Jeden dzień na Łączce

100_0075Przemysław Dakowicz

Nad Łączką świeci słońce. Jest 3 dzień września. Rok 2014. Za betonowymi płytami cmentarnego ogrodzenia pędzą ciężarówki i samochody osobowe.
Warszawa żyje.

[część pierwsza]

„Szczątki całkowicie zeszkieletowane, ułożone w jamie grobowej na osi wschód-zachód”. Głowa Łukasza Szleszkowskiego wychyla się z wąskiego dołu wydrążonego między nagrobkami z lat osiemdziesiątych. Boczne ściany dołu wzmocniono wiórowymi płytami, między które wciśnięto trzy belki. Doktor Szleszkowski, pracownik Katedry Medycyny Sądowej wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego, dyktuje dane do protokołu z niwelacji.

„Szczątki leżą tylnymi powierzchniami ku górze, przednią powierzchnią ciała na dnie jamy grobowej. Czaszka lewą stroną na dnie jamy grobowej. Część twarzowa zwrócona w kierunku północnym, żuchwa uniesiona. Zęby żuchwy i szczęki kontaktują się ze sobą”.

Nad Łączką świeci słońce. Jest 3 dzień września. Rok 2014. Za betonowymi płytami cmentarnego ogrodzenia pędzą ciężarówki i samochody osobowe. Warszawa żyje.

Siedem dekad wcześniej musiała tu panować doskonała cisza. Około północy zjawili się kopacze. Ostrza łopat błyskały w świetle księżyca, kiedy wykrawali z powierzchni ziemi kwadraty darni i układali je obok miejsca przeznaczonego na pochówek. Potem kopali doły. Nie zanadto głębokie. W półmroku błyskały ogniki papierosów i puszczyk krzyczał w gałęziach drzew.

Przywieziono ich tuż przed świtem. Skrzypnęły drzwi ciężarówki, a po chwili w pustkę szarej godziny wtargnął głuchy odgłos uderzenia pierwszego ciała o ziemię. Na koniec zasypywanie, ubijanie, maskowanie. Kawałki darni ułożone równo, by nawet ten, kto będzie patrzył z bliska, nie zorientował się, że w nocy trwała tu robota.

Kolana archeologa

Zaglądam do jamy grobowej. Zwłoki rzucono twarzą w dół. Czy ręce skazańca były związane? Jedna z nich spoczęła na plecach, druga oparła się łokciem o południową ścianę dołu, a dłonią o dno ‒ jakby nie była bezwładna, lecz przeciwnie: żywa, aktywna, protestująca. Jakby umarły chciał się podnieść, wrócić do świata żywych. I wraca. Po niemal siedemdziesięciu latach. Wywołuje go z ciemności suchy i precyzyjny opis protokolarny: „Kończyna górna prawa: kość ramienna nieco odwiedziona w stawie barkowym, zrotowana do wewnątrz, dół łokciowy skierowany ku północy. Kości przedramienia prawego tworzą kąt prosty z kością ramienną. Kości nadgarstka na przyśrodkowo-tylno-górnej części prawego talerza biodrowego. Kości ręki prawej w rzucie kości krzyżowej. Kończyna górna lewa: kość ramienna nieznacznie odwiedziona, silnie zgięta do tyłu w stawie barkowym, tworzy kąt około sześćdziesiąt stopni z płaszczyzną czołową szczątków. Kości przedramienia lewego tworzą z kością ramienną kąt nieco mniejszy niż prosty. Okolica łokcia w południowym profilu sondażu, około trzydzieści centymetrów powyżej dna jamy grobowej. Kości ręki lewej w bardzo silnym zgięciu grzbietowym, tworzą kąt prosty z przedramieniem w zakresie śródręcza, kąt ostry w zakresie paliczków bliższych”.

100_0041Ziemia oddaje ciało niechętnie. Kiedyś zamknęła je w swoim łonie, by przez miesiące i lata pracować nad jego znikaniem. Wciskała się w miejsca, które otwierały się na jej przyjęcie, stopniowo zastępowała tkanki miękie, łącząc się ze szkieletem niczym drugie ciało. Dziś, rozdarta cesarskim cięciem, objawia szczątki zmarłych. To akt powtórnych narodzin. Do życia innego niż życie, do trwania w przestrzeni i czasie, ale na prawach innych niż dotychczas.

