Józef Czapski na nieludzkiej ziemi

Józef Czapski, malarz, rysownik, pisarz, eseista, krytyk, ur. w 1896 w Pradze, zm. w 1993 w Maisons-Laffitte, we Francji. Jako oficer rezerwy został wzięty do niewoli 27.09.1939 roku. Przebywał w obozie w Starobielsku, potem przez rok w Griazowcu pod Wołogdą. Po amnestii w 1941, na zlecenie generała Andersa poszukiwał zaginionych polskich oficerów.

strona [2] „Na nieludzkiej ziemi”, fragmenty

***

Stykał się z wieloma osobami więzionymi i z przedstawicielami władz radzieckich.

Po zakończeniu wojny pozostał na emigracji. Jest autorem dwóch publikacji związanych z pobytem na terenie Związku Radzieckiego. Pierwsza –Wspomnienia starobielskie jest relacją z pobytu w obozie, druga – Na nieludzkiej ziemi (mająca kilka wydań zagranicznych i wydana w kraju w drugim obiegu) jest pisana z pozycji człowieka, wykonującego polecenie zebrania największej liczby danych o polskich oficerach, których grobów poza Katyniem nie odnaleziono do chwili obecnej.

 

***

Piotr Lisiewicz

W chmurach i na nieludzkiej ziemi

Dwumetrowego wzrostu oryginał. Arystokrata wychowany w kosmopolitycznym świecie. Wybitny artysta za młodu zarażony pacyfizmem. Znalazł się w najważniejszym miejscu dla polskiej sprawy, z rozkazu generała Andersa szukając zaginionych polskich jeńców, których zamordowano w Katyniu.

Polscy oficerowie spotkali na drodze huculskiego chłopa. Zszedł on z gór, bardzo głodny, szukał jedzenia i pracy. Poprosił jednego z oficerów, by dał mu kawałek chleba.

Na to panowie z faszystowskiej Polski pochwycili go, rozcięli mu brzuch, wypatroszyli i dla ubawu wepchnęli do otwartego brzucha bochenek chleba.

Józef Czapski słyszał tę zmyśloną historię w Sowietach wiele razy. Jak pisał, drukowano ją „codziennie w setkach wariantów, bo trzeba było dowieść wówczas, że każdy oficer polski jest łajdakiem”. Po co? Zapewne po to, by nikt nie żałował tych, którzy mieli zginąć pod Smoleńskiem. „Katyń był fragmentem szeroko opracowanego planu, który wykonano na zimno” – pisał Czapski w swojej książce „Na nieludzkiej ziemi”.
W jednej skarpetce i dwóch krawatach

„Dla niego liczyły się tylko książki i malowanie. Mógł nawet nie jeść całymi dniami. Do tego był bardzo roztargniony, wciąż w chmurach. Kiedyś pojechaliśmy odwiedzić w szpitalu panią Marynię. Siedzimy, pan Czapski założył nogę na nogę, ja patrzę, a on zapomniał jednej skarpetki! Albo – w każdą niedzielę przychodziła w odwiedziny pani Teresa. Któregoś razu patrzę, a u pana Czapskiego na szyi dwa krawaty. O! – mówię – Pan Józefek dziś podwójnie elegancki! Jeden krawat dla pani Teresy, drugi dla mnie… podczas otwarcia swojej wystawy w Londynie wystąpił w szarym garniturze, jednym bucie brązowym, a drugim czarnym…” – takie zabawne wspomnienie kucharki Janiny Gąskiewicz o Józefie Czapskim opublikował „Dziennik Bałtycki”.

„Jednych nazywa się malarzami drzew, innych malarzami scen rodzajowych czy religijnych, ciebie nazwą malarzem ścierek” – te oskarżycielskie słowa bratowej Czapskiego, zgorszonej wyborem malowanych przez niego przedmiotów, przytacza Wojciech Karpiński w książce „Portret Czapskiego”. Samemu oskarżonemu określenie to bardzo się spodobało.

„Wyskok do Paryża. Co widziałem? Pod czarną kolumną, na peronie stacji St. Lazare, jakieś śmiecie i parę rozbitych szklanek, błysk czystości tej bieli, jej blask – kontrast z szarością i czernią kolumny” – pisał o swojej malarskiej wrażliwości w pamiętniku, którego fragmenty ukazały się w zbiorze „Wyrwane strony”.

Prawdopodobnie zbiegli do Mandżurii

Losy Polski spowodowały jednak, że Czapski nie pozostał tylko malarzem, ale ważnym świadkiem historii. Ocalony więzień Starobielska odegrał istotną rolę w wyjaśnieniu zbrodni katyńskiej.

