobocia i że każdy pracuje dla państwa, a nie dla siebie.

9-go radio podało wiadomość o przybyciu niemieckiej i włoskiej misji do Rumunii.

15 października. Niemcy weszli do Rumunii już pięć dni temu. Co dwa tygodnie dostajemy po dwie paczki machorki i trzysta gramów cukru, jest to nasz środek płatniczy. Za pół porcji cukru można dostać dwie i pół paczki machorki. Stach Drzemczewski kupił książkę ?Wiosna grecka? Waliszewskiej za pół paczki.

20 października, niedziela. Koncert. Bolszewicy cenzurują teksty piosenek, a nawet każą śpiewać rosyjskie, na razie bez skutku.

22-go spadł pierwszy śnieg.

24-go mróz, 4-10°. Pracujemy przy mieszaniu cementu. Mamy zbudować umywalnię. Każdy się niby zgadza, że to rzecz pożyteczna i robota idzie prędko, lecz naprawdę to się pracuje, bo nikt nie chce marznąć. (…)

1 listopada 1940. Wszystkich Świętych. Mimo silnego mrozu myjemy się na dworze, lecz jemy już w dusznym budynku. Co dziesięć metrów stoją tam olbrzymie piece z cegły i chłopaki palą jak szatany. Dom nasz nazywa się już oficjalnie w języku obozowym stajnią.

3-go wzmocnili nam straże. Dziś wartownicy stoją we wszystkich sześciu narożnych budkach, a dookoła krążą patrole z psami. Wzbudza to liczne domysły.

Rzucam niemiecki, którym się zajmowałem w zeszłym miesiącu i biorę się za rosyjski. Pozwolono nam dziś pisać listy. Nasz adres brzmi: ?Moskwa. Skrzynka pocztowa II P 43″. Dziwić się będą w domu zobaczywszy, że mamy Pocztowyj jaszczik do dyspozycji i to w Moskwie. Zarazem zapowiedziano, że listy przejdą przez cenzurę i że nie wolno pisać o miejscu pobytu.

Wracam do starej nazwy obozu. Dlaczego im zależało na jej ukryciu? Nawet na książkach powycierali z czołowych stronic pieczątki, cóż, kiedy ktoś, kto te pieczątki stawiał, poprzybijał je w środku na wielu stronicach. O to już nie dbał wycierający i stempel ?Tubsanatorja Pawliszczew Bor” pozostał.

7-go wypada sowieckie święto.  Błoto jak nigdy, pewnie nie uda się defilada w Moskwie. U nas uczczono uroczystość dając nam galaretkę  na  mięsie  na kolację. Na bramie wiszą z obu stron flagi, a pośrodku sterczy duża gwiazda. Staliśmy właśnie przed  bramą, kiedy trzech żołnierzy NKWD niosło flagę. Ktoś rzucił „Te, Franek, trzej królowie idą”. Szli naprawdę jak kolędnicy. Wszyscy  ryknęli śmiechem, a ci  stanęli  nie rozumiejąc, co się stało.  Mieli takie miny, że wywołało to ogólną radość i wszyscy ryczeli ze śmiechu jak opętani. Później politrucy robili dochodzenie, lecz do żadnego rezultatu nie doszli. 9-go posyłam pierwszy list do Mamy do Warszawy. W  nocy  był silny  mróz, a później  padał śnieg. Myjemy się nadal na dworze, nie takie to straszne, zawsze się zdąży uciec zanim mróz da się we znaki. (…)

6-go (stycznia – red.) wzywali kilku z nas do pierwszego bloku i wypytywali to samo co w Kozielsku, sprawdzając z poprzednimi zeznaniami. Liczyli na naszą krótką pamięć, jeżeli ktoś zmyślał. Komiczną przygodę miał podchorąży Poczobut z 23 kompanii. Odpowiadał po rosyjsku i doczepił do któregoś z wyrazów niepotrzebny dźwięk, co kiedyś było oznaką szyku w Rosji. Moskale to spostrzegli i zarzucili mu oszustwo twierdząc, że musi być oficerem. Poczobut, próżny człowiek, przeczył, ale był zadowolony, bo lubi się chwalić. Wzywano go też z tego powodu na badanie wielokrotnie. (…)

Na północ

6  czerwca o godzinie 4.30 zbudzono kompanie od 13 do 22. Według zwyczaju izolowano nas od reszty obozu i dziesiątkami szliśmy wymieniać bieliznę. Dano nam koszule z czarnego miękkiego materiału i onuce. Bardzo niewielu dostało również trzewiki. O godzinie 18 mieliśmy łaźnię i zarazem rewizję. Pozwolili zebrać noże do worka, żeby je zawieźć osobno. Fryzjer przemycił kilka brzytew w podwójnym dnie kuferka własnej roboty. Mnie żołnierz rewident wylał herbatę z manierki, żeby zobaczyć, czy czegoś w niej nie schowałem.

Około godziny 21.30, robiło się już ciemno, kiedy wychodziliśmy z obozu. Nasi Łotysze zebrali się przy klubie i poczęli śpiewać, co myśmy podchwycili. Politrucy musieli biegać dookoła ?korpusu”, aby dostać się do nich, bo ze strony bramy zagradzały druty kolczaste. Słychać tam było jakieś krzyki, widać awantura. Śpiew w lesie zrobił duże wrażenie nawet na naszej eskorcie, słuchali w milczeniu nie przerywając. (…)

7  czerwca. O godzinie 6.30 rano wchodzimy do wagonów. Po raz pierwszy odkąd podróżujemy pod rosyjską opieką jest dosyć miejsca, w małym wagonie jedzie trzydziestu pięciu, a w dużym siedemdziesięciu pięciu ludzi. Mam wspólną półkę z Jurkiem Szydłowskim, opowiada mi o Lublinie. Zwykłą rzeczy koleją odczekaliśmy sześć godzin ?za bilet” zanim pociąg ruszył. (…)

9-go wieczorem przejeżdżamy Bołogoje pod Leningradem. Tu widzieliśmy kilka kobiet ubranych we wspaniałe futra, jakich nie powstydzono by się w żadnej ze stolic europejskich. Był to ogromny kontrast w stosunku do tego, co się dotąd widziało. Są więc ludzie w Rosji żyjący na wysokiej stopie. (…)

22-go w Boże Ciało minęliśmy tor do Kandałakszy. O godzinie 3 dostaliśmy się na zelektryfikowany odcinek linii i zmieniliśmy lokomotywę. Pociąg pędzi teraz z szybkością chyba 70 km na godzinę. Wjeżdżamy w góry, tor kręci i krajobraz zmienia się szybko jak na ekranie, mijamy coraz to inne zalesione grzbiety, to znów piękny wodospad i wielką elektrownię. Na jakimś dużym jeziorze stoi jeszcze lód i tylko przy brzegach odtajało, chociaż dzisiaj to już prawie połowa czerwca. W pobliżu Murmańska widać na szczycie ściętej góry małe lotnisko. Jak trudne musi być lądowanie na tak małej przestrzeni ? a może to nam się tylko tak wydaje z pociągu.

O godzinie 17 przyjechaliśmy do Murmańska. Po drodze spotkaliśmy sporo białych wagonów-chłodni, przy nich leżały stosy drewnianych ramek, w jakich przewozi się duże pociski artyleryjskie, lecz pewnie te są na ryby mrożone.