A jest tak. Gdy archeolodzy natrafią na najmniejszy ślad ludzkich szczątków, pochylają się nad nim i wytrwale pracują, wprawiając w ruch łopatki, szpadelki, kielenki (zwanymi także trowelkami), zgarniacze i drapacze, narzędzia precyzyjne (szpatule, dłutka, skrobacze), przywodzące na myśl przyrządy dentystyczne, szczoteczki i pędzelki. Swoją robotę wykonują na kolanach, bo nie można jej wykonać inaczej ‒ jakby tamta śmierć utajniona, jakby tamten hańbiący pochówek musiały zostać wynagrodzone. Zgięte kolana i pochylone plecy archeologów mówią: kłaniamy się wam, umarli; oddajemy wam hołd, niezłomni, których ciała złamano, wyklęci, których dziś błogosławimy. Między frazami tej niemej modlitwy z ziemi wyłaniają się kości. Najpierw wierzchołek czaszki, staw łokciowy lub czubek kości miednicznej. Niczym fragment ciała wynurzony z topieli, dłoń wyrzucona na powierzchnię wody, w ostatnim, przedśmiertnym skurczu mięśni. Wokół owego pojedynczego punktu koncentruje się aktywność żywego. Jego ręce spulchniają ubitą na kamień ziemię, rozbijają ją na grudki, które w plastikowym wiadrze wędrują w górę, w stronę nieba, w stronę obłoków pędzonych wiatrem. Upłyną długie godziny, zanim archeolog dotrze do dna jamy grobowej, a całość szkieletu ukaże się oczom osób postronnych.

Na powierzchni

Póki ziemia tkwi między żebrami, póty trwa irracjonalna wiara, że ten, kto leży w dole, nie całkiem umarł, że za chwilę poruszą się miechy płuc, wyprostują ręce i nogi. Złudzenie pryska, gdy żywy klęczący na dnie grobu przystępuje do zbierania kości i kosteczek. Zaczyna od tego, co niegdyś było stopą. W dłoni dzierży woreczek z przeźroczystej folii. Składa w nim kolejno wszystkie elementy zgruchotanej całości. Paliczki, czyli kości palców ‒ na nich więzień stawał, by wyjrzeć przez okienną szparę w celi kaesowców. Kość sześcienną i kości śródstopia. Kość piętową i skokową. Trzy kości klinowate i kość łódkową, os naviculare, na której skazaniec nie dopłynął do bezpiecznego portu.

100_0070Ciężar ludzkiego szkieletu to mniej więcej piętnaście procent wagi całego ciała. Dwanaście kilogramów z osiemdziesięciu. Obok grobu czarny plastikowy worek, w jaki składa się zwłoki ofiar wypadków. Kości wydobytych z dołu nie sposób ułożyć w porządku anatomicznym. Mieszają się ze sobą ‒ czaszka spoczywa na żebrach, kość łokciowa przylega do kości udowej, to, co zostało z lędźwi, styka się z fragmentem kolana. Dopiero teraz staje się widoczne dzieło dekonstrukcji, jakby konkretny człowiek, z imieniem i nazwiskiem, z niemożliwą do powtórzenia historią życia, właśnie w tej chwili zapadał się w otchłań abstrakcji.

Na okolicznych nagrobkach płoną znicze i pysznią się wiązanki kwiatów. Najwięcej tu pułkowników Ludowego Wojska Polskiego. Ostatnią wartę wyznaczono im półtora metra nad dołami śmierci. Rodziny zapewne nie miały pojęcia, w jak szczególnym miejscu grzebani są ich bliscy, lecz ktoś, kto uczynił kwaterę „Ł” wojskowych Powązek terenem kolejnych pochówków, kto w latach osiemdziesiątych podjął brzemienną w skutki decyzję administracyjną, wiedział, co robi. Groby luminarzy komunistycznej armii miały stać się kneblem skutecznie tłumiącym podziemny krzyk, ostatnim ryglem w drzwiach zatrzaśniętych przed prawdą.

I stały się ‒ ku wstydowi III Rzeczypospolitej.