Gdy po układzie Sikorski-Majski w Sowietach zaczęło powstawać polskie wojsko, generał Anders powierzył kapitanowi Czapskiemu zbieranie informacji na temat zaginionych w nieznanych okolicznościach polskich żołnierzy.

Stalin w rozmowie z Sikorskim utrzymywał, że polscy jeńcy zostali wypuszczeni na wolność, a skoro nie można ich odnaleźć, to oznacza, iż zbiegli oni prawdopodobnie do Mandżurii. Czapski sprawdzał wszystkie mniej i bardziej prawdopodobne pogłoski. Jak te o celowym zatopieniu trzech barż, czyli potężnych tratw, na Oceanie Lodowatym. Na każdej z nich miało mieścić się nawet po 4 tys. stłoczonych ludzi.

Jeździł po Sowietach, próbując bezskutecznie uzyskać pomoc od sowieckich elit. W Moskwie postanowił poprosić o pomoc pisarza i poetę Ilję Erenburga, którego znał osobiście. Erenburg okazał całkowitą obojętność. „W tym jasnym pokoju luksusowego 16-piętrowego hotelu »Moskwa« zrozumiałem natychmiast, że gdyby istotnie chciał mi pomóc, gdyby mi choć wyrazem twarzy miał okazać współczucie, ćwierćzdaniem dać istotną radę… nie mieszkałby w hotelu »Moskwa«, ale gniłby już dawno w tundrach syberyjskich” – pisał Czapski.

Uzbrojony w pismo o tworzeniu polskiej armii zaczynające się od słów „Z rozkazu Stalina…”, odwiedził więc siedzibę szefa Gułagu. „Skromny dom bez szyldu, zimna sień z kamiennymi schodami, potem wąskie schody na trzecie piętro i tam, za dobrze opatrzonymi włosiem i ceratą drzwiami, ciepłe, rozległe mieszkanie” – opisywał.

Przyjął go generał Nasiedkin, „pan życia i śmierci lekko licząc dwudziestu milionów ludzi”. Nad jego biurkiem wisiała wielka mapa Związku Sowieckiego z zaznaczonymi oddziałami jego „przedsiębiorstwa”. Próbował ukradkiem rzucać na nią okiem: „Zdążyłem skonstatować, że największe konstelacje są na półwyspie Kola, w Komi i Kołymie”.

Przedstawił Nasiedkinowi sprawę jeńców z trzech obozów. Starał się uderzyć w ton przekonujący, sowiecki. Zauważył, że nieoddawanie ich, pomimo rozkazu Stalina, pachnie sabotażem. „Generał tłustą ręką gładzi dobrze wygolony podbródek… Patrząc na niego, na tle konstelacji oznaczających obozy, rozumiem, jak mu się ta sprawa wydawać musi drobna” – pisał.

Umówili się na wizytę następnego dnia. Tym razem został przyjęty zupełnie inaczej. Jak wspominał, generał, który skonsultował się z przełożonymi, „miał twarz zamkniętą, bez śladu wczorajszej dobroduszności” i patrzył „siwymi oczkami gdzieś w bok, na kąt dywanu”. Odesłał go do centrali NKWD.

Dotarł więc do generała Leonida Reichmana z NKWD, uznawanego za jednego z najbardziej wpływowych ludzi z otoczenia Stalina. „Przy całej rozmowie asystuje w zupełnym milczeniu, siedząca pod światło, przy kotarze okna osoba trzecia, również w mundurze NKWD. Reichman wygląda na zimnego, bardzo opanowanego człowieka. Przyjmuje mnie poprawnie i chłodno” – notował.

Czapski dostarczył mu swój memoriał, będący wynikiem dotychczasowych poszukiwań. „Ile przesianych, odrzuconych wersji, ile wypytywanych, zbadanych, przesłuchanych nędzarzy, w porwanych fufajkach, w Kujbyszewie, w naszej chłodnej, drewnianej budce w Tocku, w Czkałowie, żeby napisać tych parę zdań” – pisał.
Wreszcie skończył czytać. „Odpowiada mi sucho, nie patrząc mi w oczy, że to nie jest jego dział, że on o tym nie wie nic, ale że dla gen. Andersa jest gotów sprawę tę zbadać (nawiesti sprawki), żebym poczekał, że za parę dni” – zapisał Czapski. Wiedział już, że Reichman kłamie, bo to był właśnie jego dział, wszak rozmawiał z ludźmi, których „badał” on osobiście na Łubiance. I musi znać prawdę.

Po jakimś czasie Reichman zadzwoni do hotelu i powie przyjaznym, ciepłym tonem, że NKWD wszystkie materiały w tej sprawie przekazało Ludowemu Komisariatowi Spraw Zagranicznych. – Czy ktoś się do nich zwracał? – pyta w naiwnym tonie. „Czuję, że ostatnia nić zrywa mi się w ręku” – zapisuje Czapski.