Wyładowano nas na rampie węglowej. Kobiety z dużymi szuflami pracują przy węglu. Maszerujemy przez miasto – wygląda ono na jakieś dziesięć tysięcy, eskorta mówi o trzydziestu, a statystyka sowiecka podaje sto tysięcy. Drewniane domki są bezładnie porozrzucane, baraki pokryte papą. Miasto zajmuje duży obszar, lecz nie widać tu żadnego planu, niewielka ilość olbrzymich budynków jest rozproszona i stoją one częstokroć skośnie do ulicy. Brak jest chodników i ulice są brukowane kocimi łbami, albo też i nie brukowane wcale. Błoto ogromne i miejscami kałuże tarasują ulice. Na niektórych murowanych gmachach widać pęknięcia ściągnięte klamrami, budowano je na pewno pośpiesznie w zimie, w czasie mrozów. Wiele domów robi wrażenie nie wykończonych, wnęki balkonów są pozabijane dyktą, w oknach deski zamiast szyb i blaszane kominy wychodzą przez nie. Weszliśmy w dzielnice długich niskich baraków, między nimi stoją rzędy pootwieranych ustępów, wiele z nich w ogóle nie ma drzwi. Nie ma tu kanalizacji i woda z nieczystościami płynie wzdłuż ulic, zaduch okropny, zwłaszcza obok szpitala, który mijamy. Murmańsk jest dużą bazą na północy, lecz nigdzie nie widzieliśmy w Rosji tak nędznego miasta.

Przechodnie niewiele się nami interesowali z wyjątkiem dzieci. Jakiś człowiek zaczął nam co prawda wymyślać, lecz nagle zamilkł, gdy się dowiedział, że nie jesteśmy Niemcami. Szliśmy wzdłuż toru kolejowego, który biegnie poza miastem na wysokim nasypie. Trzeba było schodzić w dół i znowu drapać się pod stromą górę. Dręczyło nas pragnienie i niektórzy pili wodę z błotnistego strumyka. Mijaliśmy druty dużego obozu, poza którymi było widać mężczyzn i kobiety, niektóre z dziećmi na rękach, mali chłopcy czepiali się drutów wołając coś do nas. Były to wsie ukraińskie wywiezione do przymusowej pracy, tu ich używano zdaje się do sypania nasypów kolejowych.

Nie ma gdzie spać, część idzie grać w karty, a my łazimy szukając, gdzie by się przytulić, wreszcie lokujemy się na jakimś strychu. Rano na nasze miejsce przychodzą ci, co grali, a my grzejemy się na słońcu. Dzień różni się tu od nocy tym, że jest trochę cieplej, słońce zachodząc dotyka tylko horyzontu, chowa się na chwilę, przez godzinę jest szarawo i znów słońce się wynurza.

13  czerwca. Dają nam jeść dwa razy dziennie. O 5 rano na śniadanie pół litra zupy, o 12 gorącą wodę i o godzinie 5 po południu znów pół litra zupy, a czasem trochę kaszy. Raz dziennie fasują porcję chleba i dwie kostki cukru. Jesteśmy głodni, lecz gorsze jest czekanie na posiłek, kiedy zbliża się piąta, przed kuchnią zbierają się tłumy i trzeba czekać dwie godziny w ogonku, aby oddać kartkę w okienku i dostać rację.

14  czerwca Otworzyli dziś sklepik, ceny pięć razy wyższe niż w Juchnowie. Nie chcieliśmy dziś pracować z racji niedzieli, zjawili się Moskale z karabinami i zaczęli ładować broń. Grozili strzelaniem, była wielka awantura, w końcu poszliśmy zasypywać błoto ziemią i niwelować obóz. To nasi „inżynierowie” jak ich nazywamy, żeby się przypodobać bolszewikom, pobiegli do nich z planem niezbędnych robót…

Obóz nasz nazywa się „punktem przejściowym”. Zastaliśmy tu jeszcze kilkunastu więźniów Rosjan, należących do stałej obsady obozu. Dzielą się oni wyraźnie na dwie grupy, pierwsza licząca zaledwie kilku ludzi ma nowe watowane ubrania i przy każdej okazji pod niebiosa wychwala Stalinowską konstytucję i ustrój sowiecki. Trudno uwierzyć jednak w ich szczerość, jeden z nich posiada rewolwer, co dowodzi że jest tylko przebranym enkawudzistą. (…)

Każdy z Rosjan zapytany dlaczego tu jest, odpowiadał, że go wtrącono chyba przez pomyłkę, bo jest niewinny. Ale powoli rozgadali się. Mały chłopak mający może czternaście lat był tu już po raz drugi za kradzież zegarka. Stary wieśniak, który opowiadał o życiu w kołchozie, dostał się za „przeciwpaństwową agitację”, ponieważ wyraził swe niezadowolenie z powodu organizacji kołchozu.

Zaraz po przybyciu do obozu zdarzyło się kilka kradzieży. W jednym wypadku bolszewicy zdołali odszukać „i odebrać od więźniów długie buty, dziwili się przy tym naszej lekkomyślności, jak to wieszaniu zegarka na gwoździu, czy też pozostawianiu rzeczy bez opieki.

Drogą ponad obozem idą ciągle transporty wojskowe. Patrole myśliwskie po dwa samoloty krążą stale nad Murmańskiem i zatoką. Są to samoloty typu Curtis zwane przez Moskali Katiuszą. Latają dwadzieścia cztery godziny na dobę, zmieniając się jak wartownicy. W dzień widać również wodnopłatowce nad morzem.

Przyjechała następna grupa z Kozielska – straż graniczna i policjanci. Jakoś zaplątał się z nimi Jurek Czarnecki i znów jesteśmy razem.

Podobno stosunki rosyjsko-niemieckie uległy zaostrzeniu. Szczegóły są nieznane, nie ma tu radia ani gazet, listów też pisać nie wolno – jesteśmy zupełnie odcięci od świata. Urządziliśmy owacyjne przyjęcie za śpiewem naszym Łotyszom, kiedy ich wprowadzono do obozu.

Żołnierze, którzy nas pilnują, nie mają czerwonych czapek NKWD, to jakiś inny rodzaj, przeważnie byli więźniowie, którym dano do wyboru albo posadę strażnika, albo… dalszy pobyt w obozie. Wielu z nich przysłano tu za karę z pułków w głębi kraju. Ci striełki są z kolei pilnowani przez enkawudzistów, którzy tu się czują daleko bardziej panami i są o wiele bardziej skłonni do rozmów niż ich koledzy w Rosji. Kiedy mówiliśmy o wielkiej ilości obozów na północy, ktoś wspomniał, że wywiezione z Polski rodziny pewnie są w takich obozach, na co podoficer NKWD śmiejąc się zaprzeczył i powiedział, że rodziny są na wolności „Zresztą” dodał „czy ich tak dużo wywieziono”. Na naszą odpowiedź, że trudno by zliczyć, lecz w każdym razie były to masy, zapytał ile tam było ludności na tym obszarze Polski. Dowiedziawszy się że trzynaście milionów, wzruszył ramionami i powiedział: „U nas więcej ludzi siedzi w więzieniach, niż ich tam macie w całym kraju. Kilka tysięcy mniej czy więcej nie ma znaczenia”. Nie wiem, czy trzynaście milionów ludzi siedzi w sowieckich obozach koncentracyjnych, ale przy samym torze kolejowym od Leningradu do Murmańska widziałem tych obozów kilkadziesiąt… (…)

 

Przez Murmańsk na Półwysep Kola

20 czerwca. Wczoraj słońce wcale nie zaszło. O godzinie 20 wychodzimy z obozu. Wielu Polaków przeszło już tym szlakiem od 1939 roku, zapewniali nas rosyjscy więźniowie. Mówili też o polskich oficerach, ale ich zdania były sprzeczne i nie bardzo się zgadzały z naszymi wiadomościami.

