Chroni nas od rozpaczy. Henryk Mikołaj Górecki

Henryk Górecki fot. Dziennik PolskiW USA jego płyty opatrzone są naklejką: „Najlepiej sprzedawany kompozytor muzyki klasycznej”. W Polsce przez lata komunizmu był niedoceniany. Nie ukrywał, że nie godzi się z panującym ustrojem. Od połowy lat 60. komponował utwory głęboko religijne. Jeszcze żył, gdy podczas pogrzebu śp. Pary Prezydenckiej zabrzmiała jego muzyka.

Zmarł 12 listopada 2010 roku w Katowicach.

Kraków, 18 kwietnia 2010 Pogrzeb Marii i Lecha Kaczyńskich >Więcej

Matko Najświętsza
Matko najświętsza, do Serca Twego, * Mieczem boleści wskroś przeszytego,
Wołamy wszyscy, z jękiem, ze łzami: * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!
Gdzie my, o Matko, ach, gdzie pójdziemy, * I gdzie ratunku szukać będziemy?
Twojego ludu nie gardź prośbami, * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!

Imię Twe, Matko, litością słynie, * Tyś nam pociechą w każdej godzinie,
Gdyśmy ściśnieni bólu cierniami, * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!
Z każdej, o Matko, do Ciebie strony * Woła w swej nędzy lud uciśniony;
Wspieraj nas Twego Serca łaskami: * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!
O Matko nasza, Matko miłości! * Niechaj doznamy Twojej litości,
My tacy biedni, kiedyśmy sami, * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!
Lekarko chorych, w naszej niemocy * Wołamy z jękiem Twojej pomocy,
Bośmy okryci grzechów ranami, * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!
A gdy ostatnia łza z oka spłynie, * O Matko święta, w onej godzinie
Zamknij nam oczy Twymi rękami, * Ucieczko grzesznych, módl się za nami!
I kiedy ziemskie życie uleci, * Proś, niech nam Jezus w niebie zaświeci,
Byśmy Hosanna tam z Aniołami * Śpiewali wiecznie: módl się za nami! Amen.

 

Barbara Gruszka-Zych

Chroni nas od rozpaczy

Słynną III Symfonię „Pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego, zaprezentowaną w 1977 na Warszawskiej Jesieni, uznano za dzieło nieudane. Recenzenci pisali o ogromnej porażce, tanich melodyjkach i kiczu. Po 16 latach od prawykonania odniosła sukces w Anglii i USA. W 1992 trafiła na pierwsze miejsca amerykańskich i angielskich list przebojów. Płyta, na której utwór wykonuje amerykańska śpiewaczka Dawn Upshaw, z zespołem London Sinfonietta pod batutą Davida Zinmana, rozeszła się w milionowym nakładzie. Angielskie radio Classic FM na żądanie słuchaczy nadawało jej fragmenty na okrągło. W tym kontemplacyjnym utworze kompozytor nawiązał do „Lamentu świętokrzyskiego”, melodii zakopiańskich i pieśni ludowej spod Opola: „Kajze mi się podzioł mój synoczek miły”. To przejmująca modlitwa do Matki Bożej, zaczynająca się od słów: „Mamo, nie płacz”. Słuchając jej, można dojść do wniosku, że twórca nieraz, choćby w duchu, musiał płakać, czując się niedoceniony – nie tylko w przypadku tego dzieła, ale także w przypadku całej swojej rzetelnej pracy kompozytorskiej i pedagogicznej. Jego twórczość odnosiła się do wartości. Na pierwszym miejscu stawiał Boga, co nie tylko w minionym ustroju nie podobało się wielu. – Nikt nigdy nie mógł mnie do niczego zmusić – powiedział sam o sobie. – To jedna z najbardziej autentycznych osobowości, jakie znałem – mówił mi po śmierci Góreckiego jego uczeń, kompozytor prof. Eugeniusz Knapik. „Był sobą, kiedy ostro krytykował osoby z życia publicznego i miernoty muzyczne. Nie akceptował działań pozornych, złych wykonań, nauczył mnie w muzyce odróżniać ziarno od plew. Uczył, że podczas komponowania trzeba słuchać wyłącznie siebie” – charakteryzuje mistrza w najnowszej, bardzo interesującej książce „Górecki – portret w pamięci”, będącej zbiorem rozmów Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej z osobami związanymi z kompozytorem.