W zrewoltowanym Petersburgu

Józef Czapski urodził się w Pradze 3 kwietnia 1896 r. Był piątym z siedmiorga dzieci w arystokratycznej rodzinie Jerzego i Józefiny Leopoldyny z Thunów-Hohenstein Czapskich.

Jako dziecko mieszkał w rodzinnym majątku, w Przyłukach pod Mińskiem Litewskim. „Związki rodzinne były mocno rozgałęzione, sięgają Niemiec, Inflantów, Austrii i Polski. Ten moment wydaje się ważny: Czapski od najmłodszych lat wyrastał bowiem w kulturze kosmopolitycznej, zdobył gruntowną znajomość języków, niemieckiego i francuskiego” – pisała o nim w piśmie „Zwoje” Joanna Pollakówna.

Jak dowodziła, świadomość polskości i demokratyzm poglądów ugruntowały w Czapskim lektury – polscy poeci romantyczni, XIX-wieczni prozaicy. „Nie byt zasobny określił naszą świadomość, a Konopnicka, Orzeszkowa, Janusz Korczak, późny Żeromski i Tołstoj” – pisała jego siostra Maria Czapska.

Ukończył gimnazjum w Petersburgu. W 1915 r. rozpoczął studia na wydziale prawa tamtejszego uniwersytetu. Przerwał je i wstąpił do carskiego Korpusu Paziów, który przekształcony został w kurs oficerski. Mając 20 lat, widział w Petersburgu wybuch rewolucji. Jako ochotnik wstąpił do powstającego wojska polskiego – 1. Pułku Ułanów Krechowieckich. Ale rok później podjął dramatyczną decyzję o wystąpieniu z wojska. Wielki wpływ wywarły na niego pacyfistyczne idee Tołstoja.
Razem z braćmi Marylskimi, Antonim (późniejszym współtwórcą katolickiego zgromadzenia w Laskach) i Edwardem założyli w Petersburgu wspólnotę religijno-pacyfistyczną. Miała ona poprzez modlitwę walczyć o uwolnienie świata od gwałtu i wojny. Przyłączyły się do nich dwie siostry Czapskiego – Klara i Maria.

Pacyfista z Virtuti Militari

Po przyjeździe do Polski, w 1918 r. Czapski zapisał się na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Jednak po paru miesiącach zgłosił się do władz wojskowych, deklarując gotowość wspierania narodowej sprawy, byle nie wymagało to zabijania.

Powierzono mu misję odszukania oficerów 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, którzy trafili do niewoli. Wyjechał do Petersburga, gdzie miał okazję zobaczyć, jak w praktyce działa sowieckie państwo. Ustalił, że Polacy zostali rozstrzelani.

W Petersburgu nawiązał znajomości i przyjaźnie z rosyjską inteligencją – Dmitrijem Mereżkowskim i jego żoną Zinaidą Gippius, a także Dymitrem Filozofowem.
W 1920 r. przezwyciężywszy pacyfistyczne opory, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Dosłużył się stopnia podporucznika, został odznaczony Virtuti Militari. Jesienią 1920 r. Czapski wyjechał do Krakowa i został studentem Akademii Sztuk Pięknych. Związał się tam z grupą młodych malarzy, którzy nazwani zostaną później kapistami.

Nazwa ta pochodziła od liter K.P. – skrótu „Komitetu Paryskiego”, czyli Komitetu Paryskiej Pomocy dla Wyjeżdżających Studentów na Studia Malarskie do Francji. Założył go ich nauczyciel, malarz Józef Pankiewicz, wielbiciel sztuki francuskiej.

„Czapski wraz z kolegami przeżywa euforyczny poryw ku nowoodkrywanej barwności i malarstwa, ku sztuce pojętej jako absolut. Zarazem ładunek i tonacja myśli zaczerpniętych z lektur – młodopolskich i rosyjskich – w pełen powagi sposób określają jego świadomość. Zasób doświadczeń życiowych i intelektualnych czyni go mniej od kolegów beztroskim, bardziej wyczuwającym pobliskość mrocznych regionów życia” – pisała o nim w piśmie „Zwoje” Joanna Pollakówna.

