III RP. Kulisy systemu

11338resizedimage186247-iii-rp-kulisy-systemu-okladkaŻyjemy w systemie klientelistycznych powiązań, który oblepił nas jak lepka maź i wtargnął w naszą świadomość. Jednym z pomysłów na wyrwanie Polski z tego systemu jest instytucjonalny wstrząs, czyli seria skoncentrowanych w krótkim czasie reform instytucjonalnych – mówił prof. Andrzej Zybertowicz na premierze książki. Fragmenty książki. 

Obok autorów w spotkaniu promującym książkę wzięli udział socjologowie prof. Krzysztof Jasiecki i dr Andrzej Zybała a także prof. Piotr Gliński i Jarosław Kaczyński. Spotkanie prowadził Piotr Zaremba. Pełna relacja >http://www.blogpress.pl/node/17579

Istnieje głębsza warstwa poglądów czy interesów, które sprawiają, że można dość dokładnie określić elektorat III RP. Co oznacza w języku służb „wyjście na sędziów”? Czy rola służb specjalnych jest przereklamowana, czy też są jednak tak potężne, że sterują całym układem? Czy faktycznie mają tak dużą władzę, że mogą decydować o zwrotach sytuacji w kraju? Dzięki jakim instrumentom służby kreują tych, którzy w systemie odnoszą sukces, a eliminują innych?

Fragmenty książki

III RP – Kulisy systemu

Andrzej Zybertowicz rozmawia Joanną Lichocką
wydawca: Wydawnictwo Słowa i Myśl
Liczba stron: 358

Rozdział 1. 
Czego nie wiemy o nas samych

W którym mowa o odmowie wiedzy, zinstytucjonalizowanej nie-odpowiedzialności, kolanowym odruchu mózgu i kilku innych jeszcze kłopotach Polaków ze sobą. Które między innymi skutkują tym, że oprócz niesprawnego „ciągu technologicznego” państwa prawa coraz częściej mamy całkiem dobre domy przy fatalnej jakości ulicach.

Zanim zastanowimy się nad kondycją Polaków po dwóch dekadach od Okrągłego Stołu, porozmawiajmy o elektoracie. W głośnym wystąpieniu na konferencji Polska Wielki Projekt w roku 2012 powiedział pan, że w Polsce obowiązuje czytelny podział wyborców właściwie tylko na dwa obozy. Że jest po prostu coś takiego jak elektorat III RP.

Nie śledzę prac wszystkich socjologów i politologów, bo wiele z nich jest tak oderwanych od rzeczywistości, że przedzieranie się przez te teksty, by znaleźć parę rodzynków, często jest nieopłacalne, ale wydaje się, że dotąd opisywano przede wszystkim wyborców konkretnych partii. To, oczywiście, ważne; w jakimś zakresie elektoraty poszczególnych partii są już rozpoznane.

Natomiast istnieje także głębsza warstwa poglądów czy interesów, które sprawiają, że można dość dokładnie określić elektorat III RP. To wyborcy systemu władzy jako pewnej całości, niezależnie od tego, na którą z konkretnych partii oddają głos. Ba, do tego elektoratu można także zaliczyć jakąś część osób niegłosujących – można uznać, że u niektórych Polaków wyborcza obojętność ma charakter świadomie przyzwalający.

Realny podział polityczny nie wynika z preferencji czysto partyjnych czy światopoglądowych, jak lewica, centrum, prawica? Jesteśmy – w tym najgłębszym wyborze – podzieleni na zwolenników porządku pookrągłostołowego i jego przeciwników, i już?

Upraszczając – tak. Ale pamiętajmy, że elektorat systemu III RP to nie tylko wyborcy SLD, PSL, PO, RP, ale także ci, którzy na wybory nie chodzą. Przez swoją bierność, jako obywatele, przyzwalają na to, co się w państwie dzieje. Niezależnie od tego, jakie mają sympatie polityczne, nie działając w przestrzeni społecznej, ów system wspierają. Albo w jakiś sposób dobrze się czują w III RP, albo też nie widzą sensu w staraniach o jej naprawę.