Góra i dół

Na Łączce zmieniło się niemal wszystko. Teren badań ‒ niewielki, obejmujący część alei między kwaterami „Ł” i „Ł II” oraz wąski pasek między grobami tuż pod cmentarnym murem ‒ obwiedziony jest taśmami z napisem „policja”. Strzegą go fukcjonariusze w czarnych mundurach. Miejsca, w których można kopać, wskazuje prokurator. Zresztą, prokuratorów stale obecnych na cmentarzu jest dwóch. Większość czasu spędzają w okolicach jamy grobowej z odkrytymi przez archeologów szczątkami.

Przyjechałem tu z mocnym postanowieniem, że popracuję fizycznie, że zrobię wszystko, by okazać się przydatnym ‒ jednak we wrześniu 2014 roku niewiele zajęć pozostało dla wolontariuszy. Od czasu do czasu przerzucamy ziemię, pomagając w zasypywaniu kolejnych dołów powstających wzdłuż alei. Okazują się puste, zgodnie z przekonaniem profesora Szwagrzyka wyrażonym na początku prac (szczątki bohaterów antykomunistycznego ruchu oporu tkwią tuż obok, pod grobowcami z lat osiemdziesiątych). Jedyna korzyść z naruszenia struktury ziemi polega na tym, że można wyraźnie zobaczyć, jak Łączka się zmieniała. Na głębokości półtora metra doskonale widać ciemną linię, znaczącą rzeczywistą powierzchnię terenu w latach czterdziestych.

100_0053Członkowie ekipy ekshumacyjnej wykonują swoje czynności z równym jak przed rokiem zaangażowaniem, ale są przygaszeni, milczący. Przypominają wielodzietną rodzinę przeniesioną z przestronnego mieszkania do komórki pod schodami. Jak w czasach słusznie minionych, ktoś oczekuje, że będą publicznie zachwalać zalety tej ciasnoty, na którą ich skazano.

Między nagrobkami kluczy starsza pani. Policjanci pozwolili jej przejść. Zbliżając się do jednego z grobów na powierzchni, rzuca ku nam, pochylonym nad wykopem, krótkie spojrzenie (zbyt prędkie, by domyślić się, co w nim się kryje: współczucie? niechęć? obojętność?). Ile rozumie z wydarzeń rozgrywających się na Łączce? Co wie o tych, których ciała przed kilkudziesięciu laty zrzucano z wozów do śmiertelnych dołów i pośpiesznie zasypywano? Czy w naszym języku znalazłaby słowa zdolne wyrazić jej własne doświadczenie? Odwraca się i przez kilka minut krząta przy pomniku na północnym skraju kwatery „Ł II”. Gdy się oddala, podchodzę do grobowca, pięknie utrzymanego i przystrojonego (dwa bukiety w wazonach, wiązanka z kwiatów i gałęzi świerku, jedenaście okazałych zniczy), by odczytać nazwisko zmarłego, podpułkownika, oraz daty narodzin i śmierci: 1928‒1984. Na kamiennej płycie żeliwna replika krzyża Virtuti Militari i napis: „Artylerzysta 1. Dyw. im. T. Kościuszki”. Z sepiowej fotografii spogląda mężczyzna w sile wieku, ubrany w mundur wyjściowy z baretkami.

Myślę o meandrach historii. O roli indywidualnych ludzkich decyzji i mocy przypadku. Gdyby spoczywający tu żołnierz Polski Ludowej, zapewne dziecko zesłańców, urodził się nieco wcześniej, mógłby zostać przyjęty do formacji „junaków” w armii generała Andersa. Być może po przejściu całego szlaku bojowego na Bliskim Wschodzie i w Europie podjąłby decyzję o powrocie do kraju. Niewykluczone, że po ciężkim śledztwie trafiłby do wspólnej celi z żołnierzami Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, że przez szparę w blindzie obserwowałby rotmistrza Pileckiego prowadzonego na śmierć. Jego ciało, z przestrzeloną głową, z rękami związanymi na plecach, przywieziono by na Łączkę i zrzucono do anonimowej dziury w ziemi. Nie byłoby kwiatów, zniczy, bliskich dbających o grób. Nad „szczątkami całkowicie zeszkieletowanymi”, tkwiącymi dwa metry pod powierzchnią cmentarza, pochylałyby się teraz plecy i głowy archeologów, antropologów i lekarzy sądowych.

[pierwodruk: „GPC z 13.09.2014]

za: dakowicz.blogspot.com/

[część druga]

Wchodzących na powązkowski Cmentarz Wojskowy wita grób płk. Ryszarda Kuklińskiego, usytuowany na samym początku Alei Zasłużonych. Życie Kuklińskiego to jeden z najbardziej wymownych dowodów na słuszność tezy o wpływie poszczególnych ludzkich decyzji na kształt historii.