W 1924 r. wyjechał wraz z innymi kapistami na studia do Paryża, gdzie działał do 1931 r. „Francuski impresjonizm i postimpresjonizm dają im lekcję wiedzy o prawach kontrastu barwnego i malarskiej alchemii przetapiającej światło na kolor. Wzorem i mistrzem staje się dla nich Cézanne” – stwierdza Pollakówna. I dodaje: „Ich wyznawczy stosunek do Cézanne’a obejmuje nie tylko metodę organizowania materii malarskiej, ale i postawę rzetelności wobec spraw sztuki”. W latach 30., po powrocie z Francji, Czapski współpracował z „Wiadomościami Literackimi” i „Głosem Plastyków”.

Dzika ślepota

Gdy wybuchła wojna, został zmobilizowany do wojska. Ruszył walczyć, a w tym czasie spłonął jego pamiętnik i niemal wszystkie obrazy. Do sowieckiej niewoli trafił 27 września 1939 r. na granicy województwa lwowskiego w Chmielku. Dwa polskie szwadrony otoczone zostały przez sowieckie czołgi. „Bez koni, prawie bez broni, po kilkutygodniowym przerzucaniu z miejsca na miejsce, w ciągłym cofaniu na wschód, a potem kluczeniu od wschodu na zachód” – pisał we „Wspomnieniach starobielskich”.

Zaręczano im, że szeregowi zostaną wypuszczeni, zaś oficerowie jedynie dowiezieni do Lwowa i tam wypuszczeni na wolność. „Dziś wydaje się dziką ślepotą, żeśmy sobie już zaraz nie uświadomili, o co chodziło wojskom sowieckim. Ale to uderzenie nożem w plecy było przecież dla większości ciosem nieoczekiwanym, ludzie byli wyczerpani” – wspominał.

Wprowadzenie ich do Lwowa zapamiętał następująco: „Zostaliśmy zasypani jabłkami, papierosami, które nam wciskały straganiarki i przechodnie. Pamiętam wśród nich młodego Żyda z teczką, który również nam kupił jabłek i w takim pośpiechu rzucał je nam do auta, że wrzucił przez pomyłkę razem z jabłkami i swoją teczkę”.
Ale w Tarnopolu, obwieszonym czerwonymi sztandarami i transparentami, było już inaczej. „To były dni, kiedy jeszcze większość mas ukraińskich i żydowskich z entuzjazmem witała sowieckie wojsko” – wspominał.

Czy szpieg Czapski narysował plan Paryża

Trafił do Starobielska. W czasie przesłuchania powiedział enkawudzistom, że przez osiem lat pracował w Paryżu jako malarz. Oczywiste pytanie: jakie wskazówki dostał od ministra spraw zagranicznych co do wykonywanych w Paryżu zadań? Tłumaczył, że był tam jako malarz, a nie szpieg.

„Czy pan myśli, że my nie rozumiemy, że pan właśnie jako malarz mógł narysować plan Paryża i ten plan przesłać ministrowi do Warszawy?” – usłyszał. „Nie mogłem w żaden sposób wytłumaczyć mojemu rozmówcy, że plan Paryża można dostać za kilkadziesiąt centymów na każdym rogu ulicy… Do końca nikt z badających mi nie uwierzył, że można było wyjeżdżać za granicę w innych celach niż szpiegowskie” – pisał.

„Wszędzie, na podwórzach, nawet w łaźni, poustawiano marne głośniki radiowe” – wspominał obóz. Od rana do nocy ryczały one propagandowe teksty antypolskie przeplatane… Chopinem.

Do Polaków lgnęły bezpańskie psy, które ostrzegały ich przed pojawieniem się Rosjan. „W Starobielsku mieliśmy kudłatego czarnego psa wśród bardzo licznej zgrai naszych przyjaciół. Jeden z NKWD-zistów kopnął go pewnego razu tak silnie, że mu złamał nogę. Świetny chirurg warszawski Levittoux wziął go w opiekę, założył mu szynę i psu nogę wyleczył całkowicie. Bolszewicy zwrócili mu uwagę, że jest dziś wojna i nie czas zajmować się takim głupstwami” – wspominał Czapski.

Kreślił sylwetki współwięźniów. Jednym z nich był doktor Dadej, pediatra zakopiański, który prowadził wielki zakład w Bystrem dla najbiedniejszych dzieci gruźliczych: „Siedział godzinami bezczynnie ten polski »burżuj«, który w Polsce wymyślał sto powodów, żeby od pacjenta nie brać pieniędzy, i godziny nie mógł spędzić bez wytężonej pracy. Teraz, karmiony morałami naiwnych politruków i badany przez głupich i chytrych sędziów, z trudem znosił te warunki bytowania”.
Podporucznik Piwowar był lewicowym poetą, redaktorem krakowskiej „Gazety Artystów”, uczniem Peipera i Przybosia. W Starobielsku pisał wiersze na bibułkach papierosów i wygłaszał odczyty, wciąż wierząc w swe ideały.

