Pisarze PRL-u. Stanisław Dygat

Prozaik, felietonista i dramatopisarz, jeden z najważniejszych pisarzy po 1945 roku. Był wnukiem powstańca 1863 roku Ludwika Dygata i synem architekta Antoniego Dygata. Studiował architekturę i filozofię. Debiutował opowiadaniem opublikowanym w 1938 roku, następnie 1946 powieścią Jezioro Bodeńskie, w której można odnaleźć autobiograficzną inspirację.

W 1939 Dygat został internowany w obozie dla cudzoziemców nad Jeziorem Bodeńskim.

Powieść ta została w 1986 roku przeniesiona na ekran przez Janusza Zaorskiego. Sfilmowano również kolejną powieść Dygata, której tematem są przemiany ustrojowe w powojennej Polsce – wydane w 1948 roku Pożegnania (1958, reż. Wojciech Jerzy Has). W roku 1967 Janusz Morgenstern nakręcił film pod tytułem Jowita. Była to ekranizacja powieści Disneyland.

Po uwolnieniu z internowania przebywał w Warszawie, gdzie uczestniczył w konspiracyjnym życiu literackim. Po upadku powstania warszawskiego przebywał w Krakowie, a od 1946 r. w Łodzi.

Pisarz zajmował się również twórczością przekładową, przetłumaczył na język polski m.in. Wieczór Trzech Króli Szekspira oraz Króla Edypa Sofoklesa.

Był mężem aktorek: Władysławy Nawrockiej oraz Kaliny Jędrusik. Jego siostra Maria Danuta Bogusławska z domu Dygat była żoną wybitnego kompozytora Witolda Lutosławskiego. Córka Stanisława Dygata, Magda Dygat, napisała wspomnienia o ojcu w książce pt. Rozstania.

Był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, z której wystąpił w listopadzie 1957 w proteście przeciwko odmówieniu przez władze zgody na wydawanie miesięcznika “Europa”. W styczniu 1976 roku był jednym z sygnatariuszy tzw. Memoriału 101, skierowanego do Komisji Sejmowej przeciwko planowanym zmianom w konstytucji.

Zmarł na atak serca. (1914 – 1978)

Film z cyklu „Errata do biografii” przypomina życie Stanisława Dygata, jego udział w działalności opozycyjnej wobec władz komunistycznych. W programie występuje Magdalena Dygat, córka pisarza, autorka wspomnień wydanych w 2001 roku, a także Edward Kurowski, autor książki „Moje życie ze Stanisławem Dygatem”, oraz znajomi pisarza (Ryszard Matuszewski, Tadeusz Konwicki) i historycy literatury (Jan Zieliński, Tadeusz Nyczek, Tadeusz Drewnowski, Przemysław Czapliński, Henryk Bereza, Joanna Siedlecka).

Film można obejrzeć >TU lub na stronie TVP

 

Magdalena Michalska

Potwór z Żoliborza, Polak z wyboru

Marzec 1968 r., – rozkoszujący się wiosennym powietrzem Tadeusz Konwicki spotyka Stanisława Dygata. Ten jest wystrojony, wyperfumowany, a w ręku trzyma kwiaty. Konwicki natychmiast pyta przyjaciela, dokąd idzie. Ten mówi, że umówił się z jakąś Dorotą. „Ile lat ma jej ojciec?” – pyta z kolei Konwicki. „A bo ja wiem. Może 45, może 46” – niechętnie przyznaje Dygat. Konwicki przypomina mu więc, że przecież Dygat dał słowo, że nie będzie podrywać dziewcząt, których ojcowie są młodsi od niego. „Teraz już nieaktualne! Po przemówieniu Gomułki wszystko nieważne! Moja przysięga też nieważna!” – rozdziera się na całą ulicę Dygat.

