Ratował dusze na ziemi bez Boga

ks. Władysław BukowińskiAnna Zechenter

Za wierność Bogu i misji duszpasterza przyszło zapłacić ks. Władysławowi Bukowińskiemu ponad trzynastoma latami sowieckich więzień i łagrów. Mógł w latach 50. wrócić do Polski, lecz pozostał z kazachskimi katolikami.

 

W tym piekle zła, niesprawiedliwości, krzywdy, bólu i cierpienia szukałem człowieka – wzoru dla siebie. Tym wzorem człowieka i kapłana był dla mnie przez dziewięć lat w łagrach ks. Władysław Bukowiński – wspominał greckokatolicki duchowny Eliasz Głowacki. – Wysoki, wychudły, w lichym odzieniu, lecz zawsze pogodny i uśmiechnięty.

Ile światła, pociechy i siły wlewały w nasze serca Jego słowa, dzięki którym przetrwaliśmy. Kontakty z Nim podtrzymywały mnie na duchu, zrozumiałem wartość cierpienia, dzięki czemu nie załamałem się”.

Za wierność Bogu i misji duszpasterza przyszło zapłacić Słudze Bożemu ks. Władysławowi Bukowińskiemu ponad trzynastoma latami sowieckich więzień i łagrów. Mógł w latach 50. wrócić do Polski, lecz pozostał z kazachskimi katolikami, narażając się na szykany i aresztowanie. Niepojęty jest ten bezmiar poświęcenia w czasach triumfu antywartości, mody na wyświechtane frazesy o „samorealizacji” i „prawie do szczęścia”; w czasach małych ludzi kreowanych na celebrytów i głośnych medialnych karier księży – nielicznych na szczęście – którym kamery przesłoniły powołanie.

Ocalał z masakry

Święcenia kapłańskie ks. Władysław Bukowiński przyjął z rąk ks. kard. Adama Sapiehy, metropolity krakowskiego, w 1931 roku, kiedy miał 27 lat. Zanim przyjechał na Wołyń, był kapłanem w Rabce i Suchej Beskidzkiej. Urodzony w Berdyczowie na Żytomierszczyźnie, chciał bardzo pracować na Kresach. Gdy wreszcie wysłano go do Łucka, rzucił się w wir miejscowego życia. W ciągu czterech lat do 17 września 1939 roku dał się poznać wszystkim jako nauczyciel religii w szkołach i wykładowca w wyższym seminarium duchownym.

Po inwazji ZSRS na Polskę władze kościelne mianowały go proboszczem katedry w Łucku, ponieważ potrzebny był tam człowiek umiejący radzić sobie w trudnych sytuacjach, mówiący biegle po rosyjsku. Jeśli ktoś miał ochronić wiernych i wywalczyć sobie u Sowietów autorytet, mógł to być tylko ks. Władysław. Jednak i jego dosięgła w końcu ręka „czekistowskiej sprawiedliwości”. Aresztowany w sierpniu 1940 roku, został skazany na osiem lat łagrów. Wybuch wojny między III Rzeszą a ZSRS zastał go jeszcze w łuckim więzieniu.

23 czerwca 1941 roku, gdy armia niemiecka zbliżała się do miasta, NKWD dostało rozkaz „opróżnienia” miejscowego więzienia, gdzie przetrzymywano Polaków i Ukraińców. Ludzie spędzeni na dziedziniec ginęli od salw karabinów maszynowych. Tego jednego dnia w łuckim więzieniu zastrzelono około trzech tysięcy kobiet, mężczyzn i dzieci. „Na dziedzińcu leżał mężczyzna z rozprutym brzuchem – wspominał Wojciech Podgórski. – Ukląkł przy nim człowiek w czarnych spodniach i białej, brudnej, podartej koszuli. Powiedział, że jest księdzem i chce nas przygotować na śmierć. Był to ks. Bukowiński. Wszyscy żywi i mniej ranni poklękali, a ksiądz recytował modlitwy przeznaczone na taką okoliczność”. Kapłan cudem uniknął śmierci – kula przeleciała tuż obok jego głowy, nie czyniąc mu krzywdy.

