Sława Kornacka: Wiersze smoleńskie

Para_prezydencka_4055463Lechowi i Marii Kaczyńskim

Kochankowie trzeciego wieku
Idealny tandem, organiczna para
Gdzie się podziewa, to co
Ich łączyło?

 

W cieniu tragedii

Lechowi i Marii Kaczyńskim

Kochankowie trzeciego wieku
Idealny tandem, organiczna para
Gdzie się podziewa, to co
Ich łączyło?
Pytam schylona ponad mogiłą

Myślałeś, że kochać można
mając tylko lat dwadzieścia?

Ich serca biły klarownie
Spojrzenia romantyczne
Dłonie pełne czułości
splecione miłości wstęgą
– jak w modlitwie
Tylko razem byli promienni,
tylko razem istnieli
Razem przyszło też odejść

Za-prawdę?
Za mgły obłokiem,
pod Smoleńskiem
– solą tej ziemi krew!
narody widownią!
historia wyrocznią!

Dziś wspomnieniem ich miłości
mozaika kwiatów polskich
tulipany, róże… I goździki
jak flagi, na wietrze falujące
– biało czerwone

 

Zew krwi

Orlim lotem, poprzez mgły i chmury
wznosi się do góry z Tupolewa nota
O brzozę zahaczyła ludzka głupota
Pod niebem zawieszona za prawdę dynda

Krew na chodnikach
Krew na pomnikach
Żywi krwawią za umarłych
Umarli piją krew żywych

Smutna to prawda, jak piołun pali
Wdziera się dymem w oczy
Umysł żre. Lud krwi woła
Gdzie oprawcy?

Cieszy się plota, kibicuje hołota
Lecz, tych co zginęli nic nie ocali
Tak jak z popiołów nie powstanie
Wódz, by św. sprawy bronić móc

W bagnistej topieli obłudy i zła
Każdy strzęp historii krwią broczy
Fałszywe karty na jej stosach skwierczą
Czy prawda zmartwychwstać zdoła?

 

Et in hora mortis 

Jeszcze Polska nie zginęła, póki krzyż ją chroni
póki naród polski tożsamości swojej broni

mroźny wiatr ze wschodu wieje
choć nie ma okopów, znów krew się leje

by zdeptać łączące z krajem ogniwo
mgła zbiera śmiertelne żniwo

lecieli modlić się, hołd wieczności złożyć
i kres kłamstwu katyńskiemu położyć

hartowani w ciemnym lesie strzałem w potylicę
stanęli do apelu z tymi co zginęli lecąc na ich groby

i Bóg płakał jak ojciec, który traci ukochane dzieci
i owijał ich wszystkich w całun biały i czerwony

jeszcze Polska nie zginęła, póki w pamięci ślad trwały
póki groby naszych braci, zdobią krzyże chwały

 

Tajemnica Krakowskiego Przedmieścia

Na Krakowskim Przedmieściu
przerwała nam się linia życia
znienacka zaatakowana we mgle
przez niewidzialnego wroga
[na jej własnej drodze –

Z przegryzionym tętnem
i okaleczoną twarzą
[ten kraj ma fatalne zwyczaje –
jej puls, zatrzymał się
i zapętlił z linią prawdy

I powrócił samotnie, by zmienić
naszą ziemską wędrówkę –
w chwile
w których, smutek dławi oddech
w których, noc wdziewa czarny płaszcz

 

O czwartej nad ranem

Są, takie myśli dalekie i znane
obrazy, których nie da się zapomnieć
sny, które śnią się na jawie
dni, wymyślone o czwartej nad ranem

na gołej ziemi pokrytej źdźbłami czasu
ich przeszłość mierzy się z teraźniejszościami
wracają nocą w jaźni odrodzone
bez kanonów

szeptem balansuję po przestworzach
brodzę po pamięci w pyle kurzu
przecieram twarze starych fotografii
szukam ludzi

każdemu ofiarowuję cząstkę różańca
w nadziei, że na lichtarzach
ogień po ścianie cień puści
wieczności znak trwały

łzy kapią po policzkach
czułe serce ich tętno liczy
do taktu cicho brzęczą stare fortepiany
jakby grały koncert zaczarowany

słucham melodii z niepokojem
świt przenika pozorów chłodem
do głowy cisną się pytania
co potem?

