Starzyński. Śmierć i nieśmiertelność

200px-Stefan_StarzynskiMiał być więziony w niemieckim obozie koncentracyjnym Dachau. Rzekomo przeznaczono dlań specjalny bunkier nr 13/14. Obozowa opowieść głosiła, że w październiku 1943 r. esesmani znęcali się nad nim, bezustannie odtwarzając płyty z jego przemówieniami radiowymi z czasów oblężenia stolicy. – pisze Przemysław Dakowicz

Sceny te stworzyła zbiorowa wyobraźnia, nic więc nie stoi na przeszkodzenie, by i nam Stefan Starzyński objawił się w taki sposób, w jaki objawił się swoim współczesnym.

Jest wieczór. W długim korytarzu (lamperia w kolorze morskiej zieleni, powyżej nieskazitelna niemiecka biel) płoną żarówki. Dwie lub trzy – tutaj rozrzutność nie jest wskazana. Drzwi celi z wziernikiem i kratką umożliwiającą komunikację z więźniem otwierają się bezgłośnie. Właśnie tak to słyszę – cisza doskonała, milczenie, które przerywa stukot podeszew o podłogę wyłożoną brązowymi płytkami ceramicznymi. Esesman (twarz nijaka, skrywa ją mrok niepamięci), stojący w prostokącie światła wyznaczonym przez drewnianą futrynę, ma podkrążone oczy. Ziewa. Dłubie w uchu. Krótka komenda odbija się od ścian i trafia w ludzką postać zaległą w kącie. Prędka zmiana pozycji embrionalnej na pozycję „baczność”. Major rezerwy Starzyński trzyma się prosto, choć ramiona mu drżą. Zarośnięta twarz. Włosy w nieładzie. Pod lewym okiem rozległy krwiak. – Polnische Wirtschaft. Hans, dawaj gramofon! – słychać.

No, właśnie. Czy w celi zamontowano głośniki? Raczej nie. Oto z głębi korytarza wyłania się postać dźwigająca pudło z przenośnym odtwarzaczem. Kładzie je w otwartych drzwiach i nastawia płytę. Esowate ramię gramofonu unosi się i opada. Płyńcie, słowa, przez duszną przestrzeń korytarza! Upływaj, życie, mijaj, zanikaj! Przybliż się, śmierci litościwa, przybądź i połóż twoje palce na powiekach, opieczętuj język, wygładź blizny po razach. Kręć się, kręć, płyto!

Głos przeciw barbarzyństwu

Pierwsze z radiowych przemówień wygłosił Starzyński 7 września. Mówił o potrzebie powszechnego udziału w obronie miasta, miał jednak na myśli nie tylko gotowość do bezpośredniej walki z wrogiem, ale także każdą aktywność służącą minimalizowaniu strat i zwiększaniu bezpieczeństwa mieszkańców stolicy oraz tysięcy uciekinierów z terenów objętych działaniami wojennymi. Stawiał za przykład kadrę zakładów miejskich – tramwajarzy, strażaków, lekarzy, pracowników elektrowni i gazowni, którzy, jak mówił: „dają […] z siebie wszystko, utrzymując w ruchu życie codzienne”. „Stańcie wszyscy do pracy. W pracy odnajdziecie siebie, spokój i drogi do zwycięstwa. Tą tylko drogą zwyciężymy. Nietrudno jest w dobrych czasach deklamować o swym przywiązaniu do Ojczyzny, o oddawaniu swych sił wspólnej sprawie – trzeba właśnie w czasach dzisiejszych pokazać umiejętność pracy, karności i dyscypliny. […] Z wiarą w zwycięstwo wszyscy spokojnie na posterunki” – nawoływał.

Jak opisać jego głos? W pierwszych przemówieniach jeszcze opanowany, emanujący wewnętrzną siłą, zdolny przywracać równowagę tym, którzy zaczęli wątpić, którzy upadli na duchu. W następnych dniach chrypnący, odbijający najwyższe emocje, choć zarazem trzymający je na wodzy, zagrzewający do wytrwałości i cierpliwości, gromiący opieszałych i lękliwych oraz w sposób jednoznaczny piętnujący niemieckie zbrodnie, konsekwentne łamanie międzynarodowych konwencji, prowadzenie przez wojska najeźdźcze nieznanej cywilizowanym narodom wojny totalnej. Głos budzący zaufanie. Głos dziejowej świadomości doskonale zespolonej z prawdą indywidualnego życia.

10 września Starzyński pytał Janusza Regulskiego, szefa Straży Obywatelskiej, co sądzi on o treści i kształcie mowy wygłoszonej poprzedniego dnia. Regulski audycję pochwalił, zgłosił jednak pewne zastrzeżenia. Zasugerował, by prezydent powstrzymał się od używania „zbyt ostrych, a może i obraźliwych określeń w stosunku do Niemców”. Mówił, że choć są one w pełni uzasadnione, nie wolno zapominać, że Niemcy przemówienia te na pewno rejestrują i mogą później się mścić. Starzyński przyznał rację rozmówcy, ale nie zastosował się do jego rad. 11 września spóźnił się do radia. Był zmęczony i zachrypnięty, ale kiedy zaczął mówić o nocnych bombardowaniach, jego głos wzniósł się, a słowa poczęły siec niczym bicze: „Dzisiejsze pożary nocne na Pradze dały dowód nowej haniebnej działalności narodu niemieckiego – haniebnej, barbarzyńskiej, brutalnej, wstrętnej, obrzydliwej działalności, którą świat cały po wieczne czasy potępi i potępić będzie musiał. I naród niemiecki zniszczyć. Kultura całego świata się zbierze. To nic, że nas tutaj zniszczą, ale naród niemiecki za to zapłaci. Cały świat kulturalny, zespolony dzisiaj przeciwko Hunom, tym współczesnym Hunom, odpowie na to”.

A Hunowie słuchali. Hunowie rejestrowali. Palce barbarzyńskich stenotypistek uderzały w klawisze szrajbmaszyn metodycznie, z kostyczną gracją – by żadna fraza, żadne słowo, pauza, wykrzyknienie nie zostały zapomniane.

Cisza w eterze

W pierwszych dniach września zarządzone zostaje na fali ewakuacji centralnych instytucji państwowych przeniesienie na wschód struktur Polskiego Radia. Kolumna ciężarówek, autobusów i samochodów osobowych ma ruszyć z placu Dąbrowskiego. Wśród przygotowujących się do wyjazdu szczególną uwagę zwraca na siebie sekretarz generalny Polskiego Radia, emerytowany ppłk Zygmunt Karaff-Kraueterkraft, który uwija się wśród tłumu przybrany w mundur, pobrzękując szablą, ostrogami i pełną galą orderów. Ktoś krzyczy do niego ze złością: „Uciekając, mógłby pan przynajmniej te ordery wieźć w walizce”. W grupie dziennikarzy Warszawę opuszczają m.in. dwudziestoośmioletni Czesław Miłosz i starszy odeń o osiem lat Józef Czechowicz, najgłośniejsi w dwudziestoleciu międzywojennym poeci-katastrofiści.

