Wspomnienia o Marii Fieldorf-Czarskiej

On wierzył w Polskę – film Aliny Czerniakowskiej

 

CIESZYŁO JĄ TO, CO WOJSKO ROBIŁO DLA JEJ OJCA

Z Marią Fieldorf, bratanicą gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, siostrą stryjeczną Marii Fieldorf-Czarskiej, rozmawia Bogusław Rąpała

Pani Maria odeszła, ale zostawiła nam dobro, które wnosiła i bogactwo wspomnień…
– Jest mi niewypowiedzianie smutno i czuję wielki żal, że już jej nie ma z nami. Tym bardziej że jeszcze nie tak dawno rozmawiałyśmy przez telefon. Zadzwoniła do mnie, kiedy znalazła się w szpitalu. Opowiadała, że przechodzi różne badania, które mają wykluczyć kolejne domniemane choroby. Była pogodna, żartowała i nic nie zwiastowało takiego smutnego i niespodziewanego zakończenia.

Jaki obraz Marii Fieldorf-Czarskiej pozostanie w Pani pamięci?
– Marysia była starsza ode mnie. Znałyśmy się od zawsze. Z tym że jej rodzina mieszkała w Wilnie, a ja w Krakowie. Jako dziecko pamiętam ją bardzo słabo z czasów przedwojennych. Dużo lepiej z lat powojennych, kiedy opuścili Wilno i czasowo zamieszkali w Krakowie. Pamiętam dobrze, że w późniejszych latach również bywała u nas, kiedyś często, a ostatnio – ze względu na swoje zdrowie oraz moje, także dość kiepskie – trochę rzadziej. Dlatego częściej kontaktowałyśmy się listownie i telefonicznie. W zeszłym roku brała udział w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod pomnik ojca, patrona Jednostki Wsparcia Dowodzenia i Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych w Krakowie. Była to dla niej bardzo ważna i wzruszająca uroczystość. Wtedy była jeszcze na tyle w dobrej formie, że razem z moim mężem wybrała się na cmentarz, na grób naszych wspólnych dziadków.

Nigdy nie dowiedziała się, gdzie spoczął jej ojciec…
– Marzyła o tym, że kiedyś Instytut Pamięci Narodowej odnajdzie miejsce pochówku jej ojca. Bardzo chciała, żeby spoczął w Krakowie. Niestety, jak dobrze wiemy, nie doszło do tego i pewnie już nigdy nie dojdzie.

Również Pani wraz z mężem, Leszkiem Zachutą, bardzo angażowała się w kultywowanie pamięci o Generale „Nilu”.
– Jesteśmy autorami dwóch książek o nim, a także wielu wystaw, które pokazywane były w różnych miastach w Polsce. Marysia wspierała naszą działalność. Na wszystkie prośby o udostępnienie pamiątek po ojcu, które się u niej zachowały, zawsze odpowiadała pozytywnie. Aprobowała i doceniała naszą działalność.

Pani Maria całe życie walczyła o prawdę o okolicznościach śmierci swojego ojca…
– Najpierw walczyła jej matka, żona gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Robiła wszystko, co można było, żeby ta pamięć ocalała, ponieważ stryj został skazany na niepamięć. Niewielu zresztą wie, że wysyłała także za granicę fotografie swojego męża, z obawy przed tym, że tutaj mogą zostać zniszczone lub zaginąć. My o tym doskonale wiemy, bo kiedy w 1993 r. ukazała się nasza pierwsza książka, pewien pan z Paryża przysłał nam zdjęcia, których nie mieliśmy, a które żona gen. „Nila”, a moja stryjenka, wysłała do niego wiele lat wcześniej. Później nasza działalność była już wspólna i zaowocowała książkami, wieloma artykułami i wypowiedziami Marysi, również na łamach „Naszego Dziennika”.

Jakim wartościom była wierna przez całe życie?
Z pewnością triadzie: Bóg, Honor i Ojczyzna, oraz prawdzie.