On sam zapamiętał tę chwilę: „Byłem dziwnie spokojny. Całe moje wówczas 36-letnie życie skurczyło się do jakiejś znikomej chwilki. Myśl moja pracowała niezwykle intensywnie. Przeżywałem koniec doczesności i brzask wieczności. (…) Duch krążył swobodnie między doczesnością a wiecznością”.

Pod dwiema okupacjami

Ocalały z masakry 23 czerwca 1941 roku, wrócił do swojej parafii w katedrze, gdzie zaczął się dla niego czas ciężkiej pracy konspiracyjnej.

Ratował żydowskie dzieci, znajdując dla nich bezpieczne schronienie w katolickich rodzinach, troszczył się o polskich uciekinierów, docierał do więźniów na gestapo.

W książce „Spotkałem człowieka. Ks. Władysław Bukowiński w pamięci wiernych i przyjaciół” znalazły się relacje osób pamiętających czasy okupacji sowieckiej i niemieckiej. „Szybko zrozumieliśmy, że zarówno On, jak i my traktowani jesteśmy przez przybyłych ze Wschodu jako wrogowie – wspomina jeden z jego uczniów. – Katechizacja odbywała się jednak jawnie w głównej nawie kościoła, choć oczywiście mieliśmy nieograniczony wstęp także do zakrystii, gdzie ks. Władysław Bukowiński pokazywał nam różne sprzęty. Był w bliskich kontaktach z rodzicami, i to nie tylko chodząc po kolędzie. Po latach dowiedziałem się od Mamy, że starał się – i zalecał innym – pamiętać jak najmniej nazwisk, by w razie przesłuchań w NKWD nie dawać pretekstów do aresztowania innych. Również po latach uświadomiłem sobie, że wspierał wszelkimi sposobami Żydów z getta w czasie okupacji niemieckiej. W kościele wypisywano metryki. Ks. Bukowiński organizował pomoc zarówno dla Żydów, jak i więzionych w Łucku jeńców sowieckich, morzonych głodem”.

Kapłan – nocny stróż

W więzieniu znalazł się po raz drugi w styczniu 1945 roku, zgarnięty przez NKWD wraz z biskupem łuckim i innymi kapłanami, gdy Armia Czerwona parła na Zachód. Tym razem wyrok brzmiał: dziesięć lat obozu. „22 stycznia wyjeżdżaliśmy z Łucka pod konwojem – wspominał tę chwilę. – Patrząc z samochodu więziennego na znikający nam z oczu Łuck wraz z całą kopułą katedry, jasno pojąłem, że Łuck to przeszłość bezpowrotnie miniona w moim życiu i w dziejach Polski współczesnej. Co przyniesie przyszłość?”. Moment ten określał później jako jeden z dwóch przełomowych w swoim życiu – gdy „przeszłość kończy się bezpowrotnie, a wkracza przyszłość całkiem nowa”.

Pognano go najpierw do pracy na Uralu, później trafił do kopalni miedzi w okolicach Karagandy w Kazachstanie. Uwolniony w 1954 roku, został zesłany na przymusowe osiedlenie w Karagandzie, gdzie musiał zgłaszać się każdego miesiąca do NKWD i nie miał prawa bez pozwolenia opuszczać miasta.

Nie wiedział jeszcze wówczas, że właśnie w Kazachstanie przyjdzie mu spędzić resztę życia. Jako zesłaniec musiał mieć stałe zatrudnienie. „Wziąłem taką pracę, która dawała mi stosunkowo dużo wolnego czasu na pracę duszpasterską. Pracowałem co drugą noc jako stróż nocny” – czytamy w jego pamiętnikach.

A życie w Azji Środkowej było bardzo trudne. Najniższe temperatury zimą dochodzą w Karagandzie do minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza, letnie sięgają czterdziestu stopni. Dla człowieka urodzonego w Polsce klimat kontynentalny bywa zabójczy. Ksiądz Władysław aż do śmierci w 1974 roku nie chciał jednak wrócić z ZSRS, uważał bowiem, że jego miejsce jest wśród prześladowanych.

Przyjął obywatelstwo sowieckie – i to był drugi przełomowy moment w jego życiu. „Dokonał się tak prosto i zwyczajnie. Tym razem ja sam dobrowolnie pokierowałem własnym życiem, doskonale zdając sobie sprawę z podjętej decyzji”. Gdy w czerwcu 1955 roku lotem błyskawicy rozeszła się wieść, że „zapisują na repatriację”, każdy biegł do komendantury. Tymczasem ks. Bukowiński na propozycję wyjazdu do Polski odpowiedział: „Pragnę pozostać”.