Jeden ze spikerów, Zbig­niew Świętochowski, pozostawił szczegółową relację z tamtych dni. „Dyrektor programowy Piotr Górecki wzywa nas do wielkiego studia i przemawia krótko: »Każdy niech robi, co uważa. Sytuacja jest groźna. Możecie opuścić pracę«… […] Poczułem się opuszczony, zdradzony. Mówię: »Dyrektorze! Warszawa będzie się bronić – musi! – My nie możemy opuścić stanowisk«. Burknął coś. Po zebraniu zaproponowano mi samochód – wyjazd z pl. Dąbrowskiego – może pan zabrać żonę i dziecko”. Świętochowski odmówił. Pojechał do siedziby Prezydium Rady Ministrów, gdzie został przyjęty przez jednego z dyrektorów w gabinecie wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. Argumentował, że warszawska radiostacja nie może umilknąć, że Polska i świat muszą wiedzieć, co dzieje się w stolicy kraju ogarniętego wojną.

W nocy z 6 na 7 września płk Roman Umiastowski „łka przed mikrofonem” i wzywa mężczyzn do opuszczenia Warszawy. Zbigniew Świętochowski: „To moja straszna noc. W Radiu jest pełno, mimo że połowa pracowników już się ulotniła. Są koledzy spikerzy, którzy opuścili zajęte już miasta, a więc z Katowic, Łodzi, Torunia. […] Opowiadają o piekle, jakie rozpętało się na drogach”. Do studia wpada dyrektor naczelny i żąda, by przekazać załodze Raszyna bezwzględny rozkaz wysadzenia w powietrze tamtejszego nadajnika radiowego. Świętochowski protestuje, lecz zostaje przywołany do porządku. „Telefonuję – w 5 minut potem Raszyn milknie… Przepaść – cisza grobowa”.

Na przekór

Halina Regulska zanotowała w swoim dzienniku pod datą 8 września: „Ciągle słyszę wkoło, jak ludzie mówią o tym, że wszyscy z miasta uciekli i nawet Zarząd Miasta, łącznie ze Starzyńskim, wyjechał czy też ma zamiar wyjechać. Powtórzyłam te plotki Jankowi [Januszowi Regulskiemu], a Janek Starzyńskiemu. Wobec tego, chcąc uspokoić opinię publiczną, Starzyński powiedział Jankowi, że przemówi przez radio, aby upewnić mieszkańców o swojej obecności”.

Plotki o planowanym wyjeździe prezydenta Warszawy docierają także do jego licznych współpracowników. Wacław Lenga, który otrzymał rozkaz ewakuacyjny, telefonuje do Starzyńskiego i dowiaduje się, że ten postanowił zignorować wytyczne władz centralnych – „Zarząd Miejski i jego prezydent powinni być z mieszkańcami w dobrej i złej doli. Zostaję”. Feralnej nocy z 6 na 7 września prezydent siedzi przy aparacie telefonicznym i dzwoni do urzędników – chce zapobiec panice, powstrzymać bezładną ewakuację, zachować wpływ na bieg stołecznych spraw. Następnego dnia zapewni Janusza Regulskiego, że „w żadnym wypadku nie opuści miasta, chyba że z »ostatnią tyralierą«”.

 

Radio organizuje się od nowa. Nie ma już do dyspozycji nadajnika w Raszynie, wciąż funkcjonuje jednak radiostacja Warszawa II. Co prawda, dyrektor naczelny polecił zamknąć gmach przy ulicy Zielnej i rozpuścić do domów wszystkich pracowników, którzy nie opuścili stolicy w konwoju ewakuacyjnym – znaleźli się jednak tacy, którzy uznali, że właśnie teraz bardziej są potrzebni niż w czasach pokoju.

Przewodził im Edmund Rudnicki, dotychczasowy szef wydziału muzycznego. Rankiem 7 września wrócił z grupą współpracowników do siedziby rozgłośni i uruchomił nadajnik. Wyemitowano audycje przygotowane w ciągu kilku poprzednich dni i rozpoczęto regularne nadawanie programu wojennego – m.in. informacji z frontu, komunikatów i przemówień osób odpowiedzialnych za organizację obrony Warszawy (przede wszystkim Wacława Lipińskiego i Stefana Starzyńskiego). Fragmenty audycji tłumaczono na języki angielski i francuski, by położenie oblężonych Polaków mogli poznać także słuchacze zagraniczni.

„Granitowa kolumna”

W jaki sposób pojedynczy człowiek może przedostać się do narodowej mitologii? Nie ma na to recepty. Prawie nigdy nie jest to efekt działania zamierzonego, planowanego, kalkulowanego. Rzeczywistość układa się w mit – jednostka może się w nią wpisać lub wydać jej walkę. Postaci mityczne, osobowości, które odciskają własny ślad w historii, które wpływają na przebieg wydarzeń lub narzucają ogółowi metodę ich interpretacji, potrafią dźwigać ciężary nie do udźwignięcia. Zespalają się ze zbiorowością, a zbiorowość zaczyna w nich dostrzegać swoich najwyższych reprezentantów. Mit wciela się w konkretnego człowieka, człowiek ów staje się zaś jego nosicielem. Momentu owego „zespolenia” czy „wcielenia” nikt nie zauważa, dzieje się to niejako automatycznie, jakby zostało zaplanowane przez „siłę wyższą”, przez jakiegoś nadprzyrodzonego „reżysera”, który według tylko sobie znanych reguł przydziela role aktorom dziejowego spektaklu. Ale na to wezwanie jednostka musi odpowiedzieć.
Stefan Starzyński odpowiadał na nie po wielokroć. Pierwszy raz uczynił to tuż po rozpoczęciu wojny, kiedy zjawiwszy się w jednej ze stołecznych redakcji, wysłuchał najświeższych komunikatów Polskiej Agencji Telegraficznej. Relację z tamtego poranka przekazał Kazimierz Pollack: „Prezydent zjawił się zadyszany w pokoju dyżurnego redaktora i bez zbędnych słów zaczął przebiegać oczyma podany mu skrawek papieru z pierwszymi słowami wstrząsającej wieści. Chmura zawisła mu nad czołem. Ale tylko na chwilę. W okna redakcyjne wdzierały się pierwsze słoneczne blaski pięknego dnia polskiej jesieni. I on rozpogodził się. »Będziemy walczyć o Warszawę« – powiedział, przysłaniając, bezwiednie może, dłonią oczy. »Będziemy walczyć do ostatniego tchnienia«. Po tych słowach nastąpił uścisk dłoni. »Jestem do waszych usług. Jestem do usług Warszawy«”. Swój wybór potwierdził w rozmowie z komisarzem rządu, Włodzimierzem Jaroszewiczem, gdy propozycję opuszczenia stolicy skwitował słowami: „Ja dezerterem nie będę” oraz w dniach kapitulacji, kiedy nie skorzystał z możliwości ucieczki do Bukaresztu specjalnym samolotem, który 27 września wylądował na Polu Mokotowskim.