Do końca była też bardzo aktywna w służbie tych pryncypiów.
– Tak. Jak już powiedziałam wraz z mężem publikowaliśmy książki i artykuły, organizowaliśmy wystawy, a Marysia działała inaczej. Słała pisma do urzędów, starała się o dostęp do różnych dokumentów. Wystarczy przypomnieć sprawę sędziny Marii Górowskiej, której miał zostać wytoczony proces o zabójstwo sądowe. Marysia miała być oskarżycielem posiłkowym. Niestety, Górowska zmarła przed rozpoczęciem procesu, więc aktywność Marysi w tym konkretnym przypadku, mająca sprawić, że winni zostaną osądzeni, nic nie dała. Dążyła do ukarania żyjących winnych, także tych, którzy pośrednio uczestniczyli w sprawie jej ojca. Jak widać, była to bardzo niełatwa i żmudna działalność, która nie przyniosła oczekiwanych efektów. Nikt nie został ukarany. Często mówiła o tym w swoich wywiadach. Nasza działalność była więc dwutorowa i skupiała się na Generale „Nilu”. Ten sam cel staraliśmy się osiągać dwiema różnymi drogami.

Pani Maria spotykała się często z młodzieżą. Troszczyła się o przekazanie młodemu pokoleniu prawdy o swoim ojcu…
– Tak, wiem, że lubiła te spotkania z młodzieżą. Są trzy szkoły, które noszą imię jej ojca. W zeszłym roku, kiedy była w Krakowie, spotkała się z młodzieżą Zespołu Szkół Mechanicznych Nr 4. Bardzo miło wspominała tamto wydarzenie. Ale najbardziej cieszyło ją to, co wojsko robiło dla jej ojca. Kiedy nie tak dawno temu odsłaniany był pomnik w jednostce wojskowej, nie miała dostatecznie dużo sił, żeby przyjechać do Krakowa. Dlatego otrzymała od jednostki pełną dokumentację z uroczystości, zdjęcia, miniaturkę sztandaru, proporczyk i to sprawiło jej ogromną radość. Uważała bowiem, że ojciec, który był wojskowym, najbardziej cieszyłby się z honorów przyznawanych mu właśnie przez wojsko.

http://www.naszdziennik.pl/

Powiesili bohatera

 

Maria Fieldorf-Czarska

W niedzielę 21 listopada koło południa, w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Marii Panny, odeszła od nas do Pana Maria. Od dłuższego czasu nie wychodziła z domu, kilkakrotne pobyty w szpitalu nie pomogły w ustaleniu przyczyn permanentnie podwyższonej temperatury ciała, bólów i zawrotów głowy. Wbrew tym cierpieniom, dla każdego gościa – tak jak przez całe swoje życie – miała twarz uśmiechniętą i nieraz wprowadzała nas w zakłopotanie, proponując poczęstunek, kawę, herbatę, choć wiedzieliśmy, że jest osłabiona, że cierpi. Radość obcowania z ludźmi, z którą szła przez całe życie, była silniejsza od wszelkiego cierpienia.

Miała wielu przyjaciół – starych i młodych. Tych młodych chyba więcej i to był prawdziwy fenomen starszej pani, która w marcu świętowała 85 urodziny. Ci młodzi pytali ją czasem, czy nie byłaby już pora odtworzyć Kedyw? – Jak będzie pora, dam rozkaz – mawiała ze śmiechem a my nazywaliśmy ją wtedy Komendantką.

Po jakimś czasie zauważyłem, że między sobą mówimy o Niej po prostu „Maria”, choć byliśmy od niej 30-50 lat młodsi. Nie było w tym braku szacunku czy nadmiernej poufałości. Raczej rodzaj porozumienia i współodczuwania ważnych spraw ponad czasem. Bo przecież „przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej”, jak pisał Norwid. ” Będziesz dziś u Marii” – pytaliśmy się przez telefon i jechaliśmy do niej, by się dowiedzieć o zdrowie, ale przede wszystkim, by się dowiedzieć, co sądzi o najnowszych wydarzeniach w kraju. Zawsze była świetnie zorientowana, codziennie na stole leżały „Nasz Dziennik” i „Nasza Polska”. Redaktor Małgorzatę Rutkowską traktowała jak kogoś z rodziny, a z panią Marylą Adamus łączyła ją przyjaźń i wspólne bolesne doświadczenia, jakże podobne! Rozumiały się bez słów.

Tak żyłam
Dzień śmierci pani Marii zapowiadał się od rana wyjątkowo. Mimo cierpienia, postanowiła wyjść tego dnia z domu. Na stole leżał przygotowany dowód osobisty, by nie zapomnieć, na krześle odświętny strój.

