Przepustka do historii

REPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO GNAndrzej Grajewski

W ciemnych, powojennych czasach ocalił struktury, wiarygodność i autonomię Kościoła, co nie udało się w żadnym innym kraju Europy Wschodniej. To najlepsza przepustka do historii kard. Augusta Hlonda.

Zmarły 65 lat temu prymas Polski kard. Hlond u schyłku życia, w latach 1945–1948, musiał stanąć do konfrontacji z komunizmem. Jego ówczesne działania zapewniły mu trwałe miejsce w historii. Wcześniej niż politycy dostrzegł wszystkie konsekwencje nowego podziału w Europie, który sięgał znacznie głębiej aniżeli tylko w sferę polityki czy gospodarki. Jak mówił, Europa podzieliła się na dwa obszary różniące się systemem przyjętych wartości: na kraje budujące na fundamencie chrześcijaństwa oraz na ideologii „bezbożnej”, materialistycznej.

Legat papieski

Przed powrotem do kraju kard. Hlond otrzymał od Piusa XII nadzwyczajne uprawnienia, które faktycznie czyniły go legatem papieskim w Polsce. Te „szczególne pełnomocnictwa” opisane zostały w dokumencie Kongregacji Nadzwyczajnych Spraw Kościoła, wydanym przez abp. Domenica Tardiniego 8 lipca 1945 roku. Było to rozwiązanie bezprecedensowe w historii relacji Stolicy Apostolskiej z Kościołem w Polsce. W istocie bowiem papież cedował część swoich uprawnień na prymasa Polski. Opierając się na tych uprawnieniach, kard. Hlond podjął historyczną decyzję: 15 sierpnia 1945 r. ustanowił nowy podział administracji kościelnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Utworzył administrację apostolską dla diecezji warmińskiej oraz gdańskiej, administrację apostolską w Gorzowie i na Śląsku Opolskim oraz we Wrocławiu (dla Dolnego Śląska). Wyznaczył także pięciu administratorów apostolskich, którym nadał szerokie pełnomocnictwa. Umożliwiło to tworzenie zrębów Kościoła na ziemiach, które w wyniku postanowień konferencji poczdamskiej weszły w skład państwa polskiego. W każdej diecezji na Ziemiach Zachodnich i Północnych powinien stanąć pomnik kard. Hlonda, gdyż bez jego opatrznościowych decyzji lokalny Kościół na tym terenie miałby ogromne trudności z przetrwaniem. Dzięki temu wlewająca się na te tereny milionowa masa repatriantów ze Wschodu oraz ludzi z innych regionów Polski znalazła tam oparcie w polskim duchowieństwie. Przyszło mu także rozwiązywać niezwykle delikatną kwestię wymiany niemieckiego kierownictwa tamtych struktur kościelnych na administrację polską.

To zresztą powód, dla którego niemiecki episkopat krytycznie opiniował działania zmierzające do beatyfikacji prymasa Polski. Kard. Hlond jednak był pewny swych racji. Jak wyjaśniał w memorandum dla Stolicy Apostolskiej, napisanym w październiku 1946 r., zdecydował się na te rozstrzygnięcia, ponieważ był przekonany, że „granica na Odrze zostanie teraz utrzymana i że tylko wojna mogłaby odepchnąć Rosję od tej polskiej granicy, którą Stalin uważa za najkrótszą i najbardziej strategiczną linię rosyjskiej obrony przeciw atakowi ze strony Niemców”. Trudno nie dodać, że bardzo niewielu polskich polityków w kraju, ale także poza granicami, związanych z podziemiem niepodległościowym, a także rządem RP na obczyźnie, miało podobną świadomość trwałości zapadłych już decyzji i potrafiło wyciągnąć z nich daleko idące wnioski.

Pomost na Wschód

Prymas Hlond nie zapomniał także o diecezjach z Kresów Wschodnich, które pozostały poza granicami państwa polskiego. Z jego inicjatywy na ich skrawkach, które znalazły się w Polsce, utworzone zostały administracje apostolskie z siedzibami w Białymstoku (dla archidiecezji wileńskiej), w Drohiczynie (dla diecezji pińskiej), w Lubaczowie (dla archidiecezji lwowskiej). Te administratury apostolskie odegrały później wielką rolę w podtrzymywaniu życia religijnego na Wschodzie, będąc stałym punktem oparcia dla katolików, którzy zostali odcięci od wszelkiej łączności ze Stolicą Apostolską. Kapłanów ze Wschodu, którzy musieli opuścić swe strony rodzinne, przekonywał, że ich dramat ma w dłuższej perspektywie sens. Jesienią 1945 r. mówił do kleru wileńskiego w Białymstoku: „My z zachodnich rubieży znamy dobrze bezbożnictwo brunatne, Wam jest dane poznać i bezpośrednio doświadczyć bezbożnictwa materialistycznego. Opatrzność Boża przygotowała nas do roli spełnienia pomostu między Zachodem i Wschodem, aby mógł po nim przejść nasz Zbawiciel i zjednoczyć w miłości”. Z dzisiejszej perspektywy trudno nie nazwać tych słów proroczymi. Symboliczną wymowę miały także słowa, jakie skierował do abp. Eugeniusza Baziaka, zmuszonego do wyjazdu ze Lwowa: „teraz Ekscelencja musi wyjechać, kiedyś powróci”. Abp Baziak wprawdzie Lwowa już nie zobaczył, ale konsekrował biskupa Karola Wojtyłę, który jako Jan Paweł II przygotował powrót innego łacińskiego biskupa do Lwowa. Warto dodać, że kard. Hlond był także od 1946 r. delegatem specjalnym Stolicy Apostolskiej dla obrządków wschodnich i wspierał grekokatolików, choć nie mógł zapobiec aresztowaniu i deportacji ich dwóch biskupów wiosną 1946 r. Kościół Greckokatolicki jednak w Polsce przetrwał, pomimo że Stalin nakazał jego likwidację na Ukrainie i we wszystkich krajach bloku sowieckiego.