Najpierw nas liczą znacząc pałeczki na papierze, potem obejmuje nas nowa eskorta. Znowu NKWD. Oprócz zwykłego konwoju z boków idą grupki z ręcznymi karabinami maszynowymi, przechodząc z pagórka na pagórek, stale w pewnej odległości od kolumny. Oficer, dowódca eskorty, jedzie na chudym koniu. Tu przypomina się śmieszna historia z ostatniego obozu. Byliśmy zdziwieni widząc w pobliżu naszych drutów pracujące piękne, tłuste konie, jakich się nie widzi w Rosji. Wkrótce mogliśmy się im przypatrzeć z bliska – miały w grzywach albo w ogonach sznurki z plombami, na których był wyciśnięty litewski napis Szaulai, to jest Szawle. Nawet konie były zsyłane do pracy na północ z podbitych krajów! Tego samego dnia przypadkiem od szofera dowiedzieliśmy się o mobilizacji starszych roczników i zastrzeliliśmy politruka tą wiadomością. Koniecznie chciał dociec, skąd to wiemy. Ktoś się roześmiał i powiedział „to takie proste, u was wszystko można wiedzieć, na przykład” – tu wskazał na konie – „te konie przywieziono z Litwy”. Moskal patrzył z niemym zdumieniem, a gdy mu powiedziano, aby obejrzał plomby, jeżeli nie wierzy, klął pod nosem. Śmiano się z jego głupiej miny.

Spotkany przez nas szofer Polak, po przyjściu bolszewików do Polski, okazał wiele entuzjazmu dla nich i pracował na „dobrej posadzie”. Po jakimś czasie zwrócił się do swych przełożonych z prośbą o należny mu urlop, a kiedy mu odmówiono począł narzekać, na porządki sprzeczne z umową zbiorową i przepisami tak święcie gwarantowanymi. Przysłali go więc do Murmańska aby ochłonął. (…)

Idąc cały czas szosą weszliśmy do Murmańska i około godziny 12 w nocy do portu. Mimo tak późnej pory było na ulicach dużo ludzi i dzieci biegających. Nie rozumiem nic, bo chociaż widno jest, ale przecież trzeba kiedyś spać. Nie spotykało się w   Polsce,  aby  brzdące bawiły  się  o  północy na  chodnikach i ogonki stały przed sklepami jak tu.

Idziemy wzdłuż portu. Po prawej stronie otoczony drutem skład artyleryjski i stosy skrzyń z pociskami do dział, po lewej stronie olbrzymi aparat podsłuchowy obraca się wolno w stronę północną i zachodnią. Patrole myśliwskie składają się teraz z trzech samolotów, oto jeden z nich zniża się i niknie za górą, lecz na jego miejsce inny pnie się do góry, i tak bez przerwy całą dobę. Sporo benzyny wylatują. Obok małego domku leży olbrzymi głaz wielkości domu, a w nim wyrąbane są schodki i na szczycie miejsce do siedzenia jak w fotelu.

Zatoka Murmańska jest długa i kręta, morza stąd nie widać, do przeciwległego brzegu będzie ze dwa kilometry. Wchodzimy na drewniane molo, na którym leżą stosy bomb lotniczych. Każda z nich waży chyba ze 200 kilogramów, a może mniej, mają po półtora metra długości. Nikt ich nie pilnuje. Jeden pocisk albo bomba z góry, a kilka ładnych ton trotylu poszłoby w powietrze.

„Bilet”, czyli pozwolenie na załadowanie kosztował nas pięć godzin czekania. Przypłynął statek około 12000 ton i wcisnął się między małe okręciki obrony wybrzeża. Nazywa się „Klara Cetkin”. Czy też ta pani Cetkin domyślała się, że na statku jej imienia będą przewozić więźniów? O godzinie 5 rano wchodzimy na pokład, aby wnet zejść na samo dno. W wielkim towarowym luku jest miejsce na 700 ludzi. Przygotowano się na 1000, wepchnięto nas tam 3000. Nie ma nawet mowy, żeby wszyscy leżeli, taki ścisk, że nawet trudno jest usiąść. W górze luku jest duży właz, teraz do połowy otwarty, przez który opuszczają towary, a gdzie obecnie umieszczono schody. Na dnie stoją dwupiętrowe prycze i na dolnym piętrze jest zupełnie ciemno. Kilku pasażerów wdrapało się wysoko na spojenia żeber okrętu (jest tam dość szeroki parapet) i tam rozkładają swoje rzeczy.

22 czerwca.- Wydano nam cukier na trzy dni, 800 gramów chleba i półkilogramową konserwę grochową na dwóch. Przynieśliśmy sobie do tego wiadro zimnej wody. Ogromny kłopot jest z ustępem. Moskale puszczają tylko po czterech na pokład i na schodach stoi kolejka na wszystkich stopniach ku niezadowoleniu mieszkających pod spodem, bo schody zbite byle jak  z nieheblowanych,  cienkich  desek, trzeszczą niepokojąco.

Czasem trzeba czekać cztery godziny zanim człowiek wydostanie się na pokład z lekka kołyszącego się statku…

24 czerwca. Dzisiaj są moje imieniny, a tu jesteśmy głodni. Niektórzy dostają biegunki od zimnej wody. Na pokładzie, na przodzie stoi dwóch żołnierzy, a przy każdym wejściu jeden i na mostku karabin maszynowy z obsługą. Po co? Morze jest spokojne, płyną białe kry. W pewnej chwili Moskale narobili krzyku, podobno zobaczyli misia na płycie lodowej.

Statek zatrzymał się na chwilę, więc ktoś od razu puścił plotkę, że w pobliżu jest fińska łódź podwodna – ktoś już widział na własne oczy fińską flagę. Jestem pewny, że nikt by nie odróżnił fińskiej od norweskiej czy też brazylijskiej.

26 czerwca. Zmniejszono nam o połowę rację żywnościową. Jest naprawdę głodno, a w dodatku zaczyna huśtać.