Gdyby w epoce dominacji ZSRS pułkownik nie podjął swojej straceńczej misji, wydarzenia w tej części Europy potoczyłyby się zapewne nieco innym torem. Losy Kuklińskiego i jego najbliższych także wyglądałyby inaczej – być może nie byłoby w nich miejsca na zgryzotę i cierpienie, na pytania o sens wyborów stawiających interes zbiorowości wyżej niż osobiste korzyści. Grób pułkownika na Powązkach to znamię pieczętujące całą dwudziestowieczną historię Polski. „Jestem tu” – mówi do odwiedzających nekropolię – „byście pamiętali, z jakim trudem osiąga się miejsce w panteonie, jak wiele trzeba poświęcić, ile zapłacić”.

Powązki Wojskowe jawią się komuś, kto obcuje z historią, z jej pisemnymi przekazami, kto próbuje zrozumieć rytm dziejów, znaleźć zasadę porządkującą, cel i sens, telos historii – jako domena aksjologicznego chaosu, jako przestrzeń znaczeń nieostrych, rozmytych, nawzajem się wykluczających i pozbawionych hierarchii. Groby katów stoją tu w sąsiedztwie grobów bohaterów. „Polska” śpi obok Polski.

Osoby nieobeznane z historiografią, nieznające faktów (np. młodzież szkolna) przyjmują do wiadomości równowartość porządków niewspółmiernych, uczą się postrzegać tradycję jako mieszaninę postaw sprzecznych, wartości prawdziwych i fałszywych, stanowisk wyrastających z systemów wartości i antywartości. W owym tyglu wszystko jest równie istotne i wszystko w równym stopniu pozbawione istotności. „Prawda nie istnieje – sączy się w uszy przechodnia szatański szept. – Prawda jest kwestią interpretacji; wybieraj więc, klucz, kontaminuj, konstruuj całość z dowolnie wyselekcjonowanych fragmentów”. W takim kształcie, jaki został nam dany, Powązki narzucają wizję wolności „od” (obowiązku, powinności, wierności), nie wolności „do”. Zamiast zobowiązania – brak zobowiązań. Zamiast kontynuacji – nieustanne rozpoczynanie od nowa. Jakby przeszłość nie istniała, jakby nigdy nie było nic prócz wiecznego „teraz”.

Jaka i czyja?

W jednej ze swoich wypowiedzi płk Kukliński stwierdził, że jego osobisty los niewielkie ma znaczenie, że ważne jest tylko jedno pytanie: „jaka Polska i czyja Pol-ska?”. Stoimy w miejscu, przez które biegnie alejka między kwaterami Ł i ŁII, nad dołem wydrążonym przez koparkę. Andrzej Pilecki, syn rotmistrza, prof. Krzysztof Szwagrzyk i my, troje wolontariuszy. Ściskam rękę pana Andrzeja i bąkam kilka okolicznościowych słów, skonfundowany i przejęty. Pan Andrzej opowiada o swoich wizytach na Łączce w latach komunizmu, o zostawianych przezeń kartkach z informacją dotyczącą losów ojca, o tym, jak prędko znikały, jak bardzo teren ten kontrolowany był przez służby jawne i tajne. Profesor opisuje mu zakres działań podjętych przez IPN. Zaglądają do pustej jamy w ziemi. „Jaka Polska i czyja Polska?” – rozbrzmiewa bezgłośnie pytanie Ryszarda Kuklińskiego, ale odpowiedź nie pada. Słońce popołudnia przeczesuje wąskie przestrzenie między grobami i kapituluje przed tym, co w głębi, pod powierzchnią. Oddalam się, by obserwować ich z dystansu, gestykulujących, kiwających głowami, przechadzających się po kilku metrach kwadratowych ziemi i piasku. Mam wrażenie, jakbym oglądał film z zamierzchłej przeszłości, wrażenie wzmocnione wytrwałym szumem kamery Arkadiusza Gołębiewskiego, który stoi przy ogrodzeniu i stara się niczego nie uronić z tej chwili.

