Dziewięć kręgów Warszawy

Warszawa miasto ruinPrzemysław Dakowicz

Jeśli chcesz podjąć wędrówkę przez miasto w agonii, weź ze sobą doświadczonego przewodnika – znającego główny trakt, ale także wszystkie boczne dróżki i niewidoczne ścieżki, mnogie odgałęzienia, skrzyżowania i zaułki.

W mieście, które umiera, łatwo się zgubić, bo to, co jeszcze kilka dni wcześniej było zrozumiałe i oswojone, staje się obce i niepojęte.

W miejscu, gdzie każdego popołudnia tłum czekał na tramwaj, zieje lej po bombie głęboki na kilka metrów. Bank nie przyjmuje interesantów, a szpital pacjentów. Wszędzie leżą ciała z groteskowo wykręconymi kończynami, obnażone, wydane na pastwę powietrza i ognia.

Wergiliuszem niech ci będzie ten, kto tkwiąc tu od tygodni, posiadł wiedzę, jakiej ty nigdy nie zdobędziesz. Słuchaj jego poleceń, wykonuj wszystko zgodnie z instrukcjami. Chcesz przeżyć? Przemykaj pod ścianami, zapadaj w szczeliny w murach i zagłębienia w ziemi. Tam nie dosięgnie cię bomba, pocisk ni granat. Albo, jeśli trzeba, maszeruj samym środkiem ulicy, w gryzącym dymie, w spiekocie pożaru trawiącego piętro po piętrze, dom po domu.

Idź, by poznać i nie zapomnieć.

Krąg pierwszy

Ciemność. Wzrok jest bezużyteczny, bo obowiązuje tu całkowity zakaz używania świateł. Szum motorów, od czasu do czasu klakson, stukot końskich kopyt i turkot drewnianych kół. A jeszcze niepowstrzymany, wszechogarniający szmer ciał w ruchu, stukot obcasów. Nawoływania i płacz.

To przesuwają się ludzie, zwierzęta i pojazdy. Leniwy nurt porywa głowy, kadłuby, ręce i nogi. Kiedy wytężysz wzrok, ujrzysz zarysy postaci, dłoń wynurzającą się z odmętu, błysk oka, które wychynęło z głębiny. Nie wiedziałeś, że śmierć zabrała tak wielu? Przecież nie mogą być żywe – te żałosne cienie, ludzie bez ziemi, maszerujący z zachodu na wschód, z północy na południe. Dokąd wędrują? – pytasz przewodnika. I słyszysz odpowiedź: do domu, którego nie ma.

Ciemność jest dobra, na początek. Człowiek przyzwyczaja się do myśli, że świat przestał być realny, że nie można go ujrzeć, a nawet dotknąć. Jest tylko ten ruch ciał pozbawionych materialności, monotonia posuwania się naprzód noga za nogą, monotonia kroków i przystawania, kiedy na drodze wyrośnie przeszkoda, którą trzeba usunąć, by ludzka rzeka mogła płynąć dalej, w głąb mroku. Maszerując przez ciemność, zaczynasz wątpić w swoje przeszłe życie; zadajesz sobie pytanie, co było prawdą, a co złudzeniem. Może wszystko, co brałeś za rzeczywistość – osoby, miejsca, krajobrazy, przedmioty – może wszystko to tylko ci się przyśniło, a teraz właśnie się obudziłeś, powróciłeś do siebie? Może tym właśnie jesteś – cieniem znikliwym, niewidocznym, cząstką czerni zabłąkaną w mroku, ćmą wyciętą z ciemności?

Z „Dziennika obrońcy Warszawy” Zdzisława Żórawskiego (zapisek z 9 września): „Śródmieście, zatłoczone chłopskimi wozami, kierującymi się nieprzerwanym sznurem do mostów na Wiśle. […] z długimi szeregami chłopskich wozów […] mieszają się staroświeckie landary folwarczne, powyciągane z zapadłych kątów prowincji, eleganckie powoziki, i gdzieniegdzie nawet samochód, ciągnięty przez konie, by zaoszczędzić benzynę”. I dalej, to samo źródło: „Tłumy uciekinierów szły bez końca. Nadchodzący wieczór nie przerwał ich wędrówki, i długo jeszcze potem, gdy ulice Warszawy pokryły się mrokiem, ani na chwilę nie rozjaśnionym błyskiem latarni, od wielu dni już niezapalonych w mieście, rozlegał się […] przyciszony gwar ludzkich głosów, które nawet tu, w sercu kraju, bały się podnieść, jakby w obawie, żeby nie ściągnąć na siebie wroga”.

Krąg drugi

Najpierw się burzy, potem pali. Strzaskane szafy, podarte zasłony, stoły, krzesła, tapety, płaszcze i sukienki, firanki i obrusy zajmują się ogniem. Płomień jest żarłoczny, skacze po ścianach, wstępuje na sufity i podłogi. Zagarnia salony i kuchnie, łazienki i drewniane wygódki w podwórzu. Wszystko mu jedno, byle mógł się rozprzestrzeniać. Mieszkania, klatki schodowe, poddasza i stryszki, komórki i piwnice – wszędzie wtargnie. Żadne drzwi nie będą stanowiły dla niego zapory, sforsuje wszystkie zamki. Będzie się przechadzał po pomieszczeniach, przeskakiwał z budynku na budynek. Spójrz na to morze ognia, na widowisko z płomieni, żaru i gorącego powietrza. Zanurz rękę w popiele, który nie stygnie.

