Wspomnienie o śp. księdzu Romanie Indrzejczyku

Roman Indrzejczyk fot. tvp.plUrodził się 14 listopada 1931 roku w Żychlinie. W grudniu 2005 roku został Kapelanem Prezydenta RP – Lecha Kaczyńskiego. Do końca życia pełnił funkcję nauczyciela religii w Zespole Szkół Muzycznych na Żoliborzu oraz mieszkał w parafii Dzieciątka Jezus. Zginął tragicznie w katastrofie smoleńskiej – 10 kwietnia 2010 roku.

 

zobacz: Strona poświęcona pamięci ks. Romana Indrzejczyka

Mateusz Wyrwich

Próbowałem ludziom pomóc

Wysoki, przygarbiony, chudy. Wręcz „szczapa”. Chodził szybkimi krokami, z charakterystycznym białym szalem wokół szyi. Zawsze z wielkim poczuciem humoru i dystansu wobec siebie. Mało kto wie, że był również bokserem. Zdobywcą mistrzostwa „pierwszego kroku Mazowsza”. Na pytanie: kim był? – znajomi odpowiadają: ksiądz, poeta, poliglota, taternik, przewodnik górski. Na pytanie: jaki był? – zapewniają: niezwykle skromny. Kapłan nadzwyczaj gorliwy w swym kaznodziejstwie. Niebywale rozmodlony.

Jego wielka miłość do Boga emanowała na wszystkich – podkreślają. Dla wielu był wielkim autorytetem. Mówią o nim: niemal święty. Żyjący w ubóstwie materialnym.
Żądni sensacji dziennikarze pisali, że kiedy został kapelanem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, otrzymał mieszkanie w budynkach rządowych. Tymczasem mieszkał nadal w jednopokojowej izbie na poddaszu w domu parafialnym. Przebojowy, jeśli potrzeba pomóc potrzebującym. – Dla siebie – jak mówił – nie potrzebuje niczego. Wstrzemięźliwy w opiniach. Ci, którzy znali go powierzchownie, mówili, że ma poglądy liberalne. Jego wielkoduszność brali za postawę pustej tolerancji. Bliżej go znający wiedzieli, że był konserwatystą.

Wojenna i powojenna okupacja

Dzieciństwo i wczesna młodość ks. Romana Indrzejczyka przypadły w czasie dwóch totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu. Po zakończeniu okupacji niemieckiej w miasteczku Żychlin, w którym mieszkał przyszły kapłan, na nowo rozpoczęło się życie religijne. Romek szybko wrócił do kościoła na ministrancką służbę. Rozpoczął też naukę w piątej klasie szkoły podstawowej i wstąpił do drużyny harcerskiej. Ze swoją drużyną chodził do kościoła i służył do Mszy św. Normalność trwała jednak tylko chwilę. Od 1946 r. komuniści zabronili harcerzom drużynowego uczestnictwa w Mszach św. Wszystkim natomiast zakazano obchodzenia uroczystości 3 Maja. Zmieniono prawo harcerskie na nowe, wykreślając przysięgę na „Boga, Honor i Ojczyznę”, a wpisując na „Polskę Ludową”. Wreszcie wśród młodzieży zaczął kiełkować bunt. Również na młodego ucznia Indrzejczyka przyszedł czas na dokonanie samodzielnego wyboru. Kazano Romkowi zrezygnować z posługi ministranckiej i oddać legitymację koła ministranckiego. Romek bez trudu wybrał Kościół. Nauczyciele przestrzegali go, że nie zda matury.

Maturę jednak zdał…

I wstąpił do Seminarium Duchownego, a zarazem podjął naukę na istniejącym jeszcze wówczas Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Tam też rozpoczął studia na Wydziale Psychologii. Niebawem Roman Indrzejczyk przeżył wstrząs. W trakcie drugiego roku seminarium został aresztowany prymas Stefan Wyszyński. Było to dla młodego kleryka doświadczenie tym trudniejsze, że właśnie w tym dniu miał asystować podczas Mszy św. sprawowanej przez kard. Wyszyńskiego w kościele pw. Świętego Krzyża w Warszawie. Następnego roku komuniści zlikwidowali Wydział Teologiczny na Uniwersytecie Warszawskim. Utworzyli zaś, uzależnioną od państwa, Akademię Teologii Katolickiej. Uczelnię mającą status szkoły prywatnej. – Wyrzucono nas z seminarium na Krakowskim Przedmieściu. Wyglądało to dość niebezpiecznie, bo podstawiono pod drzwiami autokary i nie wiadomo było, gdzie nas zawiozą – opowiadał ks. Roman Indrzejczyk. – Dobrze się skończyło, bo zawieźli tylko do siedziby Akademii Teologii Katolickiej na Bielanach.