Powyższą historię opisał Konwicki w „Kalendarzu i klepsydrze”. Jakże typowa ona była dla Dygata. Ten romantyczny playboy, tak naprawdę nieustająco zakochany tylko we własnej żonie, niezapomnianej Kalinie Jędrusik, był jedną z najbarwniejszych postaci PRL-u i zarazem jednym z najbardziej niedocenionych pisarzy. Leniwy, na pozór zawsze sarkastyczno-ironiczny, w gruncie rzeczy bardzo mocno przeżywał zarówno losy swojej twórczości, jak i swojego kraju. Jego barwność i niedająca się stłamsić wolność, dążenie do zachowania własnej indywidualności, musiały prędzej czy później zacząć drażnić Służbę Bezpieczeństwa, nietolerującą niczego, co odznaczało się na tle szarej, kanciastej rzeczywistości Polski Ludowej. – To był pisarz nie na indeksie, nie jawnie opozycyjny, ale to był pisarz taki… z tych niebezpiecznych – mówi w filmie „Stanisław Dygat. Errata do biografii” krytyk filmowy Andrzej Werner.

Dom polski, dom francuski

Przodkowie Dygata pochodzili z Francji. Prapradziadek pisarza, prawdopodobnie kupiec, w czasie wojen napoleońskich trafił do Polski, pradziadek walczył już w powstaniu listopadowym. Zaś dziadek, Ludwik Dygat, w styczniowym. Po zrywie znalazł się na emigracji. Wskutek tego ojciec pisarza, Antoni Dygat, urodził się we Francji. Jak podaje prof. Zdzisław Skwarczyński, autor biografii Stanisława Dygata, w Paryżu ojciec pisarza ukończył architekturę, tam też poznał Jadwigę Kurowską, studentkę medycyny, swoją przyszłą żonę. Wrócili do Warszawy. Tu rozpoczął się dla nich okres prosperity; Antoni został jednym z bardziej cenionych architektów. Według jego projektów powstał m.in. gmach Wytwórni Papierów Wartościowych. Parze urodziła się córka Danuta, przyszła żona Witolda Lutosławskiego.
5 grudnia 1914 r. na świecie pojawił się syn Stanisław.
Dom rodzinny Dygatów należał do rodzin wysoko sytuowanych społecznie i – jak pisze Skwarczyński – znajdował się na „wierzchołku ówczesnej inteligencji o aspiracjach twórczych”.
W jednej z rozmów radiowych Jerzy Pytlakowski pytał Dygata o dzieciństwo. „Nie wiem, czy było ono trudne i ciężkie. Czasem właśnie trudne i ciężkie może być dzieciństwo spędzone w warunkach bardzo dobrych, a skutki tego potem są ciężkie i trudne. Dzieciństwo kojarzy mi się raczej z muzyką, a na pewno bardziej niż ze słowem. Rodzina moja jest dosyć muzykalna, więc dużo muzyki zawsze w domu było”.
Dzieciństwo pisarza mogło być faktycznie trudne, ponieważ posiadał on ten typ inteligencji, który niczego nie przyjmuje na wiarę i żywiołowo nie znosił konwenansów i konwencji. Jednocześnie był ciekawy świata. „W wieku siedemnastu lat postanowił… uciec w świat: chciał zaciągnąć się na statek, zostać marynarzem, pływać po Bałtyku. Ojciec, który odnalazł go w Gdyni, wysłał syna do Krakowa, do szkoły pijarów” – pisze o Dygacie Dariusz Michalski w książce poświęconej Kalinie Jędrusik.
Maturę zdał z opóźnieniem, dopiero w 1935 r. Choć trudno w to uwierzyć, największym koszmarem szkolnym dla tego wybitnego mistrza narracji był… język polski. Jak pisze Skwarczyński, „stale »obrzynał« dwóje, nie będąc w stanie pisać ani ortograficznie, ani gramatycznie, ani poprawnie pod względem stylistycznym, nie będąc w stanie sklecić dorzecznie żadnego wypracowania”.
Po maturze rozpoczął naukę w Wyższej Szkole Handlowej. Jak sam przyznawał, wybrał ją dlatego, że poszła tam większość kolegów. Oczywiście bardzo szybko oblał egzaminy. Próbował sił na architekturze, ale i tu mu się nie udało. Ostatecznie zaczepił się na filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiował pod kierunkiem prof. Władysława Tatarkiewicza. To mu wreszcie odpowiadało: studia nie były zbyt wymagające, a jednocześnie dawały możliwość rozwoju. Wtedy też poznał m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Brezę czy Jerzego Andrzejewskiego. W „Apelu”, dodatku literackim do „Kuriera Porannego”, ukazało się opowiadanie Dygata „Różowy kajecik”.
Rok później wybuchła wojna. Dygat, który miał przecież obywatelstwo francuskie, został internowany przez Niemców w Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim. Następnie wrócił do Warszawy, a po Powstaniu, w 1944 r. przez jakiś czas przebywał w Komorowie. Reminiscencje tych wydarzeń znalazły bardzo mocne odbicie w jego książkach.