Nie wyobrażała sobie, że ktoś w wolnej Polsce („jaka by ona nie była?”) może rezygnować z udziału w wyborach – parlamentarnych czy lokalnych. – Patrz, w czasach sowieckich wszyscy szli na te niby-wybory, bo się bali. Teraz nie idą, nie szanują Polski – mówiła z żalem.Tematem rozmów nie była nigdy pogoda ani żadne błahe sprawy – chyba, że był to dobry dowcip. Lubiła się śmiać a my razem z Nią, patrząc jak młodnieje i zamienia się znowu w niesforną Marysię, co się przed wojną biła z chłopakami, albo wbrew zaleceniom mamy zdejmowała w drodze do szkoły buty i szła na bosaka, żeby się nie odróżniać od najbiedniejszych dzieci i nie sprawiać im przykrości. Interesowała się naszymi sprawami rodzinnymi, o których Jej czasem mówiliśmy. Przeżywała radość z narodzin synków Irka i Piotra, bliskich jej młodych ludzi, i gratulowała mi narodzin pierwszej wnuczki. – Pani Mario, Julcia się urodziła na obczyźnie w Londynie, w Dzień Polskiego Państwa Podziemnego? Najpierw się roześmiała z mojego konceptu, a potem się zamyśliła: – Czy te nasze dzieci wrócą kiedyś z tych wszystkich londynów, czy już tam zostaną? Razem szukaliśmy odpowiedzi na trudne pytania. W sprawach rodzinnych szukała rozwiązania problemów, doradzała, ale nigdy się nie narzucała. Miała ukształtowaną z domu kulturę osobistą, która pozwala się śmiać i żartować, ale najchętniej z siebie samego. Nie pozwalała człowiekowi przekroczyć granicy, za którą jest ból zadany drugiemu człowiekowi – nawet gdyby to było nieumyślne.

