Niezwyciężony Bohater Chrystusowy Andrzej Bobola

sw. Andrzej BobolaTomasz Łysiak

Po licznych męczeństwach, po krwi przelanej hektolitrami, znalazła się i taka śmierć, która przyniosła nam nowego Świętego – symbol oporu, wiary w słuszność polskiej wizji obywatelstwa i roli religii katolickiej w kształtowaniu się idei państwowej.

strona [2] Św. Andrzej Bobola, orędownik prawdy smoleńskiej

***

Gdy było już po bitwie pod Beresteczkiem, a Rzeczpospolita zatryumfowała nad kozacką nawałą, hetman Bohgdan Chmielnicki zaczął szukać nowych sojuszy. A jako że wspólne wojny z chanem tatarskim nie skończyły się wyrżnięciem do cna wszystkich Lachów, tedy spojrzał w stronę tych, którzy zdawali się naturalnym przeciwnikiem Polaków. W Perejasławiu oddał więc carowi Ukrainę, licząc dodatkowo, że uzyska jeszcze jakieś swobody, a może i dla siebie dostanie autonomiczne władanie księstwem ukraińskim. Moskal zaraz ruszył na katolicką Polskę i Litwę, dość szybko zajmując Wilno i Smoleńsk. W owym nieszczęsnym Smoleńsku, który jak fatum jakieś, jak czarna chmura, wisi nad losami naszej ojczyzny – zaczęły dziać się rzeczy straszne. Ciosy spadały na głowy Polaków katolików. Nic tak bowiem nie sierdziło naszych wrogów dookolnych, jak Polak katolik właśnie. Rok później miały panoszyć się w Wielkopolsce oddziały szwedzkie Karola Gustawa, które z luterańskim błyskiem w oku paliły kościoły, demolowały klasztory, grabiły, co popadnie, bez żadnego szacunku dla miejsc świętych.

Przelana krew polskich katolików

Coś było takiego, co jednoczyło trzech naszych wrogów tamtego okresu, jakaś ślepa nienawiść do nas, choć różne im przyświecały motywy, różne ich inspirowały uczucia czy myśli. Daleko przecież było Kozakom Chmielnickiego i ich zapiekłej złości do Lachów zbudowanej na kompleksie niższości i poczucia bycia wyzyskiwanym do szwedzkiej pychy, a także urażonej królewskiej ambicji Wazów oraz wzajemnej wewnątrzdynastycznej zawiści. Kozak i Szwed to jak dwa bieguny człowieka tamtego czasu – inna dusza, inny sposób myślenia, inny sposób widzenia świata. Ale jednak łączyła ich właśnie ta nienawiść do Polaków. Polaków, którzy wyrastali ze szlacheckiej, republikańskiej tradycji, ludzi o wolnym duchu, katolików żyjących w państwie wielowyznaniowym, a jednocześnie jak na warunki ówczesnego świata niezwykle tolerancyjnym. Ta oś wyznaniowa była zarzewiem nienawiści w stosunku do naszych rodaków.
Jednak, gdy w dobie potopu szwedzkiego gorzały na krańcach Rzeczypospolitej ognie nienawiści religijnej, zawsze napotykały polski opór. Gdy Szwedzi łupili kraj, za nic mając świętości, sprzeciwił im się biskup sufragan poznański Maciej Kurski, który – jak pisze Feliks Koneczny – pierwszy przekonał ich, jak dalece się mylili „sądząc, że tym razem w łączności z dyzunitami zgnębią katolicyzm w Polsce, a popierani przez resztę protestantów (bo tak było) uczynią z Polski obóz warowny przeciwko Kościołowi”.
Tenże „obóz warowny” usiłowano z Polski zrobić tak, jak zatytułował genialny Henryk Sienkiewicz pierwszą część swojej Trylogii, czyli – ogniem i mieczem. Kozacy już za wojen Chmielnickiego nie szczędzili okrucieństw katolikom. W nich widzieli głównego wroga. Moskale? W Smoleńsku dokonało się męczeństwo jezuitów. „W Połocku zbezczeszczono kościoły, w Nowogródku dwóch księży poraniono, jednego zabito” – pisze Koneczny. Te rosyjskie, antykatolickie i antypolskie prześladowania trwały dwa lata! Ginęli ludzie, część uprowadzono w jasyr, a kolejne polskie świątynie płonęły, grzebiąc pod swymi popiołami, nieznanych nam już dzisiaj z imienia, męczenników. Srogo ucierpiały klasztory katolickie. Koneczny wylicza aż czternaście bernardyńskich, w zgliszczach których poniosło śmierć siedemdziesięciu zakonników. „Mówiono, że spalonymi klasztorami i zakonnikami poznaczona jest droga kozacka”. Car Aleksy tymczasem wystosował list do smoleńskich bernardynów i dominikanów, by niczego się nie obawiali. Jak można się domyślić – słowom cara można zaufać. Dominikanie zaufali. Bernardyni woleli jednak ujść z miasta. Jaki był los braci od św. Dominika i św. Jacka Odrowąża? Zaufanie doprowadziło ich prosto do… więzienia.
O spalonych na Litwie klasztorach i zabitych zakonnikach tak napisał arcybiskup Krosnowski: „dla Boga i zaprawdę codzienne męki i konania znosząc, zakonowi serafickiemu wielki zaszczyt przynosi i walcząc na chwałę Bożą aż do krwi przelania, zasługuje na szkarłatny wieniec na niebie”.
Po rozlicznych męczeństwach, po krwi przelanej hektolitrami, znalazła się i taka śmierć, która przyniosła nam nowego Świętego – symbol oporu, wiary w słuszność polskiej wizji obywatelstwa i roli religii katolickiej w kształtowaniu się idei państwowej.
Andrzej Bobola był jezuitą. Wyrastał duchowo w tym samym zakonie, który dał Polsce Piotra Skargę. I podobnie jak ten wielki i sławny współbrat kaznodzieja przemawiał bardzo dobitnie i niósł swe
posłanie na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Do dzisiaj zarzuca mu się – przede wszystkim w kręgach protestanckich bądź prawosławnych – że w istocie nie prowadził misji świętej, lecz po prostu bez żadnego umiaru usiłował nawracać prawosławnych na katolicyzm. W okresie wojen Chmielnickiego z Rzecząpospolitą taka postawa musiałaby wywoływać reakcję. Jednak w istocie rzeczy jego męczeństwo nie dokonało się z zemsty za głoszone słowo. Było męczeństwem par excellence…