„Te, wariat! Wisła się pali”

Mniej więcej w 1942 r. Dygat zaczął pisać „Jezioro Bodeńskie” i zawarł umowę z podziemnym wydawnictwem Mitznera.
Główny bohater „Jeziora…”, dwudziestokilkuletni chłopak, jako że posiada – podobnie jak Dygat w rzeczywistości – obywatelstwo francuskie, zostaje internowany w Konstancji. W budynku, będącym wcześniej niemiecką szkołą, okupanci zebrali wiele takich paszportowo-obywatelskich nieporozumień. Jest więc 70 podstarzałych francuskich guwernantek, są angielscy „neptuni” z zatopionego statku czy szlachcic z Podola, który w życiu nie był w Alzacji, ale nie wiadomo jakim cudem dorobił się obywatelstwa francuskiego.
Na tle całego towarzystwa, snującego się po gmachu szkoły i otaczającym je podwórku i nudzącego się niemiłosiernie, wyróżnia się 21-letnia Francuzka Suzanne. Główny bohater uwodzi ją, wykorzystując fakt, że dziewczyna jest zafascynowana Polską. Spotykają się przy oknie, a on czyta jej trzech wieszczów i opowiada o Polsce. Ładnie, ale zupełnie bez sensu. Suzanne jest coraz bardziej zakochana, a głównemu bohaterowi zaczyna to ciążyć. Dziewczyna bierze całą sprawę bardzo serio, oczekuje, że będzie on „mężczyzną, który silnym ramieniem obejmie jej wątłą kibić”. Tymczasem to nie jest styl naszego bohatera. Wściekły, że wpisano go w konwencję, której nie czuje, a także zły, że Francuzka jest tak zachwycona banalną i stereotypową wizją Polski jako kraju męczenników, chce w końcu wyplątać się z tej relacji. Pragnąc jednak wyrwać się z wyidealizowanego wizerunku, w jaki wpisała go Suzanne, nie robi tego zwyczajnie, ale zaczyna na jej oczach paradować z inną internowaną, rudą fordanserką z dancingu „Erica”, zresztą nudną i głupią. Między Suzanne a bohaterem rozpoczyna się trudna psychologiczna gra, męcząca i wyniszczająca obie strony.
Dlaczego główny bohater odczuwa taką potrzebę krzywdzenia Suzanne? Wynika to po części z faktu, że jest ona Francuzką. Drażni go, nie tylko w niej, lecz także w większości innych współwięźniów, ten płytki, bezrozumny zachwyt Polską, polegający na podziwianiu czyjegoś męstwa, kiedy samemu siedzi się wygodnie.
Już po zwolnieniu Suzanne dwóch współwięźniów namawia głównego bohatera, by wygłosił prelekcję pt. „Ja i mój naród”. Oczekują banału, taniej opowieści o Winkelriedzie narodów. Dostają to, ale w formie groteski. Po perfekcyjnym wstępie prelegent zaczyna się jąkać, wylewa wodę z karafki, traci wątek. Gada jakby od rzeczy. Zarazem jednak w tej właśnie formie przemyca to, co istotne. Pretensję do aliantów. „Tak, panowie – mówi do zgromadzonych w budynku Anglików i Francuzów – bo do was szczególnie się zwracam, zważcie to jednak, że istnieje naród, dla którego białe jest białe, a czarne jest czarne, i nikt nie może go przekonać, że może być inaczej. I naród ten nie umie być polityczny, bo musiałby na białe zacząć krzyczeć »czarne«, a na czarne »białe«, a on nie może, nie może, nie może, w żaden sposób nie może. A widząc, co wy tam na swoich fotelach wyrabiacie, nic innego nie może zrobić, jak westchnąć i dać się ukrzyżować. Dla wyrównania”. Zarazem w tym samym przemówieniu obnaża wady Polaków, by ukrócić ten idiotyczny zachwyt. „Odkupienie odkupieniem, ale nie zaprzeczajcie, że ten odkupiciel ma, jak wszystko na świecie, swoje defekty. Jak na ukrzyżowany naród trochę w tej Polsce ludzie są zbyt beztroscy i zbyt lekkomyślni. To może nawet i miłe, ale nie bardzo rozsądne i dużo z tego czasem biedy wynika” – mówi. Przemówienie kończy się wyreżyserowanym zresztą przez głównego bohatera okrzykiem zdziecinniałego staruszka Rullota, który wrzasnąwszy: „Te, wariat! Wisła się pali!”, wybiega z kaplicy.
Całe „Jezioro Bodeńskie”, mimo pozornie tylu niechętnych uwag pod adresem Polaków, to przede wszystkim dramat głównego bohatera, czy też właściwie antybohatera, który nie jest w stanie zmusić się do czynu. Jako inteligent snuje abstrakcyjne rozważania i chociaż bardzo stara się uwolnić od tych cech polskich, które uważa za szkodliwe, to jednak kocha swój kraj. Świadczy o tym chociażby scena, w której Polka mająca ojca Anglika gra poloneza.
„Muzyka wzmaga się i panoszy. Dokonuje się jakaś dziwna rzecz: w szkolnej sali niemieckiego gimnazjum przerobionej na kaplicę realizuje się Polska. Szopen wypiera wszystkie rekwizyty i rysy niemieckości, wąsy pana Pociejaka stają się ważniejsze od pomalowanego na zielono łuku za oknem. […] Polonez grzmi i przewala się, pędzi przez pola, łąki, spoczywa na chwilę pod wierzbą, zagląda do chaty, przyklęka pod krzyżem przydrożnym i sunie dalej ku przyszłości nieznanej a świetlanej, porywając po drodze ludzi za gardła”.

