Jan Kasprowicz

Jacek Malczewski Portret Jana KasprowiczaUprawiał publicystykę i poezję. Debiut literacki przypadł na rok 1889. Wyszedł z kujawskiej chaty, aby trafić na szczyty Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Stefan Żeromski mówił, że dzieciństwo spędzone na wsi, wpływa na całe życie. Matka była w jego życiu najważniejsza. Uczyła go miłości do przyrody i pieśni. Znała jego serce, rozumiała jego rozterki.

Przez 10 lat Jan Kasprowicz tkwił w ławach pruskich gimnazjów, w których nawet na przerwach nie można było rozmawiać po polsku. Potem studiował filozofię i literaturoznawstwo na niemieckich uniwersytetach w Lipsku i we Wrocławiu, gdzie poznał swoją pierwszą żonę – starszą od siebie Teodozję Szymańską. Jednak po kilku miesiącach małżeństwo się rozpadło. Trzy małżeństwa znacząco wpłynęły na życie i twórczość poety. We Lwowie ożenił się z Jadwigą z Gąsowskich. To była tryumfująca miłość. Ślub odbył się z krakowską pompą, ale później przyszła szara rzeczywistość. W domu u Kasprowiczów pojawił się Stanisław Przybyszewski i to dla niego Jadwiga opuściła dom, pozostawiając dwie córki. Kasprowicz wtedy był już profesorem Uniwersytetu Lwowskiego. Rana zadana odejściem żony była bardzo głęboka. Rozpacz poety wyrażona została w dwóch tomach hymnów: „Ginący świat” i „Salve Regina”.
Za działalność w kółkach socjalistycznych był dwukrotnie aresztowany przez pruską policję i osadzony na pół roku w więzieniu.  – mówiła Barbara Wachowicz na spotkaniu w Harendzie.

 

Barbara Wachowicz

Harenda – tatrzański świat Kasprowicza

Działo się we wsi Szymborze na Kujawach 12 grudnia 1860 roku. Znachorka ułożyła bliską śmierci matkę na snopie zboża z kłosem pełnym, a gdy przyszedł na świat chłopak „tęgi, gruby, okazały”, wywróżyła, że będzie kimś wielkim.

– Matce zawdzięczam prawie wszystko… – opowiadał Kasprowicz Marusi. – Pamiętam, jak wieczorami siadywaliśmy przed naszą biedną chatą. Kazała mi nasłuchiwać fujarki, której dźwięki dolatywały zza Gopła, opowiadała o ptakach, o jeziorze, o polskich rycerzach śpiących pod niedaleką górą…

Józefa z Kloftów Kasprowiczowa (9 III 1837 – 31 XII 1914) – jedna z najpiękniejszych postaci matczynych w dziejach naszej literatury. Odważna, wytrwała, pracowita, dzielna kujawska chłopka, do której będzie wołał: „O matko moja, o najdroższa w świecie!”.

Od matki uczył się Jan wiary, tej chłopskiej, naiwnej, „prostej jak krzyż postawiony pomiędzy dwiema płaczącymi wierzbami”. Piękną definicję tego uczucia da w swej pracy doktorskiej o Teofilu Lenartowiczu: „Jest to wiara, która z rzewną szczerością podaje umarłemu gromnicę, rozwija chorągiew z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, przed której obrazem pada w kościele na wznak i gorącymi łzami zimną zlewa posadzkę. Jest to wiara radująca serce największego sceptyka w kolędach, łzy wyciskająca w suplikacjach, do szpiku kości przeszywająca we wspaniałym Święty Boże! święty mocny! święty a nieśmiertelny!”.

W hymnie „Salve Regina” pisanym w Rzymie trwa echo Godzinek śpiewanych przez matkę:

Zawitaj, Pani świata, niebieska Królowa,
Witaj, Panno nad Panny, Gwiazdo porankowa.

