Sylwetki: Józef Łobodowski

foto. Muzeum Emigracji w ToruniuPostać jednego z największych buntowników w historii polskiej literatury pozostaje zapomniana. Urodzony w 1909 r. Łobodowski pierwszy raz do aresztu trafił, mając… dwanaście lat. Z gimnazjum wyrzucony został za bojkot fizyki i matematyki. Z uniwersytetu za „szerzenie pornografii i bluźnierstwa w wydawanych przez siebie utworach”. Za kratki trafiał jako oskarżony o komunizm.

 

Na obcej ziemi boję się umierać

Bez lęku spotkam śmierć ojczystą,
śmierć na ziemi , co mych prochów nie rozgubi.
Tam się oddam szeleszczącym liściom,
Zamienię się w goryczkę i łubin…
Żeby mi lubelskie cmentarne słowiki
zanosiły się co noc miłosnym krzykiem ;
żebym wiedział, w ciepłą wtulony borowinę,
żem jest dla niej nie przybłędą, nie gościem
lecz synem;
żeby mnie obcy kamień nie ziębił,
żebym każdym ścięgnem pilnie czuł
że jak czarna próchnica, jak korzenie
wrastam ziemię,
aż do serca, aż do głębi,
w dno odwieczne,
w pradziadowski muł.
[…]
Żeby mnie deszcz przepoił i wicher wydeptał,
żebym się stracił, zagubił w nocnych szeptach,
oszołomił listowia zwiędłym aromatem;
żeby, gdy się korzenie w mym sercu rozrosną,
młody krzew ponad głową zaszumiał
i ludziom opowiedział z nadchodzącą wiosną
wszystko to
czegom ja już nie umiał.
A na obcej ziemi boje się umierać…

 

Film „Józef Łobodowski. Errata do biografii” na stronie TVP lub >TU

 

Piotr Lisiewicz

Trzeba coś zrobić, gdzieś biec

W odnalezionych notatkach Józefa Łobodowskiego ocalał nieznany wcześniej wiersz poświęcony generałowi Jaruzelskiemu: Czy cię ukamienują przed wzburzoną rzeszą,/ czy kula z tyłu w kark, czy cię powieszą,/ i tak już jesteś brzydkim trupem… „Komunizm w Polsce umarł. Są tylko komuniści, czytaj: oportuniści, łgarze i karierowicze” – te słowa sędziwy już twórca napisał w Hiszpanii tuż po wprowadzeniu stanu wojennego.

Czasem i z senatora rodzi się kurwa – to z fraszki Łobodowskiego o Wandzie Wasilewskiej. Wy, tłuste szczury z burżuazyjnych ścieków – to z wiersza „Intelektualistom zachodnim”. Fraszka dedykowana profesorowi Stanisławowi Kotowi: Już kilka razy, mój profesorze,/ zerżniętoć tyłek, łeb ci zmyto,/ ja jeden ciebie nie chędożę,/ abym nie został sodomitą. Ale żeby nie było tak jednostronnie, dodajmy fragment relacji poety z przyjazdu prymasa Hlonda na uroczystości religijne, z czasów młodzieńczego komunizowania: „W czasie uroczystości poznańskich hlonda (tak w oryginale – P.L.) salutowano 21 strzałami armatnimi – naszym zdaniem wystarczyłby jeden strzał ale celny”.

Karabinu rozbieranie i ubieranie

Dzisiejsza sztuka uwielbia bunt. Mało znani artyści z dnia na dzień wyrastają na medialne gwiazdy, jeśli tylko sprofanują (odpowiednie) symbole. Tymczasem postać jednego z największych buntowników w historii polskiej literatury pozostaje zapomniana. Urodzony w 1909 r. Łobodowski pierwszy raz do aresztu trafił, mając… dwanaście lat. Z gimnazjum wyrzucony został za bojkot fizyki i matematyki. Z uniwersytetu za „szerzenie pornografii i bluźnierstwa w wydawanych przez siebie utworach”. Za kratki trafiał jako oskarżony o komunizm. W wojsku – znów skończył w areszcie (zapewniał tam sierżanta, że nie interesuje go ani rozbieranie, ani ubieranie karabinu).

Potem było kilka spokojniejszych lat po politycznym zbliżeniu z „towarzyszem Piłsudskim” (jak pisał o nim w jednym z wierszy). I znowu – w propagandzie PRL znany z antykomunizmu poeta przedstawiany jest jako Józef Ł. (bez nazwiska) – pijak i awanturnik, klęczący przed generałem Franco i zbierający złote monety.

Jakby tego było mało, także po wojnie, na emigracji, Łobodowski był samotnikiem mieszkającym nie w żadnym z głównych jej ośrodków, lecz w Madrycie. Splendory hiszpańskie również traktował z rezerwą. Gdy staraniem przyjaciół urządzono mu przyjęcie, w którym brali udział wpływowi hiszpańscy arystokraci, mające pomóc w uzyskaniu stypendium, Łobodowski rzecz potraktował po swojemu. Na bankiet przybył spóźniony godzinę i pijany tak, że ledwo trzymał się na nogach. Przygotowano mu kąpiel. Wobec tak zademonstrowanej dezaprobaty dotyczącej jego nietrzeźwości zareagował zdecydowanie – wszedł do wanny w ubraniu. Ociekając wodą, zjawił się w salonie.

Bez listu żelaznego

Jak doszło do tego, iż w czasach, w których kultura masowa ceni bunt, Łobodowski znany jest tylko nielicznym, mimo że w 2001 r. ukazała się bardzo udana jego biografia autorstwa Ireny Szypowskiej? (Korzystam z niej obficie przy pisaniu niniejszego tekstu).

Po wojnie poetę zachęcano do powrotu nad Wisłę. Jeden z pisarzy z otoczenia Jerzego Borejszy namawiał go: „Same tylko tłumaczenia z rosyjskiego i hiszpańskiego załatwią ci sytuację finansową”.