Warszawski playboy romansuje z PZPR

Powieść została uznana za skandaliczną, jednak mocny debiut zapewnił Dygatowi stałe miejsce w kręgu literatów. Niestety, po wojnie zaczął się jego flirt z władzą. Jak pisze Michał Januszkiewicz, kolejny biograf Dygata: „W felietonach pochodzących z lat pięćdziesiątych pojawia się nuta aprobaty dla ideologii socjalistycznej, lecz postawa satyrycznego i zdystansowanego oglądu rzeczywistości oraz brak wysokiej retoryki aprobatę tę osłabiają”.
Jednak flirt z reżimem trwał. Dygat zaczął współpracę z komunistyczną „Kuźnicą”, zgłosił akces do partii. Mieszkał w Krakowie, potem w Łodzi i we Wrocławiu. W tym ostatnim mieście został szefem Związku Literatów Polskich. Bardzo szybko dopracował się zresztą nagany za brak aktywności. Zdaniem osób mu bliskich Dygata w objęcia PZPR zaprowadziła wiara, że socjalizm jest jedyną ideologią zdolną naprawić sytuację w Polsce. Zarazem zapewne miało tu także znaczenie zbrzydzenie wyższymi warstwami przedwojennej Polski. Z warszawskim salonem rozliczył się zresztą w wydanych w 1948 r. „Pożegnaniach”. W książce znów pojawiają się wątki autobiograficzne. Wraca Powstanie Warszawskie i późniejszy pobyt w Komorowie. Dygat z wybitną złośliwością opisuje hrabinę Różę, przyjaciółkę ciotki głównego bohatera, której majątku wojna i powstanie nie dotknęły w najmniejszym stopniu, i która teraz przyjmuje z otwartymi ramionami uchodźców z płonącej stolicy. Czyni to jednak nie dlatego, że ma dobre serce, ale dlatego, że wymaga tego konwenans. Zarazem jednak jest wściekła, że coraz kolejni lokatorzy niszczą jej majątek, zjadają zapasy i brudzą dywany. Wyżywa się więc na nich – dawne gwiazdy jej salonu literackiego są teraz traktowane jak niesforni sztubacy.
Wielka szkoda, że właśnie to zbrzydzenie pchnęło Dygata w ramiona partii. Tym bardziej, że jeszcze w „Pożegnaniach” czuć wyraźnie, że ta nienawiść do klasy wyższej, to nienawiść wynikająca w gruncie rzeczy z miłości. Tę postawę reprezentuje hrabina Maryna, na której towarzystwo snobuje się Róża i jej lokatorzy. Maryna jest świetnie urodzona. Zarazem jednak bezwzględnie wyśmiewa się z pozostałych, mówiąc, że nie należy dawać im wódki, bo jeszcze wypadliby z pozy ponurych poszkodowanych i „zanadto się rozweselili”. Klnie, pluje na perskie dywany, całymi dniami pije wódkę z woźnicami i kolejarzami, a mieszkańców dworku Róży straszy, że będzie ich wieszać, jak przyjdą bolszewicy. Jednak zapytana o to przez głównego bohatera przyznaje, że nie jest żadną „czerwoną hrabiną”. „– Oni [tj. szlachta – przyp. M.M.] myślą, że nimi gardzę i nienawidzę ich. Że uciekam od naszej sfery. Osły! To oni uciekli, a raczej zabłąkali się […]. Gardzę nimi i nienawidzę ich? Owszem, ale tak, jak wódz żołnierzami, którzy się zbłaźnili” – mówi.
Do reżimowej prasy Dygat zwyczajnie nie pasował. „Był jednak najbardziej nieortodoksyjny ze wszystkich członków »Kuźnicy«. Większość zaczepiona była przed wojną o jakąś lewicową tradycję, a on nie. Był wyjątkowo oryginalną, wyłamującą się z wszelkich konwencji postacią. Skąd tam się wziął? To był przecież taki warszawski playboy sprzed wojny” – wspomina Ryszard Matuszewski w książce Dariusza Michalskiego poświęconej Kalinie Jędrusik.