Od chwili podjęcia decyzji Starzyński był bezustannie „do usług” miasta i jego obywateli. Jako cywilny komisarz przy Dowództwie Obrony Warszawy organizował zastępcze służby obywatelskie, nadzorował wszystkie ważniejsze prace, wizytował newralgiczne punkty, udzielał pomocy. Pollack: „W najniebezpieczniejszych momentach, w największym napięciu walk, gdy ziemia dosłownie paliła się pod nogami i pod kołami, gdy zwały muru dla innych stawały się nieprzezwyciężoną przeszkodą, Starzyński wszędzie docierał i wszędzie zachowywał spokój ducha i jasność myśli, męstwo i mądrość, siłę i wiarę”, wyrastając „wśród gruzu na granitową, nieporuszoną kolumnę, która podtrzymywała misterny, acz postrzępiony strop obrony milionowego miasta”.

Starzyński – więzień Dachau

W Konzentrationslager Dachau, „matce” wszystkich niemieckich obozów, zapada zmrok. Z korytarza tzw. bunkra dobiega donośny męski głos. To pracuje głośnik przenośnego gramofonu: „Obywatele, woła mnie robota. Nie mogę zbyt długo przy mikrofonie pozostawać. Tam czekają na mnie. Muszę tam wracać. Więc tylko jeszcze raz zwracam uwagę: zwycięstwo będzie nasze, ale musimy karnością i dyscypliną zwycięstwo to osiągnąć. Musimy ducha naszego wzmacniać, musimy wiarę naszą wzmacniać. Znamy w historii przykłady wieloletnich oblężeń nawet. […] Przypomnijmy sobie te fakty jasne z naszej historii, gdyśmy zwyciężali. […] I my tutaj, pracując normalnie, nie strasząc się huku bomb czy karabinów maszynowych, czy armat. Już wszyscy przyzwyczajeni jesteśmy. Już chyba nie ma tych, co cykorię posiadali? Już takich w Warszawie chyba nie ma? Może się zdarzy pojedyncza jednostka. Ale ogół to są ludzie silni duchem, obywatele prawdziwej Rzeczypospolitej, którzy potrafią na stanowisku swoim wytrwać, którzy się nie boją, nie lękają niczego. I zwartą siłą, mocni duchem, głęboką wiarą, karnością, dyscypliną związani, pracując od rana do świtu […] na każdym posterunku, zamiatając ulice, sprzątając śmiecie – nie ma pracy, która by kogokolwiek hańbiła. Każda praca jest dobra. Niech profesor uniwersytetu zamiata ulice, jak nie może z karabinem bić się. Niech każdy robi to, co w tej chwili jest potrzebne. Bez filozofii, bez rozmyślania, bez indywidualistyki. […] Bo dla nas zwycięstwo, a hańba i pohybel Niemcom! Zwycięstwo jest nasze!”.

Przy biurku ustawionym tuż obok schodów prowadzących do cel więziennych siedzi strażnik. Nic nie rozumie ze słów zarejestrowanych na czarnej płycie. Smaruje masłem pajdę chleba i przysuwa sobie talerz.

„Ale liczyć się musimy z tym, że przecież zapasy – wobec trudności dostaw – maleją i że ta oszczędność w jedzeniu, do której nawoływałem, powinna być jak najbardziej uwzględniana. Konieczność zastosowania powszechnie jednej potrawy. Jedna zupa z kawałkiem mięsa, z ryżem czy z czem można, czy z kaszą, musi stanowić nasz posiłek. Musimy wprowadzić tę jedną potrawę we wszystkich domach. Nawet tam, gdzie zapasy domowe pozwalają na coś więcej, należy tę skromność utrzymać. Należy się liczyć z tym, że przecież nikomu nie będzie przyjemnie siedzieć przy stole i jeść dwie potrawy, jak się dowie, że obok w podziemiu jakiś ewakuowany z głodu umiera. […] Jest część restauracji, które się nie zamknęły, które dostarczają jedzenia – dostarczają jedzenia i tam, gdzie na posterunkach ludzie trwają, jak w radio czy gdzie indziej, dostarczają jedzenia i tym, którzy nie mają żadnego oparcia i do restauracji jedynie trafić mogą. Wzywam, abyście wprowadzili system jednej potrawy, kocioł jeden wspólny. Nie śmie być w Warszawie innego jedzenia dzisiaj, jak jeden wspólny kocioł”.

Strażnik ociera usta wierzchem dłoni, wzdycha z błogością i sięga do kieszeni munduru, skąd wydobywa paczkę papierosów. Słychać trzask zapałki. Siwy dym cierpliwie wędruje w stronę wywietrznika.

„Nikt przecież nie łudził się z nas, aby na wojnie nie było ofiar; nikt z nas nie łudził się, aby nie było bombardowania; nikt z nas się nie łudził, aby bombami miast nie obrzucano. Boć nie mamy do czynienia z rycerskim narodem, boć nie mamy do czynienia z kulturalnym narodem – tylko z barbarzyńcą, który nie zachowuje żadnych praw międzynarodowych, który bombarduje miasto, cywilną ludność, otwarte miasto, który bombarduje ambasady zagraniczne […], który nie liczy się z niczym, niszczy szpitale, uderza specjalnie w bloki robotnicze. To na pewno robotnik polski dobrze sobie zapamięta, że tak jak pierwszej nocy zbombardowano domy robotnicze na Kole, tak i potem na Grochowie, tak potem ciągle. Tak jakby umyślnie – mimo tego, co się mówi w komunikatach niemieckich – bombarduje się ludność robotniczą, bombarduje się ludność cywilną, niewinną, bombarduje się międzynarodowe instytucje, którymi są ambasady i poselstwa. To są metody walki. Ale tego rodzaju metody spotkają się z odprawą. […] Na kule zza płotu to oczywiście nie mamy tej rady, bo tych metod nie stosujemy – bo nie jesteśmy barbarzyńcami”.