Od lewej: Bronisław Przyłuski, Ignacy Wieniewski, Józef Łobodowski

Od lewej: Bronisław Przyłuski, Ignacy Wieniewski, Józef Łobodowski

Nie wrócił. Komunistów znał, bo sam był (jako dwudziestoparolatek) jednym z nich. „Odpowiedziałem dyplomatycznie, że od czasu spalenia Jana Husa na stosie, mimo że miał cesarskie zapewnienie, nie wierzę w żadne »żelazne listy«. Znałem zbyt dobrze taktykę komunistyczną, a w każdym razie znacznie lepiej, niż kandydat na mojego protektora” („Wiadomości”, 1974, nr 39).

Jego diagnoza sytuacji potwierdziła się: „Po paru latach dowiedziałem się, że mój niedoszły gwarant znalazł się w niełasce, która po pewnym czasie doprowadziła go do więzienia”.

Ta sama znajomość komunizmu stawiała Łobodowskiego emigranta w opozycji do zachodnich elit. We wspomnianym wierszu dedykowanym „Intelektualistom zachodnim” pisał: Pokojowe pudle, paradujące w czerwonych kokardach,/ rewolucjoniści od siedmiu boleści!/ Deklamujecie ciągle o człowieku,/ a obchodzi was tylko waluta – byle twarda –/ tchórze bez wstydu i cześci!/ Gdzieście byli, coście robili, gdy rozstrzeliwano Gumiłowa,/ gdy obłąkany Mandelstam zdychał w syberyjskim łagrze.

Poeta z sekcji sztyletników

Należał do zwolenników rozprawy z komunizmem wszelkimi dostępnymi środkami. Najmocniej wyraził to w wierszu „Sztyletnicy” z tomiku wydanego w 1984 r.: Urodziliśmy się w bolesnym krzyku/ i tym krzykiem, a nie bezradnym płaczem/ sprzeciwiamy się zbrodni i sfałszowanym kartom./ Nam należeć do sekcji gniewnych sztyletników, bo inaczej/ w naszych czasach żyć nie warto! „Łączył w sobie cechy intelektualisty z temperamentem chuligana” – pisał o nim Wacław Gralewski, poeta młodopolski.

Jury nagrody literackiej „Wiadomości”, 6.06.1970 r. Od lewej: Michał Chmielowiec, Józef Łobodowski, Juliusz Sakowski, gen. Marian Kukiel, Maria Danilewicz, Adam Pragier, Marian Hemar, Józef Mackiewicz, Stanisław Baliński, Wacław Grubiński

Jury nagrody literackiej „Wiadomości”, 6.06.1970 r. Od lewej: Michał Chmielowiec, Józef Łobodowski, Juliusz Sakowski, gen. Marian Kukiel, Maria Danilewicz, Adam Pragier, Marian Hemar, Józef Mackiewicz, Stanisław Baliński, Wacław Grubiński

Taka postawa także na emigracji stawiała go po stronie mniej dziś docenianej – polskiego Londynu. Gdy Łobodowski się z kimś spierał, nie przebierał w słowach. Gustaw Herling-Grudziński pisał o nim: „Wspaniały ukrainoznawca, ale człowiek agresywny w dyskusjach”.

Z Giedroyciem Łobodowski pokłócił się o postawę Miłosza. 3 listopada 1981 r. pisał do Redaktora: „Miłosz jest świetnym poetą, czemu nieraz zaświadczałem, między innymi także w »Kulturze«. Ale politycznie i osobiście jest człowiekiem małym, pełnym urazów i kompleksów”.

Mimo sporów z Giedroyciem pisywał na łamach paryskiej „Kultury”. Irena Szypowska zauważa: „Łączyły go z Giedroyciem podobne zapatrywania polityczne, zwłaszcza przekonanie o nieuchronnym rozpadzie ZSRR na szereg państw narodowych, z których najważniejsza będzie Ukraina”.

Ale jednocześnie były poważne różnice: „Redaktor »Kultury« nigdy jednak nie chciał występować zdecydowanie przeciw socjalizmowi w obawie przed oskarżeniami o »prawicowość«, liczył też na to, że ustrój ten w Polsce będzie się przeobrażać, skąd brało się jego poparcie dla kolejnych faz liberalizacji, posunięte nawet do udzielenia Gomułce kredytu zaufania. Łobodowski nie miał takich złudzeń […], ideowo był związany z polskim Londynem”.

Przeciw księżom paktującym z Antychrystem

Dziś Łobodowski potępiany byłby zapewne także za stosunek do rozliczeń w Kościele. Wystąpienia „przeciw nazbyt układnym kapłanom” powtarzać się będą w jego twórczości wielokrotnie. Nie akceptował kompromisów kleru z komunistami. W najbardziej wyrazisty sposób dał wyraz swym przekonaniom w wierszu „Kantata na intronizację Jana Pawła II”. Opatrzył go mottem ze Słowackiego – z wiersza, w którym romantyczny wieszcz wyprorokował pontyfikat Wojtyły: Wnętrza kościołów on powymiata.
Łobodowski przypominał: Bo nie wszyscy mówili światu/ prawdę, uwikłani w sieci doczesnych dyplomatów,/ nie zauważyli, że paktują z Antychrystem,/ nie upominali się o braci prześladowanych/ i siadały przy ich stołach pogańskie Hetmany/ podstępnie podważając sprawy wiekuiste./ Czas wypędzić przekupniów ze świątyni […].