Na ciele wyryto ornat…

Wszystko rozegrało się 16 maja 1657 r. w wiosce Peredyle na Polesiu, gdzie Bobola przyjechał z Pińska zdobytego przez wojska kozackie. Zaznaczyć trzeba, że w tym roku był zawarty rozejm z Moskwą i stąd wielu Kozaków, zwolnionych ze służby na Litwie u Moskali, zaczęło snuć się po bezdrożach, rabując i dokonując aktów bandytyzmu. Wielu z nich znalazło też nowe „zajęcie”. Zostali wysłani między prosty lud, żeby rozpalać umysły, podsycać nienawiść i namawiać do rozruchów pod pretekstem obrony prawosławia. Jedna z takich grup złapała trop „duszochwata” Andrzeja Boboli. Zanim go dopadła, zaczęła podpuszczać na niego wieśniaków, opowiadając niestworzone historie, ośmieszając i strasząc nim tak, by stracił autorytet, a ludzie się od niego odwrócili. Jednak był to tylko początek ich krwawej „pracy”.
Bobola wiedział zapewne, co wyprawiali Kozacy w zdobytym Pińsku, wiedział o męczennikach znaczących szlak kozacki, takich jak ksiądz Szymon Maffon, któremu rany polewano wrzątkiem, ale nie zdecydował się na ucieczkę. Dalej jeździł po okolicy, spowiadał, wygłaszał kazania. Dopiero gdy patrol kozacki zbliżył się do wsi, jezuita wsiadł na wóz i kazał się wywieźć Janowi Domanowskiemu z zagrożonego miejsca. Za późno. Został złapany przez jeźdźców i odprowadzony do Janowa Poleskiego, a jego droga była kolejnym szlakiem męczeńskim, chrystusowym. Ukraińcy bili go batami i ranili toporkami. Szydzili i próbowali zmusić do tego, by wyrzekł się wiary. On jednak niestrudzenie odmawiał. Mało tego! Mówił swoim oprawcom, iż to oni powinni się nawrócić! Podobno, kiedy go postawiono przed kozackim sądem w Janowie, miał rzec: „Jestem księdzem katolickim, urodziłem się w katolickiej wierze i w tej wierze umrzeć pragnę. Tylko moja wiara jest prawdziwa i wy nawróćcie się do niej czyńcie pokutę, bo tylko wówczas zbawicie duszę”.
Opis tortur, jakie zastosowano wobec księdza, przyprawia o mdłości nawet osoby o mocnych nerwach. Przybito go gwoździami do stołu, a na ciele wyryto ornat. W miejscu tonsury zdarto skórę z głowy. Wbijano drzazgi w palce, a te które trzymają zwykle hostię, w ogóle obcięto. Język wyciągnięto przez dziurę w karku i oberżnięto u nasady. Zdzierano skórę z boków i przypalano. Na koniec powieszono go do góry nogami. Dopiero po dwóch godzinach zadano śmierć cięciem szabli.
Czy ten poruszający opis trzeba podawać w szczegółach? Sam miewam wątpliwości. Słyszałem go niedawno, podczas mszy w dzień świętego Andrzeja Boboli, i po raz kolejny mną wstrząsnął. Lecz po chwili wewnętrznego oporu uznałem, że w tym męczeństwie jest podobna siła i podobna moc do tej, którą przynosi kontemplowanie porażającej przecież męki Chrystusa. Może więc trzeba zdać sobie sprawę, przez co przeszedł Bobola, by tym bardziej i głębiej pojąć wymiar tego męczeństwa?
Wymiar uniesiony w obszar zarówno metafizyczny, jak i ten związany z polską tożsamością narodową. Bo przecież ten właśnie święty stał się polskim patronem, a jego świętość ma dla nas wymiar nie tylko religijny, lecz także patriotyczny. I wiąże się bardzo silnie z odwiecznym napięciem historyczno-politycznym, jakie leży u podłoża różnych wydarzeń, które spotykają naszą Ojczyznę, przede wszystkim ze wschodniej strony. Bobola stał się męczennikiem, który poniósł śmierć za wiarę z rąk wschodniego oprawcy. Kozackiego, to prawda, lecz ten rys prawosławnej nienawiści, jaki drzemał w oprawcach w Janowie, znamy aż nadto dobrze w różnych odmianach. Ten sam nienawistny antypolski i antykatolicki rys ma zarówno złość Wieszatiela na Powstańców, jego palce wskazujące szubienicę były poruszane tym samym tchnieniem nienawidzącego serca, co ręce ukraińskich bandziorów mordujących całe wsie na Wołyniu w 1943 r. Ta sama zapiekła nienawiść kryła się w oczach sołdatów w czasie wojny polsko-rosyjskiej 1920 r., co w źrenicach NKWD-zistów strzelających w potylicę oficerom w katyńskim lesie. Jakby ugoda perejasławska z połowy wieku XVII stała się paktem duchowej zgody, której celem jest śmierć wszystkich Lachów.