„Student i poeta przymiera z głodu”

Byli bardzo biedni. „Pożałowania godzien był ten szymborski chłopak. Dzień w dzień na piechotę wędrował do Inowrocławia, a za całe pożywienie starczyć musiała mu kromka czarnego chleba. (…) Ubranie na nim liche (…). Czuć było te łachmaniki torfem i brukwią. A buty. Pożal się Boże!” – tak zapamiętali Kasprowicza koledzy z inowrocławskiego gimnazjum.

Od roku 1875 obowiązuje w tej niemieckiej szkole zakaz rozmowy polskiej nawet na pauzach. Opowiadał Jan Marusi na Harendzie: „Należałem do tajnego związku młodzieży szkolnej, którego byłem bardzo czynnym członkiem. Był to związek dla krzewienia literatury, historii i języka polskiego”. Koło nosiło imię autora „Pieśni o ziemi naszej” – Wincentego Pola.

Hardy chłopak wyrzucany był z każdej szkoły „za propagandę polską”. Wypędzony z Inowrocławia usiłował zdać maturę w sławnym poznańskim gimnazjum św. Marii Magdaleny, gdzie działało tajne towarzystwo młodzieży polskiej noszące imię promienistego przyjaciela Mickiewicza, bohatera III części „Dziadów” – Tomasza Zana. Rota ich przysięgi brzmiała: „Przysięgam dokładać wszystkich starań w celu oswobodzenia uciemiężonej Ojczyzny, przysięgam na Ojczyznę, na odrodzenie mego Narodu i na imię Polaka”.

Czołowe pismo Polski podziemnej w czasie okupacji, „Biuletyn Informacyjny”, redagowane przez autora „Kamieni na szaniec” druha Aleksandra Kamińskiego, nader często było przezeń opatrywane mottem z młodzieńczego wiersza Jana Kasprowicza: „Błogosławieni, którzy w czasie gromów nie utracili równowagi ducha”.

Okres od listopada roku 1884 do września roku 1888 to w życiu Kasprowicza czas Wrocławia, zwanego wówczas miastem „pół-polskim”. Studiuje na wydziale filozoficzno-historycznym, działa w Towarzystwie Literacko-Słowiańskim, wrocławskim odpowiedniku mickiewiczowskich filomatów, tłumaczy poezje romantyków angielskich, tworzy, bieduje, trafia do niemieckiego więzienia. Do macierzy napisze:

O matko moja! wierz mi (…)
Nic nie uczynię, abym nie śmiał oczu
Podnieść ku twoim oczom (…)
Ale, wiem o tym, ty znasz moje serce!…

„Miłości tron”

Niezwykłe miasto. Z lwem w herbie i sercu. Barwisty, szumny, śpiewający, uśmiechnięty Lwów. Walczący Lwów. Hołubił królewskie swe wspomnienia. W żałobie miasto chodziło rok, zakazawszy śpiewu i tańców po śmierci Jagiełły, przechowując jego dokument z 1389 roku: „Lwów i ziemia lwowska nigdy żadnemu księciu ani panu oddane nie będą, ale po wieczne czasy z Koroną Królestwa Polskiego nierozdzielną stanowić mają całość”.

W kwietniu roku 1656 we lwowskiej katedrze król Jan Kazimierz, „Maryję pełną łask” za „Patronkę i Królową państwa” obierając, ślubował wyzwolić lud.

Do Lwowa dotarł Kasprowicz w grudniu roku 1888. Z aplauzem powitano „nową gwiazdę na horyzoncie literatury polskiej”. „Miał wówczas 32 lata. Wspaniała głowa. Oczy szarozielone, o wzroku przenikliwym, buntownicze, rzucające groźne błyski, umiały być dobrotliwe i roziskrzone humorem” – opisuje ojca Anna Kasprowicz-Jarocka w książce „Poeta i miłość”.

Przychodzi czas na „Amor vincens” –„Miłość triumfującą”. Jej adresatką jest panna Jadwiga Gąsowska z Krakowa o „fascynującej urodzie, której uroku dodawały bujne, złote włosy”. Kasprowicz nazwie ją Mimozą. Narzeczona napisze do Jana: „To Ty jesteś słonkiem – co mnie do życia obudziło”.