Podobną tematykę odnajdziemy w „Tryptyku o zamordowanym kościele”, poświęconym grekokatolikom. Na tryptyk składają się trzy wiersze: „Święty Andrzej u Scytów”, „Metropolita Szeptycki” oraz „Halickiemu władyce”. W tym ostatnim pisał: Władyko pomordowanych/ władyko zgnojonych w łagrach/ władyko kościoła wpędzonego do katakumb,/ jakaż cena za twoje kajdany, jaką kartę dyplomata zagra/ z szalbierzami spod diabelskich znaków?

Łobuz z czarnomorskich bulwarów

Józef Łobodowski urodził się 19 marca 1909 r. w Purwiszkach na Litwie. Z nazwą rodzinnej wsi miał kłopoty w czasach szkolnych – wystarczyło zmienić pierwszą literę w jej nazwie i już stawał się obiektem dowcipów rówieśników.

Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Dziadek był najmłodszym z dwunastu braci. Jedenastu poszło walczyć w powstaniu styczniowym i żaden nie wrócił. Jak wspominał, dziadek z powodu absencji w powstaniu „dostał kompleksu winy”, w wyniku czego „rozpił się i wkrótce umarł”. Ojciec, Władysław Łobodowski, startować musiał więc od zera – zaczynał jako kowal, cieśla i ślusarz, by wreszcie zostać oficerem armii rosyjskiej. Matka Stefania Doboreyko-Jarząbkiewicz pochodziła z rodziny wiejskiego nauczyciela.

Dzieciństwo Łobodowskiego upłynęło w Lublinie. W 1914 r. ojciec poszedł na wojnę. Przyszły poeta wraz z matką przeniósł się do lepiej zaopatrzonej Moskwy. Gdy zaczęły się kłopoty z żywnością, wyjechali jeszcze dalej, na północny Kaukaz, do Jejska, rybackiego portu na brzegu Morza Azowskiego.

Tu zastała ich rewolucja bolszewicka. „Rewolucję przeżywałem na ulicy. Już jako sprzedawca papierosów i tytoniu, wchodziłem w konflikt z władzą […]. Przyjaźniłem się z bezdomnymi dziećmi portowymi” – pisał. Handlował samogonem, jako dwunastolatek dwie doby przesiedział za to w celi więziennej.

Swoim kolegom z tamtych lat poświęci wiersz „Łobuzerskie”: Uroczyście was dzisiaj pozdrawiam,/ o, łobuzy czarnomorskich bulwarów,/ razem nas wicher szorstki/ nosił na skrzydłach pożaru.

Ojciec nie doczekał powrotu do kraju i w 1922 r. zmarł. Trzynastoletni syn własnym rękami zbił mu trumnę. Wkrótce z resztą rodziny ruszył w drogę do Polski. Po drodze przeżyli epidemię tyfusu, w wyniku której zmarła jedna z trzech jego sióstr.

O czerwonej krwi

Łobodowski wrócił do Lublina i rozpoczął naukę w gimnazjum. Zaczął pisać wiersze. Przeżycia z czasów rewolucji nie pozostały bez echa. W szkole lubił afiszować się z ateizmem. Gdy w siódmej klasie w ogóle przestał przychodzić na lekcje matematyki i fizyki, został wyrzucony ze szkoły. Zaczął pracę na poczcie. Ale dyrektorowi zrobiło się go żal. W końcu poeta zdał maturę.

Pierwsze wiersze Łobodowski wysłał Julianowi Tuwimowi, który odpisał: „Za dużo w tomiku wierszy, za dużo w wierszach słów, ale są i bardzo dobre”. Jako student pierwszego roku prawa na KUL wydał następny tomik „Gwiezdny psałterz”. Jego twórczość zaczęto nazywać „poezją Cezarego Baryki”, bohatera „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego.

W 1931 r. wydał kolejny tomik „O czerwonej krwi”, o tym, że trzeba porwać się z miejsca,/ ogromny sztandar rozwinąć,/ że trzeba coś zrobić, gdzieś biec. Komunizujący tomik skonfiskowano, sprawa trafiła do sądu. Rektor KUL wyrzucił Łobodowskiego z uczelni „za szerzenie pornografii i bluźnierstwa”. Stał się znaną w mieście postacią. „Szedł przez całą szerokość Krakowskiego Przedmieścia, jakiś ogromny, kanciasty, jak mi się wydawało, dziki i kudłaty” – zapamiętała go poetka Anna Kamieńska.

Redagował miesięcznik „Barykady”, w którym drukował m.in. poeta Józef Czechowicz. Obyczajem pisma był brak wielkich liter i znaków interpunkcyjnych. Gdy w Poznaniu poświęcony został pomnik Chrystusa Króla, „Barykady” wydrukowały tekst Mariana Plizgi: „w czasie uroczystości poznańskich hlonda salutowano 21 strzałami armatnimi – naszym zdaniem wystarczyłby jeden strzał ale celny”.

Za Marianem Plizgą rozesłano listy gończe, ale jego adres był nieznany. Powszechnie podejrzewano, że za pseudonimem krył się sam Łobodowski. Sąd skazał go na 2 lata i 6 miesięcy aresztu. W drugiej instancji wykonanie wyroku zawieszono na pięć lat.

Pijackie dyskusje z policją

Lubelska burzliwa młodość obfitowała w przytaczane później przez poetę anegdoty. Łobodowski wspominał: „Miasto jeszcze śpi. Jest jakaś piąta nad ranem, słońce już wzeszło, ale go za domami nie widać. Śpiewamy. Naprzeciw dwóch policjantów. Paski pod brodą – są na służbie. Zatrzymują nas: Panowie nie szanują ciszy nocnej! Nagle interweniuje Bronek Michalski. – Panowie pohuszają nieciekawe tematy (po pijanemu zaczynał zjadać literę er) a tu macie jedyną okazję, żeby po zniżonej cenie nabyć tom genialnego poety Bhonisława Michalskiego. W przedpłacie tylko złoty pięćdziesiąt, a potem będzie kosztować dwa złote. Tytuł tomu »Wczohaj«. Proszę – do jednego z policjantów, wyciągając notes i pióro – pańska godność i adhes?”. Lubelskie przygody stały się kanwą dla napisanego w latach 60. cyklu powieści „Dzieje Józefa Zakrzewskiego” – literackiej autobiografii autora.