28 czerwca. Stoimy długo na miejscu. Wczoraj nie dali nam jeść tłumacząc, że wyładowali żywność, a przyszła burza i nie mogą nas teraz wyładować. Sidelnik, jeden z dyrektorów robót w Juchnowie, który trochę lgnął do bolszewików, przyniósł z góry wiadomość o wojnie. Na statku radość. Poczynamy śpiewać, pierwsi zaczęli ci, co mieszkają na parapecie. Nigdy dotąd nie słyszałem tej ładnej piosenki o Pomorzu, powstałej tuż przed wojną. Będziemy bić się o Pomorze… (…)

Nowa podróż

12 lipca. Na przystani stoją małe kutry motorowe – czy można na takiej łupince uciec i przebyć 500 kilometrów? Zresztą w osadzie jest radiostacja, na pewno złapią w drodze. Wywożą nas podobno na południe, może do Archangielska, może spotkamy tych z Ziemi Franciszka Józefa i tych z Nowej Ziemi, o których nie ma już tak dawno wiadomości.

O godzinie 3 załadowano nas na barki, a o 5 zaokrętowano na „Ałdan”, statek jakieś 5000 ton. Co to może znaczyć? Ałdan? ? podobno jest to nazwa dużej rzeki na Syberii, dopływu Leny.

?Bilet” na wyruszenie w podróż statkiem oznacza dłuższe czekanie niż zazwyczaj na kolei, czekamy też do godziny 21, na szczęście jest nie bardzo ciasno.

13-go o godzinie 3 po południu przyjechaliśmy do Archangielska, prędzej niż przypuszczaliśmy. Wyszedłem na pokład. Widać las, miasto, ludzie się kąpią w Dźwinie. Jest ciepło. Cieszymy się, że wracamy z odciętego od świata półwyspu Kola.

14-go jeszcze siedzimy na statku. Nie dali jeść, karmienie ludzi podczas transportu morzem to burżuazyjny przesąd, mówią z pogardą.

15-tego znów nic nie ma do jedzenia. Robimy awanturę, lecz to wcale nie pomaga. Zaczynamy więc śpiewać, czego Moskale dziwnie nie mogą znieść, wkrótce też dają nam trochę kwaśnej kapusty, ryb i chleba. Pragnienie dręczy, lecz boimy się pić, surowa woda z tą kapustą i rybami to trochę niebezpieczna mieszanina.

16-go po południu wyszliśmy na ląd, na zachodni brzeg Dźwiny. Widać na drugim brzegu miasto, tramwaje. Tu tylko drewniane baraki i uliczki wyłożone deskami, a w oddali wieżyczki strażnicze kilkunastu obozów. Wpychają nas do małej klatki otoczonej parkanem i na wierzchu drutem kolczastym. W gołębnikach, to jest wieżach strażniczych, stoją żołnierze NKWD, a nie striełki jak w Ponoje czy Murmańsku.

Pakują trzystu ludzi do baraku, co zmusza nas do spania na trzy zmiany. Niektórzy próbują dosypiać na dworze, na wilgotnej trawie. Obóz ma wszystkiego 50 na 50 metrów i po przybyciu reszty transportu jest tu nas około 2500.

Dali trochę gorącej herbaty i to jest całe dzisiejsze pożywienie.

17 lipca. O 3 rano dali herbatę i pierwszą gorącą strawę. Urządzamy awanturę, a gdy to nie pomaga, śpiewamy wydzierając się co sił w płucach. Krzyki i śpiewy odzywają się również w sąsiednich obozach. Zaczął się ruch. Moskale biegają jak opętani. Otworzyli gwałtownie bramę i porwali kilku najbliżej stojących.

18-go poczęto nas karmić, 700 gramów chleba i dwa razy dziennie po ćwierć litra zupy. Śmiesznie to mało, lecz smakuje nam niezwykle, bo gotują ją na szynce, w wiadrze na dwudziestu znajduje się kilkanaście kawałeczków mięsa. Wyjmujemy je uroczyście na miskę, najpierw dzielimy zupę, a potem te kawałeczki jako drugie danie.

W nocy ci, co nie mają miejsca do spania, ziębną. Wyrywamy deski z ustępów i z płotu dzielącego nas od sąsiedniego obozu i palimy ognisko. W dwie noce ku rozpaczy bolszewików cały płot zniknął.

Wyły syreny na alarm lotniczy, lecz nie było widać żadnych samolotów.

Poszliśmy do portu nosić worki z chlebem i nareszcie, choć raz, się najedliśmy. W Archangielsku widać duże murowane budynki i drzewa. Po tej stronie rzeki są tylko drewniane magazyny i wszędzie napisy „nie wolno palić”. Idzie się ulicami z drzewa i do każdego domku prowadzi drewniany chodnik-kładka, między ulicą i domkami stoi cuchnąca, zielona woda. Widzieliśmy małą budkę, w której sprzedawano małe kromki chleba z plasterkiem jajka po dwa ruble. Moskale zrewidowali nas, żeby wypadkiem ktoś nie wziął chleba do obozu. Zamieniliśmy kilka słów przez druty z więźniami jednego z obozów, mówią że w Archangielsku jest bardzo dużo zesłanych Polaków.

20   lipca. Moskale zwolnili z aresztu tych naszych kolegów porwanych kilka dni temu. Ci aresztanci na czysto wygrali na tej pace, mieli gdzie spać, a jeść dostali tak jak i my. O godzinie 7 wychodzimy poza płot w rejon kuchni, tu dzielą nas na kompanie po stu i rewidują. Idziemy do pociągu ? do wagonu wsadzają po 45 ludzi. Przez cały czas pobytu w Rosji tylko raz jechałem osobowym pociągiem.

21  lipca o godzinie 3.45 rano wyjechaliśmy mając po 15 kostek cukru, kilogramie chleba i półtora kilograma sucharów na trzy dni. Widać wiele barek płynących Dźwiną. Na stacjach spotykamy pociągi z więźniami, którzy jadą jak i my na południe. Mówią o ewakuacji wszystkich obozów z Murmańska. Ci, których spotkaliśmy, wszyscy mieli krótkie wyroki do trzech lat i spodziewali się, że ich wezmą do wojska. Byli to więc zwykli przestępcy, bo polityczni dostają o wiele więcej i każdy rozumie, że ich prędko nie puszczą. Co to tej ewakuacji to może prawda a może i nie, bo przecież na nasze miejsce w Ponoje zjawili się i są tam teraz nowi więźniowie.

22-go dojechaliśmy do Wołogdy, przebyliśmy więc pewnie ze 400 kilometrów. Wywierciliśmy nożem dziurę w ścianie wagonu i teraz możemy podczas jazdy patrzeć i widzieć, co się dzieje na świecie. Dali po dużej beczce śledzi na wagon, wypadło po jedenaście sztuk na każdego.