Z różańcem w kieszeni

III Symfonia „Pieśni żałosnych” na początku lat 90. urzekła głównie młodzież i kierowców długodystansowych ciężarówek. Wyjaśnia nam się to podczas oglądania filmu Violetty Rotter-Kozery „Please find – Henryk Mikołaj Górecki”. Na rewelacyjnych zdjęciach Dariusza Radeckiego oglądamy ogromne przestrzenie kalifornijskich tras, które pokonują kierowcy. Maleńki człowiek musi się wtedy chwycić Kogoś większego, żeby nie stracić orientacji w świecie duchowym i fizycznym. Dla fanów Góreckiego to była swoista modlitwa. – Twórczość Góreckiego jest pełna metafizyki – mówi prof. Knapik.

– Od połowy lat 60. XX wieku komponował utwory głęboko religijne. To wyrażało jego stosunek do życia. Zaprzyjaźniona z twórcą „Trzech małych utworków” prof. Teresa Malecka, teoretyk muzyki i pedagog Akademii Muzycznej w Krakowie, w książce Bolesławskiej-Lewandowskiej opowiada, jak Górecki przygotowywał się do skomponowania utworu „Beatus vir”. Pisał go na zamówienie kard. Karola Wojtyły, a wykonał przed Janem Pawłem II. Po tej odważnej deklaracji wiary ówczesne władze poddały Góreckiego takiej presji, że musiał zrezygnować z rektorowania Akademii Muzycznej w Katowicach. Kiedy pracował nad tym utworem, mąż Maleckiej podarował mu Mszał rzymski, który dostał od kard. Wojtyły, gdzie po jednej stronie były teksty polskie, po drugiej łacińskie. Czytając go, wykorzystał do swojej kompozycji Psalmy. Po premierze w kościele franciszkanów w Krakowie, utykając na chorą nogę i płacząc ze wzruszenia, podszedł do Jana Pawła II. Chwilę serdecznie i wylewnie rozmawiali. Kompozytor nieraz powtarzał, że żyje dzięki Janowi Pawłowi II. – Najlepiej o jego wierze świadczą utwory: „Beatus vir”, Pieśni Maryjne, św. Wojciech i wiele innych – wylicza żona Jadwiga Górecka. – Zawsze nosił w kieszeni marynarki różaniec. Przy łóżku trzymał Nowy Testament. A w czasie choroby prosił, żeby mu czytać „Ogródek różany” Tomasza à Kempis.

Kupował pieluszki

Urodził się 6 grudnia 1933 r. w Czernicy koło Rybnika. Kiedy miał dwa lata, zmarła mu matka Otylia. Wychowywał go ojciec, też muzyk. Nieraz wspominał moment, kiedy siedział na huśtawce zawieszonej między kuchnią a przedpokojem i gdzieś blisko stała mama w sukni w pastelowych kolorach. W czasie wojny bardzo ciężko chorował na biodro. W Bytomiu uratował mu życie Niemiec – dr Seifert. Do szkoły muzycznej w Rybniku trafił dopiero jako 19-latek. W 1960 ukończył studia kompozytorskie z najwyższym wyróżnieniem w PWSM w Katowicach i wyjechał na studia podyplomowe do Paryża. W 1958 zadebiutował na Międzynarodowym Festiwalu „Warszawska Jesień”. Wtedy uznano go za jednego z najbardziej awangardowych kompozytorów. W połowie lat 60. XX wieku zostawił nowatorskie poszukiwania, decydując się na muzykę prostą, czytelną, opartą na inspiracjach religijnych. W 1975 został rektorem katowickiej Akademii Muzycznej. Prof. Julian Gembalski, wówczas adiunkt, kompozytor i mistrz gry na organach, podziwiał jego bezkompromisowość. – W 1977 r. byłem organistą w kościele akademickim. To się nie podobało esbekom i przyszli do rektora, żeby mnie zwolnił – opowiada. – Zdecydowanie powiedział „nie”. Położył cały swój autorytet na szalę, choć wiedział, że mogą go pozbawić stanowiska. Nie mogąc znieść narzuconych układów, w 1979 r. podał się do dymisji. Powszechnie szanowany, został szefem katowickiego KIK-u. Czuł się Ślązakiem, chociaż mówił tylko po polsku. Był wierny śląskiemu etosowi umiłowania małej ojczyzny, pracy i rodziny. Choć osiadł w Zębie pod Zakopanem, tęsknił za Katowicami. – Uważał, że praca to nie tylko obowiązek wobec bliźniego, ale przede wszystkim wobec Boga, nadający wymiar życiu – wspomina prof. Knapik. Kochał rodzinę i dbał o nią, małym dzieciom – Ani i Mikołajowi – sam kupował śpioszki i pieluszki. W przemówieniu podczas odbierania doktoratu honoris causa w Krakowie powiedział: „Jeśli są niebiańskie polany, to są też niebiańskie istoty. I przekazywanie Tam naszych muzycznych myśli”. Wielu uważa jego utwory za muzykę sfer niebieskich. „Świat potrzebuje piękna, żeby nie pogrążyć się w rozpaczy” – powtarzał za Janem Pawłem II. By chronić się przed rozpaczą, słuchamy dziś jego muzyki.