Ślub odbył się 7 stycznia 1893 roku. Jadwiga była w wyobraźni i poezji małżonka „uosobieniem miłości”, „poświęceniem i dni, co idą, jasnem zrozumieniem”. Niestety – rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Blaski „tronu miłości” zszarzały i zniknęły w codzienności, niedostatku, kłopotach. Przyszły szybko na świat dzieci: Janka (1893) i Hanka (1895). Narastały konflikty, rozczarowanie… Kasprowicz wyrywał się w Tatry. W Zakopanem latem 1896 powstaje cały cykl tatrzański pisany świetną góralską gwarą.

Kasprowicz staje się sławny. Mówią o nim „chluba Lwowa”. Młodzi poeci przyklękają, ofiarowując mu tomiki swych wierszy.

Na początku października 1898 roku do niewielkiego, skromnego mieszkania Kasprowiczów we Lwowie dociera patetyczny okrzyk: „Mój piękny i wielki – Nigdy się przed nikim i niczym nie korzyłem – przed Tobą się korzę”. Autorem tych ekstatycznych okrzyków jest „mag i szatan Młodej Polski” – Stanisław Przybyszewski, który listy podpisywał skromnie „Przybyszewski geniusz”. Przybywa do Lwowa z odczytem o Chopinie.

Jeśli użyjemy dramatycznego porównania – drogę „Mimozy” zarósł nagle trujący szalej. Trujący – ale jakże upajający. Przyjaciele Kasprowicza, widząc go obok Przybyszewskiego, porównywali – dąb i pełzająca liana.

Przybyszewski „nochal miał duży, uszy odstające, ręce o długich palcach i krogulczych paznokciach. (…) oczy (…) stawały się złośliwe, skrzyły się ironicznym, złym, fałszywym blaskiem” – tak go widziała Hanka Kasprowiczówna.

Dożyła opublikowania korespondencji Przybyszewskiego, który jednym tchem pisał do Kasprowiczowej i malarki Nelly Pająkówny, z którą także właśnie romansował.

Do Jadwigi: „Moja najdroższa, najukochańsza, jedyna Ty moja. Takim się dziś obudził stęskniony i smutny. Nie było Inuli (…) O złota moja, jak ja Cię kocham”.

Do Nelly o Jadwidze: „Zagościł w mym domu piekielny szatan, kobieta zła, przewrotna i ordynarna, która mnie doszczętnie zniszczyła”.

Warto zderzyć poglądy na sztukę, jakie cechowały Kasprowicza i Przybyszewskiego. W swoim sławnym manifeście „Confiteor” Przybyszewski oświadczał: „Sztuka nie ma żadnego celu, (…) nie może być na usługach jakiejśkolwiek idei”. Kasprowicz mówił: „Obywatelskość, którą dzisiaj usiłują wygnać z poezji, poruszanie żywotnych kwestii życia narodu – oto na czym polega doniosłe znaczenie pisarza”.

Po odejściu żony Kasprowicz – tragicznego lata roku 1900 – zabrał córeczki i wyjechał do Zaleszczyk. Tam powstał hymn.

Święty Boże! Święty Mocny!
Jestem!
Jestem i płaczę…
Biję skrzydłami
jak ptak ten ranny,
jak ptak ten nocny,
któremu okiem kazano skrwawionym
patrzeć w blask słońca…

„Umiłowanie ty moje”

Jest rok 1907. Kasprowicz wyrusza do Włoch. Jest samotny. Pisał do swych dziewczynek: „Chłońcie wiosenną radość życia, jak ja w waszych latach, serca otwórzcie na oścież, aby wstępowała w nie miłość”.

Nie przypuszczał, wyruszając do Włoch w 1907 roku, że wkrótce wstąpi w jego serce miłość. Patrzę na ich ślubne zdjęcie. Marusia i Jan. Kasprowicz ma lat 47. Ona nie ma jeszcze dwudziestu. Polski poeta z najuboższej chaty, szermierz polskości, i rosyjska arystokratka, córka carskiego generała. Maria z Buninów zwana Marusią.