Błogosławiony nie dał się Sowietom

Kozacy zostawili ciało Boboli na miejscu kaźni. Znaleźli je polscy żołnierze. Nie chcę myśleć, co czuli, widząc te znaczone torturami zwłoki. Dzięki nim jednak wiemy, co zrobiono księdzu, zanim odszedł do raju. Pochowano Bobolę w Pińsku, na terenie klasztoru Jezuitów. Kilkadziesiąt lat później przełożony zakonu jezuickiego ksiądz Godebski kazał odszukać trumnę współbrata. Znaleziono ją pośród wielu innych trumien, a kiedy otworzono wieko, okazało się, że ciało nie uległo rozkładowi, nadal można było zobaczyć na własne oczy, jak wiele ów zakonnik wycierpiał. Rozpoczęły się trwające dość długo starania, aby wynieść go na ołtarze. Udało się to dopiero w 1853 r. Car Mikołaj I zareagował na to wydarzenie wściekłością. Już wtedy bowiem doskonale zdawano sobie w Moskwie sprawę z wagi symboli religijnych. Święty polski jezuita stawał się przecież symbolem męczeństwa, które niosło za sobą specyficzne przesłanie. Wiązało się z polskim oporem wobec wschodniej agresji, z polską wiarą w święte prawdy, w Krzyż i w Ojczyznę. Wszystko, co mogło zasilać i wzbogacać naszą wiarę w przyszłą Wolność, wszystko to, co nas umacniało. I w dodatku, co sprawiało, że byliśmy naprawdę szlachetni. Szlachetni wartościami, przywiązaniem do Boga i naszej ziemi. Nic dziwnego, że car szalał ze złości. Podobną wściekłość przeżywali aparatczycy radzieckiej partii, gdy nasz rodak został papieżem.
W XIX wieku ciało błogosławionego wówczas jezuity spoczywało w Połocku. Kiedy pod Warszawą stanęły bolszewickie hordy, jeszcze zanim miał się dokonać Cud nad Wisłą, zaś Marszałek Piłsudski rewelacyjnym manewrem znad Wieprza zmieść Armię Czerwoną, ludność warszawska uczestniczyła w uroczystej nowennie do błogosławionego Andrzeja Boboli. A w 1922 r., już po wojnie polsko-bolszewickiej, kiedy Połock znalazł się w rękach Sowietów, znów nienawistne ręce wyciągnęły ciało męczennika z trumny, by je sprofanować. Rzucano nim o posadzkę kościoła Świętej Barbary, ono jednak ciągle pozostawało nietknięte. Przewieziono je zatem do Moskwy, gdzie zostało wystawione na widok publiczny jako medyczna ciekawostka – okaz świetnie zachowanej mumii. Rozpoczęły się negocjacje strony polskiej z sowiecką o odzyskanie relikwii. Nie przynosiły skutku do chwili, kiedy Moskwa skapitulowała wobec widma głodu – w zamian za pomoc żywieniową ze strony Stolicy Apostolskiej zdecydowano się odesłać ciało świętego do Rzymu. Spoczęło w słynnym kościele Jezuitów – Il Gesu. Rozpoczęto wtedy również starania o kanonizację. Andrzeja Bobolę ogłoszono świętym 17 kwietnia 1938 r., w gorącym okresie politycznym, gdy Polacy znowu z niepokojem spoglądali na swoje granice.