Nie Wisła, lecz Flegeton, Strumień Ognisty, płynie przez Warszawę. Na nic zaciemnienie – płonie milion ognisk. Halina Regulska notuje: „Pod nami rozpościera się wymarłe miasto. Okaleczałe pociskami domy zieją pustką. Łuny pożarów czerwonym blaskiem oświetlają to tragiczne cmentarzysko. Pali się Czerniaków, Saska Kępa, Grochów, Praga. Czarny horyzont […] w regularnych odstępach czasu i w określonych punktach rozświetla się błyskami. […] Pociski rwą się, wyrzucając słupy ognia. […] W powietrze wytryskują różnokolorowe rakiety. Rysują na niebie ognistą linię, po czym zamieniają się w świecącą kulę, która majestatycznie spływa na ziemię, by oświetlić nasze lub nieprzyjacielskie pozycje”. Podobne wspomnienie znajdujemy w zapiskach Stanisława Rostworowskiego: „Zapadł mrok, jakiś dziwnie wczesny. Wyszliśmy ze sztabu [na Pradze] do portu na Wiśle. Warszawa, ta kochana Warszawa jaśniała jak pochodnia. W kłębach dymu, w podmuchach nagłych czarnych chmur, w trzasku aż tu słyszanym przepalonych murów – płonęła Warszawa. Królewski Zamek palił się jasnym ogniem. […] Powoli, w miarę zapadającej nocy, rozszerzała się po niebie nad stolicą Polski coraz czerwieńsza, coraz bardziej krwawa łuna. Zabarwiła się od niej Wisła i tak wśród dwóch łun na chmurach i na wodzie gorzał stary Zamek. Ludzie stali na Pradze, patrząc w ciszy na ogień, który niszczył naszą dumę, nasze narodowe pamiątki, nasze dzieła sztuki, polski dorobek i pracę pokoleń…”.

Nie ma ucieczki z morza ognia, chyba że przez któryś z ostrzeliwanych przez artylerię i bombardowanych przez samoloty, podziurawionych mostów. Znajdują się szaleńcy, którzy próbują pokonać je pieszo – ich trupy zalegają jezdnie i chodniki. Czasem samochód z dowództwa pędzi setką przez most Poniatowskiego lub most Kierbedzia (na jego środku, przed kratą z wąskim otworem, trzeba gwałtownie zwolnić) – ściga go gwizd pocisków i rechot detonacji.

Krąg trzeci

Życie chroni się w podziemiach, w piwnicach i na niższych piętrach domów. Ludzie znoszą z góry wszystko, co nadaje się do zniesienia i co może się pomieścić w ciasnych klitkach miejskich katakumb: materace, koce, poduszki, lampy naftowe i świece. Czasem z cegieł z odzysku (ulice są ich pełne) ktoś bardziej pomysłowy wymuruje niewielki piec, by w piwnicznej namiastce mieszkania możliwe było choćby podgrzanie wody. Są oczywiste problemy z dbaniem o higienę – przez wiele dni śpi się i chodzi w tym samym ubraniu i obuwiu. Jeśli kamienica stoi, można zaryzykować wycieczkę w górę, można w opuszczonej łazience naprędce nalewać wodę do wanny, pośpiesznie zdejmować ubranie (co jednak, jeśli w trakcie trwania ablucji zawyją alarmowe syreny i da się słyszeć grzmot silników, jeśli w pobliżu zaczną padać i wybuchać bomby?). Później, kiedy Niemcy zbombardują miejskie filtry wody, i to okaże się niemożliwe. Ludzie jaskiniowi zostaną z tym, co zdążyli zgromadzić – z szaflikami i garnkami, z których będzie się skrupulatnie wydzielać po kwaterce, po pół kwaterki na głowę.

Tadeusz Tomaszewski, szef sztabu Obrony Warszawy: „Oto gdzieś z piwnicy wychodzi wysoki w pięknym futrze pan, jakiś inżynier, bankowiec, może profesor, Bóg raczy go znać. Uciekł z Żoliborza wraz z trojgiem dzieci i ukrywa się w jakiejś piwnicy od paru dni na gołej ziemi. Dzieci – sam drobiazg, żona wraz z matką zgubiły się gdzieś po drodze. I oto człowiek ten przechodzi nieśmiało ulicę, podchodzi do mnie i chce mi coś powiedzieć, cofa się, czuję, że ma jakąś prośbę czy tajemnicę, ogarnia go jednak lęk czy wstyd i chce odejść, przeprasza, a ma przy tym taki błagalny wyraz oczu, że mnie aż uderza, więc mówię mu: mów pan śmiało, o co chodzi, bądź pan mężczyzną. Wydusza wreszcie z gardła to słowo, którego się wstydził: »Chleba, kawałek chleba dla dzieci«. I opowiada w paru słowach swoją gehennę”. Uciekinierzy, niemający żadnego kąta w Warszawie, samowolnie zasiedlają podziemia tych domów, które nie są jeszcze zniszczone. Wacław Lipiński, odpowiedzialny za stołeczną informację i propagandę, wspomina swoją wizytę w kamienicy przy Szucha 16, wypełnionej uchodźcami i pogorzelcami – dom „jest pełen obcych rodzin z dziećmi, pozajmowano piwnice, mieszka się tam, śpi, załatwia wszystkie potrzeby, smród i brud”.