Brodaty Polak na ukwieconym tarasie włoskim przeczytał łomoczące jak burza słowa wiersza: „Wiatr gnie sieroce smreki/ Mgławica deszczem prószy/ Hej, góry, zaklęte góry/ Tęsknico mojej duszy!…”. Wydał jej się zaklętym królem tych gór.

Marusia wybuchała w „Dzienniku”: „O, Janku, Janku, jak bardzo do ciebie tęsknię! Jak daleka, nieosiągalna wydaje mi się ta chwila, kiedy nareszcie będziemy razem, na zawsze razem!”.

Ślub brali w Dreźnie majowego słonecznego dnia roku 1912. Szli po drodze usianej płatkami spływającymi z kwitnących drzew. W podróż poślubną pojechali do Poronina. „Obudziliśmy się w słońcu (…). Wziął mnie za rękę i poprowadził śliczną zieloną łąką ku wodospadowi za domem. W słonecznej porannej mgle zarysowały się (…) tatrzańskie szczyty. Oczy Janka promieniały zachwytem i radością”.

Przesławna „Księga ubogich” powstała – jak napisze sam poeta – „w obliczu Tatr, na codziennych, samotnych przechadzkach w polu”. Ma jasność, pogodę, urzeczenie urodą góralskiego świata. Poeta zawinął do bezpiecznego, jasnego portu:

Umiłowanie ty moje!
Kształty nieomal dziecięce.
Skroń dotąd nie pomarszczona,
Białe, wąziutkie ręce!

Lubię, gdy stajesz za mną,
Na tym tu wiejskim balkonie,
Który poczerniał od deszczów,
Lecz dzisiaj mi w blaskach tonie.

Znałam Marusię Kasprowiczową przez ostatnie dziesięć lat jej niezwykłego życia. Omotywała swoim czarem do końca. Krucha, pełna żaru, zwycięska. Kochano ją. Nienawidzono.

Jak bardzo jej nam brak! Ta Rosjanka stała się żarliwą Polką. Opowiadała nam, jak 6 sierpnia 1914 wyruszyły z Zakopanego w bój oddziały Strzelca w szarych mundurach i maciejówkach.

– Pierwszy raz usłyszałam wtedy pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Rozpłakałam się ze szczęścia. Janek pisał wówczas ten wiersz:

W mej pieśni bogatej, czy biednej –
Przyzna mi ktoś lub nie przyzna
Żyje, tak rzadka na wargach
Moja najdroższa Ojczyzna.

W roku akademickim 1921/1922 mianowano Jana Kasprowicza rektorem Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Wiosną 1920 wyruszył ze Stefanem Żeromskim, by wziąć udział w akcji plebiscytowej na Warmii i Mazurach. Pisze Żeromski: „Nigdy jeszcze nie widziałem w twarzach ludzkich takiego męstwa i grozy. Gdy wielki poeta Jan Kasprowicz, sam syn ludu i sam ongi równie dobrze jak oni traktowany przez tychże gnębicieli, wypowiedział natchnioną mowę, wzywając, żeby wytrwali, patrzyłem zachwycony na te twarze zastygłe w uniesieniu (…) tajemnicza, święta Polska nadchodzi”.

„Wieczór jak potok górski”

6 października 1923, gdy regiel sczerwieniał pod Giewontem, Marusia, tając dech ze szczęścia, zapisała: „Za parę dni przenosimy się do n a s z e g o domu”.

Tym domem była Harenda. Drewniany dom wysoko, nad potokiem Zakopianką zwanym, budowali górale. Był własnością ekscentrycznej Angielki. Kasprowicz żartował, że od angielskiej lady kupił mu dom brytyjski geniusz – niejaki Wiliam Shakespeare! Bo potężną część finansów na zakup Harendy stanowiła zaliczka, jaką otrzymał na poczet tłumaczeń autora „Hamleta”.