Święto 11 Listopada obchodzono wbrew we wszystkich barakach. Najwspanialej wypadło w „Szanghaju”. Tak nazywali zabudowaną pryczami cerkiew. „Jeden z kolegów deklamował »List z Sybiru« Or-Ota, który w tych warunkach robił wstrząsające wrażenie, bo naprawdę wydawał się dla nas pisany”. Deklamowano też Mickiewicza i „Karmazynowy poemat” Lechonia.

„Nie miałem wyobrażenia przed rokiem 1939, jak może być powszechna reakcja na naszych poetów i na Chopina w masie Polaków, jeżeli ci Polacy są uczuleni przez sypiące się na nich ciosy” – pisał. „Dębione w szkołach strofy Mickiewicza, deklamowane sto razy na oficjalnych akademiach »Reduta Ordona« czy wiersz »Do matki Polki« powlekały się pokostem nudy, dla niejednego przestały wprost istnieć. Na pierwszej, niedozwolonej akademii, 11 listopada 1939, w obozie starobielskim słuchaliśmy ich w osłupieniu ze ściśniętym gardłem”.

Jeden z więźniów, porucznik Kwolek, poszedł jednak dalej. Nie tylko zorganizował akademię, ale popełnił gorszą zbrodnię: powiesił w widocznym miejscu sklecony z desek wielki, czarny krzyż. Tego było już enkawudzistom za wiele. „Chorego już wówczas, cichego, ale stanowczego por. Kwolka wywieziono zaraz 11 listopada. Dopiero w Iraku dowiedziałem się, że umarł w 1941 r. w jednej z kopalń na dalekiej północy” – wspominał Czapski.

Wywożonych z obozu uspokajano, że idą dla nich lepsze czasy. „Wyjeżdżacie tam, dokąd i ja bardzo chciałbym pojechać” – zapamiętał słowa komendanta obozu ppłk Bierieżkowa.

Wysadzali nas koło Smoleńska

W więźniarce pojawiło się jednak dziwne ostrzeżenie – napisy na ścianach: „Wysadzali nas koło Smoleńska”. Czapski znalazł się wśród około 400 więźniów Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska, którzy ocaleli, przywiezieni do Pawliszczew Boru, a stamtąd do obozu w Griazowcu, gdzie był od maja 1940 r. do lata 1941 r. W czerwcu 1941 r. Niemcy zaatakowały bowiem Związek Sowiecki, a Polacy po układzie Sikorski-Majski zaczęli być zwalniani z obozów i mieli tworzyć walczącą ze wspólnym wrogiem armię.

W książce „Na nieludzkiej ziemi” Czapski wspominał podróż do polskiego wojska: „W ciemnej norze wagonu… wielki plusk, jakby kto dzbanek wody wylewał na ziemię: redaktor »Gazety Polskiej« Kleinert wylewa z butów wodę na podłogę i wyciska onuce”.

Napotykani po drodze Rosjanie dziwią się, że Polacy mają walczyć u boku komunistów. Chłop zapewnia, że chce się bić, ale „przeciwko czerwonym łajdakom”. Z kolei chłopka opowiada, że 300 mężczyzn z ich wsi wyruszyło na wojnę, ale „wszyscy na szyi krzyże zawiesili i powiedzieli, że się poddadzą Niemcom”.

Wśród wypuszczonych z obozów Polaków jest wielu robotników i chłopów. Tak dokonuje się „okrutna demokratyzacja historii polskiej”, bo to „już nie tylko garstka szlachty, jak w 1863”.

W Buzułuku Czapskiemu powierzono kierowanie Biurem Opieki. Wymagających opieki były tłumy, ale wielu przychodziło do niego nie we własnej sprawie: „Tych ludzi wynędzniałych, wymarzniętych, z mokrymi nogami owiniętymi w szmaty, w nasiąkniętych wodą, porwanych fufajkach obchodziło przede wszystkim ratowanie, ściągnięcie do wojska pozostałych jeszcze w obozach, tam zatrzymanych kolegów”.

Opowieści przybywających odsłaniały rozmiar sowieckich zbrodni. Porucznik Sołczyński opowiadał o tym, do jakiego stanu doprowadzano więźniów w obozach. „Oto konwojenci szli z workami chleba i rozdawali po kolei. W przejściu na ziemi leżał nagi więzień, konał. Już był do naga ograbiony przez kolegów, oczy miał zamknięte i robił dziwnie płynne ruchy rękami i nogami. Ktoś z eskorty powiedział: »Dla niego niepotrzebny chleb, on i tak zdechnie« i widocznie zawahał się przez sekundę, komu ten chleb oddać. Kilkunastu więźniów rzuciło się błyskawicznie ku temu kawałkowi chleba, depcząc, tratując w straszny sposób konającego” – brzmiała mrożąca krew w żyłach relacja.