Regulska sugestywnie przedstawia sytuację ludzi zamkniętych w piwnicy w trakcie trwania dywanowego nalotu: „Samoloty niemieckie wyją, pikują i zniżają się prawie do naszych dachów. Zarzucają nas bombami. W piwnicach i schronie ludzie jak spłoszone ptaki zbili się w gromadki. Przy każdym pikowaniu chowają odruchowo głowy w ramiona”. Od niskiego sklepienia odbijają się wypowiadane drżącymi głosami słowa modlitwy: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas, Panie! ”. Wszyscy spodziewają się uderzenia bomby, które tym razem rzeczywiście następuje: „Ogłusza nas wybuch, którego nie słyszymy. Ogień rozświetla na moment wnętrze piwnicy. Pęd powietrza porywa nas i rzuca gdzie popadnie. […] W koło rumor walących się ścian, brzęk sypiącego się szkła, chmura pyłu. Dom od góry zaczyna się walić. Ściany, belki, stropy pękają, a łoskot walących się murów złowrogo zbliża się do naszych głów”. Na szczęście strop piwnicy wytrzyma. „Jesteśmy jak w grobie” – napisze autorka „Dziennika z oblężonej Warszawy”.

Krąg czwarty

To jest kraina bezpańskich koni, koni prowadzonych na rzeź, a także koni padłych, gnijących na skwerach i w zaułkach. Na ulicach pełno końskiego ścierwa, które w pierwszych dniach wojny usuwa się skwapliwie i metodycznie. Na jednej z fotografii wykonanych przez Juliena Bryana kilkunastu mężczyzn, ustawionych w dwa szeregi, ciągnie martwe zwierzę przewiązane liną, w pełnej uprzęży, z siodłem na grzbiecie. Na innym zdjęciu (jego autorem jest zapewne któryś z asystentów amerykańskiego fotoreportera) Bryan pochyla się z kamerą nad dwoma końskimi trupami. Leżą obok resztek drewnianego wozu (pod ścianą budynku zgruchotane koło)? nadgniłe, obsiadłe przez muchy, stopniowo wtapiające się w krajobraz spustoszenia i ruiny.

Mniejsze lub większe stada koni wędrują przez miasto, pasą się w miejskich parkach, przystają obok skwerów i trawników. Szukają ludzkiego towarzystwa, lecz w przeciwieństwie do innych zwierząt, które albo wyniosły się z oblężonej stolicy, albo – jak psy – zeszły z ludźmi do piwnic, zachowują spokój. Halina Regulska opisuje jednego z takich bezpańskich koni: „Widuję go czasem, jak na środku wymarłej ulicy, gdy wszystko, co żyje, schowało się, stoi spokojnie ze spuszczonym łbem, wzruszająca bohaterska »dorożkarska szkapa«”. Zaczynają się już problemy z żywnością, ale padłych koni jeszcze się nie zjada – chcąc uniknąć epidemii, warszawiacy grzebią je w lejach powstałych po uderzeniu bomb. Z relacji Bryana:

„Matka siedziała na ziemi, obierając ziemniaki. Siedemnastoletnia dziewczyna znalazła lustro i malowała się, stojąc przy ruinach jej domu. Dwaj mali chłopcy czytali kolorowy niedzielny dodatek z polskim wydaniem przygód Myszki Miki. Pośrodku ulicy leżało czternaście zabitych koni. Ochotnicze brygady pojawiły się, by zasypać je wapnem, a potem odciągnąć i zakopać. Siedem metrów od koni leżały zwłoki dziesięciu ludzi”.

Kiedy problemy z aprowizacją stają się szczególnie dotkliwe, cywilne władze Warszawy podejmują decyzję o skierowaniu części koni do rzeźni. Zdzisław Żórawski notuje 19 września: „Mięsa zaczyna również brakować. Pootwierano jatki […]. Poszły na rzeź konie artyleryjskie, zbyteczne już wobec ustawienia baterii na stałych stanowiskach”. We wspomnieniach Stanisława Rostworowskiego zawarta została relacja z wizyty w jednej z rzeźni obsługiwanych przez wojsko. Pułkownik miał ze zgrozą skonstatować, że pod nóż idą także lekko ranne konie czystej krwi, być może także pochodzące ze sławnej hodowli Sanguszków, „z jednego z tych stad, którego właściciel przepędzał co wiosnę tabun roczniaków przez wezbrany Boh na Ukrainie. Koń, co utonął w przeprawie, widać był za słaby i nie umiał wykazać dość zaciętości w walce o życie, ten zaś, co przepłynął szczęśliwie na drugi brzeg, miał zdrowe płuca, serce i wypróbowaną dzielność. On szedł do stada na dalszy wychów”. Araby Sanguszkowskie stały się podstawą wielu hodowli koni rasowych w Anglii i Ameryce – czy teraz, gdy pod niemieckimi bombami płoną historyczne zabytki, dzieła sztuki i drogocenne woluminy, gdy całe dzielnice Warszawy (jak żydowskie Nalewki) leżą w gruzach, także „wysiłek kilku pokoleń hodowców” ma pójść na marne?