Święcenia kapłańskie

Połowa lat pięćdziesiątych to koniec brutalnego „montowania” w Polsce komunistycznego reżimu, zwanego stalinizmem. Dla kleryka Romana Indrzejczyka rok 1956 był również przełomem: skończył seminarium, a także psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. W grudniu został wyświęcony przez kard. Stefana Wyszyńskiego, było to dwa miesiące po zwolnieniu Prymasa z więzienia. Na pierwszą posługę kapłańską ks. Roman poszedł do Drwalewa. Następnie do Grodziska Mazowieckiego. Cały czas towarzyszyła mu świadomość, że jego zadaniem jest być „alter Chrystus”. Że będzie się modlił z tymi, którzy przyjdą do świątyni, i za tych, którzy nie przyjdą. Z całą odpowiedzialnością za Kościół.
Krótki czas tolerancję wobec Kościoła okazywała nowa ekipa komunistyczna pod rządami Gomułki. Na kilka lat wprawdzie religia znów wróciła do szkół, ale już z końcem lat pięćdziesiątych ponownie zaczęto ją rugować. Represje dotknęły również młodego wikarego i katechetę – ks. Romana Indrzejczyka. Przyczyną stały się lekcje religii, podczas których uczył młodzież patriotyzmu. Także religijnych piosenek harcerskich. Zakazano mu tego i wyrzucono ze szkoły za… uczenie modlitwy harcerskiej.

Czas oczekiwania

W następnych latach ks. Indrzejczyk posługiwał w kilku dużych warszawskich parafiach, w kościołach pw. św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży i pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na warszawskiej Starówce, jak również u Matki Bożej Loretańskiej na Pradze. Przez piętnaście lat pełnił również funkcję duszpasterza pielęgniarek i lekarzy. W roku 1964 trafił do maleńkiego kościółka w Pruszkowie-Tworkach. Na ponad dwadzieścia dwa lata. Posługiwał tam w parafii pw. św. Kazimierza, będąc jednocześnie proboszczem nieuznawanej przez państwo parafii pw. św. Edwarda w kościółku pw. Przemienienia Pańskiego w Tworkach. Był też duszpasterzem szpitala dla psychicznie chorych. Jego kościółek znajdował się na terenie posesji zakładu psychiatrycznego. Sytuacja ks. Romana była wyjątkowo trudna i skomplikowana, bowiem Urząd ds. Wyznań wciąż odmawiał zatwierdzenia parafii. Jego ówcześni parafianie wspominają, że od początku pojawienia się w parafii był niezwykle aktywnym kapłanem i jak na owe czasy bardzo nowocześnie ewangelizował. Przyciągał wiernych zajmującymi opowieściami o historii Kościoła z wykorzystaniem nowoczesnych form audiowizualnych, jakimi były wówczas magnetofon i slajdy. Ewangelizował nie tylko za pomocą Słowa Bożego, ale też muzyki. Założył chór i grupę wokalno-instrumentalną. Również orkiestrę. Ale przede wszystkim skupiał wokół Kościoła młodzież, u której miał ogromny autorytet. Mówił młodym o prawdziwej, nieocenzurowanej, najnowszej historii Polski. Przedstawiał pogłębioną wiedzę na temat relacji państwo-Kościół w czasach PRL. I wyjaśniał prawdziwe stanowisko Watykanu na temat historii i sytuacji Kościoła na świecie. A w szczególności podkreślał rolę papieża Piusa XII, atakowanego przez komunistów za rzekomy antysemityzm i rzekome popieranie nazizmu.
– Generalnie rzecz biorąc, przeciwstawiałem się złu – opowiadał ks. Roman Indrzejczyk. – Jakoś tak starałem się młodym ludziom przekazać, że trzeba tę zakłamaną historię prostować. Na każdym kroku komuniści próbowali zawłaszczać osobowość młodych ludzi. Mówiłem im więc, że prawo państwowe oderwane od prawa naturalnego jest przeciwne człowiekowi i nie powinno się go przestrzegać. Co więcej, człowiek ma obowiązek przeciwstawiać się takiemu prawu, jeśli jest niezgodne z prawem Bożym.
Taka filozofia nie podobała się władzy. Ksiądz był coraz częściej wzywany na przesłuchania przez SB, jak również do Urzędu ds. Wyznań, który także pełnił rolę represyjną wobec Kościoła.