Czarna płyta zacina się – igła gramofonu wciąż trafia w to samo miejsce.

Strażnik dogasza papierosa, wstaje, wygładza mundur. Czas zajrzeć do więźnia.

Mężczyzna w celi słania się na nogach. Przez jego głowę płyną obrazy. Myśl uparcie powtarza jedną frazę. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Nie jesteśmy barbarzyńcami.

 

Gdyby w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. poprosić warszawiaków, aby scharakteryzowali prezydenta swojego miasta, ani słowem nie wspomnieliby o jego talentach oratorskich. Starzyński był znany przede wszystkim jako człowiek czynu, sprawny organizator i znakomity zarządca.

Na stanowisko komisarycznego prezydenta miasta stołecznego Warszawy został powołany 31 lipca 1934 r. Atmosfera, w jakiej obejmował urząd, nie była najlepsza. Nie został wybrany w głosowaniu powszechnym – jego nominacja miała charakter polityczny i była efektem zabiegów omijających mechanizmy demokratyczne. Władzy centralnej zależało na odzyskaniu wpływu na rządy w stolicy.

Modernizator stolicy

Nowy prezydent musiał się zmierzyć z wieloma wyzwaniami. Chodziło przede wszystkim o zrównoważenie budżetu miejskiego oraz o podniesienie funkcjonalności i wydajności stołecznych instytucji. W ciągu pięciu lat sprawowania swojej funkcji Starzyński poradził sobie z dużą częścią administracyjnych i finansowych problemów – uzdrowił budżet i wdrożył wiele nowych inwestycji.

Jak wylicza Stanisław Różański, w trakcie przedwojennego pięciolecia zbudowano w Warszawie 42 km nowych linii tramwajowych, 82 km kanałów, 148 km przewodów gazowych, 78 700 izb mieszkalnych, położono 1 297 000 mkw. nawierzchni (195 ulic), założono 58 ha nowych parków. Efektem aktywności Starzyńskiego było także rozpoczęcie prac, mających na celu gruntowną poprawę warunków komunikacyjnych. „Do zrealizowanych należy zaliczyć: poszerzenie, przebudowę i unowocześnienie arterii wylotowych […], budowę ważnych nowych odcinków arterii […], zapoczątkowanie budowy […] dwupoziomowych kamiennych bulwarów nad Wisłą. Daleko posunięte projekty precyzowały budowę nowego mostu na ul. Karowej, stworzenie nowego połączenia W-Z oraz budowę linii metra o kierunku N-S)”. W przedstawionym 13 lutego 1939 r. planie inwestycyjnym na lata 1939–1944 mowa była m.in. o wzniesieniu Dzielnicy Reprezentacyjnej Marszałka Piłsudskiego, przystąpieniu do organizacji Wystawy Powszechnej z okazji 25-lecia niepodległości oraz o budowie Dzielnicy Sportowej na Siekierkach, której tory, ringi, korty i stadiony miały się stać w przyszłości terenem zmagań olimpijskich.

Defensor Poloniae

Wybuch wojny unieważnił te zamierzenia, diametralnie zmienił także sytuację samego Starzyńskiego. Ewakuacja instytucji centralnych, z rządem Rzeczypospolitej na czele, sprawiła, że prezydent stolicy, w pośpiechu organizujący nowe struktury administracyjne, nieoczekiwanie stał się najwyższym przedstawicielem władzy. „Zostaję na gospodarstwie” – informował przez telefon premiera Składkowskiego. Kiedy mówił „gospodarstwo”, miał na myśli Warszawę. Prędko okazało się jednak, że – wbrew kalkulacjom i oczekiwaniom – stolica będzie najważniejszym, symbolicznym punktem obrony polskiej państwowości. Trzeba było utrzymać ją jak najdłużej, aż do momentu, gdy Anglia i Francja rozpoczną działania militarne przeciwko III Rzeszy. Tego rodzaju dyspozycji udzielił generałowi Juliuszowi Rómmlowi marszałek Śmigły-Rydz, piszący w liście z 8 września: „Biją nas ogromną przewagą, przede wszystkim techniczną. Jednak bić się musimy, by jak najdłużej przeciągnąć. Innej rady nie ma. Wojna w końcu będzie się decydowała na zachodnim froncie i ja wierzę głęboko, że zakończy się zwycięsko. Panie Generale! Pan obejmie dowództwo Warszawy, w której trzeba się bronić, jak długo starczy amunicji i żywności, aby jak najwięcej sił nieprzyjaciela ściągnąć na Warszawę. Ufam Panu Generałowi, że Pan dobrze wypełni ten historyczny obowiązek bronić się na skraju miasta naokoło od zachodu i wschodu”.

Owa obrona aż do wyczerpania zapasów amunicji i żywności byłaby trudna do pomyślenia, gdyby ludność Warszawy nie stanowiła jedności z wojskiem, gdyby nie udzieliła mu pełnego wsparcia organizacyjnego, aprowizacyjnego i – last but not least – emocjonalno-mentalnego. Jedność tę stworzył i ugruntował prezydent, a następnie cywilny komisarz przy Dowództwie Obrony Warszawy Stefan Starzyński, o którym jeden z jego zastępców powie, że „pełen wiary w swą prawdę wewnętrzną, działał jak żywioł”, że „niezachwianie oddany sprawie narodowej, wszczepiał nadzieję wątpiącym”, że „przyszłość Polski [uznawał] za miarę wszystkiego” i „porywał społeczeństwo warszawskie ze sobą”.

Mit prawdziwy i mit fałszywy

Historię wszelkich zbiorowości ludzkich, także wspólnot narodowych, konstytuują mity. Jest wiele odmian mitów, jednak podstawowe rozróżnienie, jakie można by w tej materii wprowadzić, opierałoby się, jak sądzę, na oddzieleniu „mitów prawdziwych” od „mitów fałszywych”.

Czym jest „mit prawdziwy”? To opowieść, której kanwę stanowią rzeczywiste wydarzenia, czyli czyny i słowa, które zaistniały w przestrzeni i czasie, i tak mocno zespoliły się z historią, że zostały przez ogół uznane za jej naturalną, niepodlegającą zmianom tkankę, za najgłębszy rdzeń samego „dziania się”. „Mit fałszywy” rozmija się z rzeczywistością, choć uchodzi za jej wierny obraz – jego materią jest opowieść obejmująca tylko wybrane aspekty „dziania się”, a milczeniem pomijająca to wszystko, co kłóci się z wytworem zbiorowej imaginacji. Liczne znamiona „mitu fałszywego” posiada narracja o roli Lecha Wałęsy w obaleniu komunizmu. „Mitem prawdziwym” jest opowieść o ostatnich miesiącach życia Stefana Starzyńskiego.