„Jestem domokrążcą”

Konsekwencję tej decyzji poniósł trzy lata później, kiedy w 1958 roku aresztowano go po raz trzeci i osądzono. Na pytanie śledczego, dlaczego nie wyjechał, odpowiedział, że uczynił to „ze względów ideowych, dla pracy duszpasterskiej wśród tak bardzo jej potrzebujących, a niemających swoich kapłanów katolików Związku Sowieckiego”. „Tak, tak, Bukowiński, zdemoralizowaliście dużo ludzi” – odparł sędzia.

Tak właśnie komunistyczny czynownik podsumował najpiękniej owoce wieloletniej posługi kapłańskiej. „Demoralizował” ks. Bukowiński ludzi, jak tylko potrafił – przed aresztowaniem i po wyjściu z łagru w 1961 roku. Nic nie mogło go powstrzymać – ani brak zezwoleń, ani zakaz wyjazdów. Służył Polakom wygnanym z okolic Kamieńca, Żytomierszczyzny oraz Winnicy i Niemcom rzuconym wolą Stalina w głąb Azji znad Wołgi, gdzie mieszkali od końca XVIII wieku.

Objeżdżał wsie, sprawował Najświętszą Ofiarę w domach, tam spowiadał, chrzcił, udzielał ślubów. „Jestem ustawicznie domokrążcą. Całe moje duszpasterstwo dokonuje się w cudzych domach, lecz w żadnym wypadku nie w jednym” – pisał we wspomnieniach zredagowanych podczas pobytu w Polsce w 1969 roku. – Mszę św. w naszych warunkach trzeba odprawiać raniutko lub wieczorem. Ołtarz – zwyczajny stół z białym obrusem. Na stół kładzie się duże pudełko lub dwie grube książki, przykrywa się białą chustką i stawia krucyfiks”.

Potem zaczynał spowiadać, o dziewiątej wieczorem odbywała się Msza św., po niej znów spowiedź… A były to spowiedzi szczególne: ludzie ci nie widzieli księdza przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. „Wreszcie krótki spoczynek nocny. Krótki, bo kładę się zwykle po północy, a już o 5 lub 6 rano jest poranna Msza św., a potem dalej spowiedź, czasami chrzty i namaszczenia olejami świętymi, czasami śluby. Ponieważ to się powtarza wciąż na nowo w różnych domach, więc sypiam częściej w cudzych łóżkach niż w swoim własnym”. Błogosławił pary żyjące ze sobą od wielu lat. „Miałem i takie wypadki, że dawałem równocześnie ślub ojcu i synowi, matce i córce” – wspominał. Do I Komunii Świętej przystępowali dorośli – zapamiętał 52-letnią wdowę. „A takich, którzy przyjęli u mnie komunię św., mając 40 lat, trudno by porachować” – odnotował.

Na odprawiane potajemnie Msze św. przybywało w niedziele około setki wiernych z okolicy, w dzień powszedni – około 50. Schodzili się często i Polacy, i Niemcy. Wtedy czytał Ewangelię w obu językach, a kazanie głosił po rosyjsku, żeby rozumieli wszyscy.

„My takie sieroty…”

Ludzie, którym odebrano Kościół, wyczekiwali go i przyjmowali jak objawienie. W 1957 roku, gdy objeżdżał wioski w okolicach Ałma Aty, w jednej z nich stary mieszkaniec powitał go słowami: „Wywieźli nas pod te góry, zostawili tutaj i wszyscy zapomnieli o nas. Nikt nas nie pamiętał. Dopiero Ojciec Duchowny do nas przyjechał. My takie sieroty, my takie sieroty…”. Płakali wszyscy, a ks. Bukowiński z nimi. „Ale były to dobre łzy” – zapamiętał.