W 1933 r. poborowy Łobodowski powołany został do służby wojskowej. Zwierzchników do szału doprowadzała jego ironia. Z przepustki nigdy nie wracał na czas, spóźnił się na własną przysięgę.

Będąc w wojsku, dwudziestoczteroletni Łobodowski poznał Zuzannę Giczankę, szesnastolatkę piszącą wiersze. Gdy przyłapała ich mówiąca po rosyjsku babcia, Łobodowski zapewniał: „Madam, ja wied wlubion w Sanoczku tolko płatoniczeski”.

Pobyt w wojsku przerwała próba samobójcza. Co do jej przyczyn podawano różne wersje: złe traktowanie w wojsku, nieszczęśliwą miłość. Irena Szypowska: „Poświęcił swą młodość idei, w której sens zaczął poważnie wątpić i nie wiedział, co robić dalej, jak się z tego z honorem wyplątać”. Po powrocie do zdrowia osadzony został w wojskowym więzieniu.

Towarzyszu Piłsudski

W tym czasie Łobodowski publikował już na łamach pism związanych z piłsudczykami. Wyrazem zbliżenia się poety do tego środowiska miał być udział w wieczorze literackim w stolicy. Ale poeta nie przyjechał, bo siedział w areszcie.

Tymczasem na uczestnikach wieczoru wrażenie zrobił jego wiersz „Piłsudski”: Za Belwederu oknami wicher nie ucichł,/ spadek duchów umarłych siwą głowę obarcza –/ towarzyszu Piłsudski,/ w przeddzień polskiej rewolucji/ krwią wasze imię wypisujemy na tarczach. Sprawą zajęła się Kazimiera Iłłakowiczówna, która była osobistym sekretarzem Piłsudskiego. W efekcie Łobodowski został… wyrzucony z wojska. I sąd wojskowy nie mógł zajmować się jego sprawą. Poeta wyszedł na wolność.

W 1934 r. Łobodowski sprowadził się do Warszawy, gdzie zamieszkał z innymi lubelskimi poetami. Do stolicy przeniosła się też Zuzanna Ginczanka, która stała się cenioną poetką.

Rozstanie z komunistami było burzliwe. Znajomy ukraiński komunista opowiedział Łobodowskiemu o tym, jak w Sowietach jest naprawdę, o panującym na Ukrainie głodzie. Wkrótce do poety dotarła wieść o jego samobójczej śmierci. Przekroczył nielegalnie granicę. Mimo że zagadywał do ludzi po ukraińsku, nikt ze strachu się nie odzywał. Wrócił wyleczony z komunizmu na zawsze. „Iść z nimi, to znaczy co dzień zadawać gwałt sumieniu […]. Wstrzymywać się przed wygłoszeniem własnego zdania, póki nie przyjdzie urzędnik i nie uzgodni poglądów” – napisał dwudziestosześciolatek w tekście „Smutne porachunki” w „Wiadomościach Literackich”. Napisał też wiersz „Do starego towarzysza”, przez niektórych odbierany jako opis przyczyn samobójczej próby: Łudziliśmy się długo. Zagmatwanym śladem/ wiódł rozkaz gniewu skłóconą gromadę […] Umilkliśmy. Zostały te zatrute strofy/ i świat nie wywalczony. I śmierć. I nic więcej.

W odpowiedzi Wanda Wasilewska nazwała w „Robotniku” Łobodowskiego „plugawcem” oraz „nacjonalistycznym agentem w służbie faszyzmu”.

Ataman Łoboda

W ostatnich latach niepodległości wiersze Łobodowskiego, tak samo jak rówieśników: Czechowicza, Miłosza czy Sebyły przenika prorocza katastroficzna wizja przyszłości.

W działalności poety z lat 30. wielką rolę odgrywa sprawa stosunków polsko-ukraińskich. „Ataman Łoboda” – taki miał pseudonim wśród przyjaciół Łobodowski – głosił pogląd, że naród ukraiński chce należeć do kultury Zachodu i Polacy, próbując mechanicznie podporządkować Ukraińców polskości, szkodzą sprawie. Przekładał poezję ukraińskiego wieszcza Tarasa Szewczenki.

Poglądy zbliżyły Łobodowskiego do Henryka Józewskiego, wojewody wołyńskiego. Ten zaproponował mu redagowanie tygodnika „Wołyń”. 1 marca 1938 r. Łobodowski poślubił Jadwigę Kuryło i zamieszkali w Łucku. Pobyt na Wołyniu trwał kilka miesięcy, gdyż wojewoda stracił stanowisko za politykę proukraińską.

Kapral wybrany demokratycznie

Gdy wybuchła wojna, Łobodowski dostał powołanie do wojska. Ponieważ w grupie, z którą maszerował, nie było oficera, jako ten „co najwięcej gada” został wybrany na demokratycznego kaprala. Wzięli udział w walkach o Lwów. Trafił na Węgry, do obozu internowania. Uciekał kilkakrotnie. W końcu dotarł do Paryża. Tu spotkał innych poetów, m.in. Lechonia i Wierzyńskiego.

Francję zapamiętał m.in. z szalejącego tam antysemityzmu. Wspominał: „W Tuluzie wyświetlano propagandowy film antyżydowski »Der Jude Suss«. Gdy w końcowej scenie Żyd Suss został powieszony, na sali rozległy się huczne oklaski”.

