Władysław Reymont

Jacek Malczewski - Wladyslaw ReymontW wioseczce Kobiele Wielkie na ziemi łódzkiej dwudziestoletni Józef Rejment poślubił 17 stycznia roku 1854 szesnastoletnią pannę Antoninę de domo Kupczyńską, szlachciankę zacnego rodu. Sypnęły się dzieci, dokładnie co dwa lata – siedem (!) cór i dwóch synów. Wśród nich urodzony 7 maja roku 1867 – Stanisław Władysław. – pisze Barbara Wachowicz

 

Barbara Wachowicz

Kołaczkowo Władysława Reymonta

„Potrzebuję czuć się kochanym i sam kochać potrzebuję ludzi”. Władysław Reymont

Ciekawym, czy w Kołaczkowie już puściła ziemia? (…) Załączam list do Miłosławia, daj go ogrodnikowi, niech z nim jedzie i drzewka przywiezie, i zasadzi: jesiony nad parkanem od chlewów aż do owczarni, a topole za parkanem od owczarni aż do stodoły… – pisał siostrze 6 marca 1922 roku.

Władysław Stanisław Reymont, wielki, uznany pisarz, kandydat do Nagrody Nobla, jest właścicielem majątku Kołaczkowo w Poznańskiem. Spełniły się jego marzenia, posiadł wreszcie własny kawałek ziemi.

Naprawdę nazywał się Stanisław Władysław Rejment. W autobiografiach – pełnych wątków barwnych, acz nie zawsze wiarygodnych – wiódł ród swój od… szwedzkich wikingów. Pono jeniec – żołnierz wzięty do niewoli pod Jasną Górą w czas „potopu” – zakochał się i został w Polsce. Któryś z jego prawnuków miał zwyczaj przeklinać krewko: „A niech was rejment (regiment) diabłów porwie!”. Obdarzono go przydomkiem Rejment.

„Mnie krawczykiem nazwać chcieli”

W wioseczce Kobiele Wielkie na ziemi łódzkiej dwudziestoletni Józef Rejment poślubił 17 stycznia roku 1854 szesnastoletnią pannę Antoninę de domo Kupczyńską, szlachciankę zacnego rodu. Sypnęły się dzieci, dokładnie co dwa lata – siedem (!) cór i dwóch synów. Wśród nich urodzony 7 maja roku 1867 – Stanisław Władysław.

Matka była prawdziwą bohaterką. Nie tylko rodziła i niańczyła liczną progeniturę, lecz podczas Powstania Styczniowego, w którym walczyło czterech jej braci, pełniła służbę kurierską.

„Pamięć Mamy jest święta” – napisze o niej sławny syn. Zmarła w roku 1890, nie doczekawszy debiutu literackiego Władysława. „Śniła mi się Matuś… O Matko! Sprawiłem Ci tylko smutek i troski, nie dożyłaś, aby jaką taką pociechę mieć ze mnie” – napisze żałośnie. Ojcu wystawił w swych relacjach świadectwo jak najgorsze: „Żelazną ręką trzymał wszystkich; był nieubłagany dla naszych dziecięcych przewinień; więc też całe dziecięctwo miałem pełne obaw, strachów”.

Wielkim oparciem w tych smutkach było dlań rodzeństwo. Brat Franciszek, student medycyny wydalony z uczelni „za działalność wywrotową”, został farmaceutą i adresatem wielu serdecznych listów brata: „(…) dobrze wiesz, jak Cię kocham i jak mnie bardzo obchodzi wszystko, co się tyczy Ciebie”.

Spośród siedmiu urodziwych sióstr (wszystkie wyszły za mąż szybko i dobrze) najbliższą Reymontowskiemu sercu była najstarsza – Katarzyna, która poślubiła zamożnego właściciela zakładu krawieckiego w Warszawie – Konstantego Jakimowicza.

W roku 1880 trzynastoletniego Stacha ojciec oddał temu szwagrowi do terminu. 2 stycznia 1884 roku siedemnastolatek został wyzwolony na czeladnika. W rubryce z zapytaniem, „jaką na dowód uzdolnienia zrobił sztukę”, szwagier oświadczył: „Okazał frak bardzo dobrze uszyty”. Historia nie przekazała, by jeszcze cokolwiek poza tym frakiem wyszło spod igły przyszłego noblisty.