Normalny stosunek do człowieka

Szczególna była historia arystokraty Eugeniusza Lubomirskiego, który przed wojną miał fabryki w Polsce i Ameryce. „Był gruby jak beczka i wyglądał na »burżuja« prawie takiego, jak się ich widzi na sowieckich afiszach… W więzieniach Lwowa i Kijowa bito go, zamykano na dobę w 20-stopniowy mróz w gaciach do nieopalonego wychodka, kazano mu przez dobę nieustannie chodzić, tak że miał nogi czarne i spuchnięte jak bale” – pisał Czapski.

Nagle traktowanie zmieniło się: zaprowadzono go do wytwornego salonu, gdzie elegancki generał sowiecki zaproponował mu, by wracał do Krakowa pod jednym jednak małym, malutki warunkiem, że będzie stamtąd dostarczał informacji o… Ukraińcach. „My wiemy, że wy żonę bardzo kochacie, za 10 dni możecie być u niej w Krakowie, wy patriota, też nie prosimy, byście donosili na Polaków, ale na Ukraińców, co wam szkodzi?”. Lubomirski odmówił. Trafił do transportu na daleką północ.
Warunki życia w tworzącym się polskim wojsku były bardzo ciężkie. Czapskiemu udało się wynegocjować, by grupa starców, nieprzydatnych w armii, wysłana została do słonecznego Taszkientu. Trafili do niej także wybitni profesorowie. Tymczasem pociąg zatrzymano na małej stacji przed Taszkientem. Wielu z nich umarło z głodu, zostali ograbieni, trafili do pracy w najgorszych kołchozach.

Wstrząsający był fakt, że głodzenie i niewolnicza praca Polaków nie różniły się od tego, jak Sowieci traktowali swoich. „To był normalny stosunek do człowieka, do własnego obywatela” – pisał Czapski.

Prawdę o Sowietach pokazywała też historia 12-latka, który zgodnie z rozkazem Stalina zmobilizowany został do szkoły fabrycznej w Moskwie. W internacie dla kawału przywiązał śpiącemu koledze nogę do łóżka. Rano ten zerwał się nagle po pobudce i wybił sobie dwa zęby. Uszkodzenie ciała karane było w Sowietach więzieniem. Ukrywał się przed NKWD jako „bezprizorny”, jednak został złapany. NKWD przez rok nie poinformowało rodziców, co się z nim dzieje.

Kłopoty z żywnością w Buzułuku nagle zniknęły, gdy przyjechał z wizytą generał Sikorski. Odbył się z tej okazji bankiet z udziałem samego ministra Wyszyńskiego. „W głodnym Buzułuku znalazły się nagle w wielkich ilościach mięsiwa i ryby, i przeróżne alkohole, dostarczone przez władze NKWD” – pisał.

Trzymaj kamień w zanadrzu

W ramach swojej misji poszukiwania zaginionych polskich jeńców Czapski odwiedzał różne rejony Związku Sowieckiego. Pisał o eksterminowanych przez Stalina Czeczenach. Stwierdzał, że metoda postępowania Sowietów na Kaukazie była „powtórzeniem klasycznym rozbiorów Rzeczypospolitej, te same metody kolejnego rozczłonkowania przedpola na bufory, wygrywania ich wzajemnie”.

Cytował kirgijskie przysłowie: „Jeśli masz rosyjskiego przyjaciela, trzymaj kamień w zanadrzu”. Odnotowywał, że w Uzbekistanie na brzydkiego chłopca mówią „urusbaj”, czyli „podobny do Moskala”

Został Szefem Propagandy armii Andersa. Podlegały mu szkolnictwo, młodzież, propaganda plastyczna, dział fotograficzny, kinowy, muzyczny, afisze, rewie, zalążki teatru, orkiestry, kontakty kulturalne z Rosjanami. A także wydawanie prasy, w tym pisma „Orzeł Biały”.

W tej ostatniej sprawie zyskał „pomocnika”, jakim był kapitan Sokołowski, młody sowiecki oficer, zajmujący się jego cenzurowaniem. W wielkanocnym numerze pisma ukazać się miał artykuł pułkownika Perkowicza. „Rozdzwoniły się dzwony kościołów Poznania, Krakowa, Warszawy, Wilna i Lwowa” – napisał on. Spotkało się to z protestem Sokołowskiego, który zarzucił, że artykuł „implikuje przyszłe granice Polski, sprawę jeszcze nierozstrzygniętą”. W końcu salomonowe rozwiązanie wymyślił autor: dodał do listy rozdzwonionych Chicago i Kurytybę, największe skupiska polskiej emigracji.