Francuski antysemityzm był dla Łobodowskiego czymś nieporównywalnym z polskimi realiami: „Policja paryska otrzymała od Niemców nakaz zgromadzenia wszystkich dorosłych Żydów. Wykonała rozkaz ze stuprocentowym nadprogramem koncentrując całe rodziny: mężczyzn, kobiety i dzieci. […] Czy wyobrażacie sobie podobne widowisko w warszawskiej Dolinie Szwajcarskiej?”.

Z Francji wyniósł też weselsze wspomnienia niż to z Tuluzy z 1941 r. Jak pisał, jechał metrem wraz z przyjaciółmi na „lekkim rauszu”. „Doszło do drobnego zatargu z konduktorem, ale szybko się rozładowało. Jeden z pasażerów zainteresował się jakiej my jesteśmy narodowości: – Polacy? No, normalnie, »pijany jak Polak«. Ogólny śmiech. […] Zacząłem od tego, skąd się wzięło owo lekceważące powiedzenie. Po szarży przez przełęcz Somosierra, jeden z francuskich generałów zauważył uszczypliwie, że nic dziwnego: wszyscy szwoleżerowie byli pijani. Na to Napoleon: Chciałbym, by wszyscy moi żołnierze byli tak pijani, jak ci Polacy. Brnąłem dalej. Owszem, Polacy upijają się od czasu do czasu, a Francuzi piją wino od samego rana […], dlatego są zdegenerowani i nie chcieli się bić z Niemcami ani po pijanemu, ani po trzeźwemu”.

Będą piekielne czyścić sracze

We Francji Łobodowski zwierzył się Lechoniowi i Wierzyńskiemu, że chce nielegalnie wrócić do kraju i dzięki dobrym stosunkom na Wołyniu nawiązać kontakty z Ukraińcami, by przeciwdziałać wzajemnej rzezi. Ze sprawą trafił do ministra Stanisława Kota, który nie pałał do niego sympatią z racji na związki z piłsudczykami. Mimo to Łobodowskiemu zlecono napisanie ulotek po ukraińsku.

Późnym wieczorem w ciemnym paryskim zaułku Montmartre wysoki mężczyzna zapalił zapałkę, by odczytać numer kamienicy. Dostrzegli go policjanci. Postura boksera, chuligański wyraz twarzy i dziwne nazwisko „Lobodoqui” nie wzbudziły ich zaufania, więc go obszukali. Znaleźli ulotki w jakimś dziwnym języku. Trafił do więzienia. Wystarczyłaby interwencja polskich władz, by go wypuszczono. Ale ze strony Kota interwencji nie było. Odwdzięczył mu się cytowaną na początku fraszką „Na profesora Kota”.

Wyszedł z więzienia po siedmiu miesiącach i trafił do obozu dla polskich żołnierzy. Wydał dla nich dziesięć numerów pisma „Wrócimy”. Nie chciał jednak do końca wojny siedzieć bezczynnie. Uciekł z obozu i postanowił przedostać się do Anglii, do Polskich Sił Zbrojnych.

Po nielegalnym przekroczeniu granicy hiszpańskiej został złapany. Trafił do więzienia w hiszpańskim Figueras. Słał stamtąd prośby o interwencję do polskiego przedstawicielstwa. Ale radca Szumlakowski odpisywał wymijająco. Poeta zrewanżował mu się wierszykiem. Opowiadał on o tym, jak Łobodowski został konsulem generalnym w niebie i trafiający do piekła radca wraz z innymi urzędnikami śle do niego błagalne listy. Wierszyk kończy się słowami: I z zgrzytem zębów, z gorzkim płaczem,/ me listy wspominając nieraz,/ będą piekielne czyścić sracze,/ jak ja czyściłem w Figueras.

Niewyparzeni w gębie i do bitki skłonni

„Zaproponować Łobodowskiemu wyjazd na Maderę w celu podreperowania zdrowia” – taką depeszę otrzymał poseł RP w Hiszpanii. Depeszę należało rozumieć w ten sposób, że po wyjściu z więzienia znany ze zdecydowanego antykomunizmu Łobodowski nie jest mile widziany w Wielkiej Brytanii.

Odrzucił wspomniane propozycje powrotu do kraju, mimo że oznaczało to rozdzielenie z żoną. Już w 1945 r. napisał książkę o Polsce dla czytelników hiszpańskich. Przekładał hiszpańskich poetów i dramaturgów.

Hiszpania Franco okazała się dla niego znośnym miejscem do życia. „Nie jestem bezkrytycznym entuzjastą wojskowo-policyjnych rządów generała Franco, ale wiem także, od jakich niebezpieczeństw Hiszpanię uratował” – mawiał. Życie kulturalne funkcjonowało tam w miarę normalnie, w swym kraju tworzył także Salvadore Dali. Łobodowski zaprzyjaźnił się z barwną i znaną w Hiszpanii postacią – malarzem Estebanem Sanzem. Pisali w miesięczniku literackim „Mundo Literario”.

Do Hiszpanii przeniósł obyczaje lubelskiej bohemy. Zapraszano go na wernisaże malarza Pedro Borella, gdzie bywała arystokracja. Pewnego razu rzucił się na jednego z bankierów z okrzykiem „Jeśli nie przyzna pan, że to są najpiękniejsze nogi na świecie to…” – pokazał muskuły i pięści. Chodziło o nogi… żony malarza.

O polsko-hiszpańskich podobieństwach napisze we fraszce: Niewyparzeni w gębie i do bitki skłonni,/ niesłowni, niezaradni, hardzi, nieporządni;/ gdy trzeba się postawić, własne portki sprzeda,/ a u góry bałagan, a w komorze bieda,/ piękne gesty na wynos i miny kogucie./ Był tu kiedyś dobrobyt, ale szybko uciekł,/ więc nikogo na świecie nie szacują taniej./ Czy to fraszka na Polskę? Nie, to na Hiszpanię…

Studenci polscy, których uczyło się wtedy w Madrycie około pięćdziesięciu, zapamiętali Łobodowskiego jako tego, który przynosił im do akademika kilogramy słoniny. Znacznie starszy od nich poeta wciągnął ich w obyczaje bohemy. Określali się jako „konfederacja barska” (z racji na przesiadywanie w barze). Najwierniejszymi jej uczestnikami byli Stanisław Rylski, Kazimierz Tylko i Mirosław Sokołowski.

