Marcin Antonowicz powinien mieć piękne życie

Marcin AntomowiczTo nie był pogrzeb. To była manifestacja narodowa.
W sobotę, 19 października 1985 r., mijała 1. rocznica śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Na ulicach polskich miast było więcej niż zwykle patroli ZOMO i MO. Poruszały się pieszo lub pojazdami, czym się dało.
Wizja lokalna i pogrzeb; materiały filmowe bezpieki

 

Wizja lokalna i pogrzeb; materiały filmowe bezpieki (od 19.04 minuty)

 

Piotr Szubarczyk

To nie był pogrzeb. To była manifestacja narodowa.
W sobotę, 19 października 1985 r., mijała 1. rocznica śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Na ulicach polskich miast było więcej niż zwykle patroli ZOMO i MO. Poruszały się pieszo lub pojazdami, czym się dało.

Kazano im zwracać szczególną uwagę na młodych ludzi.

Marcin AntonowiczOkoło 10.00 wieczorem na ulicy Kaliningradzkiej w Olsztynie (dziś Dworcowa) zomowcy jadący starem – Marek Jackiewicz i Bogdan Sinica – zatrzymali trzech młodych ludzi, studentów. Dwóch puścili wolno. Trzeciego, Marcina Antonowicza, 19-letniego studenta I roku Wydziału Chemii Uniwersytetu Gdańskiego, zatrzymali. Zdaniem uwolnionych kolegów, o zatrzymaniu zdecydowała legitymacja Uniwersytetu Gdańskiego, bo przecież Gdańsk to kolebka „Solidarności”. Marcin w dobrej wierze pokazał legitymację studencką (z której był dumny) zamiast dowodu osobistego. Okazało się, że to był błąd. Tego samego zdania jest jego ojciec: „Kto z Gdańska, ten podejrzany”.

Pół godziny później karetka pogotowia ratunkowego przywiozła Marcina w ciężkim stanie do szpitala wojewódzkiego. Przywiozła go jako NN, choć przecież zomowcy mieli jego legitymację i dowód! Chodziło o opóźnienie identyfikacji, by stworzyć w tym czasie jakąś prawdopodobną wersję tego, co się stało: był pijany, wypadł z samochodu, może zamek był uszkodzony. Pan Bóg pomieszał te plany.

Ostry dyżur

Tego dnia ostry dyżur na oddziale ratunkowym szpitala miała dr Krystyna Antonowicz. – Pani doktor, szybko! Przywieźli jakiegoś chłopca. Nieprzytomny. Doktor Antonowicz narzuciła fartuch i pobiegła w kierunku noszy. Zobaczyła swojego synka…

Był dumą rodziny, laureatem ogólnopolskiej olimpiady chemicznej, od dwóch tygodni studentem. Po raz pierwszy od immatrykulacji odwiedził tego dnia rodziców, by im opowiedzieć, jak sobie radzi. Chemia, matematyka? Nie ma problemu! Angielski? Nie za bardzo. Ojciec, dr Kazimierz Antonowicz, obiecał pomóc synowi, był świeżo po kursie angielskiego. – Wydał mi się taki bardzo dorosły. Zjedliśmy razem obiad, około 18.00 wyszedł z domu. Była sobota, więc Marcin wybrał się na spotkanie z kolegami. Dwa tygodnie poza Olsztynem dla młodego człowieka, który się tam urodził i spędzał całe życie, to szmat czasu.

Doktor Krystyna Antonowicz i dr Kazimierz Antonowicz mieli teraz codziennie ostry dyżur. Przez 14 dni, aż do Zaduszek. Tego dnia ich Marcinek umarł.

Hanna Olejnik, nauczycielka chemii w olsztyńskim IV LO, powiedziała reporterowi Radia Olsztyn: „Ja już 36 lat stoję przed tablicą. Tylko dwóch takich miałam uczniów przez te lata. Wybitny intelekt. Twórczy umysł. Chłopiec, który powinien mieć piękne życie! Przystojny, z dobrej rodziny, dobrze wychowany i bardzo zdolny. To byłby wybitny człowiek. Rzadko tacy się rodzą”.

