O „Teorii wiersza polskiego”. Rozmowa z Autorem

 

Recenzje i kilka wierszy z nowego tomu

Teoria wiersza polskiego

Erudycyjny i pełen gorzkiej ironii jest tom „Teoria wiersza polskiego” Przemysława Dakowicza. Łódzki poeta porównuje naszą bolesną historię do wersyfikacji. Pomordowani w Katyniu stają się elementami języka eliminowanymi w procesie elizji: „Śpią w równych szeregach, warstwa po warstwie./ Albo jak idzie powrzucane w doły, skłębione, / ze śmiesznie wykręconymi ogonkami i brzuszkami./ Samogłoski”. – napisał Wojciech Wencel w felietonie – Wiersz niepodległy

 

W tygodniku „Do Rzeczy” 17/017 z 26 maja 2013 Krzysztof Masłoń  o „Teorii wiersza polskiego”.

recenzja-Dakowicz-skan-txt

 

Robert Tekieli

Atrament i krew

Nowy tom poetycki Teoria wiersza polskiego Przemysława Dakowicza jest książką zbędną. Jednak troska o zbędne, piękne przedmioty jest miarą naszego humanizmu. Określa miarę naszego człowieczeństwa.

pobrane (1)Na okładce zdjęcie z członkami Komisji Technicznej PCK wykonane w Lesie Katyńskim w kwietniu 1943 r. Wiersze Dakowicza są bowiem osadzone w realnej historii naszego kraju. Musimy być narodem nieszczęśliwym do głębi, skoro poezja musi traktować o kwestii alkoholu endogennego. Musimy być chorym narodem, skoro rozmowa poety z Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem, Herbertem, dotyka nas sarkazmem: „Zabijcie poetę, narodzi się nowy. I co z tego”. Książki są papierowe.

Przemysław Dakowicz jest poetą, krytykiem literackim, historykiem literatury, adiunktem w Katedrze Literatury i Tradycji Romantyzmu Uniwersytetu Łódzkiego. Jego władza nad poetyckim słowem jest bezdyskusyjna. Tom składający się z gatunkowo drastycznie różnorodnych wierszy jest właściwie poematem. Poematem o bezsilności poezji. Doskonałą konstrukcją. Katedrą z liter. Opowieścią o skuteczności zabijania pamięci, która przypomina zapomniane.

Poeta zabiera nas do świata, „gdzie bagnetu nie odróżnisz od języka ognia”, gdzie „tympanony płyną w niebo”, gdzie posągi „mierzą do siebie krowimi plackami”. I niczemu się nie dziwmy, bo „jesteśmy Popaprańcy Boży w drodze do Domu, którego Nie Ma”. Łubianka, kazamaty NKWD, proces szesnastu, trup podmiotem lirycznym – taka jest ta poezja. A jaki jest piszący ją poeta? „Poeta zapomina, myli daty i fakty, miesza skutek z przyczyną, nadrabia miną i garniturem”. Cóż, teoria wiersza polskiego jest prosta, wynika z pragmatyki przemocy i krwi.

Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”

***

Piotr W. Lorkowski

Przeciw znikczemnieniu

1.Jeżeli wierzyć datom, którymi Przemysław Dakowicz opatrzył znaczną część tekstów zebranych w tomie „Teoria wiersza polskiego”, to mamy do czynienia z książką-erupcją. Z rezultatem silnego wybuchu wyobraźniowej energii. Kilku-, najwyżej kilkunastodniowego. Ale pozostawiającego głęboki ślad w dorobku autora. Niby wstrząs tektoniczny zmieniający krajobraz.

2. Dakowiczowe wiersze przerywają sen, w jaki wprowadza współczesną poezję kontemplacja spraw prywatnych, celebracja indywidualnego „ja”. Wychodzą poza laboratoryjne eksperymentowanie z formą i językiem (gdyby kto pytał: nie mam tego nikomu za złe). Uprzytamniają, że powinnością wiązanej mowy jest również mówienie de publicis. Że poezja może, nawet powinna, uprawiać własną – czemuż by nie – politykę historyczną. Wypowiadać się w przedmiocie narodowym. Wszystkim zaś pięknoduchom, co podobno nie interesują się polityką, zwracać uwagę, że prędzej czy później polityka zainteresuje się nimi; za nic sobie mając ich apolityczne mrzonki, tudzież roszczenia rzuci ich na pożarcie faktom dokonanym.