Kalina

Po wojnie Dygat ożenił się z aktorką Wandą Nawrocką, urodziła im się córka Magdalena. W 1952 r. wyjechali do Gdańska. On pracował tam jako kierownik literacki Teatru Wybrzeże. I tam poznał kobietę, która zmieniła jego życie.
24-letnia, więc 17 lat młodsza od Dygata, trzpiotowata i uwodzicielska początkująca aktorka, mało komu wówczas znana Kalina Jędrusik, od razu wpadła w oko pisarzowi. Sama Kalina tak wspominała w książce Michalskiego pierwsze spotkanie z Dygatem: „Byłam jedną z niewielu, które interesowały się nie tylko polską literaturą, ale także autorami. Znałam pisarzy z fotografii, wiedziałam, jak wygląda Stanisław Dygat. I w Gdańsku, na spacerze, spotkałam go – szedł z moją koleżanką z teatru, Dziunią Nawrocką; okazało się (o czym jeszcze wtedy nie wiedziałam), że była jego żoną. Obejrzałam się – i zobaczyłam, że on też na mnie patrzy, ale jak! Szedł z żoną tyłem, bo patrzył na mnie. U Sienkiewicza to bym wtedy powiedziała: mój ci on jest, ale ja naprawdę tak sobie wtedy pomyślałam – to będzie MÓJ MĘŻCZYZNA”.
Bliżej poznali się kilka miesięcy później, na balu sylwestrowym. Położyli się na jakimś tapczanie i gadali w kółko, jedno przez drugie, śmiejąc się obłąkańczo.
Miłość, która między nimi wybuchła, była z gatunku tych silniejszych niż wszystko i trwających do końca życia. Chociaż nie obyło się bez momentów bolesnych. „Kiedy ich romans, długo jeszcze ukrywany przed matką, przestał być tajemnicą, matka zażądała rozwodu. Ojciec odmówił. Przyłapany w trudnej i mało szlachetnej sytuacji przestraszył się i uciekł. Dzwonił potem z daleka, prosząc matkę, żeby mu przebaczyła. Przysięgał, że ten romans nie ma znaczenia” – pisze córka Dygata we wspomnieniowej książce „Rozstania”.
Ostatecznie jednak pisarz wyprowadził się z domu. W listach do przyjaciela stwierdzał, że „to okropne, że żeby się ożenić, trzeba się najpierw rozwieść”.
Czy to małżeństwo było szczęśliwe? Tak. Kalina kochała swojego męża aż do jego śmierci, a także po niej. Poświęciła się wówczas właściwie tylko kultywowaniu pamięci pisarza. W jej domu stało jego biurko, którego nie można było ruszyć, największa świętość.
Zarazem jednak para ta była „postępowa” nawet w stosunku do dzisiejszych mocno liberalnych standardów. Kazimierz Kutz wspomina w książce Michalskiego przyjęcie u Dygatów pod hasłem „Zawieszam ch*ja na kołku”. „Dali sobie wolność. Przez ich dom przewijali się wielbiciele Kaliny i dziewczyny Stasia. Zresztą Staś, który był pięćdziesiąt pięć razy bardziej kochliwy niż Kalina, wykorzystywał swój przywilej w znikomym stopniu”.
„Jego emocje znajdowały wyraz najczęściej w trzymaniu za rękę. I opiekuńczości wobec tej osoby. Np. jedna pani od początku znajomości z nim była w ciąży z własnym mężem. Cała miłość Stasia polegała na tym, że spotykał się z tą panią w parku, żeby zaczerpnęła powietrza, sadzał w cieniu, by nie zaszkodziło jej słońce, kazał patrzeć na zieleń, bo uspokajała” – wspomina w tej samej książce Gustaw Holoubek.
Małżeństwo z Kaliną zaowocowało także pisanym na łamach „Przekroju” pod pseudonimem Anna Tarczyńska pamiętnikiem „Jestem jaka jestem”, w którym ukazywały się literacko przetworzone opowieści Jędrusik o światku aktorsko-teatralnym.

