Czy zastępca Różańskiego trafi za kraty?

Tadeusz M. Płużański

Jak długo Wiktor Leszkowicz, jeszcze jeden z najbardziej krwawych funkcjonariuszy stalinizmu, były zastępca Józefa Goldberga-Różańskiego i wiceszef Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, pozostanie bezkarny?

Pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej oskarżył Leszkowicza o bezprawne pozbawienie wolności więźniów politycznych w czasach stalinowskich. Leszkowiczowi, który nie przyznaje się do zarzutów, grozi do 10 lat więzienia. Dziś rozprawa.

IPN zarzucił 94-letniemu dziś Leszkowiczowi, że w okresie od lutego 1952 r. do sierpnia 1953 r. nie dopełnił obowiązków służbowych przy stosowaniu i przedłużaniu aresztów wobec przeciwników władzy „ludowej”. Jego decyzje były bezzasadne. Ustalono, że w wyniku tych bezprawnych działań poszkodowanych zostało 10 osób, które działały na rzecz niepodległości Polski w strukturach Armii Krajowej, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” i Stronnictwie Narodowym.

Szpieg biskupa

To nie pierwsza sprawa Leszkowicza przed sądami III RP. Wcześniej był oskarżony przez IPN o bezprawne pozbawienie wolności i nieuzasadnione przedłużanie aresztu Józefowi Stemlerowi, wiceministrowi informacji Delegatury Rządu na Kraj. W marcu 1945 r. Stemler był sekretarzem delegacji, która przybyła do Pruszkowa na zaproponowane przez Sowietów rozmowy polityczne. Zaproszenie gen. NKWD Iwana Sierowa okazało się pułapką, w której wyniku wraz z innymi przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego Józef Stemler został wywieziony do Moskwy. Po trzech miesiącach spędzonych na Łubiance został uniewinniony podczas procesu szesnastu.

Wrócił do kraju i został szefem przedstawicielstwa Kongresu Polonii Amerykańskiej w Warszawie. Po kilku latach komuniści, tym razem polscy, wszczęli przeciwko niemu śledztwo dotyczące „bezprawnego posiadania i rozpowszechniania informacji stanowiących tajemnicę wojskową i państwową”. Stemlerowi zarzucono udział w amerykańskiej siatce szpiegowskiej związanej z biskupem kieleckim Czesławem Kaczmarkiem.

UB zatrzymało Stemlera w lutym 1951 r. Jednak formalna decyzja o aresztowaniu została podjęta dopiero po pięciu dniach, a nie jak wymagało tego nawet stalinowskie prawo, po 48 godzinach.

Prokurator IPN u zarzucił Leszkowiczowi, że przychylił się do wniosków o przedłużenie aresztu wobec Stemlera, mimo że prokuratura złożyła je po terminie i nie podjął decyzji o zwolnieniu aresztowanego, co – jak głosił akt oskarżenia – „skutkowało bezprawnym pozbawieniem wolności pokrzywdzonego z powodu jego wcześniejszej działalności w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego”.

Zdaniem IPN u decyzja Leszkowicza wynikała z „walki politycznej z przeciwnikami nowego ustroju”: „By dowieść rzekomej winy, organa bezpieczeństwa rękoma prokuratorów i sędziów fałszowały dowody i śledztwa” – dodali śledczy Instytutu.

To nie była żadna władza

Przed sądem Leszkowicz podawał na swoje usprawiedliwienie, że nie miał prawa nikogo zwalniać z aresztu. Taką decyzję mógł podjąć jego przełożony – dyrektor Departamentu Śledczego MBP Józef Goldberg-Różański albo wiceminister bezpieki Roman Romkowski (Natan Kikiel), który nadzorował śledztwa.

Leszkowicz przyznał jednak, że zatwierdzał wnioski do sądu i prokuratury o przedłużenie aresztowania Stemlera. Potwierdził też, że robił to kilka dni po terminie, ale… za pilnowanie terminów odpowiadał kto inny: „Ja podpisywałem przygotowane dokumenty, nie sprawdzałem, jakie są tam daty i czy one się zgadzają, miałem zaufanie do naczelnika wydziału. […] To utwierdzało mnie w przekonaniu, że wnioski były zasadne”.