3. Dlaczego? Choćby dlatego, iż pomimo wszelkie deklaracje oraz traktaty, położenie Polski nie zmieniło się ani odrobinę. Polska zbiorowość wciąż tkwi w pułapce geopolityki. Tkwi jak ziarno (pamiętacie jeszcze bajkę Żegoty z „Dziadów III”?) pomiędzy młyńskimi kamieniami sąsiednich potęg. Zamieszkiwane przez nią terytorium zachowuje nieustannie status kraju pogranicznego: po jednej stronie cywilizacja/ w czarnych szatach, Zyfgryd de Löwe, Sigurd,/ Brunhilda ,Krymhilda, wszyscy na kupie./ Strzelają, piją — rządzą. Czytają Goethego./ Po drugiej stronie konopne sznurki i dyndające/ pukawki, machorka i matrioszka, obejmują się,/ płaczą, żałują, a potem szast-prast, domy w rynku/ puste, skośnoocy kopią umocnienia. (wiersz: „Zagłada dachów”). Nadbużański Sokal (Dakowicz rad uderza w kresową strunę) można potraktować jak miniaturę kraju okupowanego po wojennej klęsce. Po klęsce wolnościowej narracji, zadanej przez agresywne narracje ościenne, wrogie mitom bohaterstwa, męczeństwa i wiary. Logika najeźdźców zamierza zepchnąć podbity kraj w nicość, zamkną go w Nigdzie, wraz z generałami nieistniejącego państwa (por. „Opowieść zimowa”), z roztrwonionymi pokoleniami („Chłopcy”) z językiem wrzuconym do dołów kaźni („Elizja”), z doświadczeniem pielgrzymim Popaprańców Bożych w drodze do Domu, którego Nie Ma. („Jeszcze nowsze Ateny”). Polskie trwanie bowiem, nie rymuje się z żadną „rozumną” doktryną polityczną. Wyrasta nad dyplomatyczną i militarną pragmatykę. Osiąga pułap metafizyczny. Dlatego sąsiednim imperiom wydaje się kamieniem obrazy. Wizję Polski męczeńskiej wywiódł poeta z myślenia romantyków, wzmocnionego refleksją nad konsekwentnie przywoływanymi tragediami dwudziestego stulecia. Podmiot tych wierszy unika osądu, przyjmuje postawę świadka. Staje jednak po stronie Antygony, rozumiejąc, że dla narodowej świadomości groźna bywa nie tyle zewnętrzna agresja, ile obojętność sumienia, która nakazuje Nie wchodzić w dyskusje./ Przemykać skrajem. Z daleka od zgiełku,/ unosząc ze sobą cichociemne: nie wiem./ Krok mieć miarowy, twarz pogodną. Trzymać/ w ryzach emocje. Zająć się konkretem,/ myć okna. („Syndrom Ismeny”). Obojętność taka prowadzi do — użyjmy tu określenia wzniosłego — moralnego znikczemnienia. Wtrąca w niewolę bardziej haniebną niż upokorzenia więzień i udręki łagrów. Bo może tylko duchowa wielkość skutecznie się przeciwstawia arbitralności oraz przypadkowości dziejów wzmiankowanej w cytacie z Fukuyamy, stanowiącym motto zbioru. Owa siła z pogranicza szaleństwa lub autodestrukcji motywuje zbiorową wolę trwania. Bardziej przemożną niż sama poezja.

4. Zaiste, nie są to wiersze dla fajnopolaków czy dla zagorzałych wyznawców poglądu o końcu paradygmatu romantycznego. Wymagają rzetelnie wypracowanego stosunku do tradycji literackiej i narodowych fantazmatów, poszerzonego o kolejne motywy obiegowe (most graniczny pomiędzy strefami okupacyjnymi, lód, baraki, zegarki zrabowane przez sołdatów). Wymagają ponadto ppodstawowego oczytania w twórczości Mickiewicza, Norwida, Słowackiego. Zwłaszcza Słowackiego z imponującą zręcznością (oktawa!) imitowanego w poemacie dygresyjnym „Szesnastu”. Znajomość co ważniejszych wierszy Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego takoż się przyda, aby lekturowo zmierzyć się z „Centonem”. Pomimo zagęszczenia rozmaitych wyimków nie odnoszę wrażenia, aby autor posługiwał się dykcją anachroniczną. Ba, momentami wygląda na to, że swój dyskurs inspirował pomysłami podsuwanymi przez praktyków literatury ponowoczesnej: gra trawestacjami, pisze na marginesach biografii lub naukowych cytatów, swoiście interpretuje istotę gatunków hybrydycznych. Tak wymodelowana dykcja ma sporą szansę dotrzeć nawet do odbiorców zawieszonych w ahistorycznym Teraz i ostrzec,