Prokurator „Bodajże”

Sprawą zajmował się prokurator Prokuratury Rejonowej w Olsztynie Norbert Chalecki, później prokurator prokuratury okręgowej. Pytany, jak to było, odpowiada zdumiewająco: „Była najprawdopodobniej [!] sobota”… „Milicjanci jechali samochodem marki bodajże [!] Star”… Powiedział, że był na miejscu „wypadku”. Tam mu powiedzieli, że funkcjonariusze „transportowali osobę do izby wytrzeźwień” i w trakcie transportu „osoba” wyskoczyła. Chalecki twierdzi po latach, że polecił odstawić stara do Komendy Miejskiej MO „celem oględzin przy świetle dziennym”. Oględzin nie było, starem następnego dnia przewożono prywatnie deski, trociny, smar… Chalecki przyznaje, że tego nie dopilnował, ale przecież „badanie linii papilarnych Marcina Antonowicza nic by nie dało, bo miały prawo być w samochodzie”. A gdyby ich nie było na klamce, którą rzekomo wyłamał?

Rzecznik rządu Jerzy Urban nie czekał na zakończenie nawet tego marnego „śledztwa”. Ogłosił, że Marcin był pijany i że wyskoczył z samochodu.

Rodzina prosiła o ogłoszenie w prasie, że poszukiwani są świadkowie. Kaliningradzka – Dworcowa to jedna z ważniejszych ulic w mieście, prowadzi do Dworca Głównego PKP. Wniosku nie przyjęto. Doktor Antonowicz sam dał ogłoszenie do lokalnej gazety. Przyjęto je, ale nie ogłoszono, po kilku dniach oddano pieniądze.

„Napaść na milicjantów”

W poniedziałek, 21 października, Kazimierz Antonowicz usłyszał w prokuraturze nową wersję: – Pana syn dopuścił się czynnej napaści na funkcjonariusza! Doktor zmartwił się: – No tak, jak Marcinek wyjdzie z tego, to go jeszcze posadzą.

– On się rzucił na funkcjonariusza, odbezpieczył zamek drzwi i wyskoczył – mówił po latach generał bezpieki Kazimierz Dudek, ostatni szef SB w Olsztynie.

Ojciec Marcina zwraca uwagę, że ubranie syna, w którym rzekomo wyskoczył na mokrą ulicę (tego dnia padał deszcz), było czyste, a poza śmiertelnym krwiakiem na mózgu chłopiec nie miał żadnych otarć skóry – przy rzekomym wyskoku z jadącego samochodu! Wszystko wskazuje na to, że Marcin został śmiertelnie uderzony w tył głowy, a potem wyniesiony na ulicę.

Na pytanie o „śledztwo” Renata Gieszczyńska, historyk IPN z Olsztyna, autorka książki o Marcinie, mówi: – Mamy tu do czynienia z przyjęciem przez prokuratora wyłącznie wersji z zeznań zomowca Jackiewicza. Składał je wielokrotnie i – podobnie jak Sinica – w razie potrzeby zmieniał. Według tej relacji zomowiec stał się ofiarą Marcina, który ni z tego, ni z owego zaczął go dusić, a potem dla fantazji wyskoczył z samochodu, wyważając drzwi, których zamek był w pozycji „blokada”. Dlaczego Sinica nie zatrzymał stara, by pomóc „duszonemu” koledze? Jackiewicz był badany, na jego ciele nie znaleziono żadnych śladów walki ani „duszenia”.

Olsztyn się budzi

Już w niedzielę, 20 października, rozeszła się po całym mieście wiadomość o tragedii rodziny Antonowiczów. Rozpoczęły się czuwania i Msze św. w intencji Marcina. Bezpieka próbowała to spacyfikować. Straszono księży i organizatorów czuwań. Wywierano silną presję na Genowefę Kmieć-Baranowską – radcę prawnego Warmińskiego Seminarium Duchownego Hosianum, która zdecydowała się pomóc rodzicom Marcina mimo grożącego niebezpieczeństwa ze strony SB. Od początku stanu wojennego była przez bezpiekę rozpracowywana. Teraz napisała skargę na funkcjonariuszy i zażądała wyjaśnienia okoliczności „wypadku”. Pomocy duchowej udzielił rodzinie ks. Julian Żołnierkiewicz, ich proboszcz. – Nie spotkałem ani jednego parafianina, ani jednego olsztynianina, który wierzyłby w wersję Urbana – powie potem ksiądz Julian.