Rzucił się Baca do przebudowy i rozbudowy domu z gorączkowym pośpiechem. Pisał z uśmiechem Kornel Makuszyński: „Skąpiec złota tak nie kocha, jak Kasprowicz tę swoją ’Harendę’. Kupił ściany i dach, a teraz ho! ho! – pałac, zamek, kasztel, wspaniałość”.

Na jego imieniny, 27 grudnia 1923, „Wersal” harendziański był gotowy. Przyszli gazdowie ograć dom. Gutowie. Gałowie. Zaśpiewali. Zatańczyli. Nasycili Harendę ruchem i ogniem.

„Kocham w niej wszystko – napisała Marusia – Gdy budzę się rano (…) widzę przez okno promienisty grzebień Tatr”.

Leopold Staff skomponował „hymn”:

Jakże godnie głosić będę – Kasprowiczów i Harendę,
Bo każdy to wyznać musi, Że nie ma oprócz Marusi
i prócz Janka – gospodarzy – Niechaj im się szczęście darzy!

I darzyło się. Pierwsze miesiące harendziańskie to w „Dzienniku” Marusi prawdziwa kronika szczęścia. „Janek mówi: – Ach, jak tu dobrze. Chwilami boję się swego szczęścia. Harenda i ty to ostatnie spełnienie moich marzeń”.

Jesienią 1924 Kasprowicz zachorował. Ale tym ostatnim miesiącom towarzyszyć będzie niezwykły wybuch twórczości. Podyktował Marusi pierwszy poemat „W sobotę rezurekcyjną”. Radosny Chrystus idzie wiosennymi polami wśród jaskrów i krokusów.

„Nie ma w Harendzie atmosfery śmierci: pomimo że wciąż z nią obcujemy, zwyciężamy ją uśmiechem i gorącą czynną miłością życia” – zapisała Marusia.

Na deszczułce ma przybity papier, ołówek przywiązany do na wpół bezwładnej dłoni. Można do dziś oglądać na Harendzie te wzruszające, prawie nieczytelne rękopisy „Mojego świata”. Z kart kipi humor. Nikt by nie rzekł, iż ich autor stoi u kresu swej drogi. Groźny Stwórca z „Hymnów” schodzi jako „stary Panbóg” w „Moim świecie” pomiędzy ludzi – „prosty, jak oni prości”, jak skrzętny gazda „zrywa kłosy i rozciera w szerokiej dłoni”…

W maju 1925 Jan dyktował Marusi: W „Mój świat” włożyłem wiele miłości. Pisanie go było dla mnie wielką ulgą i pociechą w mojej chorobie. Prowadzony przez Marusię i oparty na lasce mogę chodzić po podwórzu Harendy, przyglądać się wiosennym robotom i cudownemu pejzażowi”.

Nagle, nieoczekiwanie wcześnie, zakwitły na werandzie jego kwiaty ulubione – nasturcje. Ostatni wiersz, ostatniej książki, pogodny, a zarazem pełen rezygnacji, był do nich: „Palcie się kwiaty wrzące!/ Chłońcie własne ognie,/ Bez troski o to, co was jutro/ Zwarzy, skruszy, pognie…”.

Przed wysłaniem do druku „Mojego świata” podyktował dedykację: „Czynnie, a głęboko współczującemu świadkowi powstawania tych melodyj gęśliczkowych i obrazków na szkle, ŻONIE – zbiorek ten poświęcam”. Umarł w niedzielę, 1 sierpnia 1926 roku.

Albo, jeżeli już łaska,
Wybierzcie mi przystań nad rzeką
Tu, nad tą burtą kamienną
Pod szumów wieczystych opieką – prosił.

Marusia dokonała cudu! Zebrała ogromną sumę na budowę granitowego mauzoleum nad szumiącym potokiem. 1 sierpnia 1933 roku przeniesiono doń prochy autora „Księgi ubogich”. Kapela zagrała pogrzebowy marsz Janosika. Janicku, Janicku, imię twe nie zginie

Ani na wierszyczkach, ani na dolinie…

„Byłam szczęśliwa!”

Powrót życia do domu nad potokiem stał się dla Marusi marzeniem, postanowieniem. „Chcę, żeby Harenda zaczęła żyć dla drugich…”. Dzięki niej dom żył i promieniował.

