Anatol Krakowiecki „Książka o Kołymie” (fragmenty)

Anatol Krakowiecki  (1901-1950), literat i dziennikarz, m.in. „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, autor powieści, dramatów i piosenek. Aresztowany podczas przekraczania granicy rumuńskiej w październiku 1939, przechodzi przez więzienia i obozy, trafia m.in. do Władywostoku, Magadanu i na Kołymę.

 

Zwolniony w 1941 przedostaje się do Armii Polskiej. „Książkę o Kołymie” pisał na Bliskim Wschodzie. Zmarł na atak serca.

 

Podróże kształcą…

Wigilia i Boże Narodzenie w celi czterdziestej, Sylwester i Nowy Rok w czternastej.

Jest to cela skazańców. Każdy mieszkaniec celi ma jakiś wyrok. Najmniejsze mają złodzieje. Potem zaraz idziemy my, turyści, a następnie są wyroki po pięć, osiem i dziesięć lat. Zwłaszcza policjanci są obficie zaopatrzeni w te „lata”. Jeden z nich był skazany na śmierć.(…)

Nadchodzi dzień 2 stycznia i biorą nas „na etap”. Mamy zażyć przyjemności uczenia się musztry więziennej. Wyprowadzają nas na dziedziniec i formują piątki.

–  Ustawić się w piątki!

Słyszę wezwanie, rozkaz, który potem będzie uderzał wrzaskiem w moje uszy – może kilka tysięcy razy.

–  Ustawić się piątkami! Krok w lewo, krok w prawo, a będę strzelał bez uprzedzenia!

Pierwsza piątka rusza. Przy bramie stoi strażnik i odlicza:

–  Pierwsza!

Pierwszych pięciu ludzi wychodzi za bramę.

–  Druga, trzecia, czwarta, piąta…

I tak dalej, bez końca. Obstawieni jesteśmy dookoła strażnikami. Karabiny w rękach, nagany w dłoniach. Karabin maszynowy naprzeciw. I psy – obrzydliwe, wściekłe psy. Zajeżdża samochód i ceremoniał zaczyna się od nowa. (…)

Kolumnę więźniów prowadzą na rampę, segregują w jakiś tajemniczy sposób i pakują do wagonów. Rozwarte drzwi wagonu i pomost. Nie można bluznąć pod pomost, nie można dać nura pod wagon. Ludzie, karabiny, psy. I znów odliczenie:

–  Pierwsza, druga, trzecia…

Pakują do wagonu trzydziestu sześciu ludzi. Jednego, Więckowiaka, byłego komendanta posterunku policji musimy wnieść. Ma opuchnięte nogi – cały jest opuchnięty.

W wagonie stoi wmontowany piecyk. Na ten piecyk z nadzieją kierują się uradowane oczy (nie tylko dlatego, że będzie ciepło…).

W naszym wagonie jest tylko kilku skazanych. Reszta, to więźniowie „śledczy”. My już uważamy się za załatwionych, oni będą tułać się od więzienia do więzienia, od śledztwa do śledztwa w poszukiwaniu wyroku. W innych krajach przestępcę wiezie się na miejsce przestępstwa, ażeby łatwiej było przeprowadzić śledztwo. Tutaj „przestępcę” wywozi się z „miejsca przestępstwa” – też żeby było łatwiej przeprowadzić śledztwo. Bodaj czy nie jesteśmy od nich szczęśliwsi, my „skazani”. Chyba tak? Nasze oczy skazańców szukają luk, wypatrują szpar, rozglądają się gorączkowo dookoła.

–  Uciekać!

Oto jest myśl, która przeszywa większość umysłów. Tutaj jako sprzymierzeńcy dołączają się przestępcy kryminalni, których ?świat” odnosił się do nas kilka godzin temu tak wrogo. (…)

Nie wiem – skąd wzięło się to żelazo? Wiele takich tajemnic otaczać mnie będzie w przyszłości. Dość, że żelazo jest! Na podłodze, pod dolnymi narami, leży młody człowiek. Inny młody człowiek trzyma żelazo w piecyku. Żelazo jest wreszcie rozpalone, czerwone, sypie iskry, potem wędruje pod nary. Za chwilę słychać syk i dym unosi się w powietrze. Teraz trzeba czekać aż dym się rozpłynie, dopiero wówczas żelazo można powtórnie zagłębić w podłogę wagonu.

A tu pociąg stuka na zwrotnicach i może zatrzymać się? Zaś foszty drewniane, stanowiące podłogę wagonu, są bardzo grube. Ciężka, mozolna i niebezpieczna praca! W wagonie nie ma chyba nikogo, kto nie zdawałby sobie sprawy z tego, co się dzieje. Są jednak tacy, którzy nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć. Zaczynają ostrożnie szemrać, że ?dym gryzie w oczy” ? i od tego momentu nabrzmiewa protest. (…)

Pociąg jedzie dalej, ostrożna praca trwa. Tyle, że protesty, dotychczas bardzo ciche, zaczynają być głośniejsze. Rozwiały się różne optymistyczne marzenia. Pociąg wraca na wschód. Jedzie z powrotem do Stryja, a potem kieruje się na Lwów. Na dolnych narach w kącie trwają narady.

– Dym gryzie w oczy! Co wy robicie? To szaleństwo! Nas tutaj pozabijają!

Pociąg coraz bardziej zbliża się do Lwowa. Wreszcie na dworcu Łyczakowskim nie ma już mowy o dalszej robocie. Sama robota jest zresztą niepoważna. Rozbabrana. Jeszcze trzeba by godzinę popracować, ażeby otwór był gotów. Na dworcu pracować jednak nie można.

Przynoszą jakieś jedzenie. Mało i paskudne. Zaczynają się pierwsze awantury o jedzenie. I o wodę. Palić już nie ma co. Palimy wspólnie fajkę, ulepioną z chleba. Fajka pokoju. Chociaż „pokoju” to na pewno nie. W każdym razie fajka przyjaźni.

Udzieramy długi kawałek białego i wystarczająco czystego płótna. Trzeba pisać ołówkiem kopiowym, a wody nie ma ani kropli. Wobec tego każdy pluje na ten kawałek płótna, na którym mam napisać jego nazwisko. Spieszę się, trzeba zdążyć. Wszystkie nazwiska obecnych w naszym wagonie są wypisane, ale ?organizuje się” drugi skrawek płótna, a na nim widnieją nazwiska tych, z którymi każdy z nas zetknął się w różnych celach. Nie ma jednak czasu dokończyć tego spisu. Przetoczono nas bowiem na inny dworzec.

Nasz pociąg staje niedaleko peronu. Między nami a peronem stoi jakiś pociąg towarowy. Okienko naszego wagonu zatrzymało się w ten sposób, że stoi właśnie w luce między dwoma wagonami tamtego pociągu. Okoliczność przychylna, że jeden z tamtych wagonów, to cysterna nafty, do której wysoko doczepiona budka hamulczego.

Po peronie chodzą ludzie, wolni ludzie. Jeszcze nie aresztowani.

Naprzeciwko naszego okienka zatrzymuje się jakaś pani i dwóch panów. Rozmawiają swobodnie. Boję się rzucić rulon, obawiam się, że nie rzucę celnie. Oddałem go młodemu człowiekowi. Ten rzuca. Widzimy jak rulon upada na platformę wagonu-cysterny, poniżej budki hamulczego – i toczy się. Stoczył się po schodach z tamtej strony i upadł na peron. Tuż u nóg pani. A pani opuszcza torebkę i podnosi ją, z wolna, od niechcenia   Rulonu  nie ma już na peronie. A potem – też z wolna, i też od niechcenia – wszyscy troje odchodzą. (…)

I znowu nas przetoczono – znowu jakaś rampa – znowu odczytywanie nazwisk – znowu ustawianie piątkami. Tym razem marny sposobność zakosztowania rozkoszy wagonu pullmanowskiego: długiego, szerokiego, świetnie resorowanego. Tylko, że jest to wagon więzienny! Małe, zakratowane okienka 2 jednej strony, żadnych okien z drugiej. Luksus więzienny. Co stary Pullman powiedziałby na taki wynalazek? (…)

W wagonie znajduje się, w części odgrodzonej kratą, również luksusowe urządzenie. Nawet jest taki interes do spuszczania wody. Tylko, że wody nie ma, a cały ten interes jest zepsuty. Trzeba stać w długim ogonku, ażeby się tam dostać. Już po upływie pół godziny funkcjonowania tego pomieszczenia, brnie się w kale. W każdym przedziale ludzie łączą się w grupy. Łączy ludzi narodowość, pochodzenie, sympatia. Znajdują się między nami więźniowie, którzy niedawno zostali aresztowani. Od nich dowiadujemy się, co dzieje się w świecie. Jest między innymi człowiek, który 14 grudnia opuścił Warszawę. Opowiada, jak Warszawa wygląda, a serca ściskają się z rozpaczy. Mówi o spalonym Zamku, o zrujnowanym Placu Teatralnym, o gruzach ulicy Marszałkowskiej.

Rozdano żywność. Otrzymujemy po łyżce cukru. Oraz śledzie. A wody ciągle tak mało, że na wiadro z wodą ludzie rzucają się jak w szale. Ten śledź nie jest rozdawany umyślnie, aby wzniecić pragnienie. To tylko tak wynikło z posiadanych zapasów ? Po prostu śledzie były pod ręką. Wagon szumi, burczy, a Karpatorusini udają, że śpiewają. Co jakiś czas wybucha awantura o wodę!

Wody! Wody!

Ten ponury okrzyk trwa, jak nieustanny refren naszego wagonu. Słyszy się go w ciągu całych dziewięciu dni. Tyle bowiem trwa nasza podróż ze Lwowa do Horodni, przez Homel. Nie ma również papierosów.  Robimy burzę i wrzask. Przychodzi starszy strażnik i nieodmiennym obyczajem obrzuca nas obelgami – Ale potem zgadza się na zakupienie dla nas papierosów.

– Dajcie pieniądze, poślę po papierosy.