Wiadomo natomiast, iż świeżo upieczony krawiec znikał w katedrze św. Jana i pisał wiersze! Może nie najwyższych lotów – ale wyraziste:

Oni by mnie krawczykiem może nazwać chcieli,
Mnie, czy ci ludzie nie zidiocieli?

Był nieszczęśliwy i nie wiedział, co czynić. Pewnego dnia dostał wiadomość, że do sąsiedniego miasteczka zjechał teatr wędrowny. Komedianci, jak ich wtedy nazywano. Uciekł do nich i wyznał: „Bieda żarła, ale ta swoboda, życie pełne niespodzianek, wzruszeń, fantastyczność zaczęła mi się podobać”.

Do siostry – Kasi Jakimowiczowej – pisał w przeddzień świąt Bożego Narodzenia 1885 roku, że służy Melpomenie „o jednej koszuli, podartych spodniach i dziurawych butach”.

Chciał grać amanta. Był niewysoki, bez okularów źle widział. Dali mu w końcu amancki debiut. Skończył dramatyczną scenę i miał zejść, ostro trzaskając drzwiami. Mrużąc szare oczy, pozbawione szkieł, otworzył gwałtownie stojącą obok drzwi szafę i energicznie do niej wkroczył! Utłukł przedstawienie. Wędrowne życie teatralne odtworzy na kartach utworów – „Franek”, „Adeptka”, „Komediantka” i „Fermenty”.

Ojciec wymyśla mu od „aktorów-włóczęgów” – „Stracono wszelką nadzieję, aby kiedy stał się ze mnie porządny człowiek. Tyle mi tylko ojciec pomógł, że wyrobił mi miejsce na kolei wiedeńskiej”. Jest rok 1889. „(…) od piątej rano do zmroku chodziłem po planie i pilnowałem robót (…). Wśród głodu i chłodu siadywałem w rowie i kiedy woda podmywała mosty, których budowy pilnowałem, pisałem…”.

Wędrował po okolicznych wsiach. Jedna nazywała się Lipce. Lipecki lud, zadziorny i hardy, popatrywał nieufnie na tego krótkowzrocznego pracownika kolei, co lubił stawać pod oświetlonym oknem chat, skąd niosła się muzyka. Ceratowy notes puchł zapiskami, jego właściciel biedował i marzył. „7 maja 1892. (…) czy kiedykolwiek będę drukowanym? Nie zdaje mi się”.

Rozchorował się ciężko – z głodu. „Chlipnąć czasami raz na miesiąc lub dwa łyżkę gorącej strawy, nic nie znaczy. Podła egzystencja. Upokorzenie”…

Życzliwi zaaranżowali mu spotkanie z wszechwładnym naczelnikiem. Pech chciał, że tuż przed tym dniem wziął nowe książki z biblioteki. „(…) śnieg padał gęsty, dzwoniły jakieś sanki, akuratnie jak w Wodoktach, gdym z panem Kmicicem zajeżdżał do Oleńki. Wpłynąłem bowiem na burzliwe tonie ’Potopu’”. Tak się zaczytał, że o audiencji u naczelnika zapomniał.

– Trzeba być idiotą! – wrzasnął protektor. – Posadę diabli wzięli! Podziękuj Sienkiewiczowi!

Reymont odpowiedział: – Podziękuję mu za nieopisane szczęście, jakie mi dał, za pokrzepienie serca, nadzieję i wiarę, za tę potężną pieśń o Polsce niezwyciężonej!

„Stoję na progu sławy”

Wyrastał w domu bardzo religijnym. „Dzień się zaczynał modlitwą. Pamiętam te szare, głuche ranki zimowe. Budził nas zawsze śpiew matki. Śpiewała w kuchni ze służbą pobożne pieśni. (…) Byłem sam wtedy wielce i szczerze pobożny (…). Rozczytywałem się w żywotach świętych Skargi, które umiałem prawie na pamięć”. Matka marzyła, że zostanie księdzem.