za: gosc.pl

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach – Zofia Kilanowicz, sopran – Antoni Wit, dyrygent (2001) z udziałem Henryka Góreckiego.

Zdrowaś bądź Maryja

 

Dom na dwa fortepiany

Jadwiga Górecka całe życie uczyła gry na fortepianie. Rozmowa z GN jest pierwszym obszernym wywiadem udzielonym po śmierci męża-kompozytora

Barbara Gruszka-Zych: Poznaliście się na studiach?

Jadwiga Górecka: – Mąż miał serdecznego przyjaciela Bernarda, a ja przyjaciółkę Zosię. Razem studiowaliśmy w ówczesnej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach, bywaliśmy na koncertach. Przez pewien czas nie bardzo było wiadomo, do kogo skierowane są uśmiechy studenta kompozycji, ale wkrótce sprawa się wyklarowała i tak już pozostało.

Co się Pani spodobało w przyszłym mężu?

– Był wtedy małomówny, spokojny, nieśmiały. Ale przy tym miał w każdej sprawie swoje zdecydowane zdanie i nie było łatwo z nim dyskutować.

Nie myślała Pani, że jako małżeństwo muzyków będziecie ze sobą konkurować?

– Przypuszczenie o jakiejkolwiek „konkurencji” muzycznej jest tutaj zupełnie absurdalne. Mąż już na studiach wyróżniał się wybitnym talentem kompozytorskim i w krótkim czasie osiągnął wysoką pozycję wśród polskich twórców. Ja zostałam nauczycielką gry na fortepianie. Czułam się szczęśliwa, że pracuję w szkole muzycznej i uczę dzieci. Tak było całe życie. I tak było bardzo dobrze.

Mąż zasięgał Pani rady?

– Rady…? Nie wiem, czy można to tak nazwać. Czasem mu pomagałam na drugim fortepianie przy jakichś ogromnaśnych współbrzmieniach, akordach, których sam nie mógł objąć. Czasem prosił, aby wybrać lepszy motyw czy akord. Ale to się zdarzało bardzo, bardzo rzadko. Oczywiście opowiadam o tym z przymrużeniem oka, bo absolutnie o wszystkim decydował sam i byłoby niepoważne jakiekolwiek „doradzanie” mu nie tylko w sprawach twórczych, ale i menedżerskich. Raz poprosił mnie o napisanie listu w jakiejś nieistotnej sprawie, ale i tak to nie było to, czego chciał. Bo on miał charakterystyczny styl. Już z samego zapisu liter, z czasem coraz większych, z wykrzyknikami, emanowała jego ekspresja.

Znała Pani utwory męża przed premierami?

– Tylko jako fragmenty grane na fortepianie. To kompozytor słyszy utwór w swej wyobraźni muzycznej, nawet już wtedy, gdy nie postawił jeszcze ani jednej nuty. Są tacy kompozytorzy, którzy piszą, obywając się bez instrumentu. Mąż na studiach miał taki maleńki pokoik, w którym stały łóżko, szafa i jeszcze tylko mieściła się umywalka. Nie było nawet stolika, nie mówiąc o instrumencie. Kładł więc cienką deseczkę na umywalkę i pisał. Na tej umywalce powstała m.in. I Symfonia.

Po ślubie najważniejszym sprzętem w domu było pianino?

– Przez 10 lat w domu było tylko moje panieńskie pianino „Calisia”. W następnych latach przybywało instrumentów – pojawiły się fortepiany, a z czasem wróciło do męża pianino „Fibiger” jego mamy Otylii.

Potrzebował ciszy?

– Dopóki dzieci były malutkie, często trzeba było je uciszać, gdy tata komponował. Później, gdy stały się uczniami szkół muzycznych, a szczególnie w starszych klasach liceum, czy gdy zaczęły studiować w akademii muzycznej, trzeba było znaleźć osobne lokum, aby mógł swobodnie pisać. Dlatego w 1984 r. kupiliśmy w tym celu domek w Katowicach-Brynowie.