Krąg piąty

W piekle potępionych przez historię, w piekle skazanych na zagładę za to, że zbyt mocno ukochali swoje miejsce na ziemi, że chcieli własnego domu, że pragnęli mówić językiem przodków, w takim doczesnym piekle martwy koń przestaje być martwym koniem – staje się rezerwuarem mięsa, przemienia się w „koninę”.

„Cudownym ocaleniem od głodu okazały się zabite konie – pisze Halina Regulska. – Zamiast je zakopywać, po prostu zjadamy je. Ludność z nożami w ręku rzuca się i wycina kawały mięsa”. Na temat jedzenia koniny wypowiada się warszawskie radio. Władze ostrzegają przed spożywaniem mięsa zwierząt, które leżały na ulicy dłużej niż dobę. Ale warszawiacy lekceważą zagrożenie zatruciem – dotkliwy głód wzmaga ludzką skłonność do ryzykowania. Zresztą, martwe konie nie zalegają ulicy zbyt długo – wiadomość lotem błyskawicy rozchodzi się wśród lokatorów piwnic. Przybiegają, gromadami, z nożami w dłoniach, i walczą o jak najlepszy kawałek. Regulska: „Mięso zostaje doszczętnie wycięte i zostają tylko sterczące białe żebra”. 24 września Stanisław Rostworowski jedzie do swojego pułku na Pradze. Niemiecki lotnik ostrzeliwuje kolumnę amunicyjną, zapewne wozy ciągnięte przez konie. Jeden z koni zostaje trafiony. „Gdy wracałem, już tylko kości sterczały na chodniku” – notuje pułkownik.

Tak to zobaczmy: zbiegowisko wokół padłego zwierzęcia, noże błyskające w świetle przytłumionym przez dym, przygasłe twarze, na których przerażenie miesza się z niedowierzaniem i żalem. Bo jak to zyżby powrócili do epoki plemiennych polowań – Czyżby polska cywilizacja, którą z mozołem, wbrew przeciwnościom losu i dziejowym zawieruchom, budowali przez dziesięć stuleci, miała dobiec końca – właśnie tu, na ulicach Warszawy, obracanej w perzynę przez zastępy sług groteskowego demona z krótkim czarnym wąsikiem (z którego jeszcze w sierpniu drwił w piosence teatrzyku Ali­Baba Ludwik Sempoliński: „Ten wąsik, ach, ten wąsik/Ten wzrok, ten lok, ten dąsik,/I wdzięk, i lęk, i mina,/I śmiech – tak jest, to ja./Ten krzyk nad ludu mrowiem,/Że krew, że gniew to zdrowie/Titina, ach, Titina, to smutna piosnka ma”)?

Kim są, gdy usłyszawszy w górze ryk silników, po chwili zaś głuche grzmoty detonacji, rozbiegają się do bram okolicznych kamienic (niektórzy z nich padają na środku ulicy, wtapiają się w księżycowy krajobraz), by po zakończeniu nalotu na nowo uformować przerażająco długą kolejkę przed ostatnią otwartą piekarnią?

Kim są, gdy – znęceni gminną wieścią, przekazywaną od piwnicy do piwnicy, od schronu do schronu – przemykają zaułkami, podwórkami, tajnymi przejściami w kierunku Parku Ujazdowskiego i szeroko otwartymi oczami patrzą na infernalne dziwowisko: oto żołnierze wrzucają do parkowego stawu granat po granacie, a tłum rusza wyławiać ogłuszone ryby gołymi rękami?

Na podwórzu praskiej kamienicy stoją dwie krowy. Co rano dają pięć litrów mleka. Mleko rozdziela się między kilkanaście matek. Niedługo jednak tym kilkunastu niemowlętom, które trzeba wykarmić, w oczy zajrzy widmo głodu. Dlaczego? Kończy się słoma siennikowa.

Ostatni obrazek z głodowego piekła: prucie sienników.

Krąg szósty

Wznieś głowę i spojrzenie utkwij w niebie. Czy widzisz tę chmurę ptactwa? Białe skrzydła uderzają w powietrze, ptaki fruną ku słońcu. Nie. One spadają. Jakby zmiotła je seria karabinu maszynowego. Może to nie ptaki, może to śnieg – litościwy śnieg, co zagasi nasze pożary, białym płaszczem przykryje wyrwy w murach, sterty gruzu, kratery wyżłobione przez upadające bomby?