Salon literacki na podsłuchach SB

W 1956 r. Dygat wypisał się z partii i zaczął brać udział w działaniach opozycyjnych. W 1964 r. podpisał się pod tzw. Listem 34, powstałym z inicjatywy Antoniego Słonimskiego. „Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu” – pisali literaci do premiera Cyrankiewicza. Poza Dygatem pod protestem podpisali się także m.in. Maria Dąbrowska, Paweł Jasienica, Stefan Kisielewski czy Zofia Kossak-Szczucka.
Poparł także „Memoriał 101”, który był protestem przeciwko niedemokratycznym zmianom w konstytucji. „Na pewno miał kłopoty z tego powodu i nawet panowało pewne zaskoczenie, że on podpisał […], bo w stosunku do innych kolegów uchodził za człowieka trochę uprzywilejowanego. Więc moim zdaniem był to z jego strony akt odwagi. Na pewno” – mówi w „Erracie…” Janusz Morgenstern.
Chwilowo jednak trwała jeszcze dobra passa zawodowa. Pisał scenariusze i dialogi do filmów, ekranizacji doczekały się niektóre jego książki, m.in. „Pożegnania”. Wydał zbiory felietonów, w tym słynne „Rozmyślania przy goleniu”. Napisał nowe powieści, wzruszającą i zarazem gorzką „Podróż” i „Disneyland”, uznany w plebiscycie „Kuriera Polskiego” za najwybitniejszą powieść 1965 r. Książka opowiada o miłości, zdradzie i sporcie; można w niej jednak znaleźć także kapitalne komentarze à propos obyczajów. Słowa bohatera, wypowiadane pod adresem kobiet równie dobrze można by odnieść do dzisiejszych feministek:. „Kobiety zajmujące się gotowaniem. Ale to nie są kucharki. Nie mają nic wspólnego z tymi kucharkami, które kiedyś odkładały dla swoich strażaków kotlet schabowy do rury, a czasem i pieniądze na PKO. Należą do Ligi Kobiet, otrzymują w dniu Święta Kobiet kwiaty i prezenty i w ogóle są świadome praw i obowiązków kobiety w Polsce Ludowej. Mówiąc nawiasem, słowo »kobieta« nie oznacza w dzisiejszych czasach płci, ale raczej coś w rodzaju rasy albo klasy społecznej, albo jakiegoś uciskanego do niedawna ludu, który szczyci się zarówno tym, że był uciskany, jak i tym, że uciskany już nie jest”.
Zarazem Dygat odgrywał wówczas coraz większą rolę nie tylko jako pisarz, lecz także jako osobowość. „Dla nas, przyjaciół, był malowniczą i czarującą postacią, pełną wdzięku i wielu śmiesznostek. Potrafił natychmiast się w ludziach zakochiwać – ale nie do końca, a potem popadać raptem w nienawiść – nie naprawdę. Nazywaliśmy go czule »Potworem z Żoliborza«” – wspomina pisarza Konwicki w „Kalendarzu i klepsydrze”.