Śmierć i pogrzeb

Marcin nie odzyskał przytomności. Krwiak na mózgu był rozległy. Umarł w Zaduszki, dokładnie dwa tygodnie po zatrzymaniu przez ZOMO. Męczarnie rodziców w te ostatnie dni pogłębiały seanse nienawiści na konferencjach Urbana. Genowefa Kmieć-Baranowska uznała, że równie ważna jak ratowanie życia Marcina jest walka o jego dobra osobiste, systematycznie naruszane przez człowieka, którego podziemna „Solidarność” nazwała „Goebbelsem stanu wojennego”. Przygotowywała protesty rodziców, skargi i wyjaśnienia słane do Urbana i do premiera rządu. Zwracała w nich uwagę, że śledztwo trwa.

Pogrzeb zaplanowano na środę, 6 listopada. Zaczęły się szykany i utrudnienia. Kierownik od gospodarki komunalnej nie zgodził się na pochowanie Marcina na cmentarzu komunalnym! Bał się, odesłał Antonowiczów do prezydenta miasta. Marcin spocznie na odległym cmentarzu za miastem. Potem nie zgodzono się na godzinę Mszy św. żałobnej! SB śledziła osoby kontaktujące się z rodziną, pomagające w pogrzebie, czytała prywatną korespondencję Antonowiczów – ustaliła Renata Gieszczyńska, historyk.

Dyrektorzy szkół, nauczyciele, dyrektorzy zakładów pracy dostali polecenie niezwalniania pracowników, studentów i uczniów na pogrzeb Marcina.

Wszystko na nic. Pogrzeb Marcina zamienił się w wielką manifestację narodową – z udziałem tysięcy mieszkańców Olsztyna i przyjezdnych – prowadzoną przez odważnych kapłanów i profesorów Uniwersytetu Gdańskiego. Mszy św. żałobnej przewodniczył ksiądz biskup pomocniczy diecezji warmińskiej Julian Wojtkowski, w czasie wojny młodociany więzień Lager Glowno-Posen Ost. Z Gdańska przyjechał ks. prałat Henryk Jankowski.

– Nie poddaliśmy się presji, ksiądz biskup Wojtkowski ten pogrzeb prowadził, nikt nie miał zamiaru dostosować się do poleceń władz. To byłoby niemoralne w stosunku do tych ludzi, którzy się zebrali, i do sytuacji, jaka wówczas była. Mam do dzisiaj transparent przywieziony z Gdańska: „Gdańsk łączy się z wami”. Była to jedna z najbardziej spontanicznych manifestacji – około 30 tysięcy ludzi. Była to wstrząsająca śmierć. Był to wyraźny mord i bezkarność służb – powie po latach ks. Żołnierkiewicz.

Dzielny rektor

Na czele wielkiej grupy studentów z Gdańska, którzy mimo utrudnień przyjechali, czym się dało, do Olsztyna, by uczestniczyć w ostatniej drodze swego kolegi, stanął rektor Uniwersytetu Gdańskiego prof. Karol Taylor. Był rektorem od niedawna, wydał się władzom kimś odpowiednim i uległym. Pomylili się. Pan profesor był przede wszystkim człowiekiem. Nie usłuchał polecenia, by nie jechać na pogrzeb do Olsztyna. Wiedział, że to będzie koniec jego urzędu, ale tak było trzeba.