Nikogo nie zdumiewa takie postawienie sprawy, ani nawet jego samego, starszego strażnika. Mianowicie to, że przecież pieniędzy nie powinno być w wagonie. Przecież zrewidowano każdego niezliczoną ilość razy i wszystkie pieniądze zabrano, złożono gdzieś tam w jakiejś kasie i wydano kwitki…

… Z pieniędzmi była komiczna sprawa. Pewnego dnia, nagle w ciągu kilku godzin, kazano wymienić polskie złote na ruble. Więźniowie nie mogli osobiście wymienić tych pieniędzy, ponieważ siedzieli w kryminale. I oto, czy myślicie, że:

a)  wymieniono pieniądze wszystkim więźniom?

b)  nie wymieniono pieniędzy nikomu?

c)  wymieniono pieniądze tylko częściowo?

Nie! Jednym – wymieniono wszystkie pieniądze, innym w ogóle nie wymieniono, a jeszcze innym – wymieniono część na ruble, część pozostawiono w złotych. Oczywiście złote przepadły, stały się nieważne… Kiedy jednak starszy strażnik zażądał pieniędzy, okazało się, że forsa jest. Kilkanaście rąk wyciągnęło się z banknotami rublowymi. Starszy strażnik bynajmniej nie zdumiony takim stanem rzeczy, zabrał pieniądze i wkrótce mieliśmy co palić. Zasadniczo służbę w wagonie pełnił jeden strażnik, chodzący po korytarzu. Drugi stał w korytarzu poprzecznym. Czasami jednak zbierało się przed kratą kilku strażników, najwidoczniej będących poza służbą i znudzonych bezczynnością. Wciągali więźniów w dyskusje. Przede wszystkim mówiono o sprawach politycznych. Ale były również i rozmówki na temat Boga. Dziwili się ogromnie, gdy prawie wszyscy więźniowie, zapytani czy wierzą w Boga, odpowiadali:

– Tak wierzę!

Wtedy wykrzykiwali bluźnierstwa. Bezsensowne, pięknie wyuczone, zawsze te same. Pozytywki, papugi.

Jechał z nami młody człowiek, chłopaczek. Nie miał ukończonych szesnastu lat. Pochodził z Hajnówki i był uczniem gimnazjalnym. Pewnego razu, kiedy stał koło kraty, wysunął mu się zza koszuli medalik i szkaplerz. Strażnik sięgnął nagłym ruchem poprzez kratę i starał się szkaplerz zerwać. Chłopiec błyskawicznie zorientował się, plunął w twarz strażnikowi i odsunął się. Cisza zapadła w wagonie. Drżeliśmy, jakie też represje spadną na chłopca. Tymczasem strażnik otarł twarz i rozpoczął dyskusję o Bogu. Mówi, że Boga nie ma. Mówi, że Boga nikt przecież nie widział.

–  Czy ty widział Boga, duraku! – zapytuje chłopca.

I wówczas padła wspaniała odpowiedź. W wagonie paliła się lampka elektryczna.

–  To ty jesteś głupcem – mówi chłopiec spokojnie. – Czy widzisz tę żarówkę?

–  Widzę.

–  Czy świeci się?

–  Oczywiście świeci się.

–  Widzisz więc żarówkę i widzisz, że się świeci?

–  Widzę.

–  A czy wiesz co sprawia, że świeci się ta żarówka?

–  Elektryczność.

–  Więc przetnij, idioto i zaglądnij do środka! Czy potrafisz ujrzeć elektryczność? Czy potrafisz zobaczyć jak ona wygląda? W ciągu całych lat powtarzałem sobie tę rozmowę, co pewien czas. Tam na Kołymie, w tajdze, jeśli była okazja, krzyczałem na cały głos. W barakach powtarzałem sobie ją po cichu. Ażeby nie zapomnieć. Ażeby ją kiedyś napisać. Załatwione. Napisałem… (…) We Władywostoku (…)

Jedynym pięknym szczegółem wśród wszystkiego, co nas otacza, jest chyba tylko słońce, które wisi nad ciemnogranatową, prawie czarną płachtą brudnej cieczy. Ta ciecz ? to Ocean Spokojny. Ale i to słońce wygląda, jak oko wśród kataru spojówek, otoczone szarą mgłą i postrzępionymi chmurami koloru wody, leżącej poniżej o kilka tylko odcieni brudniejszymi jeszcze. Patrzę na wschód. Za moimi plecami wzgórza: ?sopki mandżurskie” ? powiadają. Z prawej strony takież same wzgórza, rosnące jednak szybko i zuchwale pod nieboskłon: ?te najdalsze, sine góry, to Korea”. Więzień uznaje jedną tylko geografię: geografię wolności. Te dwa słowa: Mandżuria i Korea oznaczają wolność, ale w tej chwili nie oznaczają nic. Z lewej – zatoka władywostocka i port. Wiem o ich istnieniu, ale ich nie widzę: zasłaniają wzgórza. Na wzgórzach setki, tysiące baraków. Tysiące baraków, a setki łagrów – to byłoby trafne określenie. W jednym z takich łagrów, w baraku nr 13, grzebiemy nasze nadzieje na wolność. Jak w bardzo złej powieści kryminalnej, barak musi nosić numer 13. Ale rzeczywistość, która nam towarzyszy, jest gorsza od najgorszego banału powieściowego. Nasz łagier styka się z następnymi. Oddzielony kilku rzędami drutu kolczastego, połączony warowną bramą. Między szpalerami drutów kolczastych biegają psy, wyją, szczekają, wspinają się na ogrodzenie lub gryzą między sobą. Każde zbliżenie człowieka do drutów powoduje natychmiastowy rajd bestii w tym kierunku i wściekłe ujadanie – strażnik na wieżyczce gwiżdże. (…)

Przywykamy do wzbudzania sobą ogólnego zainteresowania, jak przywyka primadonna, obwieszona klejnotami. Nasze obuwie wzbudza podziw: jest całe ze skóry. Obmacywani jesteśmy, jak cadyk z Góry Kalwarii: nasze ubrania, płaszcze, bielizna, krawaty – wszystko to jest przedmiotem zachwytu. I handlu. Nasi sprzedają i kupują. Za spodnie chleb i machorka, za kapelusze góry chleba i stos machory. Chleb i machora, które mam, pochodzą z wymiany wiecznego pióra, przewiezionego przez wszystkie perypetie. Ci, którzy mieli ochotę pracować za dodatkową strawę, pracują oto poniżej. Tam, dalej, kopią jakiś dół i rowy. Inni przemykają z nosidłami pełnymi obrzydliwego barachła – noszą wszy do dezynfekcji. – Popatrz, popatrz – drogą jedzie pogrzeb… Jestem krótkowidzem. Między naszym łagrem a pasmem pagórków, które oddzielają nas od łachy Oceanu, biegnie droga. Sunie nią rząd samochodów ciężarowych. Na nich sterczą cudaczne obeliski, posmarowane na czerwono, z olbrzymimi gwiazdami u wierzchołka. Jakiś liczniejszy pogrzeb – nikt nie odpowie na pytanie, czy to może nie skutek jakiejś katastrofy? Czerwonych pomników nagrobkowych jedzie kilkanaście, a potem wiozą czerwone trumny.

–  Co za paskudztwo…!

…  W kilka miesięcy później, ten sam głos mówić mi będzie:

–  Miałem bardzo… męczący… sen. Czy pamiętasz ten groteskowy pogrzeb we Władywostoku? Tych kilkanaście czerwonych obelisków z gwiazdami, wiezionych samochodami? Otóż śniłem, że przede mną jechał taki sam samochód, wiozący trzy krzyże wielkich rozmiarów i dwa takie paskudztwa z czerwonymi gwiazdami, jak wówczas…

–  Czyżbyś wierzył w sny, Henryku? – nadałem słowom silny dźwięk ironii.

–  Nie wiem nic nie wiem…  Tylko dlaczego trzy krzyże?

W zaboju pracuje nas pięciu – ich dwóch i nas trzech… Czy tak nie jest?

Tak było. O bardzo jeszcze szarym świcie szliśmy pod górkę w stronę naszego zaboju. Był to dzień 7 października…

–  A na jednym z krzyżów – kończy Henryk – widziałem swoje nazwisko, wyraźniej niż ciebie teraz widzę…

–  Obrzydzenie bierze, patrząc na tę ohydę…

Słowa oddalają się, bo oddala się mówiący. Wstał i idzie w dół…

–  Patrzy pan na ten dziwny pogrzeb? Nigdy pan takiego nie widział? Dziwi się pan? Mogę panu dodać, że na każdym takim obelisku widnieje napis: „Iwan Matwiejewicz Iwanow zakończył życie poświęcone chwale rewolucji i sowieckiej ojczyzny”. Koniec. Obeliski sklecono z desek i pomalowano lichą farbą. Kilka deszczów zmyje farbę i na cmentarzu będzie stał taki szkielet nagrobka, aż się rozleci zmurszały… Ostatni samochód znikł za zakrętem i droga jest zupełnie pusta, jak zwykle. Głos, wypowiadający obok mnie słowa, zamilkł. Nie znam tego głosu. To mówi obcy człowiek. Obcy, kulturalny człowiek, kresowiak o akcencie śpiewnym, ale już stonowanym na skutek długiego przebywania na zachodzie Polski. Nie patrzę w bok, nie oglądam się. Wiem, że usiadł obok mnie na nasypie podpierającym barak, jak na przyzbie.

–  Czy to prawda, że pan jest dziennikarzem?

Myślę, że ustawiczne wrzaski Hansa Belaua: Redakteurchen i ciągłe naszych: „redaktorku”, sprowadzą na mnie wreszcie nową biedę, ale znajduję w tym pewien styl, a reszta jest dla mnie obojętna. Postanawiam właśnie, że trzeba ewentualnie posłać kogoś z ?donosem”, że jestem właśnie ukrywającym się wojskowym, a udaję tylko dziennikarza. Pomysł, który w tej chwili przychodzi mi do głowy, uważam za zabawny. Odpowiadam niechętnie:

–  Tak. Czy Pan chce zapytać o książkę Andre Gide’a?

–  Choćby o nią, ale skąd pan wie?

–  Odpowiadałem na to pytanie niezliczoną ilość razy. Opowiadam, jak pozytywka. Nie przerywa. Kończę, coraz bardziej się streszczając.

–  Dziękuję. Kiedy czytałem „recenzję” w naszych pismach nie trudno było się domyślić, co Gide napisał. … Czy Mona Lisa wisi na dawnym miejscu?

–  Nie wiem – odrzekłem i dopiero wtedy popatrzyłem.