5. …że nie ukończona jeszcze dziejów praca. A nie wiadomo kto, kiedy, po raz kolejny gwałtownie zaprzęgnie do niej całe generacje i narody.

wnas.pl

***

Kilka wierszy z nowego tomu

Zagłada dachów

Zawsze tak samo: rdza wchodzi na dachy,
wykwita patyną miedziana powierzchnia
i mur wyrasta z ziemi jak żywa roślina,
świat jest twierdzą, daje ci mocny korzeń,
więc kiedy tamten człowiek prostuje plecy,
wraca do pionu, wszystko układa się
w hierarchiczną strukturę, z nieba dolatują
pienia serafinów. Gdziekolwiek się nie obrócisz,
w którąkolwiek stronę, jesteś u siebie. Światło
świtu dzieli z tobą pokój w wielkim domu
świata. Światło, świt i świat. Trwasz ponad
żywiołami. Żadna wichura, żadna powódź
nie zbije cię z nóg. Potem przychodzą oni,
twarze ziemiste, wygłodzone oczy, na sznurach
powiązanych w gałgany dyndają pukawki.
Rozpoczyna się dekonstrukcja, przedmioty
odrywają się od własnych funkcji. Zarośnięci
mężczyźni o skośnych spojrzeniach zlizują
lep na muchy, skupują zegarki i plastry na
nagniotki, myją ręce w bidecie, golą się
nożem do ryb. Śpiewają serafińskim głosem,
to ich odróżnia od zwierząt, śpiew
starocerkiewnego chóru. Azja podchodzi
nocą i łasi się im do stóp, a kiedy ostatni
ikonostas znika na zachmurzonym niebie,
z chmur spada deszcz meteorytów — biją
o miedziane dachy i dziurawią je, rano są
jak rzeszoto, woda ciurka przez szpary,
trzeba podkładać wiadra, intonować stare
pieśni przed cudownym obrazem. Zawrzyj
gębę, sokalski dziadu, zawrzyj gębę — krzyczy
młodzik w czapie z czerwonym otokiem
i bije po twarzy. Więc najpierw wielkie
wymiatanie, przyzwyczajanie się do roli
śmiecia, którym wiatr ciska. Jeszcze się bronią,
prababka przewozi dzieci w szafie, szafa
obrócona dnem do góry, na niej kredens
i manele w płóciennych workach. Jadą wozem
drabiniastym, nad nimi niebo rozdarte, lecą
meteory zapalne i biją w miedziane dachy,
na trwogę dzwon. Ale nie ma się czego
obawiać, od zachodu nadchodzi tysiącletnia
cywilizacja, czarne hełmy, grube karki,
arystokraci, ci wiedzą, gdzie się myje
białe dłonie, gdzie krochmali kołnierzyki.
Posługują się wzorową niemczyzną, są szarmanccy,
zaganiają Proroków do ich własnych domów,
zamykają drzwi, okna zabijają hufnalami
i śpiewając Schillera, odę do radości,
odchodzą równym krokiem. Trup ściele się
gęsto, ale jest już późno, woda leje się przez dach
jak z wiadra, więc wiadra na nic, świat
przyzwyczaja się do swoich nowych kształtów.
Dwa obroty księżyca i znów będzie tu spokój.
Ostatecznie, apokaliptycznie, jest tak: rzeka
to granica, po jednej stronie cywilizacja
w czarnych szatach, Zygfryd de Löwe, Sigurd,
Brunhilda, Krymhilda, wszyscy na kupie.
Strzelają, piją — rządzą. Czytają Goethego.
Po drugiej stronie konopne sznurki i dyndające
pukawki, machorka i matrioszka, obejmują się,
płaczą, żałują, a potem szast-prast, domy w rynku
puste, skośnoocy kopią umocnienia. Jesteśmy
w Sokalu nad Bugiem, rok czterdziesty,
sroga zima. Most na rzece zamknięty, pilnują,
by nikt nie przelazł.