Lecą z nieba setki, tysiące, miliony kartek, karteczek, karteluszków. Sto tysięcy pleców pochyla się nad brukiem ulicy. Do stu tysięcy twarzy zbliża się sto tysięcy ulotek. Rozgadują się słowa, litery skaczą do oczu. Tak cierpią ci, którym marzyła się jedna europejska kultura. W ten sposób Śródziemnomorze mści się za miłość do Gutenberga, za uwielbienie dla wszystkich szaleńców przez wieki czerniących papier, pokrywających znakami wołowe i cielęce skóry, skrobiących rylcem po tabliczkach. Bądźcie przeklęci, Arystotelesie i Platonie, Kochanowski i Koperniku, Mickiewiczu i Schillerze! A wy, skazańcy i straceńcy, zanim damy wam literaturę brukową i gadzinową prasę, czytajcie uważnie, czytajcie ze zrozumieniem, marszcząc czoła i mrużąc oczy: „Mieszkańcy Warszawy! Rząd Wasz uczynił miasto terenem walk i pozbawił je charakteru miasta otwartego. [….] Wezwaniem, aby ludność cywilna z bronią w ręku stawiała opór wojskom niemieckim, i tym samym prowadziła wojnę skrytobójczą, złamał Wasz rząd prawo międzynarodowe. […] Pomimo to zostały dotychczas sownie do rozkazów Führera – zbombardowane tylko dzielnice miejskie ważne ze względów wojskowych, jak dworce, lotniska, koszary i ważniejsze arterie komunikacyjne, jak też dzielnice, w których znajdują się tereny wojskowe […]”; „Do żołnierzy i ludności m. Warszawy! Armia poznańska i armia Pomorska są zniszczone w krwawej walce nad Bzurą, nie macie więc żadnej nadziei na odsiecz. Wszelki dalszy rozlew krwi jest bezcelowy! Chcemy zawrzeć z wami pokój. Dla usunięcia szkód wojny potrzebujecie każdego z was, wszystko jedno, czy to mężczyzna, czy kobieta, aby na nowo odbudować kraj pod nowym rozsądnym rządem. Złóżcie oręż!”; „Warszawa poddała się! Rząd polski uciekł. Złóżcie broń. Poddajcie się, inaczej bylibyśmy zmuszeni was przez lotnictwo i artilerię zbombardować!”.

Krąg siódmy

Szepty. Usta powtarzające to, co zasłyszane. Uszy rejestrujące dźwięk. Postaci ludzkie – w kolejkach przed sklepami, na szpitalnych łóżkach; rodziny skupione w kątach piwnic; sąsiedzi tłoczący się w bramie, z niepokojem wyglądający na ulicę. Mowa, ludzka mowa. Chór miliona głosów, wznoszący się i opadający. Podobno. To pewne. Tak mówią. Nie ma wątpliwości. Nareszcie! Nie mogło być inaczej!

Najpierw: tłumy wiwatujące przed ambasadą Wielkiej Brytanii i ambasadą Francji. Flagi i śpiew. Marsylianka i Warszawianka. Do walki, ludu, stań! Mąż z mężem, z bronią broń… Jeszcze nie zginęła! Radio relacjonuje: „Na balkonie ambasady ukazali się członkowie ambasady angielskiej. Powiewają rękami, chusteczkami, uśmiechają się do zebranych tłumów. Pozdrawiają bratni naród polski i bratni naród polski pozdrawia sojuszników i przyjaciół Anglików.

Niech żyją Anglicy! Niech żyje Wielka Brytania! Połączeni zwyciężymy wroga! Zwyciężymy!!! W tej chwili przejeżdża Nowym Światem auto ciężarowe wypełnione naszymi dzielnymi żołnierzami. Ludzie wznoszą ręce. Entuzjazm. Łapią ich za ramiona […]. Niech żyje nasza armia kochana! Niech żyje!!!”. Przemawia minister Beck: „Oba rycerskie narody: Anglia i Polska podały sobie ręce, by ramię przy ramieniu walczyć w obronie wolności. Anglia nie zawiedzie się na Polsce, tak jak i Polska nie zawiedzie się na Anglii. Jeśli ktoś będzie miał rozczarowanie, to na pewno nie my”. Wtóruje mu ambasador brytyjski sir Howard William Kennar: „Chwila, którą przeżywamy, jest historyczna i pełna tragizmu. Zjednoczone siły Waszego kraju i mojego, wraz z siłami Francji, stoją naprzeciw napastnika. Jestem przekonany, że jakiekolwiek byłyby ciężkie koleje wojny, zwycięski pokój uwieńczy nasze wysiłki, sprawiedliwość znów zapanuje. Bądźcie dobrej myśli, wiedząc, że słuszność jest po naszej stronie, walczymy przeciwko tyranii, agresji i prześladowaniu”.

Potem: bombardowania, ostrzał artyleryjski, pierścień wojsk niemieckich zaciskający się wokół Warszawy, w której nie ma już polskiego rządu. Nieznośne pytania bez odpowiedzi. Jak długo mamy czekać? Dlaczego się nie ruszają? O co im chodzi? „Dziwnie samotni czujemy się wśród tego świata, który ze współczuciem obserwuje przebieg wojny w Polsce i czeka, co z tego wyniknie – notuje pułkownik Stanisław Rostworowski 15 września. – Przychodzą pięknie wystylizowane depesze pod adresem prezydenta Warszawy, wyrażające podziw dla rozpoczętej wojny i zachęcające do wytrwania. Odpowiada na nie uprzejmie major Starzyński, ale żołnierz wie, że może liczyć tylko na siebie”.