Twarz schudzona do ostatecznych granic schudzenia. Wystające policzki, oczy głęboko osadzone, szare, jasne, stanowcze. Ręka wyciągająca się ku mnie jest piszczelem, okrytym skórą. Na ciele łachmany. Tak mniej więcej wyglądamy wszyscy? Zmobilizowany 24 sierpnia 1939 ważyłem 94 kg. Wczoraj ważono nas – 59 kg.

–  Nie wiem, proszę pana, nic o Monie Lisie. Ukradziono ją, odnaleziono, ale w Wersalu nigdy nie byłem…

Pewnie mówię jakieś niedorzeczności, ale nie peszę się tym. Zarzucony jestem pytaniami, na które w olbrzymiej większości odpowiedzieć nie umiem. Pytania są pospieszne, łaknące i zachłanne. Dotyczą jedynego tematu: dzieł sztuki i nie znają przestrzeni: latają z Europy do Ameryki, z Ameryki do Afryki, nie znają też czasu: latają po różnych wiekach.

–  Nigdy nie miałem złudzeń co do tego, że bardzo mało wiem o tym temacie, ale dopiero dzisiaj widzę jak kompletnym jestem ignorantem – tłumaczę się pokornie, bo człowiek, który pyta, coraz bardziej mnie interesuje i coraz dotkliwiej boli mnie, że nie mogę zaspokoić jego pośpiesznej zachłanności, jego łapczywego głodu.

–  I tak mi pan masę rzeczy powiedział…

Mówi to przez grzeczność – odczuwam wstyd. Żałuję, że ruchliwe życie oddaliło mnie tak bardzo od tych spraw.

–  Bo widzi pan, byłem profesorem historii sztuki na polskim uniwersytecie w Kijowie, dopóki uniwersytet nie został zamknięty, a ja nie pojechałem kopać Białomorkanał… Dziękuję panu, masę rzeczy wiem już teraz…

–  Proszę nie żartować sobie ze mnie ? jestem zupełnym laikiem w tych sprawach. Pan wie masę rzeczy pięknych i bardzo potrzebnych, ja w zakresie swojego zawodu musiałem wiedzieć masę rzeczy niepotrzebnych i o wiele za dużo rzeczy bardzo brzydkich. Pan. (…)

Uderzyło go jakby to słowo „pan” ? dopiero w tej chwili. Mówi pomału:

–  Jestem księdzem. Nazywam się: ks. Arkadiusz Rudenko -Rudnicki. Dziwne – powiada uśmiechając się – imię Arkadiusz…

–  Jestem wytrzymały na dziwne imiona – powiadam nierozsądnie chyba i po to, aby zasłonić zaskoczenie – sam mam cudaczne imię…

Stoimy naprzeciwko siebie, a słońce jest pod nami. Toż to już południe.

–  Muszę iść. Wrócę wieczorem. Powinienem z panem porozmawiać. Etapy za etapami odchodzą – za kilka godzin możemy się rozstać na zawsze…

Zniknął między barakami. Wszystko szło normalnym trybem. Rozdano „zupę”, a jeden z pracujących poszedł po dodatkową porcję dla ochotników: otrzymał pełne wiadro. Słońce spływało ku mandżurskim wierzchołkom. Chociaż zbliżała się połowa maja, chłód obsuwał się na ziemię, nie obudzoną jeszcze. Drzewa zaledwie zaczęły puszczać pąki, ziemia szarzała wielkimi łysinami, gdzieniegdzie blado zieleniła się nowa trawa. Ale wiosna szła wyraźnie i gwałtownie.

–  I pomyśleć, że teraz we Włoszech wiosna już dobiega ku końcowi, ku latu się zbliża…

–  Ba, we Włoszech – powiada ktoś nieopatrznie… Wkrótce bowiem ukazuje się mapa. Kto by tam pytał o tłumaczenie, skąd się wzięła? Dość, że jest, chociaż w olbrzymiej skali. Mimo tej skali w środku Europy spostrzegamy zamalowany fioletowo skrawek z miniaturowym napisem  rosyjskim:  Obszar państwowych interesów Niemiec. Mapa jest nowiuteńka, wprost spod prasy, obsługa geograficzna szybka i rzetelna: Polski już nie ma w Europie, ani oczywiście nigdzie gdzie indziej na świecie – „państwowe interesy Germanii” pochłonęły ją, usłużni geografowie serdecznie zaprzyjaźnionych Sowietów, zamalowali ją na fioletowo…

A zarazem dla niektórych – rewelacyjne „odkrycie”. Władywostok leży na linii równoleżnikowej, przebiegającej gdzieś między Neapolem a Rzymem. Więc rozmowa o Saharze, Golfstromie i Kurosziwie. Równocześnie jednak mapa odsłania nam – teraz wszystkim już bez wyjątku – inną tajemnicę: Henryk chowając przede mną mapę zapytuje:

–  Odpowiedz: co to jest „Kołyma”?

–  Wyspa chyba nie, bo o takiej słyszałbym. Pewnie półwysep? Ktoś inny jest jednak zdania, że musi to być malutka wysepka.

–  Wysepka? Malutka? Przecież tam od kilku lat wywożą po kilkaset tysięcy ludzi. W tej chwili tutaj, na punkcie przesyłkowym we Władywostoku, ma być do 70 tysięcy ludzi i to wszystko pojedzie na Kołymę…

Albowiem los nasz jest nam już omalże wiadomy. W każdym razie coraz mniej zostało nadziei, że ominąć nas jeszcze może to najgorsze: Kołyma.

–  A ilu jeszcze pojedzie do końca sezonu żeglarskiego?

Henryk objaśnia:

–  Ani wyspa, ani półwysep, ani w ogóle ziemia! Kołyma, to jest rzeka, która wpada do Oceanu Lodowatego – (pokazuje na mapie).  Okolice rzeki i dorzecza Kołymy nazywają się Krajem Kołymskim, która to nazwa nawet na tej mapie nie jest oznaczona.  ?Kołyma” jako nazwa, to po prostu skrót. (…)

W Kraju Jakutów. Skowronki

Leżę pierwszy raz w kołymskim szpitalu. Jest mi dobrze tylko dlatego, że nikt mnie nie pędzi do roboty. Trochę za dużo pluskiew kapie z powały. Ale za to jedzenia jest za mało. Oprócz tego rozmowy, zapoznanie się ze środowiskiem i wyrabianie sobie „stosunków”, które przydadzą mi się w przyszłości, znajdę się bowiem jeszcze w tym samym szpitalu – w styczniu przyszłego roku. Pomieszanie narodowości i istna Wieża Babel. Najwięcej oczywiście  Ukraińców,   przecież  co drugi człowiek  na  Kołymie, to Ukrainiec, a dopiero ta druga połowa składa się z kilkudziesięciu narodowości. Wychodzę na dwór i siadam na ławeczce. (…) Nadchodzi bańszczyk, łaziebny, ażeby zaprowadzić nas do kąpieli. Nie ma kończyn palców u rak, a pozostałe resztki tych palców są czerwone, obrzydliwe. Amputowano mu palce, które odmroził. Takich odmrożonych palców, poobcinanych u rąk i nóg widzę w szpitalu b. dużo. Na dobrą sprawę „leczenie”, czyli odcinanie odmrożonych kończyn, to główna racja istnienia szpitala. Łaziebny, którego zajęcie nie jest wcale synekurą, a przy poobcinanych palcach musi być nieraz męczarnią, ma również beztroskie oblicze. Ja zaś nie rozumiem jeszcze, dlaczego Węgier jest w świetnym humorze, a bańszczyk ma pogodną twarz? Bardzo słabo mówiłem wtedy po rosyjsku. Jeśli ktoś zwraca się do mnie w poprawnym literackim języku, rozumiem bardzo dużo. Trudno mi jeszcze się wysłowić, a w akcentach jestem zabłąkany, jak w tajdze, ale rozumieć, rozumiem: dlatego wcale dobrze wiem, co mówi człowiek, który przysiada się do mnie, człowiek o skośnych oczach i mongolskich policzkach.

„Skąd się tu wziął Japończyk?” – Zdumiewam się niepomiernie.

– Chciałem się pana zapytać, czy Wacław Sieroszewski żyje jeszcze? Człowiek o skośnych oczach uśmiecha się do mnie bladą, szarą twarzą.

Dziś, nabrawszy wprawy, potrafię odróżnić Buriat-Mongoła od Chińczyka, Kazacha od Turkmena, Chińczyka od Japończyka. Lecz i dziś nie potrafiłbym odróżnić Japończyka od Jakuta, gdyby obydwaj stanęli przede mną – tak bardzo są podobni…

Mój rozmówca jest Jakutem, a nie Japończykiem. Dziwny to grymas biurokracji więziennej, że jego, Jakuta zawieziono akurat na peryferie Kraju Jakutów.

Staram się mówić jak najwyraźniej:

–  Wacław Sieroszewski żył w 1939 roku, był prezesem Polskiej Akademii Literatury. Dlaczego o to pytacie?

–  Jestem Jakutem, a my Jakuci znamy nazwisko Sieroszewskiego. Jest to przecież człowiek, który pierwszy napisał i wydał pierwszą w świecie książkę o Jakutach.

I pada ambarasujące pytanie:

–  Czy Sieroszewski wydał drugi tom swego dzieła? Pierwszą część czytałem w bibliotece w Leningradzie.

A ja nie wiem co powiedzieć. Wstydzę się tego (i wtedy się wstydziłem), ale nie wiem nawet tego, że miał być napisany drugi tom.  Daję wymijające odpowiedzi  i widzę  przed sobą oczy rozczarowane. Drugi tom? Zasłaniam się pytaniem:

–  Kim jesteście?

–  Nazwisko moje Potapow: wszyscy Jakuci noszą rosyjskie nazwiska, a raczej nazwiska sztucznie na modłę rosyjską urobione. Pierwszą cywilizację jaką nam Rosjanie przywieźli stanowiły: cerkiew i spirytus. Potem całe wieki nic, aż wreszcie chleb i nazwiska rosyjskie.

–  Ale ja się ciągle dziwię, że wiecie o Sieroszewskim.

–  Jestem Jakutem, byłem członkiem – jakby to na wasze pojęcie określić – rządu republiki jakuckiej, mieszkałem kilkanaście lat w Moskwie, redagowałem tam czasopismo jakuckie. Znam całą literaturę, dotyczącą mojego narodu. Jest przecież tego niewiele. Jakże więc mógłbym nie znać książki Sieroszewskiego? Zresztą przebywał on na zesłaniu niedaleko stąd: jakieś 600 km na południowy zachód. Zorientowałem się, że u tego źródła będzie można zaczerpnąć autorytatywnych informacji. Z ostrożności pytam jednak na razie o inne rzeczy.