26.03.2012

 

Jeszcze nowsze Ateny

Błoto. Nie pojedziemy do Aten. Zapomnij
o Grecji. Przygotuj się na błoto, długą
marszrutę przez kopne śniegi, ścieżką w cieniu
gazowych latarni. Nie będzie Aten, nie dla nas
Istm Koryncki, będą grudy rozmiękłej ziemi,
przemykanie wśród posągów o kamiennych oczach.
Kiedy spojrzeć na nie pod pewnym kątem, ożywają,
mierzą do siebie krowimi plackami. Patrz w ziemię,
niech nogi poruszają się miarowo. Caryca Katarzyna
wzięła cię na cel, pacnięcie błota o latarnię i możesz
iść dalej, nic nam nie grozi. Na placu nas nie rozpoznają,
jesteśmy dwoje Nigrów z Czarnego Lądu, dwoje
błotnych gladiatorów, jesteśmy Popaprańcy Boży
w drodze do Domu, którego Nie Ma.

 

Wersyfikacja polska

Taka ładna metafora: pociąg czasu.
Zaaresztowali czas (wrota, żeliwne zasuwy)
i pędzą na złamanie karku.
Pociąg tyka, zegarowy niewybuch:
A jak to? A tak to.

Zegarki Lwowa, zegarki Nowogródka,
zegarki Wilna, zegarki Tarnopola
tykają, tykają, tykają.

Pociąg mknie przez suchy step,
dokąd pędzisz, Kozacze?
Na stypę, na bankiet, na kondukt, na raut.

Zegary z kukułką, zegary z pozytywką,
zegary wygrywające mazurki dąbrowskich,
sygnaturki, dzwonnice, wieże, bramy, stiuki.
Na stypę, na kondukt. Anielski orszak
przyjmuje ich duszę. Święci zstępują
z ikon, przypinają sobie zegarki, po trzy
na lewym przedramieniu, po cztery
na prawym.

Zegarki Lwowa jadą do lwowskich dzieci
śpiących w ziemi. Zegarki Krzemieńca
witane są przez krzemienieckie wdowy
w katakumbach Azerbejdżanu. Pani Salomea
macha zgniłą ręką. List pisze do syna.

Pierwszy Bruno, z przestrzeloną głową,
przygarnia bezdomne kukułki Drohobycza.
Drugi Bruno, w Tadżykistanie, robi miejsce
dla kukułek wygłaszających samokrytykę.
A jak to? A tak to.

Zegarki zdarte z rąk.
Zegary uwolnione od ścian.

Tykają

 

Nieprzekładalni

Cofnięto im paszporty,
w ostatniej chwili,
tuż przed odlotem.

Spoczywają
w sali odpraw,
pojedynczo,
po dwóch, po trzech,
całymi rodzinami.

Oniemiali.

Włosy w nieładzie,
ręce rozrzucone
w geście protestu.

Próbuję
dźwignąć ich,
donieść
na drugi brzeg,
z powrotem
do ludzi.

Wymykają się,
przesypują
przez palce.

Jakby
wszystko
było mało.

Jakby musiało
wypełnić się
i to:

zapodzianie w przekładzie.

 

Chłopcy

Jeszcze ręce rozrzucone drapią mokry bruk ulicy
Jeszcze nogi z ciał wyrwane zataczają krąg w powietrzu
Jeszcze głowy od kadłubów odrąbane ronią łzy

Jeszcze oczy wyłupione przechowują krajobrazy
Jeszcze uszy odmrożone łowią ciszę w taflach nieba
Jeszcze palce bez paznokci połamane w glebie tkwią

A już
w najlepsze trwają porządki
wrzący asfalt wypluwają rury
topią się włosy pękają kości
czernieje marszczy się skóra
ogromne spychacze nagarniają
prochy za chwilę będą je ugniatać
lśniące walce już się zbliżają
właśnie minęły linię horyzontu

niebo jest czyste niczym łza

Chłopcy, chłopcy oderwani od piersi,
z karabinami na wątłych ramionach,
Chłopcy próbujący koktajlu Mołotowa,
Chłopcy granatowi, wybuchający,
niesieni na chmurze pyłu, ze zdartymi
piętami, Chłopcy wychudzeni, przyuczeni
do śmierci, Chłopcy niepotrzebni,
Chłopcy zapomniani, Chłopcy pominięci
milczeniem, wciągnięci do rejestru,
zamknięci w pancernej szafie,
do której nie zagląda historia,
Młodziankowie daremni,
zbilansowani,
roztrwonieni

Czy mogliście przypuszczać:
nim ziemia upora się z waszymi
kośćmi, skończy się czas,
przepali się glob, ustanie
dziejów praca, wielki chór
zgodnych głosów uderzy
w pułap
niebieski

Żegnajcie, naiwni
Żegnajcie, głupcy

Zostawcie nas w spokoju

26.03.2012

 

Elizja

Po prostu wypada. Najpierw jest, potem nie ma.
W nocy płacz, w dzień okulary czarne,
bo niebezpiecznie ujawniać, co powinno
zostać w ukryciu.