Ulicami przemykają gazeciarze. „Kurier Poranny!” – krzyczą. – „Kurier Poranny!”. Podchodzisz do chłopca, z prawej kieszeni spodni wyławiasz dziesięć groszy i wciskasz je w małą dłoń. Gazeta składa się z jednej małej kartki. Rzut oka na nagłówki: „Pomyślne wiadomości z frontu”, „Zwycięstwo floty polskiej i angielskiej na Bałtyku”, „Na całym froncie zachodnim trwają walki”. A więc jednak! Dobra nasza! Niedługo potrwa ta wojna. Trzeba wytrwać, jeszcze dzień, dwa, tydzień.

Z ust do ust płynie stugębna plotka. Francja i Anglia uderzyły na Niemcy! Walki na Zachodzie odciągną wojska agresora od Warszawy!

A przecie nic się nie zmienia. Dzień za dniem upływa wśród huku bomb, świstu szrapneli i granatów. Walą się w gruzy kolejne kamienice, ulice pełne są strzaskanych szyb, ludzkie ciała grzebie się w zbiorowych dołach. Brytyjskie radio nadaje komunikat, w którym roi się od wzniosłych słów. „Raz jeszcze przez bohaterskie walki Polska stała się chorążym wolności w Europie”. Dzielnie nieś chorągiew bohaterstwa, ludu stolicy! Maszerujcie, cienie, przez wymarłe ulice, przez place i skwery zmienione w cmentarze! Premier Francji Daladier przesyła wam słowa otuchy i wsparcia: „Odnosimy się z szacunkiem do wszystkich bohaterów. Składamy hołd zmarłym, których krew stworzy urodzajną glebę pod zasiew nowej Polski”.

Siejcie, siewcy, wrzucajcie ziarno w żyzną ziemię ojczystą. Z waszych ciał rozszarpanych, z waszych rąk oderwanych od kadłubów, z waszych głów toczących się Krakowskim Przedmieściem, Miodową i Dunajem, Świętojańską, Bugajem i Boleścią – wyrośnie nowe. Niechybnie wyrośnie.

Krąg ósmy

W przedsionku panuje półmrok. Tłok większy niż podczas pasterki. Przecisnąć się można jedynie z największym trudem. Przed sobą widzisz plecy przewodnika, postępujesz tuż za nim.

Jest 17 dzień września, niedziela. W katedrze Świętego Jana trwa uroczysta msza. Od ołtarza płyną łacińskie zdania. Setki ust powtarzają słowa pieśni. „Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały”. W górze, ponad gwiaździstym sklepieniem, ryk samolotów. Ale przecież tu jesteśmy bezpieczni, w domu Pańskim nie dosięgnie nas żaden pocisk, wojna nie ma wstępu w mury świątyni. Pokój wam wszystkim, bracia i siostry stłoczeni w prezbiterium i w nawach bocznych, pokój wam, zgromadzeni na krużgankach i w kościelnej kruchcie. Bądźcie pozdrowieni wy, którzy zjechaliście do Warszawy ze wschodu i z zachodu, z północy i z południa, którzy porzuciliście domy i z dorobkiem całego życia, samochodami i bryczkami, na wozach i pieszo przywędrowaliście do tego miasta.
Spoglądasz w oczy pogrążonych w modlitwie, zbolałych, wołających o miłosierdzie i pocieszenie. Jest w tym rozmodlonym tłumie jakaś niepochwytna, wewnętrzna siła, jest zjednoczenie w bólu i cierpieniu – w tym miejscu uświęconym wszyscy stanowią jedno ciało. „Domine, non sum dignus ut intres sub tectum meum – wołasz razem z nimi – sed tantum dic verbo, et sanabitur anima mea”.

I wtedy to słyszysz.

Bomba przebija dach świątyni, rozlega się grzmot. Lecz to nie trąba archanielska, wzywająca zmarłych do powstania z grobów. To dom Pański wali się, zmieniony w wielką zbiorową mogiłę. Kamienie chóru miażdżą kobiety, mężczyzn i dzieci. Drewniane bale, gruz i cegły spadają na głowy wygnańców, na barki i plecy tych, co wylegli z piwnic i schronów. W ogniu staje dach katedry. Płacz i krzyk mieszają się ze słowami błagania, żalu i skruchy.

„Przyjdź królestwo Twoje” – powtarzasz machinalnie, krok po kroku zbliżając się do dziury ziejącej nieco poniżej miejsca, gdzie podłoga chóru łączyła się z boczną ścianą. Litościwy mur przykrył większość ciał, mimo to widok, jaki otwiera się przed patrzącym, przyprawia o prędkie bicie serca. Czujesz, jak włosy wstają ci na głowie. Przyjdź królestwo, bo nie mamy już sił. Stajesz bez ruchu i ogarniasz pobojowisko przeciągłym spojrzeniem.