–  Czy Jakuci wiedzą coś o Polakach?

–  Warstwa Jakutów oświeconych posiada dość dużo wiadomości i stara się rozszerzać ich zakres. Czujemy sympatię do waszego narodu. Wasi ludzie zsyłani tutaj nie oddawali się wyłącznie pijaństwu. Co drugi umiał leczyć choroby ludzkie i zwierzęce. Byli wśród nich ślusarze, cieśle, monterzy, rusznikarze, wyprawiacze skór. Wszyscy umieli czytać i pisać i było wśród nich wielu znakomitych myśliwych. Jakuci o tym wiedzą i pamiętają. Polacy są u nas do pewnego stopnia popularni. Przebywacie obecnie w łagrze nad Kadak-Czanem. Czy wiecie, że jeszcze dwa lata temu o 40 km od Kadak-Czanu znajdowała się jakucka jurta, w której żył Polak bardzo stary? Potapow sili się widocznie, ażeby powtórzyć nazwisko i wymawia je zupełnie poprawnie:

–  Jego nazwisko brzmi: Krzyżanowski. Przybył kilkadziesiąt lat temu w te strony, osiadł wśród Jakutów, ożenił się, ma dzieci i gromadę wnuków. Leczył, zamawiał jakuckie strzelby. Kiedy doprowadzono drogę do Kadak-Czanu, Jakuci opuścili osadę i przenieśli się w głąb tajgi ? uciekają bowiem od cywilizacji, od takiej cywilizacji.

–  A więc powiadacie, że Jakuci odnoszą się życzliwie do Polaków?

Spojrzał na mnie przenikliwie. Więźniowie wszystkich narodów, łączcie się! Więźniowie wszystkich narodów – rozumieją się. Potapow daje odpowiedź na pytanie, którego wcale nie zadałem:

–  Niestety, widzicie, dzisiaj Jakuci tępią uciekinierów nielitościwie. Nie pytają ich o narodowość, ani o pochodzenie, ani o zamiary, ani o obyczaje. Będziecie słyszeć na ten temat straszne opowieści w łagrach. Ale nie wierzcie, że Jakuci tępią uciekinierów jedynie dla uzyskania nagrody, jak bowiem wiecie, władze wypłacają premie za każdego ukatrupionego uciekiniera…

–  Nie, nie wiem.

–  Dowiecie się wkrótce. Obecnie nagroda wynosi 50 rubli od głowy. Ale pieniądze nie znaczą nic. Ważne jest to, że oprócz pieniędzy NKWD wydaje butelkę spirytusu i paczkę herbaty, co jest  niezwykle łakome.   Powiedzenie, że nagroda przewidziana jest „od głowy” należy rozumieć dosłownie i bez żadnej przenośni. Mianowicie, aby zdobyć premię, trzeba przynieść do placówki NKWD odciętą głowę uciekiniera. Dawniej wystarczyło prawe ucho, teraz to jest już za mało.

Taka to, o niezwykle pogodnym nastroju rozmowa, odbyła się na ławeczce szpitalnej w osadzie zwanej Belik-Czan.

–  Ucieczka w tych stronach bez pomocy ludności jest zupełnie beznadziejna. Nie ma wypadku, ażeby się powiodła. N południe do Morza Ochockiego w linii prostej, powietrznej, jest około 600 km. Do Oceanu Lodowatego jeszcze dalej. Do Alaski w linii powietrznej 1600, przypuśćmy 1800 km. Na południowy zachód do pierwszych większych osiedli ludzkich 800  km. Wszystko dookoła to jedna tajga. W tajdze nie można uciekać, zwłaszcza latem. Teoretycznie można by zaryzykować ucieczkę wyłącznie w zimie, kiedy rzeki są zamarznięte, tajga również, a miliony rozpadlin zasypane śniegiem i wyrównane. Morze Beringa zamarza w styczniu, kiedy cieśnina Beringa stoi już pod lodem. Cieśnina Beringa ma w najwęższym miejscu sto kilkadziesiąt km szerokości. Z jednej strony półwysep Czukocki, z drugiej Alaska, a na Alasce miasto    N o m e.

–  Czy Jakuci używają psich zaprzęgów?

–  Pan jeszcze nie widział? – (Jakut od dłuższej chwili używa słowa: gospodin). – Oczywiście używają i to w bardzo szerokim zakresie… Ale bogactwem Jakuta są renifery. Najuboższa rodzina – u nas panuje system patriarchalny – posiada po kilkaset reniferów. W 1938 roku do jednego z bogatszych Jakutów, którego jurta znajdowała się o kilkadziesiąt kilometrów od Arkadały, gdzie obecnie wydobywa się węgiel, dotarła wiadomość, że NKWD ma przysłać komisję dla rejestracji jego reniferów. Taka rejestracja oznacza, że po jakimś czasie posypią się podatki, rekwizycje i konfiskaty. Jakut zakrzątnął się żywo. Zabrał całą rodzinę, liczącą kilkadziesiąt osób, wpakował całą ludność osiedla na sanki i wśród polarnej nocy ruszył na wschód. Uciekł na Alaskę, prowadząc za sobą 6 tysięcy jeleni… Bagatela, myślę! Cała brygada jeleni! To ani 60, ani 600, ale 6 tysięcy!

–  Jeleń (tak nazywają po rosyjsku Jakuci renifery) w zaprzęgu może zrobić 12 km na godzinę, a potrafi biec 10 godzin bez przerwy. Za miesiąc, półtora byli na Alasce.

Tak sobie rozmawiamy. Na niby. Niby niewyraźnie, niby półsłówkami. Czasami padają odpowiedzi na pytania, których nie zdążyłem zadać. Potem obrabiamy inne tematy.

–  Opowiem wam pewien szczegół, który was, gospodin, prawdopodobnie zainteresuje. Cały kraj tutejszy, to kraina złota. Jakuci posiadają wiadomości o nieprzebranych pokładach złota. Wszystkie inwestycje rosyjskie robione są tutaj dla jednego celu: eksploatacji nieprzebranych odkrywek złotowych. Ba, u Rosjan złoto jest w cenie, natomiast u Jakutów nie. Dla tubylców złoto nie przedstawia żadnej wartości. Jako metal  jest ono zbyt miękkie, a jako ozdoba nie podoba się, bo jest zbyt pospolite, ale jak każdy człowiek ma Jakut instynktowne poczucie piękna, uznaje potrzebę ozdabiania stroju. Uprząż koni jakuckich, jakuckie  siodła, kolby strzelb i pistoletów są bogato inkrustowane. Charakterystyczna rzecz – nie złotem, tylko srebrem. I co powiecie o tym gospodin, że taka inkrustacja, owo srebro nabite już na siodła, na uprząż, czy na kolby, nazywa się po jakucku… polskim srebrem?

–  Jak to wytłumaczyć?

–  Zastanawialiśmy się nieraz nad tym. Najstarsi ludzie mówią, że to już dawna nazwa. Może ktoś z waszych uczonych tym się zainteresuje? Zapamiętajcie to sobie. Może się wam gospodin, uda wyjść z tego piekła? Chociaż…

W głosie Potapowa nuta żałoby…

–  Chociaż wy już nigdy nie zobaczycie Krakowa! Ach, ten refren?

–  Więc znajdujemy się w kraju Jakutów? – indaguję dalej.

–  Niezupełnie. Niedokładnie. Na południe od nas, nad rzeką o tej samej nazwie, leży miejscowość Biro-Loch. Jest to nazwa jakucka i oznacza: „Wilcza Woda”, „Wilcza Rzeka”. „Loch” po jakucku to rzeka, jezioro – w ogóle woda płynąca lub stojąca. Natomiast nasz szpital zbudowany jest nad rzeką Belik-Czan, pan zaś przebywa nad rzeką Kadak-Czan, a to są już nazwy tunguskie. Po tungusku „czan”, znaczy to samo, co po jakucku „loch” – woda, rzeka, jezioro. Tutaj, w Belik-Czanie jesteśmy właściwie na ziemi niczyjej. Z zachodu zapuszczają tu zagony koczownicy jakuccy, z północy i ze wschodu tunguscy. Do oficjalnych granic republiki jakuckiej mamy około 200 km. Taka była moja pierwsza i jedyna rozmowa z Jakutem. Zdaję sobie sprawę, że gdybyśmy się spotkali w pół roku później, nie byłby on rozmawiał ze mną z taką szczerością. W pół roku później Polak, przywieziony bezpośrednio z Europy, przestał być rewelacją. (…)

Ucieczka

Nikt mnie nie pilnuje, sam podążam drogą, a po obu jej stronach: tajga, wzgórza, kamienie i znów tajga. Tajga skuwa mnie bezlitośniej niż kajdany. Tajga, to również gwałt, przemoc i potęga. Tyle, że nie dźwięczy w moich uszach, nie ciąży na poranionych przegubach rąk.  Ale – żelazo jest symbolem przemocy, tajga zaś nie. Przeto nie jestem czysty w swoim sumieniu, które ode mnie żąda wolności dla mnie. (…)

Niedaleko Kadak-Czanu, na czwartym kilometrze, znajduje się stary bunkier. Tutaj przed dwoma laty kopano gruz ze zbocza gór i rozwożono na drogę. Stąd usypano kilka kilometrów drogi… Dawny „bunkier” nie ma teraz już górnej podłogi, ani urządzeń do zsypywania ziemi. Stoją nagie drągi, spięte jeszcze poprzeczkami. Drzewo jest czarne i oślizgłe. Bunkier wygląda, jak dwie razem połączone szubienice. Kilka dni temu znalazłem kawał sznura. Schowałem go pod kamieniem. Albowiem tam, pod bunkrem miałem chwilę słabości: co tu gadać – upadłem na duchu! Resztką przytomności umysłu odłożyłem jednak decyzję na później ? dość będzie czasu, gdy będę wracał. Obecnie, w drodze powrotnej, wyzbyłem się uczucia słabości, już nie upadam na duchu. Wydobywam sznur z ukrycia. Opuszczam się po stromym zboczu, dochodzę do rzeki i wrzucam go w nurt… Nurt płynie bystro, sznur oddala się szybko, zwijając się i rozwijając, jak wąż. Pochylam się, czerpię wodę w dłonie i piję. Wspaniała, krystaliczna, orzeźwiająca woda.