Profesor Taylor powiedział nad trumną Marcina: „Przybyłem tu, by jako rektor Uniwersytetu Gdańskiego, w imieniu całej społeczności tej uczelni, pożegnać naszego studenta Marcina. Niestety, na zawsze. By połączyć się w smutku i bólu z Jego rodziną, z Jego przyjaciółmi i kolegami. Marcin przybył do nas, by wspólnie z nami poszukiwać prawdy. Wiązaliśmy z Jego osobą oczekiwania i nadzieje oparte na tych wartościach, które zostały w nim zaszczepione w jego rodzinnym domu i jego szkole, która przygotowała Jego zwycięstwo w olimpiadzie chemicznej (…). Niestety, na samym początku jego studiów życie jego zostało przerwane w sposób gwałtowny i nie przez Niego zawiniony. Trudno się dziwić Jego przyjaciołom i kolegom, którzy oburzeni są tym, że ci, których powinnością jest ochrona życia, co najmniej zaniedbali swe obowiązki (…). Nieprzypadkowo śmiertelny uraz nastąpił w rocznicę śmierci ks. Jerzego Popiełuszko. Pamiętajmy o jego wezwaniu ’miłością nienawiść zwyciężaj’. Śmierć Marcina nie pójdzie na marne, jeżeli – tak jak śmierć wielu innych – przyczyni się do odnowy moralnej naszego społeczeństwa.

Żegnaj, drogi Marcinie! Pozostaniesz na zawsze w naszej pamięci”.

Za to pożegnanie i za wspomnienie ks. Jerzego profesor przestał być rektorem 30 listopada 1985 roku.

Wśród naukowców, którzy nie usłuchali „dobrych rad” bezpieki, by nie uczestniczyć w „nielegalnej manifestacji”, byli też prodziekan do spraw studenckich doc. dr Jerzy Grzywacz (obecnie prezes Okręgu Pomorskiego Światowego Związku Żołnierzy AK; po pogrzebie usunięty ze stanowiska), prorektor prof. Brunon Synak, dziekan wydziału, na którym studiował Marcin, prof. Marian Kwapisz (usunięty po pogrzebie ze stanowiska), dyrektor Instytutu Chemii prof. Zbigniew Grzonka (podał się do dymisji na znak protestu przeciwko represjonowaniu kolegów), dr Jerzy Biedrzycki, przewodniczący niejawnej „Solidarności” na Uniwersytecie Gdańskim Maciej Żylicz. Uratowali honor polskich naukowców. „Zachowali się jak trzeba” („Inka”).

Zamiast śledztwa wyjaśniającego okoliczności śmierci Marcina mieliśmy bezpieczniackie śledztwo w sprawie „sprawców” jego pogrzebu. Bezpieka nagrywała film z pogrzebu, wzywała na przesłuchania księży, próbowała zastraszyć uczestników uroczystości. Interesowała się nawet tym, kto kupował kwiaty, kto robił szarfy. Przede wszystkim – kto przemawiał.

Non omnis moriar

W roku 2004 imię Marcina Antonowicza nadano ulicy w olsztyńskiej dzielnicy Jaroty. W roku 2006 odsłonięto poświęconą mu tablicę w kościele Najświętszego Serca Jezusowego. Stowarzyszenie Represjonowanych w Stanie Wojennym „Pro Patria” powołało kapitułę przyznającą stypendia imienia Marcina Antonowicza dla zdolnej młodzieży z rodzin niezamożnych.

W roku 2007 prezydent RP Lech Kaczyński nadał Marcinowi pośmiertnie Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, który wręczył rodzicom premier Jarosław Kaczyński.

Prawda i pamięć

– Nikt nam syna do życia nie przywróci, ale prawda powinna zwyciężyć – powiedział po latach reporterowi Radia Olsztyn dr Kazimierz Antonowicz. – Może znajdą się jakieś inne dowody, które wyjaśnią nam okoliczności śmierci Marcina. W duchu chrześcijańskim przebaczyłem, bo przebaczyć trzeba, ale nie wolno zapomnieć.

Nie wolno nam także – w roku 2013 – zapomnieć o Marcinie Antonowiczu, o Grzegorzu Przemyku, o Emilu Barchańskim i ponad stu innych ofiarach stanu wojennego i okresu bezprawia, który trwał także po zakończeniu tego nielegalnego „stanu”. Jeśli zapomnimy o nich, bohaterem tego okresu stanie się „towarzysz generał” – który ma na rękach krew i tych grudniowych chłopców z roku 1970, i tych z pokolenia Marcina Antonowicza.

www.naszdziennik.pl

zobacz: Ofiary Jaruzelskiego

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Po 1980 i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.