Chcesz przechować ten obraz, by przywołać go przed trybunał przyszłości, który z historii uczyni przestrzeń interpretacji i manipulacji. Sceny, którą oglądasz, nie będzie w podręcznikach wnuków i prawnuków tych, co zrzucili bomby. Zastąpią ją przyczyny i skutki. A także niuanse, roztrząsania i wątpliwości. Nade wszystko zaś: pamięć o własnych cierpieniach, o wypędzeniu i poniewierce. Bo polityka – wiesz to nazbyt dobrze – lubi odcinać przeszłość od teraźniejszości i przyszłości. Albo (to jeszcze bardziej owocne) przykrawać ją zgodnie z własną wizją. Ciach! – nie ma dni, miesięcy i lat. Nie ma ciał, nie ma ruin, nie ma rozdzierającego krzyku Antygony.

„Bądź miłościw nam grzesznym” – szepczesz. Spod rumowiska wystają nogi. Przysypane kurzem, bardziej przypominają nogi manekina niż nogi ludzkie. Gdyby nie purpurowa kałuża krzepnąca krok dalej, pomyślałbyś, że wszystko to jest jakimś kolosalnym złudzeniem, teatrem odgrywanym nazbyt realistycznie, instalacją współczesnego artysty nachalnie apelującą do wyższych uczuć widza.

Na zewnątrz nie widać nieba. Ciemny tuman przykrywa miasto, zamazuje kontury budynków, przemienia rzeczywistość w sen. Ręka natrafia na pryzmę dymiących cegieł. Przecierasz oczy, strzepujesz pył z włosów. Wynoszą ciała. Układają w zaułku, jedne na drugich.

Ktoś kładzie dłoń na twoim ramieniu. Najchętniej zostałbyś tu na zawsze, z opuszczoną głową, w bezruchu, ze słowami modlitwy zamarłymi na ustach – ludzka ruina na ruinie świata.

Wiesz jednak, że wędrówka musi trwać. Czas ruszać dalej.

Krąg dziewiąty

Ze wspomnień majora Zdzisława Żórawskiego: „Z całą świadomością niszczą pomniki naszej kultury, dorobek wielowiekowej pracy licznych pokoleń. Zamek Królewski, Muzeum Narodowe, »Zachęta«, Rynek Starego Miasta, stare kościoły, doskonale znane lotnikom niemieckim, którzy za czasów pokoju niejednokrotnie byli przyjmowani przez nas z lekkomyślnością słowiańską jako goście, teraz są celowo bombardowane. […] Wieki rozwoju cywilizacji nie potrafiły z kultury germańskiej usunąć pierwiastka barbarzyństwa. Sieć autostrad najlepszych w Europie, bogate linie kolejowe, wielki przemysł posługujący się najbardziej nowoczesnymi maszynami i metodami pracy nie tworzą jeszcze kultury. Pierwotny barbarzyńca pozostanie nim i wtedy, gdy dosiadł nowoczesnego samolotu i dysponuje udoskonalonym karabinem maszynowym”.
Teraz stoicie pośrodku placu, którego nie znajdziesz na żadnej mapie. Mimo wszystko masz głębokie wewnętrzne przekonanie, że to miejsce realne, bardziej realne niż rzeczywiste place i skwery Warszawy – jakby spotykały się tu, nachodziły na siebie i nawzajem się wzmagały, podnosiły do jakiejś ostatecznej potęgi, wszystkie symbole i znaki narodowej tożsamości, jakby w jednym błysku było ci dane ujrzeć pełną skalę wrześniowej apokalipsy.
Na wprost płonie Zamek Królewski. Ogień obejmuje poszycie dachu, żre Wieżę Władysławowską i Wieżę Zygmuntowską (wskazówki zamkowego zegara zatrzymały się na godzinie 11:15). W pożarze gną się miedziane blachy. Dym bije w niebo przez okna, dziury w ścianach i stropach, rozpierzcha się, opada ku ziemi i wędruje ulicami. Jakieś postaci uwijają się na dziedzińcu, wbiegają na schody, ich głowy ukazują się i znikają w rozwartych, pozbawionych szyb oknach. Fruną przedmioty, obrazy, rzeźby, dywany i arrasy, drogocenne naczynia podawane są z rąk do rąk. Twój przewodnik popycha cię lekko, ruszacie ku wewnętrznemu dziedzińcowi, by pochylić się nad ciałem do połowy zgorzałym, przykrytym jesiennym paltem w jodełkę. Unosisz poły płaszcza i patrzysz w stężałą twarz kustosza Kazimierza Brokla, w jego szeroko otwarte oczy o nieodgadnionej barwie.

Zabić wspólnotę

Po prawej lub po lewej (kierunki nie mają znaczenia) otwarta pociskiem fasada Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Podchodzisz do szczerby w murze, by włożyć w nią głowę. Dym gryzie w oczy. Gdy opada, widzisz zupełnie wyraźnie miecz w ręce Wielkiego Księcia Witolda, a nieco na prawo, w górze, powiewający na wietrze czerwony proporzec z Orłem Białym. Dwóch wojowników godzi w Ulricha von Jungingena. Już, już włócznia św. Maurycego uderzy w jego pierś! Ale za twoimi plecami upada bomba. Kiedy wracasz do dziury w ścianie, obraz znika za węgłem, unoszony przez kilku mężczyzn o gorzejących twarzach. Spójrz, zrolowali go i niosą przez plac, w stronę ciężarówki z plandeką. To malarze Stanisław Ejsmond i Bolesław Surałło. Trzaskają drzwi samochodu, który rusza ku rogatkom miasta. Dwa dni później Surałło i Ejsmond zginą w bombardowanym przez Niemców Lublinie.