(…) W rok później, w tym samym miejscu, w pewien słoneczny piękny dzień, wypluję na dłoń cztery zęby. Awitaminoza. Cynga, czyli szkorbut. Za rok jednak bunkier nie będzie wywierał na mnie wrażenia połączonych szubienic. Straci swą siłę fatalną. (…)

(Modry – red.) posiada kociołek, przerobiony z jakiejś puszki, machorkę i jodoform (władywostocki prezent Turkieltauba).

Determinacja jego jest sprecyzowana:

Jeśli spotkam jednego strażnika, to nie on będzie polował na mnie, ale ja na niego. A kiedy go upoluję, poszukam dwóch strażników. Modry był zawodowym przestępcą, kryminalistą, kasiarzem. Miał bezmiar pogardy dla tego, co widział w sowieckich więzieniach i tego, co przeżył w śledztwach – oraz dla kilofa, który mu wetknięto w ręce, dla łopaty, dla tajgi. Trzeba przyznać, że zachowuje się z najwyższą lojalnością i solidarnością. Ten sam rodzaj pogardy, co dla urządzeń sowieckich, posiada on także dla przedstawicieli tutejszego świata przestępczego. To dziwne towarzystwo zwąchuje się natychmiast i to bez względu na narodowość. Modry staje się „znakomitością łagru” – w ciągu kilku godzin. Przychodzą Rosjanie, Ukraińcy, Ormianie, Kazachy, meldują mu się i zaczynają szepty. Traktuje ich jak plugastwo, oni to znoszą potulnie. Modry wychodzi z namiotu, a rzeczy swe pozostawia na wierzchu. Nikt nie ośmieli się ich tknąć, podczas gdy my wszyscy jesteśmy już okradzeni, i to po kilka razy. Co prawda nie zaniedbuje ostrożności. Nie rozstawia rzeczy, ale te najbardziej wartościowe, te istotne potrzebne, ma zawsze przy sobie. Oto wyjmuje jakieś zawiniątko, z niego papierosa i podaje mi. Oczom nie wierzę: polski „Sport” na kole podbiegunowym – w okolicach, gdzie mówi się o Alasce, jako o czymś, co leży konkretnie tuż za miedzą, tuż za groblą.

–  Niech pan mnie posłucha – poucza mnie – a wyjdzie to panu na dobre. Niech pan nie stara się pracować, bo pan nie da rady. To nie dla nas. Niech pan nie zwraca uwagi na to, co pan jeszcze posiada, bo to nie ważne. A przede wszystkim niech się pan nie najada, nie obżera. Choćby jedzenia było w bród ? jeść tylko do trzech czwartych!

To brzmi jak rozkaz.

–  Bo jeśli pan raz rozepcha sobie żołądek, rozpoczną się pańskie cierpienia. Nawet tutaj, w tym przeklętym kraju może się zdarzyć, że w ciągu jakiegoś szczęśliwego tygodnia, będzie się pan mógł napychać bez miary. Niech pan nigdy tego nie robi! (…)

Potem czekał na mnie wstrząs!

Henryk Sierosławski rzekł mi krótko:

–  Modry, Izydor Winiak i Józef Piotrowski uciekli pozawczoraj, 14 czerwca. A nas pakują na noc do izolatora. Żądają ażebyśmy powiedzieli, w którą stronę uciekli.

I dalsze szczegóły:

–  Modry cały czas sypiał w namiocie. Zaraz po twoim odejściu Piotrowski i Winiak przenieśli się do niego. Zwiali zdaje się zaraz po zejściu z pracy. W namiocie myślano, że oni śpią w baraku,

I w baraku myślano, że w namiocie. Tyle że Winiak przyniósł mi swój kolejarski kożuch i podał mi mówiąc, że go nam pożycza, aby nam lepiej było spać. Wczoraj rano nie stanęli do pracy, wobec czego podniesiono alarm i gwałt. Mnie i Żelechowskiego zamknęli do izolatora, zdjęli z nas kurtki, kazali zdjąć spodnie i w samej bieliźnie tam wpędzili. Tam jest potwornie-zimno. Po kilku godzinach zabrali nas stamtąd, kazali się ubrać i wypędzili na robotę. Pracowaliśmy wczoraj do wieczora, potem dostaliśmy 200 gramów chleba i na całą noc znowu do kandieja. Ciągle się pytają, dokąd oni uciekli.

Na tę rozmowę nadchodzi strażnik:

–  Co to, zmawiacie się znowu, żeby uciec?

–  Nikt się nie zmawia i nikt nie ma zamiaru uciekać.

–  Uciekajcie, ja nie jestem tu po to, aby was pilnować. Was pilnuje tajga. Jeśli uciekniecie, to zginiecie z głodu. Ja tu jestem, aby was naganiać do pracy!

Potem udając, że mnie nagle spostrzegł:

–  O ten stary Polak jeszcze nie zdechł? I poszedł sobie. (…)

Po miesiącu, idąc w etap, zabraliśmy kożuch z sobą. Kiedy znów po miesiącu rozdzielono nas, podzieliliśmy kożuch na dwie części. Rozcięliśmy go na połowę. Zamierzaliśmy zrobić z futra rękawiczki i czapki na zimę. Pewnego wieczora w szwach części, która mnie przypadła w udziale zauważyłem coś twardego. Rozprułem: znajdował się tam zaszyty zręcznie brązowy krzyż zasługi. Przewiózł go Izydor Winiak przez wszystkie rewizje, uchronił w ciągu kilkudziesięciu rewizji i zostawił nam. Henrykowi, na jego komandirowce ukradziono połowę futra. Mnie drugą połowę ukradziono także. Natomiast brązowy krzyż zasługi jest zakopany na siódmym prorabstwie 20 km od Kadak-Czanu. Pieczołowicie i troskliwie owinąłem go w lniany ręcznik z pieczątką „Więzienie Łukiszki” (przewieziony ze Stanisławowa) i podsunąłem pod wielki kamień. Nigdy nie mieliśmy o nim usłyszeć, zamknęła się nad nim tajga, jak grób. Na zawsze opuścił Izydor Winiak swoje żeremie, które budował pracowiciej niż bóbr. Domu swego nie mógł przecież zabrać ze sobą, jak zabrał krzyż zasługi. Et nihil humani…

Po śmierci Henryka mała grupka tak zwanych dochodiagów szła wśród mrozu, który rozszalał się na dobre. Dochodiaga, bardzo piękne miejscowe wyrażenie, określa człowieka, który „dochodzi” do kresu sił i gaśnie nie na skutek jakiejś zdecydowanej, złośliwej choroby, ale z braku witamin, z głodu, nędzy i wyczerpania.

Szliśmy półżywi obok kopalni złota, a popędzał nas strażnik, który całymi latami był dobrze odżywiony i całymi latami nic nie robił, któremu zaś śpieszyło się, bo marzł w swoim kożuchu…

Minęliśmy osadę Frołcz i przechodzili obok najstraszniejszych ze strasznych obozów pracy, mianowicie obok kopalń złota.

Oparte o drogę olbrzymie zbiorowiska baraków, otoczonych drutami kolczastymi. Charakterystyczne wyżki, to jest wzniesione na kilkumetrowej wysokości słupach budki strażnicze. Dziesiątki bram zaczerwienionych od setek haseł i sloganów, które niewolników zachęcić mają do pracy.

RODINA TRIEBUJET METAŁŁA!

– Ojczyzna potrzebuje metalu! Ojczyzna potrzebuje metalu! – ciągle co kilkadziesiąt, co kilkaset metrów. (…) Potem – ten sam zabój, w którym umarł Henryk. Nie pomagają protesty, śmierć człowieka w ogóle się nie liczy. Ciągle pracuje nas trzech Polaków: Wiktor Piotrowski, Jan Kruszyński i ja. Jest oczywiście i Salomon Derksen i nowy nabytek, jakiś opryszek imieniem „Kola”. Nie wiadomo, czemu to przypisać, ale pewnego dnia dziesiętnik Uzbek oświadcza mi, że mogę nie wyjść na robotę i otrzymać dodatkową porcję chleba, bodajże cały kilogram, jeśli obejmę funkcję „asenizatora”. Zawsze w łagrze znajdzie się taki zdechlak, który rąbie łajna kilofem, za co połucza większą porcję zupy i tę dodatkową porcję chleba. Ponieważ na to mogę się nie zgodzić – nie godzę się. Kiedyś – za rok – pójdę sam na ochotnika do odciskania nieboszczykom palców. Nie dam się nigdy zapędzić do czyszczenia kloak. Bez jakiegokolwiek wrażenia smarowałem umarłe palce, czarną mazią i odbijałem na odpowiednich formularzach. Nie nęciła mnie machorka, ani chleb: może chciałem zobaczyć, jak ja będę wyglądał po śmierci, leżący w izolatorze? Wtedy zazdrościłem tym dwom umarłym! Napisałem te słowa. Czytam je, patrzę na nie, oglądam. Dziwię się im dzisiaj.  Trudno mi w nie uwierzyć dziś… Zimno szło coraz groźniejsze i wiatr. Z wieczora zaczynały się rozmowy.

– Mróz bierze jeszcze silniejszy niż wczoraj, może nas zdejmą z roboty?

Obowiązuje bowiem przepis, że więźniowie mają być zdjęci z roboty, jeśli mróz przekracza 53 stopnie Celsjusza. Któż atoli ma oznaczyć te stopnie? Pewnie termometr? Ba, ale termometr sam w sobie jest instrumentem dziwacznym i bezdusznym. Przemyślność miejscowej administracji sprawia na przykład, że na komandirowce istnieje wprawdzie termometr, ale skala kończy się na 50 stopniach C minus. Gdzieindziej termometr wisi w kotlinie, osłoniętej górami i w najbardziej zacisznym miejscu. Sam termometr jest jednak instrumentem, któremu daleko do doskonałości.