Naturalny proces, wynikający z ekonomiki
języka. Zasada najmniejszej niezbędnej ilości
środków. Rzecz zrozumiała dla specjalistów.
Żadna apokalipsa.

Wyrwa zarasta ludzką tkanką, nowy człowiek
wchodzi na miejsce starego, przekonując, że stał tu
zawsze. I w zasadzie, dlaczego mu nie wierzyć.
On nie jest winien.

Nikt nie jest winien. Wiatr idzie środkiem lasu,
zagarnia liście, szpilki, gałązki. Wiatr idzie
między barakami, otwiera drzwi, trzaska okiennicą.
Znikąd głosu.

Śpią w równych szeregach, warstwa na warstwie.
Albo jak idzie powrzucane w doły, skłębione,
ze śmiesznie wykręconymi ogonkami i brzuszkami.
Samogłoski.

28.03.2012

 

Centon

objeżdżał pobojowisko między trupami polskimi
napadł na jednego swego rycerza Floriana Szaryusza
który mężnie w tej batalii potykając się wiela ranami
zwątlony jelita swe brudne gumowe rękawice zwoje
gazy waty własną ręką w wnętrzności tłoczył wszakże
to resztki człowiecze taki mięsiwa kawałek
nie wszystkie organy które biegli wyjęli należały
takie urąganie z ciałek patolodzy znaleźli ponoć dwie
wątroby i na ostatek gardła położyli farby bugowej
krew wody nasza zmieniła skryły się pola pod zacnemi
ciały w foliowych workach nagie rozpoczęły się procesy
rozkładu zwłok i bladość straszna zielona bladość
co nigdy na Lachu nie występuje ohydna
tzw. alkohol endogenny bojaźń wyrodna
w serce me nie wchodzi

taką śmierć mógłbyś sam drogo zapłacić

http://dakowicz.blogspot.com/

Nowy tom poetycki Przemysława Dakowicza do nabycia: http://allegro.pl/najnowszy-topos-1-2. oraz w salonach EMPiK – razem z dwumiesięcznikiem „Topos” (nr 1-2 / 2013).

zobacz:

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Aktualności, Czasy zaborów, Historia, II wojna światowa, III RP, Recenzje, Wiersze, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „O „Teorii wiersza polskiego”. Rozmowa z Autorem

  1. emka pisze:

    Niepełna dokumentacja. Dokumentacja sądowo-medyczna dotycząca ofiar katastrofy smoleńskiej, którą dysponują polscy prokuratorzy, jest wybrakowana. Naczelna Prokuratura Wojskowa sformułuje kolejny wniosek do strony rosyjskiej w tej sprawie. Jak poinformował ppłk Janusz Wójcik, analiza akt nadesłanych w maju z Rosji wykazała, że materiały dotyczące tej kwestii są wciąż niekompletne. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej podawała kilkakrotnie, że nie otrzymała jeszcze pełnej dokumentacji sądowo-medycznej ofiar tragedii. W połowie maja do WPO wpłynął z Rosji jeden tom akt liczący 126 kart. Zawiera ekspertyzy sądowo-medyczne, biologiczne i chemiczne ciał ofiar katastrofy smoleńskiej. – Analiza została przeprowadzona, ustalenia są takie, że nie jest to w pełni skompletowana dokumentacja medyczna. Będą kierowane postulaty w postaci kolejnego wniosku o pomoc prawną do strony rosyjskiej w sprawie jej uzupełnienia – zapowiedział ppłk Janusz Wójcik. Śledztwo smoleńskie jest przedłużone do 10 października.
    10 lipca 2013 http://www.naszdziennik.pl/wp/47586,niepelna-dokumentacja.html

  2. Jerzy pisze:

    Mądre , piękne i takie polskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.