To by oznaczało, że ten podział zatarł – opisywany przez prof. Mirosławę Grabowską jako cechujący polskie społeczeństwo i nieprzezwyciężony przez lata – podział postkomunistyczny i postsolidarnościowy?

Do pewnego stopnia tak. Ale częściowo zatarł też inny, chętnie definiowany i analizowany przez pierwsze lata transformacji ustrojowej. Socjologowie często, mówiąc o transformacji w różnych krajach, dzielili wszystkich na winners i losers, na wygranych i przegranych transformacji. Teraz te analizy nie są już tak modne, mimo że bez wątpienia poza wygranymi są i przegrani transformacji.

W elektoracie III RP są grupy, które znacznie awansowały materialnie lub te, które mimo że nawet nie otrzymały awansu w większej skali, to zachowały korzystną, wyróżnioną pozycję w strukturze społecznej i choćby w ten sposób są wygrane. Ustrój się zmienił, ale mimo że obecni „zwycięzcy” mieli nienależne korzyści w starym systemie, nigdy nie zostali za to rozliczeni. Przeciwnie, kumulowali kolejne w nowym systemie i w ich interesie jest to, aby mogli to dalej robić – no i żeby nie byli nigdy rozliczeni. Analizy politologiczne rzadko jednak zajmują się tak zdefiniowanymi winners.

Jest pan zniecierpliwiony diagnozami dotyczącymi III RP?

Często tak, także dlatego że większość z nich prowadzi do defetyzmu, a Polsce potrzeba czegoś innego. Co z tego, że trafnie opiszemy jakieś zagrożenia dla naszego interesu narodowego, skoro nie potrafimy wskazać żadnych sposobów reagowania. Ale bardziej razi mnie coś innego. Otóż ludzie skądinąd inteligentni i wykształceni, posiadający sprawne umysły, zdolne do krytycznego myś­lenia, często nie mają potrzeby realistycznego interpretowania społecznego świata.

Co ma pan na myśli?

Mówiąc najkrócej, chodzi o diagnozę, która sięga do samego diagnozującego! Analityk społeczny niezwykle rzadko powie tak: interpretuję mechanizmy życia społecznego w Polsce, a z tej interpretacji wynika także i to, jaką rolę sam odgrywam oraz to, co sam powinienem zmienić na polu moich społecznych oddziaływań. Niezależnie od tego, czy są to spotkania „prowincjonalnego moheru”, czy też profesorowie wygłaszający referaty na konferencjach na całym świecie, prawie nikt nie czuje potrzeby, by interpretację domknąć, tj. doprowadzić ją do poziomu, w którym diagnoza prowadzi do rekomendacji dotyczących także samych diagnozujących. Takie zaniechanie ma oczywiście inne konsekwencje u antysystemowych „moherów”, a inne u zwolenników systemu.

Świetnie taką postawę widać na przykład u wielu dziennikarzy. Nierzadko obserwuję, jak powstrzymują oni swoje zdolności diagnostyczne w pół kroku. Gdyby mieli opisać dalsze warstwy rzeczywistości, musieliby także wskazać, jaką rolę w systemie III RP odgrywają media, a w nich oni sami. Wówczas musieliby postawić pod znakiem zapytania sens i uczciwość tego, co robią. Na gruncie własnych standardów przyzwoitości intelektualnej i etycznej nie mogliby dalej podtrzymywać roli w systemie, jaką pełnią. By uniknąć tak kłopotliwej psychicznie sytuacji, ich diagnoza musi się zatrzymać i pozostać niepełną.

Na przykład?

Ujawniony został raport komisji ministra Jerzego Millera, który, jak się zdaje, realistycznie i dość dogłębnie przedstawił sytuację w 36. specpułku lotniczym odpowiedzialnym za loty VIP-ów. Odbyła się dyskusja w TVN24. Uczestniczyli w niej m.in. publicysta Cezary Michalski i Grzegorz Miecugow. Mówili ze zgrozą, jakich to niepokojących rzeczy dowiadujemy się o kondycji naszego państwa: że mamy specjalny obszar wojska, który powinien być traktowany priorytetowo, bo obsługuje kierownictwo państwa. A od sprawnego kierownictwa państwa zależy jakość życia nas wszystkich. I wskazywali, że żadna ekipa rządząca Polską przez lata nie była w stanie zreformować tego pułku. I tu się zatrzymali.