Pewnego dnia – jedyny raz – widziałem na „uczciwym” termometrze 76 stopni C minus. Ku własnemu zdumieniu chodziłem tego dnia rześki, świeży, zupełnie nie obłąkany ani trochę nie przerażony. Czapkę, twarz, brwi i rzęsy, szmatę na ustach i na nosie mróz tak oblodził, że nie mogłem głową poruszać. Z ust wydobywał się oddech ze świstem lokomotywy. W ciągu dłuższego czasu przez kilka godzin, chciało mi się lać, ale wstrzymywałem się wszystkimi siłami. Wreszcie musiałem. Strumień, padając na drogę, dzwonił jakby marzł w powietrzu. Główną wadą termometru jest, że nie notuje wiatru. Przy ściślejszych obserwacjach odnosi się wrażenie, że rejestruje w jakiś biurokratyczny sposób tylko wysokość mrozu, a nie jego – że tak powiem – „siłę” czy „natężenie”. Lekceważy wiatr, który jest potworniejszy od wszystkich mrozów. Ten wiatr, który ciągle chodzi za nami, ogarnia nas i obejmuje. Jest poza nami, jest obok nas, ale jest i na nas i w nas. Lirycznie można by powiedzieć: w duszy hula i w sercu. W imię prawdy należy dodać: hula po odwadze i załamuje ją, hula po nerwach i rwie je w strzępy. Mróz więc rośnie, a my codziennie chodzimy do naszego za-boju. Mróz pogania wiatrem. Wiatr pogania mrozem. Nie wypracowujemy normy i jesteśmy na ostatnim kotle. Zresztą w tej chwili norma to tylko czarna magia: wszyscy są na jednym kotle, a cała różnica polega na tym, że otrzymują sto, czy dwieście gramów chleba więcej niż my. „Kocioł” zaś, to woda zaczyniona lekko mąką i łyżką krup. (…)

Doświadczenie uczy. Ściana zaboju, zostawiona na noc, zamarzała na skałę. Trzeba ją było następnego dnia kuć kilofami, łopatami, trzeba było wbijać kliny i męczyć się. Wpadliśmy jednak na pomysł, ażeby nie wywozić wszystkiej ziemi z wieczora, ale przy samej skarpie zostawić osypisko. Na drugi dzień, po wywiezieniu osypiska, które zdążyło zamarznąć w olbrzymie bryły, docieraliśmy łatwiej do ziemi, która w ciągu nocy miała ochronę przed mrozem. Wyrabialiśmy ciągle mniej niż 50 procent normy. Norma wynosząca 9,30 kubometra na człowieka wydawała się nam fantastyczna. Ażeby nasze zwieno zdołało w ciągu dwunastu godzin pracy wywieść 46 i pół kubometra ziemi, nawet marzyć nie mogliśmy (i nie zamierzaliśmy). Gorzka satysfakcja: obok nas z obu stron pracowali niedawni stachanowcy, rekordziści z Kadak-Cza-nu i z 7 prorabstwa. Jeszcze dwa miesiące temu, a może kilka tygodni, zbierali oni pochwały, zażerali naleśniki i dodatkowe porcje chleba, a nazwiska ich figurowały triumfalnie na tablicach, mających za zadanie podjudzanie do pracy. Dzisiaj i oni nie wyrabiają normy, dziś i na nich klnie dziesiętnik i naczelnik, dziś i oni ukradkiem wzdychają i litośnie spozierają w stronę jednej jedynej nadziei: szpitala.

(…)

Wreszcie zniżono godziny pracy: z 12 na 10. Zapowiedziano, że co dziesięć dni będzie ?wychodne”. Nadzieje, że owo wychodne będzie istotnie dniem odpoczynku, skończyły się szybko. Zaraz pierwszego świętalnego dnia, zabrano się do nas. Część pognano do lasu po drzewo dla piekarni i dla naczelnika, potem wszystkich po drzewo na własny użytek do wspólnego baraku. Większą grupę więźniów zapędzono do sprzątania śniegu w obrębie obozu, do obsypywania budynków śniegiem, który chronić miał je przed mrozami itd. Pracowaliśmy tego dnia zamiast dziesięciu godzin, co najmniej osiem. Tyle, że można było wpaść do baraku j ogrzać się. W jeden z takich łagodniejszych dni gruchnęła wiadomość, że „kaptior upił się i sprzedaje chleb każdemu, kto się zgłosi”. Była to wiadomość podwójnie sensacyjna – bo to i: pijany, i: sprzedaje! O czymś podobnym dotąd nie słyszałem, chociaż zakończyłem pół roku doświadczeń łagiernych. Kaptior, czyli jakby intendent prorabstwa ? to przestępca kryminalny i największy dygnitarz na komandirowce. Miał bliższy dostęp do produktów i do machorki niż naczelnik, więc kradł częściej i więcej. Nieraz naczelnik pożyczał machorkę od strażników, a strażnicy palili niedopałki ? podczas, gdy kaptior kręcił cygara długie, na kilkanaście centymetrów, grube jak palec u ręki, sypiąc bogato machorkę w gazetę. Popędziłem i ja do pijanego kaptiora. Stałem w ogonku czwarty, albo piąty. Poza mną pchało się jeszcze kilkunastu. Przede mną taka rozmowa:

–  Czego chcesz?

–  Odpuście, Aleksander Pawłowicz, kilogram chleba (tam się nie „sprzedaje”, tam się „odpuszcza” czyli odstępuje).

–  Rżnij, Iwan!

Petent zapłacił rubla, złapał kilogram chleba i poszedł. Za nim następny. Wreszcie przyszła kolej na mnie.

–  Czego chcecie?

–  Odpuście mi kilogram chleba.

Pada odpowiedź na dobrze znaną nutę.

–  Ty Polak! Dwadzieścia lat żarliście i dobrze wam się powodziło, teraz możecie pogłodować!

I do następnego.

–  A ty czego chcesz?

–  Odpuście mi kilogram chleba!

–  Iwan rżnij.

(…)

Noc z 9 na 10 grudnia przyniosła odmianę. Przyjechała komisja i zostałem wyznaczony na lochkij trud, na ?lekką pracę”. Utworzono wielki etap, zebrano kilkudziesięciu ludzi: przyjechał samochód i zabrał pierwszą część, a potem powrócił po drugą. Zawieziono nas do Kadak-Czanu, a stamtąd piechotą poszliśmy na komandirowkę, aż na sam koniec świata, tak mi się wówczas uzmysławiało i tak do tej chwili trwa we wspomnieniach.

Czciciele słońca i ognia

(…) Wiosna zresztą zacznie się od drogi. Najpierw droga wypłynie spod śniegu, a po jej stronach powstanie odtajały pas ziemi, który coraz bardziej będzie się rozszerzał, pełzał w górę, uciekał w tajgę. W tej chwili daleko jeszcze do wiosny. Wiosna, to dopiero czerwiec, lipiec i sierpień – to lato, do połowy września – jesień; około piętnastego września spadnie śnieg, który już nie staje, lecz zostanie i to będzie początek zimy. Katorżnicza, więzienna pieśń powiada:

Kołyma, Kołyma, cóżeś za planeta,

jedenaście miesięcy zimy, jeden miesiąc lata.

Jest w tej pieśni katorżnicza przesada. Zima trwa tam „tylko” dziewięć miesięcy – pozostałe trzy dzielą się na wiosnę, lato i jesień. W Kadak-Czanie wydano po cztery paczki machorki. Był to cud i tak to notuję. Pozwolono nam zakupić po 400 gramów cukierków. To drugi cud. Wydano po 400 gramów cukru – trzeci cud. A do tego okazało się, że dziesiętnik z Gorełoje nie był taką świnią, za jaką go uważałem. Wypisał mi za miesiąc marzec … ponad 100 procent normy! Co znaczy protekcja! Bo gdzie ja tam wypracowałem 100 procent? Najwyżej 40! Teraz jednak do Kadak–Czanu przyjechał kasjer i oto Piotrowski mówi, że są dla mnie pieniądze za marzec. Nie wierzę własnym uszom, nie wierzę własnym oczom nawet, kiedy podpisuję listę płatniczą. Otrzymuję 34 ruble – zawrotna suma! Dotychczas w ciągu jedenastu miesięcy obywać się musiałem bez pieniędzy, a jeśli na przykład potrzebne mi były na machorkę, sprzedawałem swoją porcję chleba. Maj zastał nas w Kadak-Czanie. W godzinach południowych wezbrane rzeki zaczynały płynąć po drodze i tajdze. Naszym zadaniem było przekopywanie rowów koło dróg i spuszczanie wody. Ale już koło godziny drugiej po południu strumienie zamarzały w lód. (…)

Do Kadak-Czanu, naszej pokracznej „stolicy”, dochodzą nawet gazety. Miejscowy felczer pokazuje mi dziennik, „Sowietskaja Kołyma” z wiadomością o ucieczce von Hessa do Anglii. Czytam, kiwam głową i nic nie mówię, bo i po co? Zdaję sobie sprawę, jak bardzo byłem szczęśliwy, że dowiedziałem się o upadku Francji dopiero w cztery miesiące po fakcie, a mianowicie w październiku, w szpitalu na 3 prorabstwie. Kiedy już się o tym dowiedziałem, wiadomo mi było także, że Anglia walczy jednak dalej i że wojna trwa. Miałem wówczas nowego naparnika, czyli człowieka, z którym razem pracowaliśmy „na parę”, a więc we dwójkę. Był nim Gruzin – Szaliko Bajromaszwili, chłop przeszło dwumetrowy, chudy jak szkielet. Kiedy wróciłem tego dnia na Kedrową, odwołałem Gruzina i zakomunikowałem mu poważnie:

–  Batoni,  będzie wojna między Niemcami, a Sowietami! Opowiedziałem mu o desancie, skojarzyłem ją z ucieczką Hessa do Anglii i bez namysłu rąbnąłem:

–  Szaliko, batoni, wojna wybuchnie 22 czerwca!

Była to zwykła bezczelność. Po prostu przypomniałem sobie i powtórzyłem datę wymarszu Napoleona na Moskwę. Niemniej jednak w owej chwili najważniejszą sprawą był niewątpliwy dla mnie wniosek: będzie wojna! Wszystko inne, nawet termin wybuchu tej wojny – uważałem – za kwestie drugorzędne. Ale Szaliko będzie opowiadał o mnie szeptem ludziom najbardziej zaufanym różne „cuda” – potem po fakcie… Poczciwy Szaliko! Uczył mnie historii Gruzji, uwielbienia (platonicznego) dla wina, czego za bardzo uczyć mnie nie musiał i opowiadał swoje dzieje, które wcale nie były zbyt osobliwe:

–  W czwartek odbył się mój jubileusz dwudziestolecia pracy pedagogicznej. Byłem bowiem nauczycielem i dyrektorem szkoły.