Jaka i czyja jest współczesna Polska? Gdyby była krajem, o który walczyli Pilecki, Dekutowski, Ciepliński, Fieldorf, Kasznica oraz zastępy innych – czy nie uczy-niłaby wszystkiego, by ich hańbiącą śmierć nagrodzić, by szczątki swoich najlepszych synów wydobyć z anonimowych dołów i z państwowymi honorami przenieść na miejsce wspólnej pamięci? Czy ich kości i czaszek nie traktowałaby jako świętości, relikwii, jako znaków własnego trwania? Jeżeli tak nie czyni – czym jest? A tamci Zmarli, tkwiący pod grobami funkcjonariuszy komunistycznego systemu, gdyby zostali przywróceni do życia, czy powiedzieliby: „Tak, to nasza ojczyzna, nasza matka, za którą raz jeszcze gotowiśmy oddać, co mamy najcenniejszego”?

Jeśli nie, co by nam rzekli, rozważcie, co by nam rzekli?

za: niezalezna.pl

 

[część trzecia]

„Idą! ” mówi któryś z wolontariuszy. I rzeczywiście, kilkaset metrów od Łączki, w dalekim planie alejki mającej swój początek na tyłach Domu Pogrzebowego, między kwaterami „A dod”, „N” i „N II” a Biurem Cmentarza Wojskowego, ukazuje się grupka osób zdążających wolnym krokiem w naszym kierunku. Kiedy dochodzą do wysokości pomnika smoleńskiego, są już całkiem dobrze widoczni.

Ponieważ ścieżka między kwaterami „Ł” i „MII” jest rozkopana, nieco wcześniej skręcają w prawo, potem w lewo, by po kilkudziesięciu krokach stanąć przed kopczykiem z kamieni, usypanym na miejscu dawnego pomnika ofiar komunistycznego terroru. Przed prostym krzyżem zbitym z sosnowych gałęzi czynią znak krzyża, zapalają znicze.

Są wśród nich przedstawiciele trzech generacji: rówieśników pomordowanych, dzieci i wnuków. Każda z nich została naznaczona w inny sposób. Każda inne zadania miała lub ma do wykonania.

Cmentarna ławeczka

Swoim życiowym doświadczeniem mogłaby obdzielić kilka osób. Dziewczyna z rosyjskiej arystokracji, która postanowiła być Polką. Jej rodzina salwowała się ucieczką z kraju ogarniętego bolszewicką pożogą, osiadła w Nowogródku. Ona sama ukończyła gimnazjum w Święcianach, potem przez rok studiowała prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. W trakcie wojny zabrana z domu do partyzantki, służyła, najpierw jako kucharka, później jako sanitariuszka, w oddziałach „Kmicica”, „Zapory” i „Łupaszki”. Po zakończeniu działań wojennych przeszła razem z V Brygadą Wileńską AK na Białostocczyznę, następnie na Pomorze. Brygadę rozwiązywano i na nowo powoływano, a ona, sanitariuszka „Lala”, nieprzerwanie wykonywała powierzone jej obowiązki.

Wykonuje je do dziś, wsparta na lasce, przysiadająca na cmentarnej ławeczce. Wnuk (czy prawnuk?) wyciąga znicz z czarnej plastikowej torby, krzesze ogień i stawia lampkę u stóp krzyża.

Próbuję wyobrazić sobie ich, „Lali” i „Łupaszki”, ostatni wieczór na kwaterze u stóp gór. Jest 29 czerwca 1948 r., parę chwil do zmierzchu. Od kilkunastu miesięcy się ukrywają, ciągle zmieniając miejsca pobytu. Teraz stacjonują w Osielcu, wsi między Jordanowem a Makowem Podhalańskim. Próbują żyć jak ludzie, ale jakżeby mogli się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, w tym świecie dla ludzi bez właściwości? Wiatr porusza gałęziami drzew, a spojrzenie Lidii Lwow, wspartej o balustradę ganku, wędruje po granatowozielonych płaszczyznach. Może się modli? Może rozmyśla o przyszłości? Albo, przeciwnie, kurczowo trzyma się tego dnia, tej wieczornej godziny, przeczuwając, że wszystko nie potrwa już zbyt długo?