23-go tkwimy cały dzień na bocznym torze w okolicy Jarosławia. Pozwolono nam przynieść cztery wiadra-wody, przynieśliśmy sześć, ale i to mało. Dokucza pragnienie. Niektóre wagony dostały jeszcze mniej wody i awanturują się. (…)

10.000 Polaków

28  lipca. To miejsce nazywa się Talica i znajduje się 350 kilometrów na wschód od Moskwy. Moskale jednak nazywają je Jużskij Obóz od powiatowego miasta Juza. W tym obozie się nie pracuje, przeto w myśl sowieckiej zasady „kto nie pracuje, ten nie je”, karmią nas bardzo marnie. Jest tu nas Polaków około 10 000. Odrutowany obóz podzielony jest na dwie części przedzielone kuchnią. Rano przepędzają wszystkich na naszą stronę, a później wpuszczają dziesiątkami w rejon kuchni, gdzie każda dziesiątka dostaje zupę, a jeśli obiad to i kaszę. Kiedy wpuszczą setkę, zamykają bramę wejściową i wyganiają tych, co zjedli, na pustą stronę obozu. Trwa to godzinami i jak tylko ostatni skończą śniadanie, już zbiera się pierwsza setka na obiad. To chodzenie z jednej strony obozu na drugą trwa cały dzień. Dziesiątki dobierają się na chybił trafił i zdarzały się wypadki, że ktoś, wziąwszy kaszę na dziesięciu, znikał. Jedzenie jest bardzo rzadkie i mało pożywne i jesteśmy cały dzień głodni. Mam jeszcze kurzą ślepotę, co zauważyłem dopiero wieczorem, nie mogę wyjść w nocy, nie znam obozu i mógłbym długo chodzić zanim wróciłbym do swego baraku. Na północy byliśmy w okresie białych nocy i tam ślepota nie przeszkadzała nam wcale, tyle że w baraku było trochę ciemnawo, tutaj to zakrawa na katastrofę.

29   lipca. Moskale wezwali dziś starszych podoficerów i polecili im sformować kompanie i bataliony. Powstał przy tej okazji wielki ruch w naszej części obozu, bo każdy stara sobie dobrać paczkę według swego gustu. Razem z nami jest około 7000 jeńców, których wzięto przeważnie na południu Polski. Pierwszy rok siedzieli na Ukrainie i pracowali w kopalniach. Wywieziono ich dalej dopiero na wiosnę następnego roku. Widocznie taki jest system, to samo było z obozami oficerów w Starobielsku i Kozielsku, tak samo było i z nami. Różnica polegała jedynie na wielkości wywożonych grup: oficerów jeńców wysyłano po dwustu, a nas okrągłymi tysiącami. Pytaliśmy się o Polaków z Nowej Ziemi. Nikt tu o nich nie słyszał. Ci, którzy tu byli, byli wywożeni do republiki Korni koleją i pracowali na szlaku kolejowym. Byli podzieleni na odcinki kolejowe, a potem z kolei na kolumny i brygady. Nie wszyscy wrócili, część jeszcze została zatrzymana na trasie. W niektórych kolumnach wymarło do dwudziestu procent, większość chorowała na różne choroby i wszyscy oni wyglądają okropnie, wielu ma całe nogi w ranach, albo też sinych plamach szkorbutowych, gdy nacisnąć palcem łydkę, wgłębienie pozostaje. Kurza ślepota jest tak powszechna, że Moskale obiecują dać tran. (…)

Co jakiś czas chodzimy do lasu zbierać drzewo na opał, a właściwie przyciągamy długie cienkie sosenki. W okolicy jest pełno zrąbanego drzewa, specjalne partie chodzą ciąć las. Byliśmy raz na takiej robocie i kupiliśmy sobie trochę jagód od dzieci i bab z kołchozu. Ci, którzy stale chodzą za druty, handlują tam. Wobec dużego popytu ceny rosną, początkowo szklanka jagód kosztowała rubla, dziś za słoik trzeba płacić pół albo i porcję chleba, a za menażkę 20 rubli. To samo dzieje się z ogórkami, które z rubla skoczyły na trzy. Bardzo poszukiwane ze względu na witaminy są pomidory i cebula. Jeżeli uda się nam zdobyć trochę jagód, mieszamy je z cukrem i robimy marmoladę do chleba. Dostaliśmy po trzy łyżki tranu i kurza ślepota przeszła, a było naprawdę kiepsko – wielu ludzi przeziębiło sobie pęcherze na północy w mrozach i biegają po kilka razy w nocy. Dużo też choruje i w obozie są aż dwa szpitale, nazwa trochę za szumna dla dwóch marnych baraczków.

Rąbałem drzewo na opał dla dezynfektora i znalazłem łyżkę, z czego się bardzo ucieszyłem, bo mogłem wyrzucić starą złamaną. Ci, którzy byli w Korni, mówią, że łyżka była tam skarbem, bo jeśli ktoś zgubił swoją, musiał zupę pić z kociołka. A jeżeli jakiś męczennik zgubił miskę, musiał dołączyć do partii sobie podobnych i jeść z pożyczonej, co rzadko było wygodne.

Głośnik obozowy podał, że ?5 sierpnia przybył do Moskwy polski ambasador i misja wojskowa z generałem Szyszko-Bohuszem”. Chociaż Moskale zmniejszyli straż i obiecali w ogóle nas  nie  pilnować,  bo  przecież już jesteśmy wolni, nasi jeńcy jeszcze nie wierzą.

15 sierpnia. Po raz pierwszy od czternastu miesięcy, a jeńcy od dwóch lat, zebraliśmy się na wspólną modlitwę. Na zakończenie śpiewaliśmy Jeszcze Polska nie zginęła… . Moskale nic nie mówili. Postanowiliśmy zmienić ustrój kuchenny.  Internowani mają mieć kuchnię razem z jeńcami. Zdaje się, że bolszewicy są zamieszani w kradzieże prowiantu, dlatego to tak tępo idzie. Wiemy teraz dokładnie, jak wygląda nasza porcja. Oprócz chleba mamy trzy razy dziennie zupę. Do kotła 150-200 litrów wrzucają 4-6 kg jaglanki, 10 kg ryby konserwowej lub solonej, 10 kg ziemniaków, 2 kg makaronu, 200 gramów mąki i ostatnio dla zagęszczenia dodają liści buraczanych lub kapuścianych. Takiego specjału wypada trzy ćwierci litra na głowę, chodzimy więc głodni jak psy. (…)

Rozpoczęto wypłacać po pięćset rubli jako odszkodowanie za siedzenie w więzieniach. Pierwsi dostali jednorublówki, następni trzy i pięcio-rublówki, a ja dostałem 30 rublowe banknoty – pierwszy raz widziałem tak dużo sowieckich pieniędzy. Ruch na naszym kercelaku przy bramie wejściowej, gdzie zwykle łapie się powracających z lasu, wzmógł się niezwykle i ceny poczęły wariacko skakać do góry. Za 700-gramowy słoik miodu, który kosztował 50 rubli, żądano 120 rubli, za masło brano po 50-60 rubli, za pół kilograma baraniny 30 rubli.

Moskale puszczali teraz każdego, kto chciał wyjść z obozu, zaczęło się tedy odżywianie. Na wszystkie strony świata ruszyły wyprawy kupując, co tylko było do zjedzenia. Przynoszono, ba nawet przywożono do obozu żywność, przyprowadzano barany, czasem wieprzki i nawet krowy. Zwykle tłum czekał na mięso. Moskale patrzyli zdumieni i nic na razie nie mówili. Jeszcze niedawno zarzucali nam kłam, gdyśmy mówili jaka była porcja żołnierska w polskim wojsku, bo ?gdzie to możliwe, aby człowiek zjadł na raz 250 gramów mięsa”, a było to w czasie, kiedy dawali nam po 25 gramów na osobę. (…)

Rezultatem otwarcia obozu były liczne zaburzenia żołądkowe z zatrucia  i przejedzenia. Jeżeli ktoś od  roku chodził głodny, a teraz wcisnął w siebie kilogram baraniny, jakiś skutek musiał być – lekarze mieli sporo kłopotów.