–  Nadesłano – gada – moc telegramów i wręczono mi patent na zasłużonego pedagoga ZSRR. To bardzo wysokie odznaczenie. Jak ci mówiłem, to było w czwartek. A w piątek w nocy przyszło NKWD i zabrano mnie do kryminału. Jeszcze tejże samej nocy zbito mnie do utraty przytomności. Po tygodniu śledztwa przyznałem się do wszystkiego, co mi zarzucano – nie mogłem znieść bicia. Podpisałem protokół, że brałem udział w spisku kontrrewolucyjnym i dostałem 15 lat. Nie ma o czym mówić. Chwalił Szaliko piękno swego kraju, dobroć i odwagę ludzi Kaukazu, potrawy gruzińskie i – wino, wino! (…)

Jak rok długi, czy to zima czy lato – praca zaczyna się od założenia ogniska kastra. Kastior — ognisko – płonie w każdym zaboju, w tajdze i na sopkach koło dróg i w zupełnym pustkowiu, wszędzie, gdzie jest człowiek. W zimie nie tylko ogrzewa, ale daje – co bodaj ważniejsze – opiekę nerwową i moralną. Nieszczęsny człowiek, sterroryzowany przez potężny mróz i jeszcze straszliwszy wiatr ? garnie się do ogniska, świadomość że niedaleko, za zakrętem, za progiem – płonie ognisko, przynosi przerażonym duszom ludzkim oddech nadziei, która pociesza, że może śmierć nie nastąpi natychmiast, w następnej minucie, że dzień dzisiejszy być może zostanie przeżyty, i staje się symbolem – zniczem ratunku. W lecie ognisko odpędza komary i stanowi centralny punkt łagiernego „klubu” – jest synonimem odpoczynku. Dookoła zbiera się kilka lub kilkanaście postaci i rozpoczyna się rozmowa. Poczekalnia – salon – i uniwersytet wiedzy o niezakłamanej rzeczywistości sowieckiej. Istnieje zawiła „etykieta ogniska”. Człowiek idący do szpitala spostrzega płonące ognisko, chce się ogrzać lub choćby tylko przysiąść, pogadać, machorkę – jeśli ma – zapalić. Musi podejść, pozdrowić siedzących i zapytać, czy wolno mu odpocząć? Z reguły prawie zawsze pada oczywiście odpowiedź zapraszająca, a potem zaczyna się indagacja:

–  Skąd pochodzicie? Jaka statia (paragraf)? Ile lat wyroku?

Gdziekolwiek przyznaję się do „trzech lat wychowawczych obozów pracy” i do „trzech lat porażenia” (zawieszenia w prawach), następuje ogólne zdziwienie i kiwanie głowami z zazdrością:

–  Trzy lata? Tylko trzy lata? dietskij srok, dziecinny wyrok!… Owe słowa, słyszane kilkaset razy, obrzydły mi. Mówią zaś te słowa ludzie, którzy mają po osiem, niekiedy po pięć, a najczęściej po 10 lat – ci ostatni chwalą się, że mają czerwońca (banknot dziesięciorublowy) i od razu westchnienie współczucia:

–  Tylko trzy lata! Ale za to przysłali was na Kołymę. A tutaj trzy lata nie są ważne, tu trudno jedną zimę przeżyć.

Odpowiedź, że jedną „zimę kołymską” mam już za sobą, wzbudza poszanowanie. Radziby zapytać, jak to ja zrobiłem, ale pytają o to dopiero później. (…)

Czasem jednak na prośbę o pozwolenie podejścia do ogniska, pada odpowiedź:

–  Przynieś drzewo, to odpoczniesz!

Ludzie zaś, którzy lenią się z przyniesieniem drzewa są prześladowani i maltretowani, uważani za niesolidarnych w najwyższym stopniu. Niekiedy w czasie etapów, gdy człowiek znużony dwudziestokilkukilometrowym marszem wśród śnieżycy i mrozu zapuka do drzwi jakiegoś obcego baraku – usłyszy:

–  Dobrze, pogrzejesz się, ale musisz przynieść drzewo! Odpowiedź taka wita przechodnia na komandirowkach, gdzie trudno jest o drzewo: dookoła zarośla wytrzebione i trzeba kilka kilometrów ganiać w las, ażeby znaleźć kawałek suchego patyka. O! to ustawiczne pragnienie ciepła! To nie kończące się nigdy pragnienie ogrzania się! Owe posiedzenia nad ogniskiem i wzdychania do słońca. Dziesiętnicy, naczelnicy, dozorcy, nienawidzą ognisk i słońca. One to odwracają ludzi od roboty, a przecież jedyna racja istnienia ludzi tłumaczy się pracą. Na porządku dziennym są wypadki, że dziesiętnik rozkopuje ognisko, a rozwścieczony strażnik zabrania je zakładać. Tysiące ofiar pęta się po różnych szpitalach z odmrożonymi lub zgoła już zoperowanymi członkami, a na pytania pada stereotypowa odpowiedź:

–  Słriełok zabronił nam rozpalić ognisko! – Striełok, dosłownie „strzelec” jest oficjalną zakamuflowaną jak wszystko nazwą strażnika, czyli dozorcy. Za moich czasów striełki zaawansowali do bojców, czyli „wojowników” i bardzo obrażali się o starą nazwę.

Wszelka swołocz łagierna nienawidzi więc ognisk i słońca. Cienie ludzkie, które chronią się pod opiekę słońca i płomieni, nazywane są obelżywie „czcicielami ognia i słońca” – to sabotażyści, którzy nie chcą pracować i myślą jedynie o ?uprzyjemnianiu” sobie życia. Praca słońca jest fantastyczna. Zima i „czarne dni” minęły. Słońce podniosło się wyżej i coraz dłużej ogrzewa ziemię: topi lód, a śnieg zamienia w jeziora i wzburzone rzeki. Walka trwa jednak długo. Jeszcze z końcem czerwca wzgórza są białe – w lipcu pada śnieg i leży kilka dni. Słońce toczy zapasy z lodem i śniegiem. Ale choćby nie wiedzieć jak pracowało, choćby wiele tygodni wykazywało całą swoją gigantyczną zaciętość, ziemia nie odmarznie nigdy głębiej niż na 80 cm. Poniżej – wieczne lodowisko, trzeba ziemię rozbijać łomem. W tajdze po wierzchu rosną kępy trawy i mchu otoczone wodą, a pod kępami, pod mchem i wodą ziemia jest zamarznięta i przy kopaniu wydobywa się żwir, pomieszany z kryształami lodu. Drzewa rosnące w tajdze, wysyłają korzenie tak płytko i szeroko, że właściwie pełzają po wierzchu. Na stokach wzgórz rośnie kosodrzewina, która w niewytłumaczalny sposób czepia się szczelin skalnych. Słońce topi lód i śnieg. Strumienie wody wgryzają się w skałę, a odłamki unoszą w doliny, krusząc je na żwir, a żwir mieląc na pył. Pracuje słońce, pracuje woda, pracują: mech, trawa, korzenie krzewów i drzew, kosodrzewina, brusznice, czarne jagody, fioletowe szarotki i … kwiaty, rozrzewniające bladością, rzadkością i zaskakującym, olśniewającym, nieśmiałym pięknem. Człowiek głodny, którego ciało żrą rany szkorbutowe, tknięty nagłym zachwytem – zapomina o głodzie i o ranach: patrzy w kwiat, jak w fatamorganę. (…)

27 maja znów etap z Kadak-Czanu. Tym razem Piotrowski pozostał, a towarzyszy mi Bajromaszwili. Niedaleki to etap, osiem zaledwie kilometrów. A że nasz odcinek drogi sięgał prawie po sam Kadak-Czan, niejednokrotnie musieliśmy chodzić na robotę w jedną stronę komandirowki 7 – 8 kilometrów, w drugą od 6 – 7. Z jednej strony był Kadak-Czan, z drugiej Belik-Czan. (…)

W pobliżu kopalni nasza droga była najczęściej zrujnowana. Codziennie tutaj płynęła drogą rzeka, wymywając nasyp i burząc bardzo marną nawierzchnię. W jednym miejscu droga zapadała się ustawicznie po przejeździe kilku samochodów i trzeba ją było nasypywać i nasypywać. Było to „ciepłe” bagno. Znosiliśmy kamienie, możliwie duże, wrzucali w jamę, zasypywali żwirem starannie i równali nawierzchnię, a za dwa dni zabawa musiała się powtórzyć, bo nawierzchnia i kamienie już zdążyły się zapaść. W tym miejscu muł rozpuszczony w wodzie nigdy nie zamarzał i to na olbrzymią głębokość. W naszej przeklętej piekarni trudno było spać. Wszy było pełno, a pluskwy kapały z sufitu i ze ścian. Deszcz ściekał i wewnątrz tworzyły się duże kałuże wody. W takich warunkach deszcz sprawiał nieznośne udręczenia, za to słońce tym bardziej smakowało i cieszyło. Starszy robotnik, również więzień, był porządnym człowiekiem. Dawał się we znaki „Czuma”. „Czuma” i miliony pluskiew. Niedaleko drogi obok bunkra, poniżej stromej skarpy płynęła rzeczka. Woda w tej rzeczce była jakby mineralna. Tam to pewnego czerwcowego dnia siedząc na brzegu, wyplułem na dłoń jeden po drugim cztery zęby. Tam na brzegu przewijałem bandaże na nogach, na których potworzyły się rany cyngowe, szkorbutowe. Ale jakby w rekompensacie – w tym tygodniu zagoiły się ostatecznie moje palce i z nurtem smacznej rzeczki popłynął ostatni bandaż. Byliśmy tam z dala od oka władzy, pozostawieni samym sobie. Chleba nie brakowało i było co palić. Czasem udało się w ciągu dnia przespać w cieniu promieni słonecznych – był to ekwiwalent za noce bezsenne z powodu pluskiew, dławiącego ich smrodu i obrzydzenia. Na drodze między Kedrową a Kadak-Czanem – ja fanatyczny czciciel słońca i ognia – obijałem się miesiąc i w ciągu tego czasu nikt nawet nie groził mi izolatorem! Po śmierć czy po wolność? Niewysokiego wzrostu Żyd, przestępca kryminalny, nazwiskiem Nastaszewski, był dobrym, solidnym kolegą łagiernym. Pracował do niedawna u wierzchołka przełęczy, ale od strony komand i rowski, czyli od strony ciszy i był dlatego przedmiotem powszechnej zazdrości. Stały jego posterunek był idealnie osłonięty od wiatru. Przed wydłubaną w stromym stoku obszerną jamą, rozkładał ognisko, które podsycał węglem, zrzucanym z samochodów, kilka razy „na dzień dobry” podsypywał trochę żwiru, ażeby samochody nie ślizgały się i przesiadywał na wzniesieniu przez cały czas przy swoim kastiorze, użyczając chętnie gościny. Od kilku dni stał się dygnitarzem (dzięki protekcji dniewalnego) – w kantorze. Wśród ciemnej nocy, jeszcze przed pobudką, Nastaszewski wszedł cicho do baraku, pochylił się nade mną i rzekł szeptem:

–  Przyszło po ciebie wezwanie do Uprawienia Dorożnego Dalnego Siewiero-Wosłoka (najwyższa władza, zawiadująca wszystkimi drogami na Kołymie) – razem z rzeczami i dokumentami. Jedziesz na uwolnienie. Nie mów nic nikomu i nie zdradzaj mnie. Słyszałem na własne uszy, jak czytano dokument! Tak urodził się dzień 12 kwietnia 1942 roku. (…)

–  Krakowiecki!… Wezwany do uprawienia. Jedzie po zwolnienie.