Pod koniec lat 50. udało mu się zdobyć stałe pomieszczenie do celów liturgicznych. Jak powstawały takie potajemne świątynie? „Wierni składali ofiary, kupowano dom. Usuwano kilka wewnętrznych ścian i w ten sposób (…) powstawał jeden wielki pokój”. Wystarczyło urządzić ołtarz, poświęcić Boży przybytek i zaczynały się nabożeństwa. Jego kościółek przetrwał zaledwie rok.

Przed uwięzieniem i po zwolnieniu odbył, jak sam pisał, „osiem wielkich wypraw misyjnych”: do Turkmenistanu, na południe w okolice Ałma Aty, gdzie mieszkali Polacy wysiedleni w 1936 roku z Ukrainy, na wschód i do Semipałatyńska. „Tylko na północ od Karagandy nie urządzałem żadnych większych wypraw misyjnych, bo tam działali ks. Bronisław Drzepecki i ks. Józef Kuczyński” – najbliżsi przyjaciele, jak on gotowi poświęcić wszystko dla ratowania dusz w kraju bez Boga. Pierwszy z nich spędził w obozach i więzieniach 15 lat, a drugi – 17.

Nigdy nie ustawał w walce o duszę człowieka odartego z wiary. A mimo to dręczyły go skrupuły: „Nieraz miewałem poważne wątpliwości, czy nie bywałem zbyt wygodny czy ostrożny – pisał. – Kiedy ks. Józef Kuczyński odsiadywał siedem lat za dwa i pół roku swojej pracy w Kazachstanie, nieraz mówił mi: ’Bardzo ciężko jest siedzieć siedem lat, gdy się już przedtem siedziało dziesięć. Ale muszę przyznać, że za tamte dwa i pół roku opłaci się znowu siedzieć’”.

„Tego szczęścia nie zamieniłbym na zaszczyty”

Kiedy ucisk chrześcijan nieco zelżał, ks. Bukowiński mógł sprawować swoją posługę jawnie. Pozwolono mu też wyjeżdżać do Polski, gdzie wieści ze Wschodu wyczekiwał kardynał Karol Wojtyła. „Wszystkiego, co wiem o Kazachstanie, dowiadywałem się od księdza Bukowińskiego” – wspominał, gdy już był Papieżem. Podczas trzech pobytów w kraju zatrzymywał się w krakowskiej parafii św. Floriana, gdzie działa dziś Stowarzyszenie im. ks. Władysława Bukowińskiego „Ocalenie”, szerzące jego kult – od 2006 roku trwa proces beatyfikacyjny duchownego.

Powoli organizm wyczerpany wieloletnią posługą ponad siły zaczął odmawiać księdzu Władysławowi posłuszeństwa. W 1962 roku, kiedy miał 58 lat, pisał już o starzeniu się: „Jest to sztuka umiejętnego likwidowania remanentów doczesnych i wkraczania w wieczność z wiarą, nadzieją, miłością, no i skruchą, oczywiście”. Mimo utrudzenia dożył siedemdziesiątki, wyjeżdżając do wsi i miasteczek sowieckiej Azji Środkowej. Po śmierci w 1974 roku jego ciało przyjęła na zawsze kazachska ziemia.

Pracę dla wygnańców na Wschodzie uważał za szczególną Bożą łaskę. „Któregoś dnia czerwcowego przejeżdżałem z jednej wioski do drugiej – wspominał. – I wówczas poczułem się bardzo szczęśliwy i wdzięczny Opatrzności za to, że mnie tam przyprowadziła do tych tak biednych i opuszczonych, a przecież tak bardzo wierzących i miłujących Chrystusa. Tego szczęścia doznanego na trzęsącej się furce nie zamieniłbym na największe zaszczyty i przyjemności”.

www.naszdziennik.pl

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Lata PRL i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Ratował dusze na ziemi bez Boga

  1. marat pisze:

    Komentarz może być bardzo krótki.Ten Człowiek Ksiądz to wyjątek.Cześć Jego Pamięci!.Czasem zdarzają się podobni,ale się nie ujawniają.Można ich jednak poznać,
    jak się przyjrzeć ich posłudze kapłańskiej.

  2. Anonim pisze:

    Ten ksiądz był prawdziwym Polakiem, dzielił się polskością gdziekolwiek rzucił go los.
    Mam złą wiadomość dla zidiociałych likwidatorów naszego kraju: takich Polaków jest wielu i będzie coraz więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.