Jednak to prawda, że sowiecka kuchnia wyleczyła wielu ludzi. W Polsce pacjent chory na nieżyt żołądka pościł przez sześć dni, a siódmego odbijał sobie za cały tydzień i pogarszał swój stan. Tu bolszewicy dawali przeważnie kaszę i rzadkie zupy na tłuszczu roślinnym, a ponieważ na ogół to mogło przypominać wzorową dietę odtłuszczającą, więc mogli osiągnąć świetne wyniki leczenia. (…)

Przyjechał pułkownik Sulik Sarnowski i gdyśmy się zebrali, odczytał rozkaz organizacyjny armii polskiej na Wschodzie. Żołnierze myśleli, że kryje się w tym jakiś podstęp, lecz znaleźli się podoficerowie, którzy znali go z Polski, więc na ogół uwierzono, chociaż jego cywilne ubranie nie podobało się mocno. Pod koniec swego przemówienia pułkownik zażądał, aby wystąpili oficerowie. Moskale byli pewni, że wyłowili wszystkich, lecz ku ich zdumieniu wystąpiło szesnastu, między nimi pułkownik Seybal. Bolszewicy nie wierzyli swoim oczom, i jedna z ich urzędniczek rzekła z przekąsem a wot i wasze NKWD.

29 sierpnia. Komendantem obozu został pułkownik Seybal, ubrany jak wszyscy jeńcy w nędzne wytarte ubranie. Żołnierze przypatrywali mu się ciekawie, pracował długi czas między nimi i codziennie wydawał im herbatę. Między żołnierzami był również porucznik Stefan Orzechowski i porucznik Święcicki. W niektórych wypadkach żołnierze wiedzieli o nich dobrze, lecz uważali ich przebywanie między nimi za rzecz normalną.

Dziś zaczęła urzędować komisja poborowa i spisywać dane. Jako dzień wstąpienia do armii zaliczono 24 sierpień. Spodziewamy się wyjazdu. Rosjanie mówią o tworzeniu armii czeskiej, lecz z kogo? Ostatnio był zjazd słowiański w Moskwie, widać w Rosji wraca moda na panslawizm, bo radio dużo o tym opowiada. Z Polski byli na zjeździe Januszajtis i Wasilewska, i ani rusz nie umiemy odgadnąć, co to ma znaczyć. Nie wiadomo czy generał Januszajtis przyjechał z Anglii, czy też był tutaj? Co do Wasilewskiej to wszyscy wiedzą, że po przyjściu bolszewików do Polski zmieniła Polską Partię Socjalistyczną na Partię Komunistyczną. (…)

Oficerów z grupy internowanych wieziono, tak jak i nas, na północ, ale wybuchła wojna, więc ich zatrzymano po drodze w obozie w Griazowcu, skąd ich zwolniono. Ze Starobielska i Ostaszkowa nie ma nikogo.

28 września, niedziela. Mróz pięć stopni, idziemy na nabożeństwo luźnymi grupami. Mamy nowego dowódcę kompanii, porucznika Janickiego. Kapitan Michulka odszedł do referatu kulturalno-oświatowego, który ma organizować przedstawienia i wydawać gazetę ścienną. Ogłoszono konkurs na jej tytuł.

1 października. Spadł pierwszy śnieg. Ludność mówi o srogiej zimie w tej okolicy, a nam brak ubrań i butów. Namioty są bez piecyków i jest zimno.

4 października. Wystarałem się o przepustkę do Saratowa, aby kupić nowe okulary i obejrzeć miasto. Na stacji kasa była zamknięta i nie można było znaleźć pociągu. Wsiedliśmy do pierwszego z brzegu wagonu na stacji, który na szczęście pojechał w dobrą stronę. Przyszedł jakiś kolejarz, powiedzieliśmy mu, że nie można było kupić biletów. Wziął od nas po osiem rubli i poszedł sobie nie dawszy żadnego kwitu. Na pewno nie miał nic wspólnego ani z pociągiem, ani z biletami, a po prostu skorzystał z okazji.

Pociąg jechał niezbyt szybko, a przed Saratowem stanął i stał tak długo, że zdecydowaliśmy się iść na piechotę. Stacja była zapchana zbiegami z Ukrainy, opowiadali o bombardowaniu Charkowa przez Niemców. Dużo pociągów idzie na północ z maszynami. Rosjanie wywożą wszystkie fabryki, a czego nie mogą zabrać, niszczą. Podobnie postępują z żywnością, co przychodzi im łatwo, bo wszystkie produkty są w magazynach kołchozów i tylko drobne ilości w rękach prywatnych. Jeżeli tak jest naprawdę, to głód ponownie nawiedzi Ukrainę. Władze i NKWD uciekają najpierwsze, widać nie bardzo im się śpieszy do pozostania między Ukraińcami, kiedy będą nadchodzili Niemcy.

Kupiłem w księgarni kilka nowelek angielskich. Nie można tu nabyć żadnej książki w obcym języku, oprócz wybranych krótkich tekstów do użytku szkolnego, i to zawsze zaopatrzonych w komentarz i słownik. Szukaliśmy Gogola i Szołochowa, lecz nie znaleźliśmy ani jednej książki z literatury pięknej, wiele natomiast propagandowych broszur i sporo książek fachowych. Wyjątek stanowiły książki niemieckie, pięknie ilustrowane stare dzieła. Napotkałem między nimi ślicznie wydany opis wyprawy Nansena, ale jak tu zabrać trzy wielkie tomy? Książki te leżały na półkach nie kupowane. Po oprawach domyślam się ich pochodzenia z bibliotek prywatnych. Księgarz powiedział nam, że przywieziono je z miasta Engels, spoza Wołgi, stolicy republiki Niemców Powołża. Republika ta liczyła około dwóch milionów mieszkańców i posiadała najlepsze grunty w Rosji. Mieszkańcy jej przybyli tu dość dawno za czasów carskich, dzisiaj nie ma już tej republiki ? gdy wojna wybuchła bolszewicy wywieźli jej ludność na Syberię.

Ci Niemcy powołżscy gospodarzyli dobrze i ich kolonie były najładniej zabudowane, jakie w ogóle widzieliśmy w Rosji. Podobno umieli sobie dać radę nawet z ustrojem sowieckim i prześlizgiwali się przez gąszcz przepisów sowieckich. Mieli kołchozy, jak wszędzie w Rosji, ale powodziło im się dobrze, zarząd republiki, władze, policja, a nawet NKWD były złożone z Niemców. Pewnego jednak pięknego poranka Moskale aresztowali miejscowe NKWD, później rząd autonomicznej republiki, zlikwidowali urzędy i instytucje komunistyczne, a później wywozili całymi miastami i okręgami. Dziś w Engelsie słychać tylko mowę rosyjską, a często i ukraińską uchodźców z terenów objętych wojną. Są jednak nadal bezludne ulice o oknach pozabijanych deskami. Tych Niemców musiano jednak wywieźć gdzieś bardzo daleko, bo podczas naszego pobytu w Rosji nie spotkaliśmy nigdzie ani jednego Niemca.