 

Kształt polskiego serca

Zapadam w sen – widzę niebo
zwieńczone biało czerwonym krzyżem
aniołowie pochylają głowy

lud ożywiony jękami przestworzy
– odmawia modlitwę
wiatr porywa duchowe kwiaty

szpaler policji z pałkami u boku – gotów
szyby przecinają laserem setki par oczu
ktoś krzyczy

wloką człowieka wyciągniętego z tłumu
jest nagi – zraniony
własną krwią znaczy kształt serca

 

Na Krakowskim, drzewa płaczą

Na Krakowskim
drzewa płaczą smoleńskimi łzami
byli młodzi, w pełni życia
i nagle, śmierć w nich godzi

96 grobów usłanych różami
i nie ma ich już z nami
dookoła bezmiar szarf czerwono-białych
i ogień – i las – i ludzie przerażeni

Pojmujemy boski bieg wydarzeń
to już koniec, koniec marzeń
ich serca już nie biją
oni, już nie żyją

Gdzie są, dokąd idą
puls odmierza 1000 uderzeń na wspomnienie
złamana brzoza, linia lotu, szelest mgieł
Żal przeplata się z zamyśleniem

 

W źrenicy czasu

W zaklętych płomieniach wulkanu
niebo smoleńskie zasnute dymem błyskawic

na niebie święte krzyże
na ziemi płacz dziecka, ojca i matki

w źrenicy oka odbijasz się ty
zawieszony na parapecie myśli

wierzysz, że to chwila prawdy
wierzysz, że kłamstwo przeminie

smuga cienia tnie nasz czas
to nie tornado zniszczyło konstelację gwiazd

wino w szkle
bije w rozmytą bólem twarz

 

Z innych wierszy Autorki:

Mój bóg płynie

W dalekiej dzikiej dolinie, mój Bug płynie
panuje i rządzi bez konstytucji – tyran
W pełni księżyca, w przypływie wysokiej fali
beztroski topi miasta i wioski

Pogodny: – wkłada słomiany kapelusz
kłania się nadrzecznym suchym trzcinom
Szafirową wstęgą wody świat owija, nasyca tęczą
Pocałunkiem nieba poranek budzi z głębin snu

– strumieniem zorzy wdziera się w głąb duszy

Obmywa myśli ukryte, kaleczące horyzont
tęsknotę gna do ruczaju, by szczęściem upoić
tam Jawor przeniknięty jak obraz święty
i ptaszki nad nim śpiewają. Motyle fruwają

– rześki powiew chłodu muska białym ambrem

Uklękłam cała w skowronkach w cieniu
niebiańskiego raju. W lustrze wody odbijała się
krzyżem – koroną cierniową płacząca wierzba
– modlitwę o cud zmówiłam

Kluczą dzikie gęsi jak u Vivaldiego
jedna leci w przodzie wszystkie lecą za nią
Aglaja Eufrosyne Talia melodie
grają – łącząc świat ziemski ze światem boskim

– trwa taniec przyrody, trwają wiosenne gody

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wiersze i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Sława Kornacka: Wiersze smoleńskie

  1. pikują w dół ciała
    nad ziemią pomordowanych
    na spotkanie śmierci – dwojga zakochanych

    lecz dla dusz to przejście
    do raju obiecanego
    na spotkanie życia – tego prawdziwego

    ku wiecznej miłości
    z Panem Bogiem w jedności

    Odys, sierpień 2015 (śp. Lechowi i Marii Kaczyńskim)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.