Razem z Tylką poznali dziewiętnastoletnie Hiszpanki – Amelię i Marisę. Kazimierz po kilku latach się ożenił z Amelią. Gdy Łobodowski dowiedział się, że Marisa ma narzeczonego studenta, pobił go tak dotkliwie, że sąd skazał go na grzywnę.

Wizyty w Hiszpanii komunistycznych agitatorów nierzadko kończyły się awanturami wywoływanymi przez Łobodowskiego. Jak pisze Szypowska, gdy „odbywał się wiec z udziałem Wandy Wasilewskiej i Korniejczuka (jej męża – P.L.), Łobodowski ustawił się odpowiednio blisko i wymyślał im po rosyjsku, używając słów najbardziej obelżywych”.

Żmije i esesmani z Radia Madryt

W 1949 r. powstała Audycja Polska Narodowego Radia Hiszpanii. Decyzję o nadawaniu audycji podjął generał Franco. Łobodowskiego na antenie Radia Madryt słuchacze z Polski słuchali po pół godziny dziennie przez sześć dni w tygodniu. Radio Madryt było wówczas, przed powstaniem Wolnej Europy, głównym niezależnym źródłem informacji dla Polaków w okupowanej Polsce. Łobodowski przytacza krajowe anegdoty na temat Radia Madryt: „W »Cmentarzach« Marka Hłaski mamy scenę, gdy milicja sprawdza aresztowanego, który będąc pod gazem, powiedział na ulicy coś niewłaściwego. Sam nie orientuje się, za co go wsadzili. Towarzysze nieszczęścia go indagują: Pewnie słuchałeś Radia Madryt?”.

I inną: „Na jednej z centralnych ulic Warszawy zaczepia przechodnia inny przechodzień: – Przepraszam pana, która godzina? – Ten zadziera głowę, patrzy do góry: – Dochodzi dziewiąta… – Skąd pan wie, przecież w ogóle nie spojrzał pan na zegarek? – Nie było potrzeby, widzi pan, wszyscy zamykają okna, zaraz usłyszą »Tu mówi Madryt«”.

Popularność Radia Madryt powodowała, że Łobodowskiego nie można było już w PRL przemilczeć. Socrealistyczni karykaturzyści przedstawiali go, jak klęczy przed generałem Franco i zbiera monety. A jego młodszą przyjaciółkę Karolinę Babecką jako żmiję. Występował też w mundurze esesmana.

Łobodowski wspominał: „Wszystkie tzw. »audycje wschodnie« były od samego początku bezkompromisowo antysowieckie i antykomunistyczne. Nastawienie to pozostawało w harmonii z polityką międzynarodową rządu hiszpańskiego. Postawa ta zaczęła stopniowo zmieniać się przy końcu lat sześćdziesiątych”. Pojawili się politycy liczący na rzekome „bajeczne zyski” z handlu z Sowietami (argument znany nam dziś jako uzasadnienie milczenia świata wobec holocaustu Czeczenii). Po śmierci generała Franco w 1970 r. Hiszpanie zamknęli audycję.

Rzyganie Mickiewicza i Słowackiego

Często jeździł do Londynu i Paryża. Gdy czytelnicy londyńskich „Wiadomości” uznali go za jednego z piętnastu najwybitniejszych pisarzy polskich, wszedł w skład jury nagrody „Wiadomości”, nazywanej „Akademią Grydzewskiego”. Od 1970 r. pisał do „Wiadomości” cykl felietonów „Worek Judaszów”.

Wyśmiewał tych, którzy twierdzili, że „niezłomna” emigracja nie ma sensu, a prawdziwa kultura polska jest tylko w kraju. Nawiązywał do propagandowego wiersza Tuwima, który pisał o emigrantach: I rzygają do Tamizy,/ I rzygają do Sekwany,/ I rzygają do Hudsonu. Łobodowski odpowiadał: „Niegdyś nad tą samą Wisłą mieszkał Wincenty Pol i tylko on się liczył, podczas gdy jakiś tam Mickiewicz czy Słowacki, a nieco później Norwid, »rzygali do Sekwany«. Za naszych czasów Wierzyński »rzygał« kolejno do Hudsonu, Sekwany, Tybru i Tamizy. Również się nie liczył. Tworzyć skutecznie można tylko w oparciu o polski płot, w zapatrzeniu na wiejskie malwy, w cieniu Nowej Huty i Pałacu Mostowskich” („Wiadomości”, 1970, nr 46).

I dodawał: „Niżej podpisanego np. najbardziej drażnią pisarze, którzy »postępową lewicowość« doskonale godzą z umizgami do totalitarnego reżymu komunistycznego” („Wiadomości”, 1974, nr 5).

Z nieufnością patrzył na przemiany dokonujące się w świecie. Kościół, przeciwko któremu buntował się w młodości, stał się teraz sprzymierzeńcem: Na placu tysiącletnim nie widać nikogo,/ jeno Bóg, skryty w cegłach, jak w ognistym krzaku,/ pieśń architektoniczną śpiewa. Do czytelników jego twórczości należał też Jan Paweł II, który powiedział Irenie Szypowskiej w 1995 r., że zna poezję Łobodowskiego. „Będę go czytał, zaraz będę go czytał” – zapowiedział, przyjmując wydany wreszcie w kraju tomik poety.