Nie podkreślali, że skoro z patologiami w pracy specpułku nie uporała się żadna z dotychczasowych ekip władzy, to sedno sprawy zapewne ulokowane jest na głębszym poziomie systemowym i że żadna ekipa nie zdołała sięgnąć tego poziomu. Gdyby od tego miejsca poprowadzić analizę, a sądzę, że uczestnicy dyskusji intelektualnie byliby w stanie to zrobić, to w pewnym momencie musiano by powiedzieć, że media współczesne (włącznie z telewizją, w której była toczona dyskusja) są częścią podtrzymywania tego głębszego poziomu systemu bylejakości instytucji publicznych. I musieliby zauważyć, że mamy do czynienia z odmową wiedzy co do rzeczywistej mapy pasożytniczych interesów, które pozwalają na stałe łamanie procedur w państwie. I że w demokracji jednym z zadań mediów jest współtworzenie takiej mapy.

***

Chociaż istnieje działanie spiskowe, to zawsze ma ograniczoną skuteczność, bo żadna grupa spiskowców nie jest w stanie ogarnąć wszystkich mechaniz­mów społecznych. Może wybrane kontrolować lub stymulować, ale tylko odcinkowo. A jak ktoś ma dobry model rzeczywistości, to może dłuższy czas utrzymywać się u władzy, ale nie jest w stanie kontrolować całości. Bo w każdym procesie przepływu informacji, powie to każdy specjalista od informacji, następują zaburzenia. Nie powinniśmy trzymać się wyobrażenia, że – gdzieś tam u władzy albo w tajnych służbach – są jacyś ludzie, którzy dokładnie wiedzą, jak to w społeczeństwie jest. – mówi Andrzej Zybertowicz.

Odmowa wiedzy, instytucjonalizacja nie-odpowiedzialności i przyzwolenie na bylejakość to według pana spadek, który Polacy mają po PRL-u.

Częściowo.

Często mówi się, że traktowanie państwa na zasadzie, im ono słabsze, tym lepiej, jest znacznie dłuższe i bierze się z czasów zaborów, zwłaszcza zaboru rosyjskiego. Ale jest to z kolei w absolutnej opozycji do tego, co niosło pokolenie Solidarności, czy też republikańskiego testamentu polskiej inteligencji opisanego na przykład w „Rodowodach niepokornych” Bohdana Cywińskiego.

Pewnie ma pani rację. Ale pomyślałem sobie teraz w tym kontekście – luźne skojarzenie, przyznaję, ale nieodparte: jak historycy napiszą o Donaldzie Tusku? Mając szansę umocnić polskie państwo (ogromny zastrzyk środków z Unii), osłabił je, zdegradował. Bo najpierw nie mieliśmy państwa – zabory, I i II wojna, komunizm, wstrząs transformacyjny, częściowo ograniczenie suwerenności w związku z wejściem do NATO i UE. Potem, po sztucznie nakręconym szoku projektu IV RP, przychodzi do władzy człowiek, który ma duży kapitał zaufania, poparcie, ba, budzi nawet entuzjazm wielu środowisk. I uznaje, że jedyne, co może zrobić, to zapewnić „ciepłą wodę w kranie”, czyli w istocie ułatwiać dalszy demontaż tego podstawowego dobra wspólnego, jakim jest nasze państwo.

W filmie „Przebudzenie”, który zrealizowałam wraz z Jarosławem Rybickim i Rafałem Dutkiewiczem, jedna z bohaterek mówi: „Nie chciałabym być w skórze Donalda Tuska i przeczytać za sto lat tego, co napiszą o nim podręczniki historii”. Mówiła to w kontekście tego wszystkiego, co premier zrobił w sprawie Smoleńska, ale lista spraw, z powodu których nie trzeba zazdrościć premierowi miejsca w historii, jest chyba dłuższa.

Wyobraźmy sobie, że jeśli Polska wygra, jeśli polskie państwo się podniesie, to taką rozmowę, jaką tutaj prowadzimy, kiedyś przeprowadzi Donald Tusk na przykład z gen. Markiem Dukaczewskim, byłym szefem WSI. Marek Dukaczewski będzie spisywał i porządkował jego wspomnienia. A obaj – tak działa moja wyobraźnia – będą w jednej celi więziennej.