Młodzi – klucz do przyszłości Polski


Fascynacja pani Marii młodymi ludźmi, zwłaszcza tymi, co dopiero wchodzą w dorosłe życie, nie brała się z często spotykanej u starszych tęsknoty za utraconym czasem, młodością, urodą. Ona niczego nie żałowała, nie rozczulała się nad sobą, a o cierpieniach swojej rodziny mówiła, że nie były wyjątkowe, bo przecież cała Polska wtedy cierpiała. Zainteresowanie młodymi ludźmi, ich sposobem myślenia i odbierania świata, związane było z pytaniem, które często nam stawiała: jaka będzie Polska w następnym pokoleniu? Jaka za 50 lat? Bała się, by ofiara życia wielu młodych ludzi z jej pokolenia i tych nieco starszych – których młodość i „czas męski” przypadły na wojnę – nie poszły na marne. Ale jak o tym opowiedzieć młodzieży roku 2010? Trzeba by chyba najpierw edukować ich nauczycieli, bo edukacja szkolna „to jest prawdziwa katastrofa”. Była bardzo szczęśliwa, gdy zaproszono ją do Krakowa, na spotkanie z młodzieżą Zespołu Szkół Mechanicznych Nr 4 im. Generała „Nila”. Jakżeż ona do nich mówiła! Z jaką miłością! Jakże bardzo chciała przekazać im wszystko, co dla niej było najważniejsze, najserdeczniejsze. Przygotowała specjalne przesłanie do młodzieży, które potem rozsyłaliśmy po całej Polsce, do znajomych nauczycieli, bo to było przesłanie nie tylko do uczniów szkoły fieldorfowskiej:”Musicie od siebie wymagać, choćby inni od Was nie wymagali” – przypominała słowa Jana Pawła II. „Wasze oczekiwania i wymagania kierowane są przede wszystkim do rodziców, potem do nauczycieli, do kolegów. Co dajecie w zamian? Czy zastanawiacie się czasem, co dobrego możecie zrobić nie tylko dla siebie, nie tylko dla bliskich – ale także dla swojej Ojczyzny? Całe moje życie podpowiada mi, że ten, kto służy Ojczyźnie, służy także sobie samemu, bo wielkie idee wyzwalają w człowieku wielkie siły, radość życia, energię i szlachetność, przybliżają go do Boga. Czy my jeszcze rozumiemy dziś słowa największego poety czasów starożytnych o tym, że słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę? Co możecie więc zrobić dla Polski? Możecie wiele i nie musicie już, jak pokolenia przed Wami, rzucać „swój życia los na stos”. Wasza pokoleniowa misja to przede wszystkim nauka i doskonalenie się w różnych dziedzinach wiedzy i umiejętności. Polska potrzebuje obywateli światłych, prawych i kochających swój Kraj. Polska potrzebuje ludzi idei i wartości, gotowych tych idei i wartości bronić. Polska potrzebuje obywateli świadomych historii swego narodu i swego państwa, potrafiących bronić swoich bohaterów przed oszczercami i pokazywać ich innym narodom. Wierzę, że będziecie godnymi następcami naszego pokolenia, pokolenia Armii Krajowej, które powoli odchodzi. Wam, młodzi Polacy, powierzamy Polskę, Ojczyznę naszą i Waszą. Niech Pan Bóg ma Was w swojej opiece”
– Dziś te słowa brzmią szczególnie mocno, jak Jej testament. Czy zostanie odczytany i wykonany? A potem była uroczystość Sztafety Pokoleń – na terenie krakowskiej jednostki wojsk specjalnych im. Generała „Nila”. I przesłanie do oficerów i żołnierzy:”Oficerowie i żołnierze Wojska Polskiego, przyszłość Polski od Was zależy. Od Waszej cnoty żołnierskiej i od Waszej mądrości. Każdy musi „znaleźć swoje Westerplatte”, z którego nie wolno zdezerterować – by odwołać się do nauki Sługi Bożego Jana Pawła II. Człowiek wątpiący i nazbyt uległy staje się wbrew swej woli sprzymierzeńcem wroga. Musicie być silni i świadomi swych zadań. Życie jest piękne i fascynujące tylko wtedy, gdy się je poświęca pięknym i fascynującym ideałom, o które warto walczyć i za które warto czasem oddać życie. Dla nas, odchodzącego już pokolenia Armii Krajowej, jesteście pokoleniem późnych wnuków, którym ziścił się nasz sen z długich lat komunistycznej opresji. Niech Wam Bóg pomaga w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!”. Głęboko przeżyła tragedię smoleńską i śmierć generała Włodzimierza Potasińskiego – dowódcy wojsk specjalnych, inicjatora nadania jednostce imienia Generała „Nila”. Razem umieścili akt erekcyjny pod pomnik „Nila” na terenie jednostki – w tym roku poświęcony. Ale pod Smoleńskiem zginęło wielu innych ludzi, których znała i podziwiała. Płakała nad prezesem Januszem Kurtyką („co teraz będzie z IPN-em?”), nad Czesławem Cywińskim, prezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – tak jej bliskim przez wspólne ścieżki wileńskie. Nade wszystko nad Prezydentem, nad cierpieniem i upokorzeniem całej Polski. Czytała do końca wszystko, co na temat tragedii smoleńskiej pisał „Nasz Dziennik”, a pisał bardzo dużo, nie bacząc na polityczną poprawność.

Niepokój

Były w ostatnich latach życia pani Marii chwile szczególnej rozterki i szczególnego niepokoju. Wiadomość o realizacji filmu fabularnego, poświęconego Ojcu, przyjęła z wielką radością. Później przyszło wielkie rozczarowanie, gdy się okazało, że scenariusz zawiera różne głupstwa („licentia poetica?”) i że trzeba jeszcze prosić, by go jej pokazano. Obraz niby „autorski”, nie dokumentalny, ale z jej nazwiskiem i nazwiskami najbliższych. Nie mogła pojąć takiej sofistyki. Pisała, protestowała, groziła niewyrażeniem zgody na użycie nazwiska Fieldorf. Na koniec zapytała przyjaciół o radę. Poprosiliśmy, by się zgodziła dla dobra sprawy, dla pamięci o „Nilu”. Ta zgoda wiele ją kosztowała, nie rozumiała bowiem kompromisów, które nie mają żadnego uzasadnienia. Na koniec reżyser nazwał ją publicznie „antysemitką”, wchodząc w ten sposób na utarty szlak polskich „elit”. Wtedy nie wytrzymała i wybuchła: – Co on sobie wyobraża! Powinnam ukrywać fakt, że oprawcami mojego ojca byli Żydzi? Bardzo szybko przeprosił, gdy zagroziła sądem.A potem był ten koszmarny wywiad w „Rzeczypospolitej” z Aliną Całą z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, która powiedziała, że Polacy „są w pewnym sensie odpowiedzialni za śmierć wszystkich Żydów”! Pani Maria czekała kilka dni na reakcję historyków, której była pewna. Nic. Strach i umiejętnie wzbudzane przez lata poczucie winy. Napisała do Całej list otwarty. Nie otrzymała nigdy odpowiedzi.