Wieczorem kupiliśmy sobie kilka kanapek po 3 ruble sztuka i jedziemy na dworzec. Czas miejski różni się o godzinę od stacyjnego; na kolejach jest wszędzie czas moskiewski, w miastach czas odpowiedniej strefy. Wyobrażam sobie, jak to wygląda we Władywostoku. (…)

6 października. Wypłacono nam żołd. Kapral, to niby ja, dostaje 100 rubli, starszy strzelec 28, strzelec 25, a rekrut 8 rubli. W obozie kwitnie handel, są już specjaliści od wypraw po żywność, lecz największy popyt jest na machorkę.

12 października. Zaczęły padać deszcze i jest zupełnie chłodno, błota do pół łydki. Stan butów jest rozpaczliwy, w naszym namiocie mamy dwie pary jakie takie, reszta niemiłosiernie cieknie. Siedzę i szczękam zębami – nie ma co, trzeba robić piecyk.

Idę ze strzelcem Pankowskim, wyłamujemy kawał blachy ze starego dziurawego zbiornika i przez kilka godzin bijemy blachę raz koło razu żelaznym łomem, aby jej nadać pożądany kształt. Kilka cegieł i piec jest gotowy. Robię znów wyprawę ze strzelcem Groberem do dowództwa dywizji, gdzie stoi dużo domków z pourywanymi rynnami, sztuka polega na tym, żeby-znaleźć kawał nisko wiszącej. Wreszcie się taki znalazł, mamy więc komin i teraz w namiocie jest ciepło i miło.

Mrozy saratowskie

Błoto to największa nasza plaga w tym miesiącu. Deszcz pada, a nie ma gdzie suszyć ubrania. Podobno dziesięć tysięcy butów płynie dla nas Wołgą z Kazania, lecz kto uwierzy w tę opowiastkę? Moskale dali nam trochę mundurów zabranych w państwach bałtyckich, niektóre z tych mundurów nadają się tylko do operetki. Na razie nasze wojsko ubrane jest najdziwaczniej, jedni w ubraniach cywilnych, drudzy w watowanych Majkach i baszłykach przywiezionych z północy, poza tym mundury polskie, sowieckie, litewskie, estońskie i łotewskie. Butów właściwie nie mamy.

13 października. Zaczął się mróz i zawieje śnieżne. Ludność opowiada o burzach w zimie zwanych buranami, które trwają po kilka dni. Śniegu na razie około 20 cm i w namiotach ciepło. Niedawno nadszedł „Dziennik Żołnierza” z Londynu. (…)

Czasami przyjeżdża do obozowego szpitala lekarz. Podchodzi do starszych więźniów i wita się z nimi wołając każdego po imieniu, są przecież kolegami w obozie z roku 1937, roku wielkiej czystki. Zaczyna się przypominanie dawnych znacznie gorszych lat. Do Polaków wtedy mówią objaśniając.

„Wy, żółtodzioby, Polacy, wy nie wiecie co to znaczy Korni, jak powstała ta republika, państwo w państwie. Trzeba było być wtedy tu z nami”. Ludzie wspominają Lenina jak świętego, za jego czasów był drobny przemysł, wolny handel i własność prywatna. Dopiero po jego śmierci doszli do władzy bandyci, którzy prędko załatwili się z partią. Pierwsi pod ścianę poszli starzy komuniści, mniej groźni komunistycznie nastrojeni idealiści na północ. Pusta dotąd ta ziemia zaludniła się tysiącami obozów po procesach. Pierwsi przyszli oficerowie, profesorowie – członkowie partii, po nich niezadowoleni z nowego porządku rzeczy kupcy, rolnicy i robotnicy. Wyrzucano trzystu ludzi w głuchy las. Ot, rebiata, wam łagier, strojties! Rąbali drzewa, budowali baraki i marli z głodu, bo żywność nosili na plecach koledzy. Droga tego transportu żywych szkieletów-kulisów trwała tydzień – odległość 50 kilometrów. Ile zdoła przynieść na plecach słaby człowiek trawiony pragnieniem, idąc przez błoto i oszalały od pokąsań komarów? Czy starczy jeszcze żywności dla towarzyszy w tajdze? Czy niewolnik nie zje sam wszystkiego, po drodze? Jeżeli coś donieśli oprócz worka kaszy i bochenka chleba, w obozie było święto, lecz często partie z żywnością ginęły w bagnach. Obozy pustoszały. Na ich miejsce przychodzili nowi ludzie, nowi i ciągle jeszcze nowi. Tak z wolna powstał szlak Kotłas – Uchta. Szlak północny na kościach.

„Dziś żółtodziobi Polacy codziennie macie chleb, choć 300 gramów dziennie i codziennie zupę. Umiera was najwyżej 20 procent, z nas pozostało kilku. Tak, tak, po 37 roku stworzono tę republikę więźniów, zbudowaną, obsadzoną i pilnowaną przez ludzi niewolników. Było ich miliony”. (…)

19 stycznia. Wyjeżdża dowództwo pułku i 1 batalion. Niewesoła to będzie jazda przy 35° mrozu. Byłem z wizytą u Witka Bernatowicza i Stacha Kruszewskiego. Stach został na Nowy Rok oficerem. Mówimy rozumie się o wyjeździe.

O godzinie 20.30 idziemy na stację, część rzeczy jedzie wozami. Jakaż to szalona różnica między dawnymi obdartusami a dzisiejszymi żołnierzami. Bardzo porządnie wyglądają te angielskie mundury, kłopot tylko z czapkami, przysłali nam furażerki a tu mróz, aż drzewo pęka. (…)

28-go stoimy cztery godziny w mieście Turkiestan. Spotykamy polskie dzieci, po chwili znajdują się i rodziny. Jadą na południe. Dzieci są straszliwie chude, niektóre spuchnięte z głodu. Dwoje dzieci pochowało tu ojca, który im oddawał swe pożywienie przez czternaście dni. Jeszcze w Saratowie zobaczyłem, że pracownik fizyczny dostawał 800 gramów chleba, umysłowy 600, a dziecko 400…

29-go o godzinie 7 jesteśmy pod Taszkientem, znikł zaśnieżony step, jest tu o wiele cieplej i zaczęły się Sady, winnice i pola pokryte badylami bawełny. W Taszkiencie na stacji leżą i mokną na deszczu stosy bawełny większe od piętrowego domu.

30-go przejechaliśmy Syr Darię pod Czikaz i wjeżdżamy w dolinę  Fergany.  Dlaczego tu  miał być raj, tego nie rozumiemy.

31-go mijamy Kokand-Andiżan i jesteśmy na miejscu w Dżałał Abad – wszystkie te nazwy były wspominane przez mojego dziada. Przemierzyliśmy całą dolinę Fergańską, w środku pustynną, lecz na skrajach jest sporo osiedli. Kiedy wysiadamy z pociągu, pada deszcz, część plutonu pozostaje na stacji pilnować składów. Dżałał Abad wygląda na kilkunastotysięczne miasteczko. Maszerujemy pełną drogą i samochód płoszy wielbłąda, który ucieka co sił, gubiąc po drodze worki, a właściciel biegnie za nim z krzykiem.