Ha! Interesująca wizja. Przy założeniu, że obaj panowie czuliby w ogóle, pozostając w celi, sens diagnozowania stanu państwa.

Będą chcieli wydać książkę, żeby mieć na papierosy.

Nie sądzi pan, że będą więc raczej woleli opowiadać o panienkach u „Maxima”? To się lepiej sprzeda.

W takie opowieści nikt starszym panom nie uwierzy.

Obawiam się, że pana wizja, że nasi bohaterowie w celi snują intelektualne rozważania o przyczynach upadku jest zupełnie nierealistyczna. To strona, różnie ją można nazywać – prawicowa, niepodległościowa, pisowska czy antysystemowa – pracuje intelektualnie. Prowadzi debaty na temat stanu państwa, mechanizmów nim rządzących. Z udziałem m.in. prof. Jadwigi Staniszkis, dr Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, prof. Ryszarda Legutki. Ukazuje się sporo książek. Tusk z Dukaczewskim nawet nie będą mogli oprzeć się na literaturze fachowej, bo jej nie mają.

Będą wspominać czasy swojej świetności. To nie będzie debata intelektualna, to będą wspomnienia, żeby zabić nudę i mieć większą sumę na papierosy. Oni już dziś są w celi mentalnej. Potem, jeśli Polska uczciwa wygra, mogą się znaleźć w celi prawdziwej.

Żeby Polska uczciwa wygrała, dość duża liczba obywateli musi mieć świadomość rzeczywistości, dobrą diagnozę, dobry opis. Bo pan przecież mówi, że długo z wielu rzeczy nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wiele zjawisk było nieuświadomionych.

Generalnie systemy społeczne cechują się tym, że są nieprzejrzyste. Nawet ci, którym wydaje się, że są u steru i mają dostęp do tajnych służb i ich informacji, nigdy nie mają pełnego obrazu systemu społecznego. Słynne jest powiedzenie niemieckiego filozofa Georga Wilhelma Hegla: „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”, czyli dopiero wieczorem, gdy jest już po wszystkim, widzimy, co przyniósł dzień. A noblista Friedrich von Hayek podkreślał, że systemy społeczne są organizmami tak złożonymi, że żaden poszczególny umysł nie jest w stanie ich w pełni ogarnąć.

W istocie, w sensie zawodowym, niczym innym się nie zajmuję, jak próbą zrozumienia „mechaniki” społecznego świata, w którym żyję i, korzystając z opracowań najwybitniejszych umysłów, w pełni akceptuję tezę Haye­ka. Jestem przekonany, że jakich by informatorów i jakich służb nie mieli Donald Tusk lub Władimir Putin, to systemy społeczne są tak wielowarstwowe i rozgałęzione, że rozgrywają się w nich procesy, które umykają najdokładniejszemu nawet oglądowi. I dlatego czasami nawet w najbardziej autorytarnych, w pełni – wydawałoby się – szczelnych systemach wybuchają rewolty. Bo niektóre procesy dojrzewają niepostrzeżenie. Pewne przesunięcia nastrojów są przez dłuższy czas niezauważane. To ważne dla naszych diag­noz, nazwijmy, obozu niepodległościowego.

Jeśli przyswoimy sobie tezę Hayeka, zrozumiemy na przykład, że chociaż istnieje działanie spiskowe, to zawsze ma ograniczoną skuteczność, bo żadna grupa spiskowców nie jest w stanie ogarnąć wszystkich mechaniz­mów społecznych. Może wybrane kontrolować lub stymulować, ale tylko odcinkowo. A jak ktoś ma dobry model rzeczywistości, to może dłuższy czas utrzymywać się u władzy, ale nie jest w stanie kontrolować całości. Bo w każdym procesie przepływu informacji, powie to każdy specjalista od informacji, następują zaburzenia.