Postać mityczna zajmuje trwałe miejsce w pamięci swoich współczesnych, mości się w ich wyobraźni, podporządkowuje sobie ich emocje i uczucia, staje się punktem odniesienia, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Jest obecna zarazem w czasie i poza czasem. Trwa nawet wtedy, gdy już zejdzie z dziejowej sceny.

Obecność prezydenta oblężonej Warszawy w teraźniejszości tamtego września i w długotrwałej pamięci o dniach walki z Niemcami miała (i ma) kilka istotnych podstaw. Pierwszą z nich był faktyczny wpływ Starzyńskiego na bieg stołecznych spraw, szczególnie w czasie, gdy miasto opuścili już najwyżsi urzędnicy państwowi. O wpływie tym mieszkańcy stolicy mogli się przekonać, ilekroć stykali się z rezultatami celowego, sensownego, dobrze zorganizowanego – mimo piętrzących się przeszkód – działania komórek życia zbiorowego, takich jak Straż Obywatelska, Obrona Przeciwlotnicza, Straż Ogniowa, a także szpitale, restauracje, sklepy etc. Drugim ze źródeł pamięci o Starzyńskim było doświadczenie przez warszawiaków jego fizycznej obecności w wielu punktach bombardowanego, płonącego, obracanego w perzynę miasta – doświadczenie owo znalazło wyraz w licznych relacjach o swoistej „wszechobecności” prezydenta, który wciąż wizytował, przeprowadzał inspekcje, odbierał raporty, rozmawiał z obrońcami i ludnością. Za trzeci, bodaj najistotniejszy, czynnik mitotwórczy należy uznać radiowe przemówienia Starzyńskiego, wygłaszane co najmniej raz dziennie od 7 do 23 września (w tym dniu niemieccy lotnicy zniszczyli miejską elektrownię i radio zamilkło).

„Serce Warszawy”

Trudno znaleźć wspomnienie z oblężenia Warszawy, w którym nie byłoby ustępu poświęconego audycjom z udziałem prezydenta. Jego zachrypnięty głos, raz spokojny, innym razem wznoszący się aż do krzyku, głęboko wrył się w pamięć uczestników tamtych wydarzeń. „Wieczorne słuchanie Starzyńskiego, gdy przemawia przez radio, nabiera dla nas znaczenia uroczystości” – notowała Halina Regulska. – Stał się dla nas, ludności cywilnej, symbolem obrony Warszawy, a obrona Warszawy jest symbolem obrony całego narodu przed najazdem Niemców. […] prostymi słowami trafia wprost do naszych serc. Jest wyrazicielem naszych uczuć, jest rzecznikiem męki i honoru Warszawy. Nastąpiło jakieś duchowe scalenie się Starzyńskiego z mieszkańcami stolicy. […] uderzył w struny najszczytniejszego patriotyzmu i dlatego mieszkańcy Warszawy odpowiedzieli mu takim zaufaniem i wiarą w niego. Dla ludności […] stał się kimś bardzo wielkim, stał się sercem Warszawy – osią naszego życia”.

Pułkownik Tadeusz Tomaszewski, szef sztabu w Dowództwie Obrony Warszawy, pisał w swoim pamiętniku: „Nigdzie objawów paniki, niechęci, załamania, nigdzie słów protestu, słów zwątpienia czy skargi. Jakby coś stężało w narodzie warszawskim, jakby zakrzepło, zastygło w jednej namiętności: Nie dać Warszawy! W drugim okresie obrony, aż do kapitulacji, nie zanotowałem ani jednego wypadku, ani nawet przebłysku czegoś przeciwnego, a małodusznego czy zbrodniczego. Warszawa walczyła w pierwszym szeregu, Warszawa wierzyła, wpatrzona w spiżową postawę swego prezydenta, posłuszna jego wezwaniom aż do poświęcenia”.

Tomaszewski opowiada m.in. następującą scenę. Pewnej nocy jechał przez centrum miasta. Przed placem Trzech Krzyży szofer zwolnił, by przepuścić kolumnę polskiej piechoty. Nagle nad głowami żołnierzy rozprysły się granaty wystrzelone przez nieprzyjacielską artylerię. Ulica w mgnieniu oka pokryła się trupami i wijącymi się w konwulsjach ciałami rannych. „Wyskakujemy z kierowcą, by coś radzić, pomagać. Jedni usuwają zabitych, układając trupy na skwerze u stóp Trzech Krzyży, inni znoszą rannych, układając ich pod filarami kościoła Św. Aleksandra. Niesiemy wraz z kierowcą młodego, ciężko rannego żołnierza. Ciało jego zwisa bezwładnie. Układamy go pod jednym z filarów, i chociaż się słania, jest przytomny, a z ust jego, słabym, lecz wyraźnym głosem wydobywają się zdumiewające słowa! Nie słowa skargi, żalu czy prośby, nie słowa dla matki biednej, siostry czy kochanki, nie słowa buntu, oskarżenia czy przekleństwa, lecz słowa miłości wielkiej, wielkiego ukochania i poświęcenia: »O Polsko kochana, dla ciebie krew moja płynie«. Po chwili omdlał i nie żył”.

 

W 1935 r. Stefan Starzyński odwiedził Brukselę. Spotkał się wtedy z legendarnym burmistrzem tego miasta Adolfem Maksem. Podczas I wojny światowej stolica Belgii przeżyła niemieckie oblężenie, a Max został uwięziony przez Niemców – po powrocie był w 1918 r. w Brukseli witany jako bohater. Starzyńskiemu bardzo zależało na rozmowie z Maksem.

Jej treść, w niezwykły sposób korespondującą z późniejszymi wypadkami historycznymi, przytacza w swojej relacji z tamtego spotkania Jarosław Iwaszkiewicz, który służył Starzyńskiemu jako tłumacz: „»Cieszę się – mówił mniej więcej Starzyński – i ogromną jest dla mnie radością, że mogę poznać człowieka, który dał przykład bohaterskiego oporu wobec brutalnego najeźdźcy…«. Na co Max z uśmiechem odpowiedział: »Mam nadzieję, że pan nie będzie potrzebował nigdy brać ze mnie przykładu…«”.