W budynkach Muzeum Narodowego, z których jeden płonie żywym ogniem, nieprzerwanie wre praca. Eksponaty, które da się ruszyć z miejsca, przenosi się do piwnic. Przez pocięte pociskami ulice w stronę muzeum suną pojazdy ze zbiorami państwowymi i prywatnymi. Obrazy, sztychy i szkice, posągi i płaskorzeźby niesione są przez wielkie sale wystawiennicze, wśród przeciągu od strzaskanych okien. Głowa Apollina lub głowa Ateny kołysze się ponad górną platformą schodów, po czym rozpływa się w mroku podziemia. Słyszysz? Gwiżdże bomba i uderza w parterowe piąte skrzydło, w którym zgromadzono siedemdziesiąt jeden zegarów z kolekcji generała Tadeusza Bylewskiego. Pocisk rozrywa się na tysiąc kawałków. Cicho grają kuranty. Ogień trawi wskazówki i tarcze, wahadła i łańcuchy z obciążnikami. Drewno i porcelana, złoto i srebro wznoszą się w powietrze i opadają na dno ogromnego leja.

Zastanawiasz się, jak wielu ludzi musi stracić życie, jak wiele z materialnego dziedzictwa przeszłości trzeba zniszczyć, by umarła pamięć. Czy jest granica, poza którą rozpierzcha się wspólnota, a to, co spajało jednostki, co każdej z nich kazało mówić „my” zamiast „ja”, traci na znaczeniu? Nie potrafisz odpowiedzieć. Wiesz tylko tyle: wróg przyszedł tu po to, by po raz kolejny podjąć próbę przecięcia więzów, zrujnowania jedności, z takim mozołem budowanej przez pokolenia. Każda bomba padająca na ulicę, każdy pocisk burzący mury, każdy nabój wystrzelony z niemieckiego karabinu mówią: „Zapomnijcie. Nie ma Polski”.

Ku wyjściu

Czas już opuścić krąg zniszczenia. W półmroku podążasz za przewodnikiem. Przechodzisz przez bramy i piwnice, czepiając się ścian, łowiąc uchem szepty, płacz i krzyki. Czasem łuna pożaru oświetli wam drogę, kiedy indziej dym wtargnie w płuca i wyciśnie łzy z oczu. W oddali na linii horyzontu wstaje świt. Pierwszy promień słońca oświetla okolicę, wyławiając z ciemności kształty widzialnego świata.
Stoisz na ścieżce wśród drzew. Zupełnie sam. Jakby to, w czym uczestniczyłeś, nigdy się nie wydarzyło. Kim jestem? – pytasz, ale odpowiada ci cisza. I coś jeszcze – śpiew drozda. Gałęzie drżą na wietrze. Ptak przelatuje od drzewa do drzewa, wciąż na nowo rozpoczynając swój trel, jakby dawał ci znak, jakby mówił: „Krocz za mną”. Idziesz więc, aż stajesz pośrodku pola usianego grobami.
Tędy także musiała przetoczyć się burza. Portyki i kolumny przemieszały się z kamiennymi urnami i wieńcami. Gipsowe anioły spoczywają na zmiażdżonych obeliskach. Chrystusa frasobliwego (biały marmur z ledwie widocznymi żyłkami czerwieni) przywalił żeliwny krzyż. Na pochylone plecy Zbawiciela wspina się gałązka winobluszczu wyrwanego z korzeniami i przyniesionego na podmuchu aż spod zewnętrznego muru. Jesteś w samym sercu przeszłości, którą przymuszono do zmartwychwstania. Czy jednak takie zmartwychwstanie nie jest raczej powtórną śmiercią?

Z notatnika Haliny Regulskiej: „Bomby trafiły w cmentarz na Powązkach. Wiele rozbitych grobów. Wyrwane szkielety wiszą zaczepione na drzewach”. Wśród gałęzi, na wprost twoich oczu, świecą żebra zmarłego. Żuk wytrwale wspina się po mostku, za chwilę dotrze do obojczyka. Śpiewa drozd. Do kogo należycie, kości? Czy wygodnie wam na drzewie, wśród szumu liści? Jaką kołysankę nuci wam wiatr? U podstawy pnia, tam, gdzie korzenie drążą w ziemi ciemne korytarze, spoczywają czaszka i dwa piszczele. Karawana mrówek ciągnie przez oczodół. Co z nami będzie? Co z nas zostanie? – pyta drozd i nie czekając na odpowiedź odfruwa.

Milczy czaszka z nieruchomą żuchwą. Milczą żebra i piszczele. Nic tu po tobie.
Wleczesz się więc, noga za nogą, przez ziemię cmentarną – ku wschodzącemu słońcu.

[Teksty ukazały się w Gazecie Polskiej Codziennie]
za:
niezalezna.pl
niezalezna.pl
niezalezna.pl
niezalezna.pl
  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.