Przeorowi paulinów z Jasnej Góry pisał o niej w 1893 roku: „Z Jej śmierci wstało życie dla mnie, że wracałem z pokorą i szczęściem do tych źródeł wiary, od których się oddaliłem. Poznałem, że poza katolicyzmem nie ma nic, dlaczego by żyć warto i umierać”.

5 maja 1894 roku Władysław Reymont wyrusza z pielgrzymką do Częstochowy. Ma napisać relację do „Tygodnika Ilustrowanego”. Warszawa obchodzi uroczyście stulecie Insurekcji Kościuszkowskiej, na manifestujący tłum sypią się aresztowania i zesłania. Pielgrzymka jasnogórska ma być dalszym ciągiem wielkiego marszu narodowego. Idą chłopi, szlachta, rzemieślnicy. W świetnym reportażu, który stanie się prawdziwym początkiem jego kariery literackiej, Reymont wnikliwie ukazał, jak zrodzić się może wielka więź między ludźmi różnych stanów.

„Słońce podniosło się i odsłoniło wieżycę. Wszystkie oczy uderzyły o tę górę z wieżycą na szczycie. Mario! buchnęło jak płomień z tysięcy piersi i tysiące ciał runęły na ziemię z krzykiem radości. Widok ten, niby orkan, rzucił te wszystkie głowy w proch (…). Zaśpiewali pieśń do Matki Boskiej i szli z siłą światłości dziwnej w oczach, z uśmiechem na chudych twarzach, pełnych śladów utrudzenia, a akcenty tego hymnu triumfalnie biły nad ziemią. (…) Kościół zdawał się otwierać z wierzchu, aby przepuścić tłumy dusz, które się rwały w modlitwie w nieskończoność, a wysoko jakby się rozwiewał płaszcz błękitny i ogarniał wszystkich, a jakieś ręce białe i oczy promienne błogosławiły, koiły, uspokajały, krzepiły serca, dawały zapomnienie i moc wytrwania”. Modlono się do Tej, „co Jasnej broni Częstochowy”, o wolność Ojczyzny. Reportaż Reymonta miał motto Mickiewicza: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”.

„Po Częstochowie Londyn. (…) Przed rokiem niespełna siedziałem na wsi, w kącie zabitym deskami… (…) A dziś? (…) mam ten rodzaj szczęścia, jaki ma niewielu…”.

Lata 1896-1899 spędza we Francji. „Zapadłem na ten słynny bruk paryski niby spłoszona kuropatwa i siedzę; (…) zima mokra, mglista, zadeszczona, błotnista – ohydna zima. (…) Druga rzecz, która zupełnie nie pomaga do zapomnienia o chandrze i nostalgii, są stosunki panujące pomiędzy tutejszymi Polakami. Tak się żrą i kłócą, obmawiają, plotkują, jakby to było co najmniej w Warszawie”.

Donosi w 1898 roku z Paryża Sienkiewicz: „Przyjechał Reymont. Młody, okropnie nieokrzesany, utalentowany, głodny, goleńki… Zaproponowałem mu pożyczkę… Wyobraź sobie, jak mu się palce zakrzywiły… Nie mogę zapomnieć, że i ja byłem niegdyś może trochę utalentowany, a na pewno goleńki i nikt mi takiej propozycji nie zrobił…”.

Przyszły prezydent Polski – Stanisław Wojciechowski – wspomina, że kiedy Reymont przyjechał do Londynu, trafił do rodaków w czas wielkiej biedy. Żywili się chlebem i cebulą i tym gościa podjęli. „Przypomniał mi tę wizytę Reymont, kiedy po otrzymaniu Nagrody Nobla przyszedł do Belwederu. – Kiedy były zęby – żalił się – brak było chleba, teraz mam co jeść, ale zębów nie ma!”.

Wiosną 1896 roku jest w Łodzi, gdzie zbiera materiały do powieści „Ziemia obiecana”. Wyznawał: „Uwielbiam masy ludzkie, kocham żywioły, przepadam za wszystkim, co się staje dopiero – a wszystko to mam w tej Łodzi”.

Z Łodzi pisał do brata Franciszka w kwietniu 1896: „Mam 29 lat i stoję na progu sławy i powodzenia i potrzeba wytężyć wszystkie siły, aby stanąć niewzruszenie w literaturze, aby zająć w niej miejsce pierwszorzędne”.