Sędzia pytał, czy przy zatwierdzaniu wniosków zapoznawał się ze sprawą, czy czytał akta. Leszkowicz: „Nie mogłem czytać całych akt”. Sędzia: „To znaczy, że na podstawie lakonicznego zdania: »Ponieważ sprawa wymaga dalszego prowadzenia, wnioskuję o zastosowanie dalszego aresztu« decydował pan, żeby ktoś siedział kolejne trzy miesiące?”. Leszkowicz: „Tamtych zdarzeń dokładnie nie pamiętam”. „Czy można było w tamtych warunkach trzymać kogoś bez sankcji prokuratorskiej? Czy było tak, że kodeks kodeksem, a praktyka praktyką?” – dopytywał sędzia. „Różnie bywało, mogło być święto i dlatego jakiś wniosek mógł się opóźnić” – odpowiadał pokrętnie Leszkowicz.

Sędzia pytał dalej, czy bał się odpowiedzialności za swoje czyny: „Czy czuliście się wtedy tak pewni władzy, że nie zastanawialiście się nad tym”. Leszkowicz: „To nie była żadna władza. Za dużo było spraw, by o każdej wiedzieć. […] Wtedy nie można było – jak dziś – powiedzieć, że nie chcę tego robić, bo się nie znam i zabrać swoje manatki. Mnie obowiązywał rozkaz i zgodnie z nim wykonywałem to lub tamto”.

Sąd odrzucił argumentację prokuratora, twierdząc, że oskarżeni nie prześladowali Stemlera ze względu na jego działalność niepodległościową (w takim razie dlaczego? Innego powodu nie podano). Uznał, że oskarżeni nie popełnili żadnego przestępstwa ani zbrodni komunistycznej, gdyż… podczas rozprawy sądowej Stemler miał adwokata. Dodatkowo, na korzyść zastępcy Różańskiego miał świadczyć fakt, że „tylko” podpisywał dokumenty przedstawione przez podlegających mu „oficerów” śledczych. W ten sposób Leszkowicz – po ciągnącym się kilka lat procesie – został uniewinniony. Dopiero sąd drugiej instancji uznał go za winnego przekroczenia uprawnień oraz niedopełnienia obowiązków, jak również pomocnictwa w przestępczym pozbawieniu wolności Józefa Stemlera. Umorzył jednak postępowanie, stosując ustawę o amnestii z 1989 r.

„Normalna” praca

Kilkanaście lat temu na pytanie sądu, co robił w bezpiece, Wiktor Leszkowicz odpowiadał: „Normalnie pracowałem”. Wówczas był świadkiem (a nie oskarżonym!!!) na procesie Adama Humera (kolejny wiceszef Departamentu Śledczego MBP), sądzono wówczas również podwładnych Leszkowicza – „oficerów” śledczych. W czasie tej normalnej pracy Leszkowicz poznał wszystkich oskarżonych. O dziwo, pamiętał również Humera, który przez pewien czas był jego przełożonym (inni oskarżeni byli podwładnymi Leszkowicza). W innych sprawach dopadła go jednak amnezja. O czym Leszkowicz zapomniał? Oczywiście o tym, jakie rozkazy dostawał od Humera i jakie sam wydawał podległym mu „oficerom”. Nie mógł zatem kojarzyć, jakie metody śledcze stosował sam, a także jakich wymagał od niższych rangą bezpieczniaków. Krótko mówiąc, nie miał pojęcia, co działo się w jego miejscu pracy, a więc w Areszcie Śledczym MBP przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. A skoro tak, nie mógł rzecz jasna wiedzieć, czy stosowano (stosował) jakikolwiek przymus wobec więźniów – czy to fizyczny, czy psychiczny. Coś o zbrodniczych praktykach musiał jednak słyszeć, skoro stwierdził: „Jeśli ktoś to robił, to na własną rękę”.

Wiktor Leszkowicz do bezpieki wstąpił we wrześniu 1944 r., w wieku 26 lat. Wcześniej ukończył kurs w Specjalnej Szkole Politycznej w Kujbyszewie. Funkcję wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP pełnił od 15 listopada 1951 r.

do 8 kwietnia 1954 r. Był członkiem PPR i PZPR. Po odejściu z bezpieki w 1956 r. – jak czytamy w aktach IPN u – został skierowany przez KC PZPR na zastępcę dyrektora ds. administracyjno-finansowych w Centralnym Biurze Konstrukcyjnym w Telekomunikacji w Warszawie.

zobacz >Mordy bezpieki

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Historia, III RP, Lata PRL i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Czy zastępca Różańskiego trafi za kraty?

  1. Majka S. pisze:

    „Przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków”- jakże niedorzecznie brzmią zarzuty stawiane komunistycznym oprawcom. To nie jest proces lecz farsa, w której główną rolę gra amnezja oskarżonego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.