Tam skomponował III Symfonię?

– Nie, III Symfonia powstała w roku 1976 tutaj, w mieszkaniu w Katowicach-Koszutce. Nie przeczuwaliśmy wtedy jeszcze, że będzie miała takie powodzenie w świecie. Ten sukces przyszedł po 16 latach od prawykonania.

Jak mąż przeżywał to ogromne zainteresowanie?

– Pierwsze wiadomości przyjął z pewnym zdziwieniem i niedowierzaniem. Oczywiście był bardzo szczęśliwy, gdy sukces symfonii stał się oczywisty.

Ale nie żyła Pani ze sławą, tylko z normalnym człowiekiem.

– Z najzupełniej normalnym, skromnym, zwykłym – jak zawsze. Mąż lubił zajmować się domowymi sprawami. Dzięki jego różnym takim zamiłowaniom dom, który kupiliśmy w górach, w Zębie koło Gubałówki, został pod jego okiem pięknie wyremontowany, a właściwie jakby zbudowany i urządzony praktycznie na nowo. Kochał góry i górali i lubił przyglądać się ich pracy, ale też całe godziny spędzał z nimi na rozmowach.

Słyszałam, jak Pani mąż mówił, że trzeba wierzyć w dobro w człowieku.

– Tak, ale raczej był pesymistą. Twierdził, że niczego dobrego po tym świecie nie można się spodziewać. Znając jego bardzo trudne życie, trudno się dziwić tej pesymistycznej naturze. Kiedy miał
2 lata, stracił swoją mamę – 26-letnią Otylię…

Pamiętał ją?

– Wspominał często taki moment, kiedy siedzi na huśtawce zawieszonej między kuchnią a przedpokojem i gdzieś blisko jest postać w sukni o pastelowych kolorach. Wiedział, że to była mama. Ale wracając do ciężkich doświadczeń – potem przyszła wojna i ciężka choroba biodra. Leczono go pod Rybnikiem, ale kiedy weszli Niemcy i przestały obowiązywać granice, ktoś powiedział, że w Bytomiu jest bardzo dobry chirurg, Niemiec – dr Seifert. Właściwie to on uratował mu życie. Mąż jako pięciolatek przeleżał półtora roku na jego oddziale. Raz na miesiąc odwiedzał go ktoś z bliskich. Doktor operował go pięć razy. Mąż zapamiętał, jak po którejś kolejnej operacji obudził się i zobaczył, że obok siedzi doktor i płacze ze szczęścia, że mały pacjent odzyskał przytomność!

Poczuł, że komuś wreszcie na nim zależy. Dla Pani mąż był bardzo ważny.

– Nie był łatwym człowiekiem. Potrafił nagle wybuchnąć, a potem kajał się i przepraszał. Kiedy teraz w naszym górskim domu oglądam jego archiwum, różne saszetki i torebeczki z pamiątkami, widzę, jak bardzo kochał dzieci. Jak pieczołowicie przechowywał najdrobniejsze nawet liściki maluchów Anusieńki i Mikołaja. Maleńkie zasuszone bukieciki kwiatów, które mu dawały, ich ołóweczki itp. Był domatorem, ogromnie przywiązanym do życia rodzinnego. Bardzo cieszył się sukcesami dzieci. Z biegiem lat stał się człowiekiem spokojniejszym, łagodnym i pogodniejszym.

Rzadko mówił o swoim życiu religijnym?

– Tak. Stwierdził kiedyś, że ma swoje spojrzenie na wiarę, Boga i Kościół, o którym nie umie i nie chce rozprawiać. Całe jego życie świadczyło wyraźnie o tym, że kierował się zasadami człowieka głęboko wierzącego. A najlepiej o tej wierze świadczą jego utwory: „Beatus vir”, Pieśni Maryjne, św. Wojciech i wiele innych. Zawsze nosił w kieszeni marynarki różaniec. Przy jego łóżku leżał Nowy Testament. A w czasie choroby prosił, żeby mu czytać „Ogródek różany” Tomasza à Kempis. To była jego ostatnia lektura.

Bał się śmierci?

– Na końcu był już tak schorowany, że pragnął odejść. Gdy jeszcze był w domu, odwiedzali go nasi ojcowie oblaci. Ostatni był młody ks. Błażej, który towarzyszył mężowi, póki nie poszedł do szpitala.

Kto był przy śmierci męża?