We wrześniu 1939 r. burmistrz Brukseli przekazał na ręce przedstawiciela polskiego rządu list adresowany do prezydenta Warszawy. Była w nim mowa o bohaterstwie obrońców i „teutońskich hordach”. W odpowiedzi Starzyński napisał: „Szczęśliwy jestem, że mogę reprezentować ludność, dla bohaterstwa której brak mi słów. Znany całemu światu heroizm Pana […] w czasie najazdu niemieckiego na Belgię w dniach Wielkiej Wojny oraz hart mieszkańców Belgii w tym czasie znajdują swoich następców wśród obywateli naszego, do niedawna uroczego i pięknego miasta”. Opisywał zniszczenia, mówił o bombardowaniu budynków oznaczonych znakiem Czerwonego Krzyża i deklarował, że Warszawa nie ulegnie: „Kalkulacja Niemców, oparta na przypuszczeniu, że to złamie naszego ducha, nie bierze pod uwagę jednego, co jest silniejsze ponad wszystko – a mianowicie miłości Ojczyzny”.

Wojna słów

Codzienne przemówienia prezydenta Warszawy były słuchane w całej Europie. Robert St. John, korespondent Associated Press w Budapeszcie, prędko zwrócił na nie uwagę. Po polsku nie rozumiał ani słowa, zorganizował więc nasłuch i zatrudnił tłumacza. W niektóre wrześniowe dni o sytuacji oblężonej stolicy więcej mówił jednak ton głosu Starzyńskiego niż sama treść komunikatów: „Zawsze starał się być pewny siebie, pełen optymizmu – ale mikrofon to czuły instrument. […] Miał niezwykłe wyczucie dziennikarskie i jego kilka wystąpień dawało nam pełny obraz sytuacji, jakby tam, na miejscu, siedziało z pół tuzina naszych reporterów”.

By dobrze pojąć znaczenie audycji z udziałem Stefana Starzyńskiego, trzeba zdać sobie sprawę, że w roku 1939 radio było jedynym medium, którego aktywności nie były w stanie – przynajmniej do czasu – powstrzymać operacje militarne. Głos człowieka przed mikrofonem płynął ponad barykadami i zasiekami, mijał szeregi nieprzyjacielskiej piechoty, oddziały artylerii, eskadry bombowców startujących z zajętych przez Niemców lotnisk, frunął nad przydrożnymi rowami pełnymi ludzkich i końskich trupów, nad zatłoczonymi drogami donikąd, nad miasteczkami i wsiami, w których władzę objął już naród panów, Herrenvolk. Głos – zachrypnięty baryton śmiesznego polskiego idealisty – forsował granice, unieważniał blokady, niweczył śmiercionośną ciszę.

Należało wydać mu walkę. Słowu płynącemu z wnętrza mitu przeciwstawić inne słowo, wiele słów. Zagadać je, zagłuszyć, przykryć falą zdań wielokrotnie złożonych, obmyślonych i zatwierdzonych gdzieś w Berlinie, udających zdania polskie, podszywających się pod polską składnię, markujące polską myśl.
„Dzienniki” Goebbelsa, zapisek z 9 września: „Wieczorem przestrajamy rozgłośnię Deutschlandsender na fale rozgłośni warszawskiej i w ten sposób możemy zwracać się do narodu polskiego. Wiele odezw i wiadomości. To wszystko oddziałuje dobrze mocno”. 11 września: „Nadajemy intensywnie na falach warszawskiego radia. Polacy są systematycznie nękani”. 12 września: „Toczy się wojna w eterze. Weszliśmy z naszym programem na częstotliwość niektórych rozgłośni polskich. Teraz w Polsce nikt nie wie, co jest autentycznie polskie, a co nie. To nam może wyjść jedynie na dobre. W ten sposób szerzymy jeszcze większą panikę. Potem każę zarządzić kilkugodzinną przerwę, aby wzmóc niepewność. W każdym razie Polacy nie zaznają już spokoju”.

Kupuję wszystkie megafony

Gdy kłamstwo robi się gadatliwe, prawda nie może milczeć. Człowiek poddany próbie, wytrącony z semantycznej równowagi, musi dostrzegać w przestrzeni punkty orientacyjne – inaczej zagubi się bezpowrotnie, utonie we mgle sprzecznych pojęć, nawzajem wykluczających się relacji, podmiotów i orzeczeń służących odmiennym porządkom. Słowa oderwane od znaczeń spętają jego myśli i powiodą go w ciemność.

Wiedział o tym Stefan Starzyński, wiedziały osoby odpowiedzialne za informacyjną działalność warszawskiej rozgłośni. Robiono więc wszystko, by przekaz radiowy dotarł do jak największej liczby osób. 12 września prezydent mówił do mikrofonu: „Olbrzymim dla nas, obywateli, szczęściem jest, że pracownicy radia tak ofiarnie pracują i że mamy możność tego kontaktu, bo przecież to żywe słowo, ten bezpośredni kontakt z miejsca, gdzie zbierają się nici życia, gdzie zbierają się informacje wszystkie – jakże ważkim jest czynnikiem, jakże ułatwia na pewno wszystkim przetrwanie, jakże dopomaga do organizacji, do spełnienia obowiązku”. I wzywał: „Zwracam się do wszystkich posiadaczy zbędnych aparatów radiowych, aby zgłosili mi niezwłocznie do zarządu miasta, do lokalu komisarza cywilnego, aby zgłosili mi niezwłocznie liczbę aparatów radiowych, jakie posiadają, albowiem te, które są w sklepach, ja je w tej chwili, ogłaszając to przez radio – kupuję. A wszystkich obywateli, którzy posiadają nie dla handlu, ale mają zbędne aparaty, proszę, aby mi je niezwłocznie zgłosili, abym mógł je dostarczyć do szpitali, gdzie chorzy i ranni bez wiadomości, słysząc strzały, muszą czuć się gorzej aniżeli my, zdrowi, którzy mamy możność poruszać się. Aby wszędzie, gdzie to słowo jest potrzebne, mogło ono dotrzeć.

Toteż zwracam się jeszcze raz do wszystkich sklepów, aby mi natychmiast zgłosiły, bo ja wszystkie aparaty kupuję, a jednocześnie do obywateli, aby zbędne aparaty mi zgłaszali i ofiarowywali, abym mógł nimi dysponować i całe miasto zaopatrzyć. Jednocześnie do firm odpowiednich się zwracam, aby mi niezwłocznie dostarczały wszystkie megafony, jakie tylko posiadają, albowiem je również kupuję i wypłacę gotówką za dostarczone aparaty. Te megafony są mi potrzebne, aby słowo żywe z radia biegnące dotarło do wszystkich krańców miasta, dotarło tam, gdzie żołnierz na posterunku trwa, aby on słyszał dokładnie, co tu się dzieje, co tu się mówi, jaka jest postawa ludności, aby wiedział, że walczy nie za jakichś tchórzy, ale że walczy za miasto, które samodzielnie trwa na posterunku, że walczy za tych warszawiaków, którzy są spadkobiercami Kilińskich czy Sierakowskich, którzy są spadkobiercami bohaterów Powstania Listopadowego, Styczniowego, 1905 czy 1914 r.”.