Ci, którzy chcą posiąść wszystko bez Boga

Przepiękny wymiar tej świętości zawdzięczamy także Ojcu Świętemu Piusowi XII. Gdy świat trwał w zimnowojennym zwarciu, kiedy potwór sowiecki wisiał nad wielką częścią Europy, papież wydał piękną encyklikę. Na trzechsetlecie śmierci męczeńskiej Andrzeja Boboli – Invictus athletae Christi. Tak pisał na cześć owego „niezwyciężonego Chrsytusowego bojownika”: „Jest naszym gorącym pragnieniem, żeby wszyscy po całym świecie uczestnicy chlubnego miana katolików, a zwłaszcza ci synowie ukochanej przez nas polskiej ziemi, dla których Niezwyciężony Bohater Chrystusowy Andrzej Bobola jest chlubą i wspaniałym wzorem chrześcijańskiego męstwa w trzechsetletnią rocznicę jego zgonu, pobożnym sercem i umysłem rozważyli jego męczeństwo i jego świętość”. Następnie Ojciec Święty opisał życiową drogę świętego, od urodzenia w „sandomierskiej ziemi”, aż po męczeńską śmierć; ukazał cnoty i wierność najpiękniejszym ewangelicznym przykazaniom. Jednak najważniejszą, kluczową część encykliki znaleźć można pod sam koniec:
„Dziś, co jest dla Nas powodem wielkiego bólu, w niejednym kraju wiara katolicka już to omdlewa i podupada, już to prawie zupełnie wygasa. Nauka Ewangelii niemałej liczbie ludzi jest nieznana, u innych zaś, co gorsza, spotyka się z zupełnym odrzuceniem, pod pozorem, że jest całkowicie obca tym, którzy idąc z postępem czasu, urabiają sobie przekonanie, że na ziemi, bez Boga tj. przez własny rozum i przez własne siły wszystko, czym żyją i przez co działają posiąść mogą, swoją mocą podbijając pod swoją wolę i władzę, dla pożytku i rozwoju ludzkości, wszystkie pierwiastki i żywioły tej ziemi. Inni znów do tego dążą, żeby z dusz ludzi prostych i nieuczonych, albo też takich, którzy już dotknięci są zarazą błędów, wyrwać do ostatka tę wiarę chrześcijańską, która dla rozmaitych biedaków jest w tym śmiertelnym życiu jedyną pociechą i w tym celu zwodzą ich obietnicami jakiegoś nadzwyczajnego szczęścia, które w tym ziemskim wygnaniu jest dla nas zupełnie niedostępne”.
Ze zdumieniem odkrywamy, że sens znaku, jaki nam pozostawił święty Andrzej Bobola, nie niknie w mroku dziejów. Że jest aktualny także dzisiaj. Szczególnie, gdy wiary katolickiej strzec musimy i bronić we własnym domu prawie. I gdy – co znamienne – katolików w Polsce nie jakaś moc zewnętrzna niszczy. Nie kozacki czy szwedzki agresor, lecz własne rządy nasze.

za: Nowe Państwo 

DALEJ
strona [2] Św. Andrzej Bobola, orędownik prawdy smoleńskiej

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Rzeczpospolita Obojga Narodów i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Niezwyciężony Bohater Chrystusowy Andrzej Bobola

  1. emka pisze:

    17 kwietnia 1938 kanonizowany przez papieża Piusa XI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.