Strażniczka pamięci

Nade wszystko była Maria Fieldorf-Czarska strażniczką pamięci swego Ojca. Nie dla korzyści, nie dla odszkodowań, nie z powodu nienawiści do oprawców. Sprawa generała „Nila” była dla niej nie tylko rodzinną tragedią. Uważała, że sposób, w jaki się tę sprawę pokazuje i jak się rozlicza zabójców, daje prawdziwy obraz tego, co dzieje się w Polsce po roku 1990. Niestety, wnioski były bardzo pesymistyczne. Nie pomogło kołatanie do sądów, które się przed nią opędzały tak spektakularnie i ostentacyjnie, że Alina Czerniakowska kiedyś nie wytrzymała i poszła z panią Marią na rekonesans po sądowym korytarzu z telewizyjną kamerą. Do środka nie wpuścili? – Wszystko pozamiatali, winnych nie ma, wszystko zgodnie z „ówczesnym” prawem. I mówią to mnie, córce i prawnikowi? – mówiła pani Maria, a podczas publicznych wystąpień – pod wpływem tych doświadczeń – powtarzała często za poetą znamienne słowa: „Moją ojczyzną jest Polska podziemna” – „Żyliśmy wtedy pod terrorem okupantów, ale żyliśmy w prawdzie.  Znaliśmy strach, ale nie znaliśmy samookłamywania się, które teraz jest powszechne. Ja naprawdę tęsknię do tej Polski podziemnej”.

Na granicy życia i śmierci

W ostatnich latach najbardziej tęskniła do spotkania z Bogiem i z Bliskimi. Była pewna, że kiedyś dowie się pełnej prawdy o męczeństwie Ojca. Na stole w pokoju leżała często otwarta książka Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy z objawieniami siostry Anny, z jej spotkaniem z generałem „Nilem”. I książeczki Wandy Sieradzkiej z wierszami o „Nilu”.

Niedawno panią Marię odwiedziła Aleksandra – córka generała Potasińskiego. Pani Maria przywitała ją jak kogoś najbliższego, jak swoje dziecko. – Czy i ona będzie musiała czekać latami na pełną prawdę o wszystkich okolicznościach śmierci swojego Ojca? – zapytała nas przy ostatnim spotkaniu.

Świadectwo

„Była dla nas oparciem, roztropnym doradcą, szczerym przyjacielem na dobre i na złe. Angażowała się bez wahania tam, gdzie mogła pomóc. I sama była otoczona życzliwymi i uczynnymi ludźmi. Bezustannie odwiedzana przez gości, których przyjmowała w skromnym mieszkaniu w bloku. Telefon stale w ruchu, na biurku najnowsza korespondencja i sprawy do załatwienia, jak zwykle szczególnie te związane z upamiętnieniem Ojca. Nigdy się nie poddawała, nawet w tak beznadziejnej sprawie jak odnalezienie szczątków Generała „Nila” i ukaranie winnych jego zabójstwa. Jednak już od dłuższego czasu miała świadomość, że może nie osiągnąć tego celu. Była z wykształcenia prawnikiem, a mimo to nazywała organa władzy sądowniczej „Ministerstwem Niesprawiedliwości” – napisał redaktor portalu Wolna Polska, z którym pani Maria była związana i który jako pierwszy podał wiadomość o Jej śmierci.

Pani Mario, wspomagaj nas, tak jak nas wspomagałaś za życia. Bardzo tego potrzebujemy.

Piotr Szubarczyk

http://fieldorf.pl/

 

 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Eseje, Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Po 1980, Teatr TV, film, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Wspomnienia o Marii Fieldorf-Czarskiej

  1. emka pisze:

    Dziś mija 3. rocznica śmierci Marii Fieldorf-Czarskiej, córki generała „Nila”. Ta niezłomna w heroicznej walce o prawdę kobieta dożyła 85 lat.[..]
    Więcej >http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/60257,pamietajmy-o-corce-generala-nila.html

  2. emka pisze:

    Generał „Nil” i jego mordercy

    Dnia 24 lutego 1953 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie na mocy wyroku sądu PRL został zamordowany gen. bryg. August Emil Fieldorf, legendarny „Nil”. Człowiek wielkich zasług i niezwykłej odwagi, szlachetny i prawy Żołnierz Niepodległości.