15 lipca 1902 roku w Krakowie odbył się ślub Reymonta z Aurelią Szacnajder-Szabłowską, elegancką, wytworną blondynką. W podróż poślubną wyjechali do Francji, gdzie Reymont pracował nad powieścią, o której donosił bratu już w maju 1898 r.: „Szykuję się do pisania wielkiej chłopskiej powieści dla ’Tygodnika’ pt. ’Chłopi’ (…) powieść ową będę pisał bardzo wolno, chcę z niej zrobić swoje arcydzieło”.

I tak się stało.

„Odbudować polską duszę”

Pisał „Chłopów” we Włoszech, na Litwie, w Paryżu. „Próżniak jestem – mówił – więc sobie wydzielam na każdy dzień robotę i póty nie wychodzę, póki jej nie skończę. A po obiedzie idę do kawiarni i śmiech to mówić, ale na tych paryskich bulwarach widzę przed sobą moją ukochaną wioskę i słyszę, jak Antek rozmawia z Hanką albo z Jagusią, widzę, jak jadą do lasu, orzą czy sieją, patrzę na bursztynowe pnie sosen…”.

Bożyszcze literackiej Europy – francuska sława, Romain Rolland, gratuluje Reymontowi „Chłopów”: „Szczęśliwy kto, jak Pan, nie jest wyrobnikiem książek – ale ziemią, swoją ziemią w całym cyklu czterech pór roku! (…) Raduję się, że Polska Pana posiada”.

Reymont w swej francuskiej biografii wyznaje: „Chcę (…) ze strzępów myśli i zaginionych obyczajów, z wrażeń z ziemi, ze wszystkiego co nasze, w swej najistotniejszej treści, odbudować polską duszę”.

Podejmuje trud heroiczny. Postanawia napisać gigantyczną trylogię poświęconą trzem polskim powstaniom – Kościuszkowskiemu, Listopadowemu, Styczniowemu.

Udało mu się zrealizować pierwszą część, napisać trzytomowy „Rok 1794” – dzieje insurekcji Tadeusza Kościuszki. Pochylił się nad dramatyczną powtarzalnością naszej historii. Siostrze pisał – niestety jakże słusznie: „Każda matka Polka, mająca synów, drżała tak samo o ich los, drży i jeszcze długo drżeć będzie. To są bóle i trwogi (…) jest to stała ofiara na ołtarzu ojczyzny”.

Dożył zwycięstwa Ojczyzny.

„Bardzo ładnie na wsi”

Od dawna marzył o posiadaniu własnej ziemi i domostwa na wsi. 19 stycznia 1920 roku rozpoczął starania o nabycie majątku Kołaczkowo pod Wrześnią w Wielkopolsce – wpisanej tak dramatycznie w nasze dzieje strajkiem dzieci pobitych przez Niemców za pragnienie modlitwy po polsku.

– Września – mówił Reymont – to symbol nieugiętości i mocy ducha chłopa polskiego. Dzieci wrzesińskie przed całym światem zaświadczyły o polskości tych ziem i przywiązaniu do wiary.

Poświęcił tym dzieciom wstrząsającą nowelę „W pruskiej szkole”. Ufundował Wrześni piękną bibliotekę wyposażoną w najwybitniejsze dzieła literatury ojczystej, wygłaszał prelekcje o historii Polski, cieszył się ze spotkań z młodzieżą… Września przyznała mu swe obywatelstwo honorowe.

Dobrym duchem Kołaczkowa, który przepięknie odremontował, stała się jego siostra Maria, adresatka listów brata stanowiących cenną kronikę – dowód, jak dalece „hreczkosiej” Reymont angażował się w los nabytej siedziby.

Marzec 1922 – „Ciekawym, czy w Kołaczkowie również mokro i czy już puściła ziemia? Co robi ogrodnik? Czy już ma inspekta? Powinien teraz na gwałt obcinać drzewa, skrobać je, bielić i okopać”. Daje wytyczne: jak tworzyć klomby, jak grabić park, jakie i gdzie zasadzić drzewka owocowe.