Harenda przetrwała wojnę, ocaliła życie ukrywającym się Żydom i uciekinierom poszukiwanym przez gestapo. „Dom staje się ojczyzną jeszcze bardziej w chwilach najstraszniejszych katastrof dziejowych, kiedy ziemia zajęta jest przez wroga – dom jest ostatnim tej ojczyzny bastionem, w jego obrębie można jeszcze być sobą, ratować swoją godność, niezależność i walczyć do ostatniego tchu z narzuconą przemocą”. Tak pisała Marusia.

W roku 1950 wywalczyła uznanie Harendy za Muzeum Jana Kasprowicza. Wpisał się też w dzieje Harendy ksiądz Wojciech Gajdus – więzień Dachau, uosobienie pogody życia, jego zdjęcie do dziś stoi na Harendzie, i ksiądz Jan Zieja, kapelan Szarych Szeregów, bohater Powstania Warszawskiego, który zabierał w Tatry „Księgę ubogich”.

Harenda była dzięki Marusi jedynym miejscem w Polsce, gdzie przy „stoliku królowej Elżbiety” (bo i ona musiałaby tu przycupnąć) zasiadali w zgodnej symbiozie sławni pisarze, cudzoziemskie prezydentowe, gaździny, aktorzy, cybernetycy, księża katoliccy i prawosławni, muzycy, góralscy poeci, reżyserzy! O czymże się nie mówiło! O architekturze, muzyce, miłości, śmierci, polityce, poezji, filmie, historii, a nade wszystko o dniu dzisiejszym Polski. Biegliśmy do tego domu, czerpiąc zeń wiedzę, radość i młodzieńczą siłę. Dom żył, promieniał, skrzył się poezją, ogarniał opieką, inspirował, zobowiązywał. My – rodzina Harendy, jak to godnie ona nazywała – czuliśmy się zawsze oskrzydleni jej myślą, uskrzydleni jej nadzieją.

Marusia miała dar niegasnącej młodości. – Starość jest niczym innym, jak życiem zrezygnowanym, uginającym się pod ciężarem niespełnionych marzeń i nadziei – mówiła. – Ja byłam w życiu szczęśliwa!

Gdy odchodziła w zakopiańskim szpitalu, prosiła, by jej przeczytać Kasprowiczowskie pożegnanie:

Gdy przyjdzie czas, gdy przyjdzie czas
Odchodzić od pól tych i łąk,
Słońcu się nisko pokłonię,
Niebu pokłonię się w krąg.

Umarła 12 grudnia 1968 roku. W urodziny Kasprowicza.

„Kochana Harendo!”

Czuwały nad Harendą wiernie, twórczo i owocnie kierujące muzeum Wiesława Piotrowska i Anna Kogutkowa. To one wprowadziły imprezy „Wieczory na Harendzie” – świetny cykl, trwający do dziś. Ogromna gama tematów oscylujących wokół biografii, poezji, epoki Kasprowicza.

Po ich odejściu Harenda zagasła. By znowu odżyć, gdy prezesem stowarzyszenia został Piotr Kyc, dyrektor szkoły im. Kasprowicza na Harendzie – świetny organizator i znamienity fotografik, a funkcję kierowniczki muzeum powierzono Małgorzacie Karpiel, góralce z dziada pradziada.

Niestety, Stowarzyszenie Przyjaciół Twórczości Kasprowicza nie otrzymuje już od lat żadnych dotacji państwowych i tylko zapobiegliwość prezesa Piotra Kyca pozwala na działalność pod hasłem „Harenda żyje!”.

źródła:
http://www.naszdziennik.pl/
http://gazetylokalne.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Eseje, Historia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jan Kasprowicz

  1. Jerzy pisze:

    Takie to nasze polskie, że serce rośnie. Człowiek chciałby aby wszyscy czuli odbierali polskośc tak jak Jan Kasprowicz. Poeta, który żył i ukochał naszą Wiarę, Ojczyznę i Miłóśc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.