„Solidarność”

Strajki i powstanie „Solidarności” ks. Indrzejczyk przyjął z zaskoczeniem. Ale umiarkowanym, gdyż zawsze wierzył, że wyzwolenie narodu od komunistów kiedyś musi nastąpić. Że ludzie nie mogą tak długo żyć pod presją karabinów. Bardzo się zaangażował w ruch związkowy, który uważał za formację niepodległościową. „Solidarność” nazywał wówczas wielkim ruchem odnowy, który przyniesie religię do szkół i prawdę do serc ludzkich. – Wszystko, co się działo w Polsce, działo się również w naszym kościółku w Pruszkowie – mówił ks. Indrzejczyk. – Bo to i służbę zdrowia tu mieliśmy i sporo studentów z NZS-u.
Naokoło były wioski, więc przytuliła się do nas także „Solidarność” rolników. Ale przede wszystkim znakomita większość ludzi „Solidarności” była z tutejszych zakładów pracy.
W grudniu 1981 r. ks. Roman mieszkał na terenie szpitala psychiatrycznego w swojej parafii w dwóch pokoikach. Zabiegany, często zapominał zjeść śniadanie, czasem jadł coś dopiero wieczorem. A dostarczoną niekiedy wędlinę, zrobioną przez miejscowych chłopów, oddawał chorym ze szpitala.
Kiedy ks. Indrzejczyk dowiedział się o wprowadzeniu stanu wojennego, powiedział na kazaniu: „Jestem jako duszpasterz odpowiedzialny za was, za wasze dusze. I jeśli będzie się wam działa jakaś krzywda, to wiedzcie, że ja się na to nie godzę. Nie pozwalam na to…”. – Faktycznie coś takiego powiedziałem – wracał pamięcią do czasu sprzed ćwierć wieku ks. Indrzejczyk. – Powiedziałem też z ambony, ale już na Boże Narodzenie: „Wiadomo, że niektórzy z waszych mężów czy synów są w wojsku lub w jakichś innych służbach, mają pistolet, mundur czy pałkę. Niech ich ręka Boska broni, żeby używać ich wbrew swojemu sumieniu”. Służba Bezpieczeństwa miała o to do mnie bodaj największą pretensję.
Niewielki kościółek w Pruszkowie-Tworkach, mimo że w mieście były jeszcze dwa kościoły, stał się w krótkim czasie centrum opozycyjnej działalności i walki o niepodległość. Ks. Roman organizował różnego rodzaju spotkania z księżmi, politykami, historykami. Również wycieczki patriotyczne. Nie tylko do miejsc kultu religijnego. Także do tych związanych z walką przeciwko okupantom – zarówno niemieckim, jak i rosyjskim. Podziemia kościółka, gdzie była biblioteka parafialna, od stanu wojennego stały się dla miejscowych działaczy „Solidarności”, okolicznych miasteczek i wsi, miejscem wszelkich spotkań – jawnych i konspiracyjnych. W Pruszkowie zaczęły wychodzić lokalne pisma podziemne. Dzięki licznym znajomościom ks. Indrzejczyk nawiązał szybko kontakt z działaczami podziemia z Warszawy. Stamtąd przywoził matryce, farby i papier. Pierwsze nielegalne tytuły. W razie potrzeby bywał nawet lektorem w podziemnym radiu „Solidarność”. Do kościółka w Pruszkowie przyjeżdżali znani wykładowcy z prelekcjami z zakresu historii najnowszej, kultury. Także artyści ze spektaklami teatru podziemnego. Tu także powstała, dzięki darom obcokrajowców, apteka leków zagranicznych. – Organizowaliśmy spotkania dla nauczycieli, służby zdrowia. Nazywałem je spotkaniami młodej inteligencji katolickiej – opowiadał ks. Indrzejczyk. – Próbowałem ludziom pomóc, by nie stracili ducha i zachowali godność. Żeby, jeśli widzieli jakieś dobro, włączali się w jego tworzenie. Uważałem, że jeżeli człowiek ma jakiś moralny pion, to później można mu wszystko powierzyć. Byłem przekonany, że trzeba wzmacniać przyjaźń, współodpowiedzialność. To właśnie, moim zdaniem, było treścią „Solidarności”. Chodziło o to, żeby rozbudowywać ludzkie pozytywne cechy, które mogłyby przeciwstawić się złu. Złu, które w sposób legalny było przekazywane przez reżim komunistyczny ludziom.