Wycofałem się, aby mnie nie zauważyli. Panował we mnie zupełny spokój. Nie potrafiłem myślą objąć faktu, że to przecież mówi się o mojej wolności; czy nie uwierzyłem w możliwość i w prawdę tej „czyjejś? – cudzej? – obcej? ? tak bardzo mi obojętnej wolności.

Jakby nie w mojej świadomości, układały się wątłe myśli:

–  Teraz przyjdą po mnie do baraku i powiedzą, żebym się zabierał z rzeczami.

Nie, nie przyszli. Nikt nie dał żadnego znaku, a więc, może nieprawda? Wyprowadzono nas, jak zwykle, na zbiórkę. Stojąc wśród dochodiagów z brygady, kątem mózgu obliczałem beznamiętnie:

–  Dziś jest 12 kwietnia 1942 roku. Akuratnie osiem miesięcy temu, dnia 12 sierpnia Wierchowny Sowiet wydał „amnestię” dla Polaków!. Dopiero obok tej myśli, jakby na marginesie zupełnego nieprawdopodobieństwa, układał się inny wątek:

–  Teraz, powiedzą, żebym wystąpił, wrócił do baraku i zabierał się z rzeczami: – „Sobirajties s wieszczami”. (…)

Brygadier wyznaczył mi robotę tę samą co wczoraj. Czekałem, czy może coś powie i uważnie patrzyłem na jego wargi. Nie, nie powiedział nic więcej. (…)

Było już południe, kiedy wywołano mnie z bani. Starosta oświadczył, pokazując jakiegoś cywilnego typa, pewnie wolniagę.

– Ten obywatel odwiezie was na uczastek. Uczastek, czyli naczelnictwo okręgu, znajdowało się na sąsiednim 7 prorabstwie, o 12 kilometrów odległym. (…)

W baraku moja osoba wywołuje sensację. Jestem znany na całym uczastku w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Olbrzymia ilość więźniów zna mnie osobiście, inni ze słyszenia. Mówi się o mnie: „Stary Polak, co odmroził rękę”.

Czasem też – jeśli nie słyszą obcy – mówi się jeszcze inaczej:

„Stary, chytry Polak, co umyślnie odmroził rękę, a palec wskazujący uchował, żeby mógł pisać!” Nigdy mnie nie interesowało, co o mnie mówią więc i teraz mnie to nie obchodzi. Mam o czym myśleć, jestem pełen rozterki.  Znajduję się na bardzo ryzykownej  huśtawce nerwowej. (…)

Dedykacja.

W ten sposób zakończyły się dzieje więzienne i łagierne pewnego Europejczyka, Adigałah – kropka – koniec!

Dookoła zielona Anglia. Lata minęły, wszystko jest tak bardzo inne, jak jawa i sen, jak życie i śmierć. Jak zima i wiosna. Teheran – Bagdad – Jerozolima. To także etapy, etapy powstawania tej książki. Rosły zapiski, z zapisków pomału powstawała książka.

Ileż to razy szumiał Teheran i isfahańskie drzewa? Potem gwiazdy pochylały się nade mną i nad Bagdadem, a księżyc topił się w Tygrysie. I oto znowu biała i różowa Jerozolima, oddalająca się w noc i w sen, i w gorączkę.

Książka jest gotowa: Zrzucona z ramion, jak kołymski łachman. Odrzucona od siebie, jak strup, który oderwał się od duszy. Przed oczyma wstaje Londyn szary i zielony.

Myśl wraca do dawnych wspomnień:

Adigałah, ów dzień zmierzchający i słowa o ?wolnych ludziach .

Wspomnienie to posyłam nad wszystkie kołymskie groby! Niech spłynie nad pryiskami, drogami, fabrykami, nad złotem, ołowiem i węglem. Nad śniegami i nad potopem wzburzonego czerwcowego lub sierpniowego rozszaliska wód. Kiedy ktoś umrze, mówi się na Kołymie:

–  Poszedł pod sopkę – został pod sopką – leży pod sopką… Są to synonimy na określenie człowieka, którego pożarła Kołyma, białe krematorium. Polskich grobów pod sopkami są tysiące, ludzkich grobów – wielokrotne setki tysięcy. Jak klątwa wisi nad tym krajem przeświadczenie, że nie można wydostać się żywym.

Legendarnymi stają się rzadkie wypadki, kiedy kogoś zabiorą na pieriesledstwije (powtórne badanie) i odsyłają na kontynent, czyli jak się tam mówi: na matierik. O takich wypadkach głośno na całej Kołymie w ciągu długich miesięcy. Są to tam bardziej zdumiewające wypadki, niż w innych krajach i w innych społeczeństwach główne wygrane na loterii.

Złoto! Złoto kosztuje setki tysięcy istnień ludzkich. Nad tajgą huczy motor samolotu. Robotnicy pracujący tu i ówdzie podnoszą głowy i patrzą. Samolot nadlatuje, przelatuje i znika na horyzoncie. „Powieźli złoto”.

Tak wszyscy myślą, nikt jednak nic nie mówi. Bo i po co? Wszak wszyscy wiedzą, że samoloty pojawiają się nad tajgą tylko w trzech wypadkach:

–  dla transportu złota,

–  aby śledzić zbiegów w wypadku zbiorowej ucieczki,

–  w razie pożaru tajgi.

Czasem w pogodny dzień nad światem zawiśnie mgła. Jakże ta mgła z wyglądu podobna jest do irackiego czy egipskiego hamsinu. (…)

Wszystko zaś jest lepsze niż kołymski łagier. Na przykład wojna! Wojna jest zabawką, wojna jest rozrywką. Śmierć na wojnie nie jest straszna, straszniejsza jest śmierć na Kołymie! Zarzucam czarny całun na kołymskie groby! Wepchnięty pewnego dnia do celi, podtrzymując rękami opadające bez guzików spodnie, autor niniejszych wspomnień pomyślał: „Oto jestem na dnie”. A potem okazało się, że to wcale nie było dno! Stanisławowski kryminał to była sielanka zaledwie sentymentalna. Mijały dni, tygodnie, miesiące i – tysiące kilometrów. Okazało się, że bywają rzeczy jeszcze gorsze, że więc dno jest jeszcze niżej. Nawet i wtedy, kiedy zdawało się, że już nić nie może być poniżej, że jednak już nastąpił kres niedoli ludzkiej, dno pochylało się jeszcze głębiej, dno zapadło się coraz bardziej! Przychodziły chwile, że człowiek, – autor przeżyć niniejszych (jeszcze nie był autorem tej książki) – myślał:

-A może jestem po tamtej stronie dna”?

Ale to przecież nie było tak, albowiem po tamtej stronie dna jest już tylko śmierć, czyli wyzwolenie, wolność, spokój i szczęście. O czym można dowiedzieć się tylko na Kołymie. Albo w Oświęcimiu! Tymczasem dno zapadało się coraz głębiej, coraz więcej ludzi wyzwalało się na tamtą stronę, a człowiek, przyszły autor, ?gruntował” niedolę ludzką coraz przepastniej. (…)

–  Już nic gorszego nie może być niż Kołyma

–  A Oświęcim?

Miliony ludzi, nakrytych tymi oboma skrzydłami szatana – cierpiało i cierpią, krwawiło i krwawią, męczą się, gniją za życia, a śmierć jest dla nich – wolnością!!!

Czynię przerażające odkrycie:

NIE MA DNA W NIESZCZĘŚCIU  LUDZKIM!

Jerozolima – Londyn, 1947

Londyn, 1950

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Opowiadania i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Anatol Krakowiecki „Książka o Kołymie” (fragmenty)

  1. francopilot pisze:

    to dzieło zycia-troche zapomnianego autora;autobiograficzna’Książka o Kołymie”wydana w Londynie w 1950r-tuz przed Jego smiercią-odsłaniała historię sowieckich łagrów-wcześniej niż „Inny świat”Gustawa Herlinga- Grudzinskiego-wydany po raz pierwszy po angielsku/A World Apart;a Memoir of the Gulag/w 1951,a następnie po polsku w 1953r w Londynie….tematykę sowieckich łagrów pierwszy upublicznił Józef Czapski;”Wspomnienia Starobielskie’ wydane zostały przez Oddział Kultury i Prasy 2 Korpusu Polskiego,nakładem Biblioteki Orła Białego w 1944 i 1945/także w języku francuskim i włoskim/.Z kolei,najważniejsza ksiązka Czapskiego poruszająca tematykę łagrów’Na nieludzkiej ziemi’ wydana została przez IL w Paryżu 1949r;zabiegi o tłumaczenie francuskie też dały efekt/Terre unhumaine/,ale jak wspomiał Jerzy Giedroyc;”po wojnie panowała we Francji dyktatura mysli lewicowej.Byliśmy tam bojkotowani/o czym przekonał się niebawem Herling Grudzinski usiłujący wydać „Inny swiat”/.Cały nakład „Na nieludzkiej ziemi’ J.Czapskiego został wykupiony przez Sowietów”..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.