Communio

Czy to rzeczywiście aż tak ważne – by „żywe słowo dotarło „do najdalszych krańców, by ludzie „słyszeli dokładnie, co tu się dzieje, co tu się mówi”?

Wspólnota nie istnieje, jeśli jej członkowie nie kontaktują się ze sobą, jeśli nie dochodzi między nimi do komunikacji. Zakres znaczeniowy rzeczownika „communicatio”, pochodzącego od czasownika „communicare”, jest dość szeroki: dzielenie się czymś z kimś, dopuszczanie kogoś do udziału w czymś, udzielanie komuś czegoś, wzajemna wymiana, udział w czymś, związek, łączność, obcowanie.

Dążenie do pogłębienia komunikacji, do zadzierzgnięcia relacji bliższych niż dotychczasowe, do utrzymania łączności to naturalna reakcja na działanie służące innym celom – destrukcji, dezorganizacji, dekompozycji. Rozpoczynając we wrześniu 1939 r. wojnę przeciwko Rzeczypospolitej, a w kolejnych latach konsekwentnie i metodycznie realizując akcję likwidacji polskiej elity, Niemcy i Sowieci próbowali ostatecznie zlikwidować narodową „communionem” Polaków – chcieli zerwać łączność między komórkami tego zbiorowego organizmu, rozbić jego jedność, unieważnić integralność. W rozproszeniu Polacy pozostaliby na zawsze narodem niewolników. Przemawiając przez radio, Stefan Starzyński przeciwdziałał dezintegracyjnej strategii agresora, wołał o jedność, przyczyniał się do jej utwierdzenia i ocalenia.

 

Zjawili się 27 października, o czternastej. Dwóch mężczyzn w szarych mundurach. Miał kilka minut na ubranie się – „wszedł do umywalni przy gabinecie, gdzie w październiku przechowywał swoje rzeczy osobiste, i nie zamykając drzwi, włożył palto zimowe, a w rękę wziął kapelusz”. Stanisław Lorentz, który był wtedy najbliższym współpracownikiem Starzyńskiego, chciał jechać razem z nim. „Dyspozycje są wyraźne. Nikt nie może towarzyszyć” – usłyszał.

Nikt nie może towarzyszyć. Ten, który zjednoczył warszawiaków w oporze przeciw najeźdźcy, na koniec miał zostać sam. Ostatnią drogę, drogę do zimnego dołu, musiał przebyć w samotności i opuszczeniu. Lorentz: „Prezydent podał mi bez słowa rękę i wyszedł z gabinetu pierwszy, za nim obaj oficerowie. Z okna widziałem jeszcze wyjeżdżający z bramy samochód”. W przylegającym do gabinetu sekretariacie czekał Janusz Regulski – „Drzwi […] otworzyły się i wyszedł Starzyński, prowadzony przez dwóch gestapowców. Szedł z głową opuszczoną, nigdy tego widoku nie zapomnę, jakby w sobie zagłębiony i już od tego świata daleki, gotów do złożenia najwyższej ofiary”.

Moribundus

Co znaczą słowa: „jakby w sobie zagłębiony i już od tego świata daleki”? Co mówią o tym, kto je zapisał? Jaki wgląd w jego świadomość nam oferują?

Jest to, jak sądzę, świadomość rzeczy ostatecznych – wykraczająca poza świat fenomenów materialnych, jednorazowych, podlegających przemijaniu. Świadomość dziejowa, osadzona w historii, ale niejako od niej abstrahująca, zdolna dostrzec w pozornym chaosie wydarzeń porządek wyższy.

Czy tego rodzaju świadomość – w momencie aresztowania i potem, w dniach śledztwa, wreszcie zaś w chwili przedśmiertnej – była dana samemu Stefanowi Starzyńskiemu? Gest opuszczenia głowy przez prezydenta wychodzącego ze swojego gabinetu w asyście gestapowców Regulski odczytał właśnie tak – jako znak pokory człowieka wybierającego śmierć, wypowiadającego końcowe, fundamentalne „tak”, doświadczającego na sobie barbarzyńskiej przemocy, ale jej nieulegającego. W scenie aresztowania Starzyński jawi się jako idealne wcielenie tej wielkości, o której pisał Norwid: „Wielkim jest człowiek, któremu wystarczy/Pochylić czoła,/Żeby bez włóczni w ręku i bez tarczy/Zwyciężył zgoła!//Niższym się stawszy, on Zawiść poniża,/A Zawiść w czwały/Leci i czepia mu znamiona krzyża,/Wołając: »Mały!«”.

Kroki prezydenta jeszcze słychać na schodach. Starzyński znika ze sceny życia, zapada się w ciemność. Przez szybę samochodu jadącego na Szucha ogląda powrześniową stolicę, którą jeden z jego współpracowników, Aleksander Ivánka, porówna do ludzkiej postaci po bójce – „posiniaczon[ej], w porwanym odzieniu”. W głowie przewija mu się film z przeszłości – sceny, sekwencje, ujęcia panoramiczne i niespodziewane zbliżenia, ujawniające wagę przeoczonego niegdyś szczegółu. Widzi siebie samego pochylonego nad makietą „Warszawy jutra”, wizytującego place budów, rozprawiającego o przyszłej olimpiadzie na Siekierkach, w przebraniu robociarza przechadzającego się między mieszkańcami Woli.

Jeszcze raz przygląda się scenie zaprzysiężenia nowych członków Zakonu Dobra i Honoru Polski, organizacji założonej przez byłych legionistów Piłsudskiego, pragnących przyczyniać się do wzrostu odrodzonej ojczyzny własną wytężoną pracą, opartą na zasadach honoru, bezinteresowności i odpowiedzialności. Ktoś odczytuje fragmenty tekstów Norwida i Słowackiego, kandydat zaś kładzie dłoń na krzyżu Virtuti Militari i powtarza słowa przysięgi.

Na koniec objawia się Starzyńskiemu stolica z pierwszych tygodni wojny. Przez płomienie i dym pogorzelisk dostrzega ludzkie postacie uwijające się pośród gruzów – gaszące pożary, odkopujące rannych, grzebiące zmarłych. Miasto jest niczym mrowisko, w które uderzył ciężki but Wandala.

W uszach prezydenta dźwięczą frazy ostatniego przemówienia radiowego. Wygłosił je 23 września, tuż po zagranym na żywo recitalu chopinowskim Władysława Szpilmana. Wśród huku upadających bomb i pocisków artyleryjskich mówił: „Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielką będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś widzę wielką Warszawę. Gdy teraz do Was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę. I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce – gruzy leżą, choć tam, gdzie miały być parki – dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale – nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i chwały”.