    Z bronią w ręku od 1914 r. śnił piękny romantyczny sen o wolnej Polsce, bronił jej suwerenności w 1920 i 1939 r., następnie uczestniczył w tworzeniu zrębów Polskiego Państwa Podziemnego, a zwłaszcza jego siły zbrojnej – Armii Krajowej. Jako dowódca Kedywu Komendy Głównej AK i organizacji „NIE” stał się symbolem walki z okupantami, wzorem niezłomnego żołnierza-obywatela wszystko poświęcającego Ojczyźnie.

    Jeden z jego przyjaciół z niedoli syberyjskiej Jan Hoppe tak napisze: „Pan Walenty [Walenty Gdanicki – nazwisko przykrywkowe gen. ”Nila„] to specjalna i nieszablonowa konstrukcja. Jego największa świętość to honor własny i narodu. Jego absolut to Polska. Jego program to czyn dla niej, ofiara i nieustanne spalanie się. Jego styl na co dzień to wzorowe koleżeństwo i przyjaźń okazywana ludziom, z którymi wiązał go los. […] Wychowany w atmosferze Legionów potrafił do religijnej niemal żarliwości doprowadzić swą filozofię czynu. Jego ’na stos’ nie było frazesem. Chociaż nie był teoretykiem, to jednak świat jego pojęć o prawdzie, dobru i pięknie był żywy i głęboki, a kryteria ocen w tej dziedzinie były wyraźnie określone i bezkompromisowe. Nie znosił moralizowania, ale był głęboko moralny. […] Takim był Pan Walenty – generał Emil Fieldorf. Trochę Skrzetuski, a trochę Kmicic, a znów w innym wymiarze Zawisza”. Za ofiarną służbę Rzeczypospolitej „Polska lubelska” i PRL sowietnika Bolesława Bieruta „nagrodziła” gen. Fieldorfa zsyłką do sowieckich łagrów i oskarżeniem o zdradę oraz wyrokiem śmierci. „Nil” był najwyższym stopniem dowódcą Armii Krajowej, który pozostawał w ręku funkcjonariuszy komunistycznego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Skazany został na karę śmierci na mocy dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców Narodu Polskiego” – o ironio – za współpracę z okupantem niemieckim. Zbrodnia sądowa na generale w sowieckiej Polsce stała się zbrodnią stanu, gdy najwyżsi aparatczycy komunistycznego reżimu – z pełną świadomością jej zbrodniczości – ją akceptowali.

    W kazamatach bezpieki

    Aresztowanie gen. Fieldorfa zostało wyreżyserowane przez bezpiekę; 10 listopada 1950 r., wychodząc z budynku Wojskowej Komendy Rejonowej w Łodzi, wpadł w pułapkę. „Nil” po zatrzymaniu został natychmiast przewieziony do Warszawy do aresztu śledczego MBP przy ul. Koszykowej, gdzie trwały „wstępne przesłuchania”. Chciano go złamać wiadomością o aresztowaniu żony i dzieci. Osobiście „badał grunt” dyrektor Departamentu Śledczego MBP, płk Józef Różański, zwany „krwawym Jackiem”. W śledztwie „pracował” nad „Nilem” kpt. MBP Lutosław Stypczyński, por. MBP Zygmunt Krasiński, ppor. MBP Kazimierz Górski. Nakaz o aresztowaniu tymczasowym pod zarzutem działalności antypaństwowej podpisała prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej ppłk Helena Wolińska, nazywana w ubeckim półświatku „warszawską Dolores”. To ona sformułowała zarzut, który stał się wyrokiem śmierci na generała: usiłowanie zmiany przemocą ustroju państwa. „Nila” osadzono w X Departamencie więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej. Przebywał w celi nr 11, wyjątkowo małej, bez okna, stołu i stołka, gdzie siedzieć można było tylko na podłodze. Był głodzony i dręczony przesłuchaniami. […]

    CAŁY ARTYKUŁ:
    Artykuł opublikowany na stronie: https://naszdziennik.pl/mysl/194787,general-nil-i-jego-mordercy.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.