Zesłany do… Warszawy

Ks. Roman Indrzejczyk pod wpływem nacisków na ówczesnego biskupa warszawskiego został usunięty z Pruszkowa-Tworek i „przesunięty” do warszawskiego kościoła pw. Dzieciątka Jezus w Warszawie. Parafia obejmowała kilkanaście uliczek w jednym z najbardziej ekskluzywnych osiedli starego Żoliborza. Ks. Indrzejczyk – jak mówią wierni – otworzył kościół nie tylko dla parafian. Wprowadził zasadę otwartego kościoła. Wchodzili tam nie tylko ci, którzy chcieli się pomodlić, ale i tacy, którzy chcieli się ogrzać. Bezdomni, biedni. Sobie odejmował, kiedy była potrzeba dać innym. Wkrótce parafia w ekskluzywnym osiedlu ożywiła się działalnością podobną do tej, jaką ks. Roman prowadził w Pruszkowie. Również tu, dzięki kontaktom Księdza z działaczami Komisji Krajowej „Solidarności”, szybko na plebanii „zagnieździła” się „Solidarność”. Służba Bezpieczeństwa dopiero po roku odkryła rolę, jaką odgrywa nowy proboszcz. „W zamian za to” podpaliła świątynię. „Nieznani sprawcy” wywiercili dziurę w ścianie kościoła i wpuścili łatwopalną ciecz. Płonął ołtarz. Cudem uratowano wnętrze.
W drugiej połowie i końcówce lat osiemdziesiątych na plebanii niewielkiego kościoła rozpoczęły się tajne posiedzenia najwyższych władz „Solidarności”. Zarówno struktur regionalnych, jak i krajowych, m.in. Tymczasowej Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność”. U proboszcza Indrzejczyka powstał też Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. W 1987 r. doszło tu do spotkania krajowych struktur „Solidarności” przed przyjazdem Jana Pawła II do Polski. Następnego roku na plebanii u ks. Indrzejczyka odbył się nielegalny zjazd tolerowanej już wówczas przez komunistów „Solidarności” i przedstawicieli niektórych partii opozycyjnych.
– Jeszcze podczas obrad Okrągłego Stołu odbywały się u nas spotkania różnych ludzi związanych z opozycją. Bywali tu m.in. bracia Kaczyńscy – wspominał ks. Indrzejczyk. – Sam w nich nie uczestniczyłem, jedynie udostępniałem pomieszczenia. Słowem – bywało tu mnóstwo ludzi, którzy później budowali wolną Polskę.

W wolnej Polsce…

Ks. Roman Indrzejczyk nie tylko zakładał jadłodajnie dla ubogich. Pomagał też materialnie tym, którzy niegdyś walczyli o wolną Polskę, a w niepodległej Rzeczypospolitej zostali odrzuceni. Paradoksalnie, jakby za swoją pracę na rzecz niepodległości, przez kilka lat nie mieli pracy. Ks. Indrzejczyk włączył się również w dialog między religiami. Współtworzył Polską Radę Chrześcijan i Żydów. W żoliborskim kościele rozpoczęły się wspólne modlitwy.
W 2004 r. ks. Indrzejczyk odszedł z probostwa na emeryturę. W następnym roku został powołany na kapelana Prezydenta Rzeczypospolitej i rektora prezydenckich kaplic. Pytany o krótkie podsumowanie dwudziestu lat niepodległości kraju, nie wpadał w zachwyt nad dokonaniami rodzimych polityków, wielu jego niegdysiejszych znajomych i przyjaciół. Mówiąc o rywalizujących ze sobą politykach, a także o ich kondycji moralnej, ks. Indrzejczyk przyznał, że spodziewał się czegoś lepszego po elicie politycznej. Z jednej strony – dbałości o ludzi niezamożnych, z drugiej – o kondycję moralną narodu. Lecz, jak zauważył w jednym ze swoich wierszy: „(…) Zbyt byli ambitni, mieli własne wizje,/o tych samych sprawach inaczej mówili./I się podzielili, odeszli od siebie,/nawet się skłócili, ręki nie podadzą…”.

za: niedziela.pl

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Po 1980 i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.