Czy rozpoznałaby siebie w tej starszej pani, która przycupnęła na skraju ławeczki między kwaterą „Ł” a „D35”? Czy uwierzyłaby w taką sekwencję wydarzeń: aresztowanie, przejazd do Myślenic i Krakowa, lot do Warszawy, przesłuchania i proces, podczas którego gazety będą nazywały majora Zygmunta Szendzielarza „ponurym zbirem”, „bezpośrednim hersztem […] band”, będą go opisywały jako „40-letniego mężczyznę z wąsikami à la Hitler”, „ponurego kabotyna” i „zwyrodnialca”, mającego za sobą „szatańską szkołę”? Czy pogodziłaby się z myślą o śmierci ukochanego, o własnym kilkuletnim uwięzieniu, o życiu, którego większość upłynie w szarzyźnie Polski Ludowej? Co by rzekła, gdyby usłyszała, że po „upadku komunizmu” trzeba będzie odczekać przeszło dwadzieścia lat, zanim rozpoczną się poszukiwania szczątków „Łupaszki” i innych Niezłomnych? Jak przyjęłaby informację o tym, że po wydobyciu z anonimowych dołów, zmarli, złożeni w cmentarnej chłodni, czekać będą przez wiele miesięcy, a może i lat, na zwyczajny, ludzki pochówek?

Chłopiec i prokurator

Przemawia prokurator. Jest miłym człowiekiem, stara się dobrze wykonywać swoje obowiązki, ale jak sądzę nie całkiem rozumie powagę chwili. Tłumaczy, że są ograniczenia, że póki nie zmieni się prawo, dalsze prace na Łączce będą utrudnione, opisuje zakres badań i objaśnia procedury. Gdyby rozumiał, zapłakałby. Prosiłby w imieniu Rzeczypospolitej o wybaczenie. Zapewniałby, że poruszy niebo i ziemię, by poszukiwania szczątków można było zakończyć. Albo inaczej milczałby, ale jego milczenie byłoby wołaniem. O sprawiedliwość, o prawdę, o zadośćuczynienie.

Po złożeniu wyjaśnień przez prokuratora i prezesa Instytutu Pamięci Narodowej o głos prosi dr Witold Mieszkowski, syn Stanisława Mieszkowskiego, zamordowanego przez komunistów 16 grudnia 1952 r., po tzw. procesie w sprawie „spisku komandorów”. Choć szczątki komandora odnaleziono i zidentyfikowano, Witold Mieszkowski doskonale wie, że praca, jaką winien wykonać aparat polskiego państwa, została wstrzymana. Nie można skończyć na gestach symbolicznych. Nie wystarczą konferencje w błysku reflektorów, z udziałem prezydenta; niczego nie załatwią najwznioślejsze słowa, najbardziej solenne obietnice. Za deklaracjami muszą iść czyny, działanie przemyślane, lecz prędkie. Wszystko powinno się dopełnić za naszego życia zdaje się tłumaczyć syn komandora. Wyzyskajcie naszą obecność. Jesteśmy tu po to, by w sposób jednoznaczny wskazać zdrowy fundament współczesnej Polski. Jeśli pozwolicie, byśmy pomarli, nie doczekawszy pełnej sprawiedliwości dla naszych bliskich, być może bezpowrotnie utracicie szansę na własne moralne odrodzenie. Nasza gorzka wiedza o człowieku i historii zostanie utracona, nasz ból okaże się bezcelowy, nasza walka daremna.

Patrzę w twarz Witolda Mieszkowskiego. Widzę konsekwencję i upór w dążeniu do prawdy, ale także rys smutku i rezygnacji. Wiara i zwątpienie ujawniające się równocześnie, w jakimś paradoksalnym, arcypolskim splocie. Bo uczyniono wiele, ale równie wiele zostało do zrobienia. Bo niby prawda zwyciężyła, ale wydarzenia toczą się tak, jakby to kłamstwo triumfowało.

Jest w tym mężczyźnie straceńcza odwaga kilkunastoletniego chłopca syna zamordowanego, komandora, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, bohaterskiego obrońcy Helu, a we wczesnych latach powojennych szefa Sztabu Głównego Marynarki Wojennej i dowódcy Floty chłopca, który w roku 1953 miał czelność rzucić w twarz pułkownikowi Stanisławowi Zarako-Zarakowskiemu, stalinowskiemu naczelnemu prokuratorowi, następujące oświadczenie: „Nigdy nie wierzyłem, nie wierzę i wierzył nie będę w sprawiedliwość socjalistyczną!”.
A czy w III RP, w tym państwie szumnych deklaracji i dobrze działających cmentarnych chłodni, da się wierzyć w sprawiedliwość? „Nie wiem” czytam odpowiedź z twarzy doktora Mieszkowskiego. „Nie wiem” huczy mi w głowie.