Więzień specjalnego znaczenia

Nazajutrz po aresztowaniu funkcjonariusze gestapo przeszukali Biuro Prasowe Zarządu Miasta. Pytali o teksty radiowych przemówień Starzyńskiego i wywiadów, których udzielił prasie we wrześniu. Tych samych materiałów poszukiwano wcześniej w siedzibie warszawskiej rozgłośni przy ul. Zielnej. Inż. Jan Pilecki, odpowiedzialny za nagranie wystąpień prezydenta, stał się obiektem trwałego zainteresowania niemieckich służb bezpieczeństwa.

30 października zjawił się w sali posiedzeń warszawskiego magistratu jeden z pracowników więzienia przy ul. Daniłowiczowskiej. Wręczył Stanisławowi Lorentzowi karteczkę od Starzyńskiego. Prezydent pisał, o jakie osoby pytano go w trakcie śledztwa, i prosił, by je o tym fakcie poinformować. Domagał się także przesłania słownika niemiecko-polskiego.

Z Daniłowiczowskiej przewieziono Starzyńskiego do aresztu przy ul. Rakowieckiej, następnie zaś na Pawiak, gdzie nawiązała z nim kontakt Irena Wirszyłło, pracownica służby więziennej. To ona przekazała mu wiadomość o planie zorganizowania jego ucieczki. Przeszkolono grupę osób, które miały przeprowadzić akcję oraz zapewnić Starzyńskiemu schronienie. Kiedy wszystko było zapięte na ostatni guzik, prezydent odmówił – nie chciał narażać bezpieczeństwa polskich strażników zatrudnionych na Pawiaku.

Dysponujemy dwiema relacjami dotyczącymi losów Stefana Starzyńskiego w więzieniu między ulicami Dzielną i Pawią. Janina Kozakówna wspominała, że przed celą prezydenta Warszawy wciąż stała warta. W grudniu więzień miał być wyprowadzany na zewnątrz i miał pomagać w odśnieżaniu. Autorem drugiej relacji jest Jan Gebethner, we wrześniu zastępca komendanta warszawskiej Straży Obywatelskiej, aresztowany przez Niemców i przetrzymywany na Pawiaku w tym samym czasie co Starzyński: „Pewnego dnia dowiedziałem się od strażników […], iż jedną z cel szykują dla jakiegoś specjalnego więźnia. Miał on być przewieziony w tajemnicy, aby nikt nie wiedział, kto to jest. Na drugi dzień gruchnęła wieść, że przywieźli jakoby Starzyńskiego. Z mojej celi okno wychodziło na podwórze więzienne i gdy dostałem tak zwany »cynk«, iż ten tajemniczy więzień odbywa codzienny spacer po podwórzu, wyjrzałem przez okno i poznałem, że to Starzyński. I wtedy widziałem go po raz ostatni. W parę dni potem wywieziono go z Pawiaka”.

Co mówi mit

Nie udało się ustalić, dokąd został wywieziony. W latach wojny i bezpośrednio po jej zakończeniu w obiegu społecznym funkcjonowało kilka równoległych opowieści o ostatnich dniach prezydenta. Zweryfikowano je w trakcie śledztwa przeprowadzonego przez prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej, którego rezultaty ogłoszono we wrześniu 2014 r. Z komunikatu wydanego przez Naczelnika Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie można było się dowiedzieć, że „do zabójstwa przez rozstrzelanie Prezydenta m.st. Warszawy Stefana Starzyńskiego doszło w okresie pomiędzy 21 a 23grudnia 1939 r. w Warszawie lub w jej okolicach. Zbrodni dokonali funkcjonariusze gestapo oberscharführer Hermann Schimmann, hauptscharführer Weber i unterscharführer Perlbach. Nie zdołano natomiast w sposób jednoznaczny ustalić funkcjonariuszy niemieckiego państwa okupacyjnego, którzy wydali rozkaz zabójstwa Stefana Starzyńskiego”. Czy sucha sentencja urzędowego komunikatu może jednak usatysfakcjonować kogoś, kto próbuje pojąć i ogarnąć wyobraźnią dwudziestowieczną historię Polski? Nie sądzę.

Z ust afatyka dobywają się trzy obco brzmiące słowa: „Schimmann”, „Weber”, „Perlbach”. I jeszcze: „nie zdołano ustalić”, „brak pewności co do”, „nie wiadomo”. Następnie zapada głucha cisza. W tej ciszy tkwi bohater wspólnotowej mitologii, człowiek prawdziwy, z krwi i kości, a zarazem postać z krainy idei. Ktoś, kto zniknął – a jest obecny. Umarły, który żyje.

Każdy prawdziwy mit ma swoje odmiany. Tak samo ważne. W równym stopniu rzeczywiste.

Prezydent Starzyński siedzi na Daniłowiczowskiej, na Pawiaku, w celi bunkra 13/14 w obozie koncentracyjnym Dachau. Prezydent Starzyński słucha swoich przemówień, ginie od kul Schimmanna, Webera i Perlbacha w parku natolińskim, umiera z głodu w więzieniu Spandau, ginie śmiercią męczeńską w Baalberge i we Flossenburgu. Prezydent Starzyński puszcza nam audycje z września 1939 r. i prosi, błaga, byśmy przyjęli do wiadomości i wykonali. Nie zatykajcie uszu – krzyczy. Ogłasza: kupuję wszystkie megafony.

Trzeba, by słowa wypowiedziane przed mikrofonem, wśród detonacji i syku płomieni, dotarły do wszystkich, by wryły się w pamięć, by wskazały drogę. Bo przestrojono nasze rozgłośnie, skonfiskowano radioodbiorniki, zdemontowano megafony, rozwiązano zakony honoru i dobra.

Nie straćcie jej, nie straćcie Polski, brońcie jej do końca, do ostatniego tchnienia – szepcze Prezydent Starzyński.

Umarły, który żyje. Ktoś, kto zniknął, a jest obecny.

http://niezalezna.pl/62921-starzynski-smierc-i-niesmiertelnosc-1
http://niezalezna.pl/63128-starzynski-smierc-i-niesmiertelnosc-2
http://niezalezna.pl/63348-starzynski-smierc-i-niesmiertelnosc-3
http://niezalezna.pl/63579-starzynski-smierc-iniesmiertelnosc-4
http://niezalezna.pl/63803-starzynski-smierc-i-niesmiertelnosc-5

zobacz: Starzyński prezydent m. st. Warszawy

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.