Ludożercy gotują Giertycha

Łobodowski na emigracji pozostał zwolennikiem zbliżenia polsko-ukraińskiego. Konstanty Zełenko, ukraiński historyk i publicysta, o roli Łobodowskiego w sprawie pojednania polsko-ukraińskiego pisał: „Żaden ze współczesnych Polaków nie ma większych zasług w wykonywaniu tej olbrzymiej pionierskiej pracy niż Łobodowski”.

Łobodowski pisał o Ukrainie zniewolonej przez komunizm m.in. w „Pieśni o głodzie”. Sowiecki terror opisał w balladzie „Na śmierć powieszonych Ukraińców”. Pisał o tragedii ukraińskiej inteligencji pod panowaniem komunizmu. „W ciągu kilku lat z życia literackiego Ukrainy zniknęło przeszło dwustu pisarzy; rozstrzelano siedemnastu, śmierć samobójczą wybrało ośmiu, 175 zesłano do łagrów, nieznany los spotkał siedmiu”.

Ukrainie poświęcił dwa tomiki poezji – „Złota Hramota” i „Pieśń o Ukrainie”, a także trzytomową powieść „Komysze”. O ukraińskich sprawach napisał setki artykułów. Przetłumaczył dzieła czterdziestu dwu ukraińskich autorów.

Kpił z urzędowej przyjaźni z Ukraińcami w wydaniu komunistów: „Współpraca polsko-ukraińska jest dozwolona wyłącznie w tej komunistycznej, »bratniej« formie, pod opieką i ścisłą kontrolą »starszego rosyjskiego brata«. […] Każda próba dogadania się poza kontrolą tego »starszego brata« automatycznie staje się dywersją”.

Ostro krytykowali Łobodowskiego polscy i ukraińscy nacjonaliści. Bodaj najostrzej Łobodowski polemizował z Jędrzejem Giertychem (dziadkiem lidera LPR). O poglądach Giertycha poeta pisał: „Polsko-ukraiński spór na emigracji sprawia wrażenie kłótni dwóch facetów, siedzących w ludożernym kotle, pod którym pichci się ogień”.

Uważał Polskę i Ukrainę za kluczowe państwa regionu, których sojusz mógłby być przeciwwagą dla Rosji. Wskazywał nawet, że pojednanie polsko-ukraińskie może być silnym argumentem dla Stanów Zjednoczonych, by zaangażowały się w sprawy naszego regionu (!).

Łobodowski zdawał sobie sprawę, że jego poglądy traktowane są przez niemal wszystkich jako mrzonki. Mimo to pisał: „Gdy się jednak wybrało swój sztandar, trzeba przy nim trwać, nawet gdyby wojsko miało składać się z podchorążego”.

Tłumaczył też rosyjskich poetów: Annę Achmatową, Osipa Mandelsztama, Borysa Pasternaka, Marinę Cwietajewą, Josifa Brodskiego, a także prozę: Aleksandra Sołżenicyna, Abrama Terca i Andrieja Sacharowa.

Dłoń nie swojska, lecz mongolska

Na komunistycznych „reformatorów” PRL Łobodowski patrzył bardzo sceptycznie. Ale dane mu było dożyć czasów polskiego papieża i „Solidarności”. Wtedy optymizmu siedemdziesięciodwuletniego poety nie zmienił nawet stan wojenny: „Najmłodsze pokolenia, które jeszcze nie pokończyły szkół, już wiedzą, co mają sądzić o oficjalnej »nauce«. Już nikt ich nie zwiedzie na manowce”.

Irena Szypowska w jego notatkach znalazła wspomniany wiersz o generale Jaruzelskim: galony generalskie/ dała mu dłoń nie swojska, lecz mongolska –/ więc co ma znaczyć dziwne słowo Polska/ gdy Moskwa odzywa się wściekłym wrzaskiem? Radości Łobodowskiego nie zmąciło nawet zakończenie działalności londyńskich „Wiadomości” w 1981 r., które oznaczało dla niego tarapaty finansowe.

Zmarł 18 kwietnia 1988 r. „W małej restauracyjce postawiliśmy urnę na stoliku, zamówiliśmy cztery szklanki wina, zwykle zamawianego przez Łobodowskiego, i tak pożegnaliśmy ostatniego wielkiego poetę emigracji” – zapisała Irena Szypowska.
Kilka miesięcy po śmierci poety urna z jego prochami przewieziona została do kraju, w którym coraz bardziej gnił komunistyczny totalitaryzm, wybuchały strajki i na ulice wychodziło nowe pokolenie. Jego prochy trafiły do Lublina, o którym pisał w małym barze w Madrycie: I gwiazdy stały co noc nad Lublinem/ i Lublin w gwiazdach/ brodził po kolana.

Mszę pogrzebową odprawił rektor KUL, uczelni, która usunęła niegdyś karnie Łobodowskiego-studenta. Nad grobem studenci rozwiesili transparent nielegalnego NZS.

Nowe Państwo Nr. 11/2007 

Józef Łobodowski

Noc nad Warszawą [styczeń 1939]

Powracają do remiz ostatnie tramwaje,
i cichną głośne echa opóźnionych kroków
Nocny wiatr. Drzewo drzewu jego szum podaje,
cierpka wilgoć jesieni objawia się w mroku,
opadają bezsilnie zmięte trupy liści,
gromem nieopłakane, niezdarte przez burze —
i miastem głos się budzi, co dawno nas urzekł
śpiewem chmurnej miłości albo nienawiści.

Tak lepiej, gdy się tłumy do domów rozpierzchną
i kamienie odpoczną westchnieniem pogardy.
Pod tą brunatną łuną, w wielkomiejskim zmierzchu,
na wietrze października i pod niebem twardym,
gdzie jeśli jakie głosy, to w pieśni hulaszczej,
gdzie patrzą martwe gwiazdy na daremne prace,
i lwice, wartujące przed głuchym pałacem,
w posępnym zniechęceniu zawarły swe paszcze.