Młody, prężny wydawca amerykański – Alfred Knopf – rzuca na rynek amerykański w dużym nakładzie tłumaczenie „Chłopów” i odnosi finansowy sukces. Dolarowy zastrzyk w znacznej mierze przyczyni się do ocalenia „marzenia”, jakim było dla Reymonta Kołaczkowo.

Jak wyglądało podówczas – opowiada z właściwym sobie urokiem i uśmiechem Kornel Makuszyński: „Był to śliczny dom, (…) wśród bukietów drzew, pełen złotej poświaty. (…) Reymont strasznie się (…) puszył jako gospodarz, chciałby, gdyby mógł, całemu światu pokazać to Kołaczkowo, wyspę szczęśliwości (…).

Pałacyk śliczny, włoskiej mody, kolumny wyniosłe, komnaty pełne słońca”.

W Kołaczkowie królują psy. Gdyby Orwell znał język polski, moglibyśmy oskarżyć jego „Folwark zwierzęcy” o plagiat. W książce Reymonta „Bunt” opatrzonej podtytułem „Baśń” zwierzęta buntują się przeciw władzy człowieka. Krytycy marksistowscy nazwali „Bunt” „paszkwilem na rewolucję”, wydawca współczesny (pierwsze wznowienie od 80 lat w roku 2004 ma na okładce mordę psa w bolszewickiej czapce z czerwoną gwiazdą) uznał tę okrutną „baśń” za „postrzeganie zagrożenia komunistycznego jako czynnika zabijającego człowieczeństwo”.

Opowiadała mi pani Janina Makuszyńska, żona Kornela, gdym ją odwiedzała w zakopiańskiej „Opolance”: – Reymont był człowiekiem uroczym, skromnym i dobrym. Wiele listów od niego spaliło się w naszym warszawskim mieszkaniu podczas Powstania, ale ocalał ten, gdzie wabi mnie Reymont następująco: „Jabłków i gruszków, jeśli Pani tego używa, jest już w bród. Są i kartofle z kwaśnym mlekiem. Na przyjazd Pani każę zabić tłustego barana. Może być i prosiątko pieczone. Mogą być indyczki lub gąski. No i co Pani zechce. Wszystko do dyspozycji, nawet róże i miód świeży”… I kończy te obietnice z melancholijnym sarkazmem: „Nawet perspektywa pogrzebu pierwszej klasy mojego”.

Niestety – jakże szybko ta obietnica miała się spełnić.

„Obdarzyliście mnie po królewsku”

„Piszę w 24 godziny po otrzymaniu wiadomości o Noblu (…) ta nagroda uderzyła we mnie istotnym, wstrząsającym piorunem (…) w kraju zrobiło to kolosalne wrażenie. Gotowi jeszcze czytać moje książki!” – zanotował z goryczą.

13 listopada 1924 roku Akademia Szwedzka przyznała Reymontowi Nagrodę Nobla za „Chłopów”. Oświadczono: „Cieszymy się, że najwyższe odznaczenie literackie przyznano przedstawicielowi odrodzonej i wolnej Polski”.

Niestety stan jego serca był taki, iż nie mógł jechać do Sztokholmu, by odebrać nagrodę. Napisał melancholijnie: „Nagroda Nobla spadła na mnie prawdziwym gromem niespodzianki (…) chory jestem, bez sił, cóż mi po sławie i pieniądzach. Los zadrwił sobie ze mnie”.

Na 15 sierpnia 1925 roku członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” pod przywództwem Wincentego Witosa zaplanowali wspaniałe dożynki, by oddać cześć twórcy „Chłopów”.

„Myślę, że byłaby to jedyna sposobność pogodzenia się wszystkich polskich stanów i zawiązania (…) świętej konfederacji trwania i obrony… Tak mi się to marzy. Dożynki w dzień Matki Boskiej Zielnej. Święto oracza, święto pracy rolnej obchodzone przez całą Polskę” – zapisał optymistycznie.

Powiedział: „Jeśli praca moja przyniosła Polsce pożytek, to spełniłem tylko mój obowiązek wobec Ojczyzny. Obdarzyliście mnie po królewsku”.

Po powrocie z dożynek – dogasał. Umarł 5 grudnia 1925 roku.