Kiedy indziej Sokołowski zwrócił się do Czapskiego z radą „nadzwyczaj poufną”, by usunął paru kolegów o nazwiskach żydowskich z propagandy. „Widocznie przekroczyliśmy według oceny sowieckiej jakiś tajny, a w Sowietach obowiązujący »numerus clausus«. Istotnie w redakcji »Orła« i na paru innych odcinkach mieliśmy pracowników, najlepszych Polaków, pochodzenia żydowskiego” – pisał Czapski. Sokołowski bardzo zdziwił się, że polski kolega nie tylko tego rodzaju propozycji nie wziął pod uwagę, ale potraktował ją jako nieprzyzwoitość.

Niemniej zaskoczeni bywali enkawudziści stosunkami panującymi w polskim Oddziale Propagandy. Nie mogli nadziwić się, że w „burżuazyjnej” Armii Polskiej oficerowie i żołnierze jedzą w tej samej stołówce.

Samotni pod Smokiem na niebie

W ramach kontaktów kulturalnych z Rosjanami Czapski spotykał się w Taszkiencie z wspierającym bolszewików Aleksandrem Tołstojem, ale także zakazaną przez wiele lat wybitną poetką Anną Achmatową. Czytał jej wiersz Stanisława Balińskiego o zniszczonej Warszawie. Wspominał: „Widzę jeszcze łzy w wielkich oczach milczącej Achmatowej, kiedy niezręcznie tłumaczyłem ostatnią strofę »Kolędy warszawskiej«”:

A jeśli chcesz Go narodzić w cieniu
Warszawskich zgliszcz,
To lepiej zaraz po narodzeniu
Rzuć go na krzyż.

Jaki był charakter ich znajomości? Achmatowa poświęciła Czapskiemu wiersz „Taszkienckie stroniczki”:

Tej nocy dla siebie straciliśmy głowę,
Świeciły nam tylko ciemności grobowe,
Szemrały w swej mowie aryki,
I Azją pachniały goździki.

I w miasta obcego wnikając martwotę,
W pieśń dymem pachnącą i w nocną spiekotę,
Samotni pod Smokiem na niebie,
Nie śmieliśmy spojrzeć na siebie.

A dziać się to mogło w Stambule, w Bagdadzie,
Lecz ach! nie w Warszawie i nie w Leningradzie.
I gorzka odmienność tej nocy
Dusiła jak oddech sierocy. […]

Jeżeli powróci do ciebie po latach
W twym losie, a dla mnie jak gdyby w zaświatach,
Noc tamta, to wiedz, że jedynie
Ktoś wyśnił ją w świętej godzinie.

Czapski znalazł się wśród tych szczęśliwców, którym udało się wydostać z Sowietów do Persji. Uwolnionych Polaków azjatycka Persja oszałamiała wolnością. „Ja toże Azjat” – „Jestem także Azjatą” – miał powiedzieć Stalin japońskiemu ministrowi Matsuoka. „Ale Azjata Stalin jeszcze ponadto wyrwał z serca i zniszczył w każdym człowieku, który mu się poddał – świat modlitwy. Tu nie było podobieństwa, ale kontrast Sowietów z tą Azją, która mi się objawiła w Meszchedzie” – pisał Czapski.
12 maja 1945 r. we francuskim piśmie „Gavroche” opublikował artykuł „Prawda o Katyniu”. „Najwyższy już czas, aby to, co było na przestrzeni paru lat rodzajem piłeczki propagandowej odbijanej przez wzajemnie oskarżających się Niemców i Rosjan, zostało wreszcie wyjaśnione przy pomocy obiektywnej dokumentacji” – stwierdzał.

Prezentując ją, tak pisał o procesach norymberskich: „Jesteśmy zatem świadkami wydarzenia bez precedensu w historii prawa i sądownictwa cywilizowanego świata, kiedy to strona oskarżona o zbrodnie sama oskarża o nie inną stronę i ją sądzi z tego tytułu”.

Wspominał o tym, że z racji na swoją rolę w armii Andersa wątpliwości, kto odpowiada za zbrodnię, nie miał już rok przed jej ujawnieniem przez hitlerowskie Niemcy. Konkludował: „Najwyżsi przywódcy ZSRR odpowiadają za zabójstwo jeńców, których jedynym przewinieniem było to, że bronili swej ojczyzny i walczyli przeciwko Trzeciej Rzeszy, wówczas gdy Stalin był jeszcze wiernym sprzymierzeńcem Hitlera, Goebbelsa i całych Niemiec nazistowskich”.