Tam się w żmudnych godzinach twoje losy przędły
i drogę twej udręki mroczny czas wytyczał.
Strachem niepokonany, niezgięty przez zwyczaj,
patrzyłeś długo w oczy zmartwiałej legendy.

Nie drgnąłeś. Przysięgałeś, że wiary dotrzymasz.
A ona cię żegnała zimnymi oczyma,
kiedyś wyruszał wichru spragniony przed bojem.
Teraz, gdy wszystko obce i wszystko nie twoje,
gdy noc zatruta mgłami nad miastem się kładzie,
cóż wywiedziesz i zamkniesz w swoich słowach kruchych?
Stygnie mrok nad głowami, i coraz to rzadziej
zapalają się światła samotne wybuchy.

To nie kobieca rozpacz, to nie serca czułe,
co, walczyć nie umiejąc, spłonęły na żużel.
Jeszcze nam w głuchej ciszy huczą owe burze,
przeszłość się podmogilnym przypomina mułem,
a każdy kamień żyje, każdy proch oddycha…
Lecz wówczas, gdy młodzieńcza poniosła nas pycha,
któż z nas wiedział, że mroczne otoczy nas bagno,
wessie i wciągnie w bezdnię, w niezgłębione leje,
a gdy stopy do walki wyruszyć zapragną,
pustka zewsząd nadciągnie i świat się rozchwieje.

Wam, ojcowie umarli, którzyście nie znali,
czym jest nędza młodości w bezsile zamkniętej,
którzyście zawsze mogli błyskiem jasnej stali
odpowiedzieć na strutej poezji lamenty
i ginąć, i wyzywać wszystkie cytadele
na rękę, i uczynić własne serca celem
dla kul podłego wroga; wam, szczęśliwsi od nas,
cóż powiedzieć, gdy jesień, w mgłach się rozpływając,
O zmierzchu przedwieczornym odpływa pogodna
gdzie indziej błogosławić nietutejszym krajom?

W dobie kupców, szalbierzy, tchórzów i żołdaków,
fałszerzy słów dzwoniących i nikczemnych czynów,
gdy żaden dzień nie szczędzi złowróżebnych znaków,
dokąd iść, gdzie dorabiać się wieńca z wawrzynu
na skronie zniechęcone?… Pustka się rozwarła,
przerażeniem śmiertelnym napływa do gardła,
obsiała wszystkie drogi, zaludniła miasta.
I w tej pustce pieśń nasza nad mrokiem wyrasta,
niesłuchana, żałobna widnieje z daleka,
jak dłoń zasypanego w zawiei człowieka.

Co wyrosło przed laty w dziecinnym zamyśle,
zginęło zaplątane i zaszczute w gęstwie.
Chmury ponad domami szybują zwycięskie,
schodzimy w lamp migocie ku zamglonej Wiśle;
łuszczy się rzeczna fala skłębiona i mętna,
liże głazy wybrzeża, wartkim nurtem płynie…
Biją pod senną ziemią niespokojne tętna,
mgły północnej jesieni kłębią się w kotlinie,
widzimy: mroczny jeździec pośród nocy stąpa,
koń zziajany i czarny mętną wodę pije,
ptactwo się budzi, trwożne wyciągając szyje,
ludzkie tupoty słychać, a ziemia nieskąpa
na krew, nasienia czeka.
Tak północ się karmi
przeczuciem nadchodzących pochodów i armii.

Wtedy wszyscy pójdziemy. Głośna pieśń pobudki.
Ręce błogosławiące. Ciche łzy matczyne.
Kwiaty na karabinach. W ustach gorycz wódki…
Huczy krok wyrównany… Zwyciężę lub zginę!…
A gdy kule pokłują zagony, jak ospa,
gdy ponad tyralierą pierwsze białe dymy,
rozwieje się bez śladu nasz smutek i rozpacz.
Tu trzeba tylko umrzeć. A to potrafimy.

Nim w mroku się wypełnią słowa przepowiedni
i ziemia się odrodzi w krwawej zawierusze,
zdeptany burą łuną, ginie dzień powszedni,
łamią się ludzkie serca i truchleją dusze;
dźwięczą srebrniki brudne; nikczemnym sztandarom
próżno skrzydła przyprawiasz, fanatyczna wiaro…
I echo bezsilności drży w powrotnych krokach
w życie, nieprzepalone sumieniem, ni wstydem,
i nad trumnami domów budzi się epoka
posępna jak ulica, którą wolno idę…

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Sylwetki, Wiersze i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Sylwetki: Józef Łobodowski

  1. Krzysztof Wojciechowicz pisze:

    Trudno zrozumieć, jak z Łobodowskiego zrobiono wielkoluda:
    Szedł przez całą szerokość Krakowskiego Przedmieścia, jakiś ogromny, kanciasty, jak mi się wydawało, dziki i kudłaty” – zapamiętała go poetka Anna Kamieńska…..
    …..Późnym wieczorem w ciemnym paryskim zaułku Montmartre wysoki mężczyzna zapalił zapałkę, by odczytać numer kamienicy. …..

    Widywałem go czesto w Londynie w latach 1965-70. Zawsze wyglądał jak krasnal o nieproporcjonalnie wielkim łbie, krótkich nóżkach i krótkim tułowiu. Przypominał karzełków, jakie Niemcy z upodobaniem stawiają w ogrodach. Poza tym stale palił fajkę, naładowaną jakimś potwornie śmierdzacym tytoniem. Czytając jego ‚autobiograficzne’ książki, zawsze podejrzewałem w nim kompleks niższości, jaki zdawał się kompensować nadając swej ‚autobiograficznej’ postaci Józefa charakter przystojnego młodego człowieka, rozrywanego przez kobiety. Ten karzełek w Londynie całkowicie zaprzeczał stworzonej przez Łobodowskiego wizji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.