Trumna z Orłem Białym płynęła na barkach chłopskich Aleją Zasłużonych na Powązkach, która od tej mogiły się zaczęła. Wrzucono mu do grobu garście ziemi z Lipiec i Kołaczkowa.

„Cudownie spotkać Reymonta”

Reymont chciał przekazać Kołaczkowo na „Dom Pisarza-Weterana”. Zanotowano jego słowa: „Dwór w Kołaczkowie stanie się ośrodkiem, w którym pisarze polscy, gdy dojdą do starości i już pisać nie będą mogli, znajdą mieszkanie i całe utrzymanie. Bo nie jeden na stare lata cierpi nędzę”. I mielibyśmy nasz Skolimów, którego zazdrościmy aktorom. Niestety – Aurelia Reymontowa czym prędzej Kołaczkowo sprzedała.

W czasie wojny i po wojnie Kołaczkowo doszczętnie zrujnowano – zwykły los dworów polskich. Odbudowę rozpoczęto w Roku Reymontowskim 1967, pałac otwarto w 1971. Obecnie działa tam Gminny Ośrodek Kultury imienia Władysława Reymonta. Dyrektorowi Edmundowi Kubisowi udało się wyposażyć wnętrza w oryginalne meble biedermeierowskie pochodzące z warszawskiego mieszkania Reymonta. Zgromadzono pełną dokumentację licznych adaptacji filmowych dzieł Reymonta, przypominając, iż „Chłopów” i „Ziemię obiecaną” sfilmowano po raz pierwszy jeszcze za życia autora.

Imponująco wygląda potężny zestaw dzieł Reymonta włącznie z tak egzotycznymi tłumaczeniami jak „Ziemia obiecana” po chińsku. Wielką atrakcją dla zwiedzających jest sam pan Reymont siedzący przy biurku.

Ośrodek – z inicjatywy dyrektora Kubisa (który potrafi przedłużać dzień pracy tak długo, jak pukają do drzwi pałacu goście) – organizuje szereg konkursów, którego wynikami powinni zainteresować się naukowcy badający historię polszczyzny. Bardzo cenne są odpowiedzi młodzieży na pytanie: „Jak mówią bohaterowie ’Chłopów’, a jak mówisz ty, twoi rodzice i dziadkowie? Czego nie rozumiecie wy, a czego nie zrozumieliby Jagna, Boryna, Antek?”.

Dyrektor Kubis zbiera także i eksponuje pod hasłem „Ocalić od zapomnienia” sprzęty gospodarstwa domowego z epoki reymontowskiej, kultywuje stare pieśni i tańce. Zdobył nagrania ludzi, którzy jeszcze pamiętali Reymonta i pracowali w majątku. Otacza ochroną park, gdzie szumią srebrne świerki, posadzone ręką Reymonta.

Kołaczkowo w Wielkopolsce – majątek Reymonta z pięknym klasycystycznym pałacem (fot. Z. Żyburtowicz)

Kołaczkowo w Wielkopolsce – majątek Reymonta z pięknym klasycystycznym pałacem (fot. Z. Żyburtowicz)

Wpisy do ksiąg pamiątkowych są pełne wzruszenia: „Cudownie spotkać znów Reymonta w Kołaczkowie, który był jego spełnionym marzeniem!”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/54134\

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Eseje, Historia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Władysław Reymont

  1. Jerzy pisze:

    Piękna musi byc dusza polska , jeśli wychowała takiego pisarza jak Reymont. Czas „mącicieli dusz” przemija. Telewizja i kino zabija wyobraznię. Czy kiedyś piękno słów naszych pisarzy i poetów potrafi jeszcze pruszyc serca Polaków. Czy z nieobytego „narodku” przeobrazimy się z powrotem w Naród.

  2. Feliks Trusiewicz pisze:

    Władysław Reymont to objawienie w literaturze polskiej. W „Chłopach”, prostym, ludowym słowem wsławił obyczajową kulturę chłopstwa polskiego. W „Ziemi Obiecanej” realistycznie i bez ksenofobicznych uprzedzeń przekazał fotografię przemysłowych elit żydostwa polskiego. Jego dzieła to perły w literaturze polsmiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.