Chce pan powiedzieć, że procesy społeczne są nieprzewidywalne i nieoczekiwane, zatem trudno przewidzieć, czy kiedykolwiek obóz antysystemowy urośnie w siłę zdolną do przeprowadzenia zmiany? Dodajmy tu przy tym, bo strona rządowa lubi używać słowa „antysystemowy” w znaczeniu „antydemokratyczny”, że chodzi o opozycję do systemu pookrągłostołowego, systemu III RP, a nie do demokracji.

Procesy społeczne są częściowo nieprzewidywalne. Nie powinniśmy trzymać się wyobrażenia, że – gdzieś tam u władzy albo w tajnych służbach – są jacyś ludzie, którzy dokładnie wiedzą, jak to w społeczeństwie jest. Złożone systemy społeczne zawsze są częściowo nieprzejrzyste. Natomiast, by pociągnąć pewną pani intuicję, to jednym z powodów tego, że obóz niepodległościowy znacznie częściej wybory przegrywa niż wygrywa, jest to, że przez lata środowiska systemu III RP (postkomuniści – czyli SLD i PSL, potem PO, a teraz również partia Andrzeja Rozenka) miały lepszą „diagnozę” społeczną, lepsze rozumienie faktycznych mechanizmów gry o władzę i pieniądze. Rozważmy. Skoro nasze „diagnozy spiskowe” (upraszczając: Układ, rola tajnych służb, Rosji/Niemiec, zagraniczny łupieski kapitał) nie prowadzą do zwycięskich wyborów, to znaczy, że pod jakimiś względami są ułomne, co najmniej niewystarczające do efektywnego działania politycznego.

Powiedział pan kiedyś, że system jest w równowadze, że zsynchronizowano dwa przekazy kulturowe: jeden właśnie taki nie wprost – nie traktujemy rządzenia poważnie, i drugi, że Polacy mają gęstą tkankę kulturową przyzwoleń na bylejakość. Ale ostatnio działanie państwa „na niby” widoczne jest zdecydowanie wyraźniej niż kiedyś.

W takim kraju jak Polska na początku nowego kursu przychodzi nauczyciel – w szkole średniej czy wyższej – i mówi: oto program, tematy zajęć, to kryteria zaliczenia; żeby zaliczyć przedmiot, trzeba nauczyć się tego i tego, przeczytać taką listę lektur. Naiwni są przejęci, a ci bardziej doświadczeni wiedzą, że nauczyciel tylko tak mówi, ale potem i tak prawie wszyscy zaliczenia dostaną. Ten model sytuacji, w której nauczyciel udaje, że uczy i że wymaga, a uczniowie udają, że w to wierzą i się uczą, to odwzorowanie relacji Tuska i sporej części jego elektoratu. To proste, premier udaje, że będzie egzekwował prawo, że będzie egzekwował standardy, przeprowadzał reformy, a ludzie udają, że w to wierzą. I wszystkim się to opłaca.

Oczywiście, bo w którymś momencie ów uczeń-nieuk idzie na rynek pracy i okazuje się, że nie tylko wszystkie dobre miejsca są zajęte przez kolesiów z układu; czasem dostrzega, że w ogóle żadnych wolnych miejsc pracy nie ma. A Polska jako kraj idzie na rynek międzynarodowej gry gospodarczej i okazuje się, że nie jesteśmy w stanie wejść w żadne procesy innowacyjnego tworzenia przyszłości, że jesteśmy sprowadzeni do funkcji poddostawców produktów zaprojektowanych gdzie indziej. Ów nauczyciel przymykający oko na ściąganie na lekcjach doprowadził do tego, że nie mamy dostatecznie silnych organizacji i instytucji zdolnych do nowoczesnej ekspansji gospodarczej. Do tego prowadzi wzajemna zgoda na bylejakość.

Książka jest objęta patronatem medialnym przez Teologię Polityczną portal Rebelya.pl

>Recenzja 1

źródła:
http://www.teologiapolityczna.pl/
http://rebelya.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Historia, III RP, Recenzje, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „III RP. Kulisy systemu

  1. emka pisze:

    W klubie Ronina odbyło się spotkanie z prof. Andrzejem Zybertowiczem i Joanną Lichocką – autorami książki “III RP: kulisy systemu”. Spotkanie prowadził Mateusz Matyszkowicz.>Relacja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.