Odczytując znaki czasu

Prymas Hlond nie negował całej powojennej rzeczywistości. Wiedział, że historyczna szansa Polski polega na zagospodarowaniu Ziem Zachodnich, których nie wahał się nazywać Ziemiami Odzyskanymi. Nie kwestionował podstawowych reform społecznych: nacjonalizacji przemysłu i reformy rolnej, której zwolennikiem był już w okresie międzywojennym. Wydarzenia z czasów wojny tylko utrwaliły go w tym przekonaniu. Dlatego w korespondencji ze Stolicą Apostolską przekonywał, że Kościół nie powinien występować przeciwko parcelacji wielkiej własności ziemskiej, gdyż – jak twierdził – „są to nieodwracalne procesy, którym ze względów społecznych tylko przyklasnąć należy”. Nie przerażała go wizja Kościoła ubogiego. Nie bronił więc majątków kościelnych, czyli tzw. dóbr martwej ręki. „Nie chcecie sami zrezygnować z ziemi… przyjdą czasy, że wam ją zabiorą, a wy ze wstydem będziecie ją oddawać”, przekonywał duchowieństwo jeszcze przed wojną. Jednocześnie twardo zabiegał o zachowanie własności kościelnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych, gdzie komuniści celowo utrzymywali prowizorium majątkowe, aby mieć instrument do walki z Kościołem. Zdawał sobie sprawę z dramatu ludzi, którzy po zakończeniu wojny pozostali w lesie.

Także od kapłanów pomagających żołnierzom podziemia niepodległościowego wiedział, jakie są nastroje w tym środowisku. Walki zbrojnej jednak nie popierał, gdyż nie widział jej sensu. Miał przy tym świadomość, że Zachód bardzo nielojalnie traktuje ofiarność tych, którzy trwali w oporze. Dlatego w ostatnim swoim liście pasterskim przestrzegał, aby nie ulegać prowokacjom i „ciemnym elementom”. „Życie polskie winno nam być drogie i święte. Nie wolno go niepotrzebnie narażać. Krwią polską nie wolno szafować w bezcelowych rozgrywkach” – dodawał. W 1946 r., przeczuwając nadejście okresu nowych prób dla Kościoła, przekonał Stolicę Apostolską do stworzenia unii personalnej między archidiecezją gnieźnieńską, do której przywiązana jest godność prymasowska, a arcybiskupstwem warszawskim. Dzięki temu prymas Polski mógł stale urzędować w Warszawie. W ten sposób rozpoczął epokę prymasów, którzy brali na siebie obowiązek reprezentowania całego Kościoła w relacjach z komunistycznymi władzami. Bez prymasostwa Hlonda nie byłoby prymasa Wyszyńskiego, którego nie tylko osobiście wskazał Piusowi XII, ale dla którego także zbudował urząd prymasowski skrojony na miarę czasów oraz nowych wyzwań. Niewątpliwie wiele elementów posługi Prymasa Tysiąclecia było kontynuacją linii kard. Hlonda, m.in. wspólnotowe manifestowanie wiary, obrona rodziny, twardy realizm w ocenie sytuacji politycznej, wreszcie rys głębokiego maryjnego zawierzenia. Kard. Wyszyński najlepiej oddał mu hołd w swym pierwszym liście pasterskim, pisząc, że chciałby, aby „wielkie życie zmarłego prymasa było dla nas wzorem i promieniem przewodnim w naszej drodze”. Prymas Hlond wierzył w dziejowe przeznaczenie Polski – w to, że nasz kraj będzie „natchnieniem przyszłości Europy, jeśli nie ulegnie bezbożnictwu, a w rozgrywce duchów pozostanie niezachwianie po stronie Boga”. W ciemnych, powojennych czasach był budowniczym nadziei. Umiejętnie wykorzystał czas, jaki dała mu historia.

Korzystałem m.in. z książki: Jerzy Pietrzak, Pełnia prymasostwa. Ostatnie lata prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda 1945–1948. Poznań 2009.

gosc.pl

zobacz: Zwycięstwo Prymasa Hlonda

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Lata PRL i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.