Przerwane rekolekcje

Łączkowe rodziny przechodzą pod taśmą z napisem Policja, wysoko uniesioną przez funkcjonariuszy strzegących terenu prac. Profesor Szwagrzyk, prezes Kamiński i prokuratorzy prowadzą pochód od jednej jamy w ziemi do drugiej. Opowiadają, tłumaczą, wyjaśniają. Kiedy stoją nad dołem, z którego przed godziną wyjęto szkielet zamordowanego, wyglądają jak kondukt żałobników, jakby uczestniczyli w pogrzebie, w państwowym pochówku z honorami. I w pewnym sensie jest to pogrzeb, w pewnym sensie od kilku lat tu, na Łączce, odprawiane są egzekwie, trwa nieprzerwanie narodowa missa pro defunctis.

Teraz stoją w wąskim kręgu obok jednego z baraków ustawionych pod murem. W czarnym foliowym worku kości skazańca. Co parę chwil jedna z osób zajmujących się oczyszczaniem szczątków podchodzi do worka i wyjmuje z niego kosteczkę, relikwię, niewielki fragment zdruzgotanej wspólnoty Polaków.

„Requiem aeternam dona eis, Domine!” szumią liście cmentarnych drzew. Żuk ciągnie wśród traw sosnową igłę. „Et lux perpetua luceat eis!” zawodzi wiatr w gałęziach. Za ogrodzeniem cmentarza pędzą ciężarówki. „Exaudi orationem meam” szeleści czarny foliowy worek „ad Te omnis caro veniet”.

W ręku młodej pani archeolog żebro zmarłego. Czy z jednego żebra Żołnierza Niezłomnego śpiącego w ziemi da się uczynić nowego człowieka? Czy ze zgruchotanej kości można stworzyć na nowo jeden naród? „Nie wiemy” odpowiadają drzewa. „Nie wiem” basuje żuk wędrujący po powierzchni ziemi.

Ja także nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, wiem jednak, że przed dwoma laty na dalekiej kwaterze „Ł” cmentarza Powązkowskiego zabrzmiał głos trąby („Tuba mirum spargens sonum/Per sepulchra regionum,/Coget omnes ante tronum”) i rozpoczęły się narodowe rekolekcje. Wiem też, że łaciński czasownik „recolligo, recolligere, recollegi, recollectum” znaczy „znowu zbierać”, „ponownie gromadzić”, „odzyskać”, „przyjść do siebie”, „znowu wziąć” i „jeszcze raz przyjąć”.

za: niezalezna.pl

zobacz:

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Historia, III RP, Lata PRL i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Jeden dzień na Łączce

  1. Malgosia pisze:

    Udostępniłam link Pani emko:) Dakowicz w dodatku z mojego miasta pochodzi. Jest wspaniały. Pani też. Pozdrawiam serdecznie. M. P.

  2. emka pisze:

    Dziękuję z serdecznymi pozdrowieniami.

  3. dorota kuźnar pisze:

    Absolutnie nie zgodzę się z sugestiami myślowymi w ostatnim fragmencie tekstu zaczynającym się akapitem od słów: ” Myślę o meandrach historii (…) „dalej prowadzone myślenie jest krzywdzące dla tych bestialsko męczonych i pomordowanych bohaterów, a tłumaczące zbrodniarzy. Takie myślenie prowadzi do bardzo niebezpiecznych wniosków. Człowiek kierujący się prawdziwymi wartościami nigdy nie zdradzi, nie dokona zbrodni. Nigdy!
    Wystarczy tylko zapytać: Czy Ci pomordowani, gdyby byli zwyciężcami, a ich prześladowcy ofiarami, czyli prościej -role odwróciłyby się, czy tak postąpiliby z z tzw. wrogami klasowymi? Nigdy! Dlatego ich Polska jest prawdziwa, umiłowana, wytęskniona, wypłakana przez tych którzy rodzą się na nowo i mają w sobie ducha prawdy. Ci co mordowali bohaterów nie mieli, nie mieliby nawet gdyby wcześniej się urodzili wybraliby to co łatwiejsze. Nie brakuje teraz konformistów.

  4. emka pisze:

    Dodałam części 2 i 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.