– Ksiadz Krzysztof Tabath, kapelan szpitala w Katowicach-Ochojcu, gdzie mąż leżał na intensywnej terapii kardiologicznej pod opieką wspaniałych lekarzy. Tego dnia przyszedł na OIOM pół godziny później niż zwykle. Na moją prośbę wzruszająco opisał, jak wyglądała ta ostatnia chwila: „Na końcu przyszedłem do pana Góreckiego. Zacząłem od »Ojcze nasz«, »Zdrowaś, Maryjo«, a potem »Duszo Chrystusowa, uświęć mnie«”. A tam nad łóżkiem cały czas migały monitory, do których mąż był podłączony. Podczas odmawiania modlitw tablica stopniowo gasła, aż całkowicie ściemniała, gdy zmarł. Przy modlitwie przeszedł na tamten świat. Nie można marzyć o lepszej śmierci. To po prostu coś cudownego. Jestem szczęśliwa, że tak było.

Rozmawialiście, jak to będzie po „drugiej stronie”?

– Jeszcze w młodości pytałam, jak sobie wyobraża te kwestie, ale odpowiedział: „Wiesz, ja mam swoje myśli. Jakoś nie umiem o tym mówić”. Później zwierzył się, że ma nadzieję, że w godzinie śmierci wyjdzą mu naprzeciw jego mamusia Otylia i moja mamusia Elżbieta. Moja mama żyła blisko 96 lat i była bardzo dobrym człowiekiem. Widzi pani, jak mąż to docenił?

Ile lat byliście razem?

– 51. Jestem starsza od męża o dobre trzy i pół roku. Kiedy wychodziłam za mąż, byłam już bardzo stara (śmiech). Miałam wtedy 29 lat, a on kończył w grudniu 26. Mimo to zdążyliśmy przeżyć razem te 50 lat. To przecież kawał czasu… Ale jak to przeleciało.

Nie było Wam łatwo utrzymać rodzinę. Choćby dlatego, że mąż nie zapisał się do partii.

– Nie zrobił tego, mimo że został rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Partia, wtrącająca się do wszystkiego, chciała koniecznie, aby mąż zwolnił pana Juliana Gembalskiego. Regularnie przychodził do niego pan z wiadomej instytucji, żądając tego. Odpowiedź była zawsze ta sama: „Nie, bo to mój najzdolniejszy pracownik!”. Posunięto się nawet do podłożenia zwolnienia pana Juliana Gembalskiego między innymi dokumentami podanymi do podpisu. Ale mąż zawsze czytał, co podpisuje, więc się nie udało. A przestał być rektorem, bo wzięli go na indeks, kiedy zaczął pisać „Beatus vir” dla papieża. Pamiętam dzień, gdy skończył rektorowanie. Wrócił do domu, siadł w fotelu i po raz pierwszy, nie biorąc tabletki na uspokojenie, zapytał głośno: „Dlaczego zrobiłem to dopiero teraz?”. To stanowisko wepchnęli mu siłą. On był z natury wolny, nie robił świństw, niczego się nie bał. Nasze dzieci normalnie szły do I Komunii, naturalnie demonstrowaliśmy nasze przekonania. Powtarzał, że nikt nie zabroni mu komponować.

Podczas koncertu „Beatus vir” mąż spotkał się z Janem Pawłem II.

– To był dla niego najszczęśliwszy dzień życia! Spotkał się z papieżem w Krakowie u franciszkanów, gdzie sam dyrygował orkiestrą. Ojca Świętego posadzili z tyłu, ale po koncercie wyściskał męża, tak że spłakał się ze szczęścia. Później, kiedy mąż był w jury festiwalu kompozytorskiego w Anconie, zdecydował, że pojedzie do Rzymu na audiencję środową. Stał przy barierce i kiedy Ojciec Święty zbliżył się do niego, zamiast się przedstawić, wspomniał państwa Maleckich z Krakowa. Papież jakby coś czuł – stanął, odszedł, ale zawrócił i nakreślił mężowi krzyżyk na czole. Następnego dnia mąż zobaczył właśnie to swoje zdjęcie jako pierwsze z audiencji.

Nie minął rok od śmierci męża. Czas mija, a wspomnienie nadal boli.

– To się chyba nigdy nie kończy. Czuję się jak przed maturą. Że powiem o nim za dużo albo za mało… On wiedział, komu zawdzięczamy te wszystkie talenty. Pamiętam, jak przygotowując list do publiczności na Bielski Festiwal Kompozytorów, dyktował mi, bo sam osłabł po kilku zdaniach, że talent Chopina to najpiękniejszy dar z nieba. Rozczulał się, a ja wzruszona to zapisywałam.

za: gosc.pl

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.