Już było ciemno, kiedy przyszliśmy do wsi Błagowieszczanka, osiem kilometrów od miasteczka za rzeką. Tu znów śnieg i Ukraińcy wywiezieni przed kilkoma laty. Nie byłem na Ukrainie, ale sobie wyobrażam, jaki był skutek kilkunastoletnich rządów bolszewickich, skoro, u nas przez niecałe dwa lata wywieźli coś około półtora miliona ludzi. Wsie ukraińskie można spotkać w każdym zakątku Rosji. Na mapie etnograficznej Sowietów widziałem żółte plamy z literą U nad Amurem, na Syberii, w Kazachstanie. Na dole było objaśnienie: U – Ukraińcy. To są wszystko ludzie wolni, a cóż mówić o więźniach. Twarda jest ręka rosyjska i pod jej rządem narody nie wzrastają, lecz szybko maleją.

Przed wyjazdem

(…) Czerwiec 1942. Upały dają się nam we znaki i słońce jest przekleństwem. Nie można chodzić boso, rozpalone kamienie parzą nogi. Wszyscy podchorążowie chodzą na kurs samochodowy, który odbywa się przy dowództwie pułku pod drzewami – jest to jedyne miejsce, gdzie jeszcze można usiedzieć. Obok obozu powstał mały targ – mieszkańcy przynoszą mleko, owoce i machorkę; jajko albo kilka pomidorów kosztuje pięć rubli. To jest bardzo drogo, lecz jak powiedział któryś z żołnierzy, któremu inny przyganiał, że za drogo zapłacił: ?Głupi, a spróbuj zjeść pięć rubli”. Może to i prawda, w każdym razie nie uzbierałem w Rosji majątku z żołdu i nie miałem stu rubli, aby kupić na odjezdnym kolorową uzbecką czapeczkę w Dżałał Abadzie.

26 czerwca. Zdaliśmy egzamin dziś z teorii kursu. Praktyka skończyła się na dwurazowej jeździe, w całej dywizji jest chyba z pięć samochodów, które przyjeżdżają do pułku raz na tydzień.

28-go odbyło się uroczyste otwarcie basenu – zrobiliśmy małą tamę na kanale wodnym, zwanym przez Uzbeków aryk. Wykopano duży prostokątny dół i podsypano ściany. Woda ma około metra głębokości i na upartego można pływać, pławimy się też jak kaczki w każdej wolnej chwili. Opłaciło się włożyć w to pracę.

Nowy oficer naszej kompanii nazywał się Kazimierz Rubin. Był jakiś czas we Lwowie – pracował w organizacji akademickiej, która była biurem podróży ułatwiającym przejście na Węgry i do Rumunii. Wszystko działało jako tako dopóki Moskale nie wzmocnili straży na granicy. To wzmocnienie nastąpiło po wielkiej strzelaninie, kiedy duża partia zbiegów siłą przeszła kordon. Najpierw szło stu narciarzy, za nimi ze dwa razy tyle na piechotę, mieli broń włącznie do rkm. Po strzałach straż rosyjska zwiała i grupa przedostała się. W krótkim czasie zrobiło się we Lwowie ciasno i Rubin musiał uciekać. Między zbiegami znalazł się prowokator i w górach odbyło się polowanie na ludzi. Więziono ich najpierw w Polsce, a potem na Ukrainie, w więzieniu charkowskim. Najciekawszym z towarzyszy Rubina tam był profesor rosyjskiego uniwersytetu, historyk, który wykładał współwięźniom historię Rosji, lecz był bardzo ostrożny i mówił tylko o dawnych czasach, o rozwoju i potędze państwa. Siedział tam za sabotaż również stary inżynier, były kierownik fabryki. Przysłano mu dwóch komunistów, inżynierów sowieckiej produkcji i ci oświadczyli, że w przeciągu trzech miesięcy ma im wyjaśnić wszystkie tajemnice. Kiedy im tłumaczył, że jest rzeczą niemożliwą, żeby mógł im przekazać wiedzę i doświadczenie długiego życia w tak krótkim czasie, po dłuższym wahaniu zgodzili się na pół roku, lecz po pięciu miesiącach ? widząc, że wciąż nie są mądrzejsi od swego starszego kolegi – oskarżyli go o sabotaż polegający na ukrywaniu przed nimi… wiedzy.

6 lipca. Przyjechał ksiądz biskup Gawlina. Żołnierze zebrali się wokół niego, a on opowiadał o swej podróży i pocieszał nas szybkim wyjazdem. Kiedy biskup mówił, mały żółw wylazł niezdarnie na środek koła słuchaczy, jakby i on chciał się przypatrzyć rzadkiemu gościowi.

Ćwiczymy przeprawę przez rzekę, prąd jest silny i trzeba się mocno trzymać, aby nie upaść, chociaż woda nie sięga do pasa. (…)

11 sierpnia. Słońce pięknie wschodziło na morzu, o 5 rano byliśmy na redzie w Pahlevi. Zaczęła się ceremonia wyładowania. Wieziono nas małymi statkami przybrzeżnymi, bo port był za płytki dla „Kaganowicza”, który musiał stanąć daleko na morzu. Trwało to spory kawał czasu.

Na przystani oczekiwało nas wiele ludzi, pełno kobiet w mundurach z kolorowymi opaskami na rękawach, które rozdawały nam papierosy. Na dużym placu między szpitalem i składami stał cały tabun samochodów ciężarowych, ślicznych granatowych Dodge’y. Chorych z miejsca zabrano do szpitala. Włożyliśmy rzeczy nasze na samochody, a sami poszliśmy wzdłuż plaży.

Tydzień pobytu w Pahlevi wydawał nam się snem, karmiono nas wspaniale, a oprócz tego kupowaliśmy owoce, słodycze, jaja i wszystko cokolwiek się chciało. Objadaliśmy się ile wlazło, kilka razy dziennie kąpałem się w morzu. Odpoczywaliśmy. Wydano nam nowe ubrania, stare mieli Anglicy spalić – patrzyliśmy ze zdumieniem na stosy zupełnie dobrych ubrań przeznaczonych na zniszczenie.

W dalszą drogę pojechaliśmy samochodami, często na drodze spotykaliśmy żołnierzy sowieckich ubranych tak porządnie, jak nigdzie chyba w Rosji. W sklepach można było kupie tanio rosyjską czekoladę i rozmaite przedmioty sowieckiej produkcji. A tam w Rosji jest głód i ludzie godzinami czekają na porcję chleba. (…)

Wspomnienia z Litwy i Rosji z lat 1939-1942, Londyn, 1947

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Opowiadania. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jan Kazimierz Umiastowski „Przez kraj niewoli” (fragmenty)

  1. Jan Umiastowski wnuk pułk. Romana Umaistowskiego pisze:

    Wypadało by uzupełnić komentarz! ” poległy pod Monte Cassino odznaczony pośmiertnie orderem Virtuti Militari” Bo tak będzie uczciwie! Leży na cmentarzu na Monte Cassino u góry po lewej stronie chyba trzeci rząd od góry mniej więcej 5-7 grób w głąb. Można by było również wspomnieć o jego ojcu Romanie Umiastowskim pułkowniku WP i po przesiedleniu płytowych nagrań Polskiego Radia z 1939 roku sprostować choć cześć kłamstw dotyczących jego, co zrobił również Jeziorański na łamach emigracyjnej prasy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.