Przeciw kultowi rekordu

W Paryżu zaangażował się w działalność paryskiej „Kultury”. Został jej publicystą, zbierał pieniądze na jej wydawanie w czasie odczytów w Ameryce. Mieszkał w jej siedzibie w Maisons-Laffitte. Publikował też w pismach „Le Figaro Littéraire”, „Preuves”, „Nova et Vetera”, „Carrefour”. W 1950 r. współorganizował Kongres Wolności Kultury w Berlinie.

I malował. Jego obrazy pokazywano na wystawach we Francji, w Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Belgii. W PRL był niemal przez cały zakazany. Wyjątek pojawił się po październiku 1956 r., gdy zezwolono na dwie jego wystawy – w Poznaniu i Krakowie. Na kolejną czekać miał 30 lat. Doszło do niej w 1986 r. w Muzeum Archidiecezjalnym w Warszawie.

Opublikowane fragmenty pamiętnika „Wyrwane strony” to rozważania o malarstwie i czytanych książkach. Pisze o procesie twórczym: „Cały sekret obrazu, że w pewnej chwili musi »pod karą śmierci« dotrzeć do własnej logiki i wtedy zmienia się stosunek do płótna, do tego, co jest prawdą płótna. To, co przed chwilą było niedopuszczalne (»przecież tak nie było w naturze czy w notatce«), staje się właśnie nie tylko koniecznie, ale jedynie prawdziwe!”

Pojawia się też dystans w stosunku do kultu sukcesu i kariery: „Ten gust rekordu, ten kult rekordu, forma szlachetna (?) ambicji, wywyższania się nad innymi. Ile we mnie tego było i jest? Dojść do pogody, tracąc wszystko: przyjaciół, zdolność pracy. Powolne wykreślanie siebie ze świata na tej drodze; spotkać możesz wówczas niespodziane i wstydliwe odkrycie, gdzie to, co uważałeś w sobie za najlepsze, czym żyłeś, z czego byłeś po cichu dumny – okazuje się wcale nie cnotą, ale formą próżności, ambicji, egoizmu blisko pokrewnego ludziom, którzy ciułają pieniądze, zbierają skarby czy pchają się po drabinie społecznej po ordery i godności”.
Obok malarstwa pojawiają się rozważania o przemijaniu: „Starość przyszła naraz, naraz to uczucie błyskawiczności mijania, jak w tym filmie »Historie de France« Sachy Guitry. Ci królowie jedni za drugimi, szybko pokazani, jak żyją i nagle rozpływają się, gasną jak świece, jeden za drugim”.

Gdzie indziej pisze: „Młodość, jak często szczęśliwa (wystarczy patrzeć na te twarze młodych, słyszeć ich szczęśliwy śmiech), ale ona »o tym szczęściu nie wie«. W starości jest się szczęśliwym o ile rzadziej, ale się o tym szczęściu wie, i z jaką siłą gwałtowną!”

Pojawia się też niepokój: „Upiory. Kafka pisze (Dziennik?), że po dniu dobrej pracy upiory giną, ale przychodzi noc, człowiek się budzi i one znowu są – siedzą cicho naokoło ciebie – czekają twojego przebudzenia”.

W 1965 r. pisze o przeprowadzce w góry: „Ostatnie pakowanie. Od marca wynajęliśmy dwa pokoiki w górach – marzenie ilu lat, być » na swoim«, nie w gościnie i malować, marzenie powracające malowania w górach. Teraz cienia ochoty”.

Kochał życie

Kucharka Janina Gąskiewicz wspominała, jak przeżywał to, co działo się w Polsce: „Pamiętam, jak pewna delegacja z Polski przywiozła mu kopię jego książki »Na nieludzkiej ziemi«, oprawioną w zgrzebne deski. Tak był wzruszony, że nie mógł mówić, tylko płakał. A gdy już emocje wzięły górę, to nie mógł jeść”.

Zmarł 12 stycznia 1993 r., mając 96 lat. Pochowany został na cmentarzu w sąsiadującej z Maisons-Laffitte miejscowości Le Mesnil-le-Roi, obok swojej siostry Marii. Gąskiewicz zapamiętała pogrzeb po swojemu: „Na cmentarzu, gdy otworzyli grób pani Maryni, okazało się, że trumna pana Czapskiego zwyczajnie się tam nie mieści! Że za długa? Że miał ponad dwa metry wzrostu? A ja myślę, że on bardzo nie chciał umierać. Kochał życie!”

http://nowepanstwo.pl/

DALEJ

strona [2] >”Na nieludzkiej ziemi”, fragmenty

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa, Opowiadania i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Józef Czapski na nieludzkiej ziemi

  1. Halina pisze:

    Piękne wspomnienie o wielkim człowieku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.