Dom Dygatów na Żoliborzu stał się salonem skupiającym artystów i literatów. „Jego salon, jego stolik, to była enklawa wolnego świata. Do którego SB się koszmarnie chciała wcisnąć. Żeby móc kontrolować, wiedzieć” – mówi pisarka Joanna Siedlecka w „Erracie…”. I opowiada o tym, że ten wolny świat coraz bardziej niepokoił służby: „Przez lata pisarz żył na podsłuchu. Okresowo miał tzw. pokojowy, tzn. pluskwę w ścianie, której się nie domyślał. I jak SB chciała wiedzieć, co myśli Dygat, to włączała mu też tę pluskwę. Na co dzień miał »pt«, czyli podsłuch telefoniczny. Zadziwia skrupulatność. Każda rozmowa była spisywana i analizowana. Służba Bezpieczeństwa po prostu zbierała materiały kompromitujące na Dygata i na jego świat”.
SB założyła pisarzowi najpierw kwestionariusz, potem sprawę operacyjnego rozpracowania, kryptonim „Stan”, a w latach 70. zaczęła utrudniać pisarzowi wyjazdy, a jeśli wyjeżdżał, był pod stałą inwigilacją. „I były takie bardzo już pogrążające donosy, że np. spotkał się z państwem Szackimi, czyli taką znaną parą emigrantów marcowych. Tam organizowano zbiórki pieniędzy dla KOR-u. I że Dygat jakoś tam te pieniądze przewoził” – mówi Siedlecka.

Odrzucony film. Zarzut antypolskości

„Potwór z Żoliborza” był coraz starszy i coraz słabszy. Przebył zawał. Kalina Jędrusik, by utrzymać dom finansowo, musiała brać chałtury w różnych częściach Polski, coraz rzadziej więc mogła przebywać z mężem. Ponadto w 1977 r. stało się coś, co ostatecznie dobiło Dygata. „Dramatycznym przeżyciem okazała się dla niego […] dyskusja na temat filmu Ewy Kruk »Palace Hotel« nakręconego na podstawie »Dworca w Monachium« [opowiadanie Dygata – przyp. M.M.]. Wówczas posypały się na niego gromy. Nie przebierano w słowach. Musiał tłumaczyć się i udowadniać swój patriotyzm, zresztą na próżno” – pisze Januszkiewicz.
Siedlecka, odnosząc się w „Erracie…” do tych wydarzeń, podkreśla, że sam skład tej kolaudacji jest już bardzo znamienny, widniały w nim „straszne PRL-owskie nazwiska ludzi, którzy byli związani z partią, którzy realizowali jej politykę. […] Można wyciągnąć taką konotację, że to była egzekucja”.
Janusz Morgenstern podkreśla zaś, że był to dla pisarza wielki cios. Choć film może nie należał do wybitnych, Dygat odebrał całą historię jako atak na siebie. Zabolał go też zarzut antypolskości. „Moja rodzina przybyła z Napoleonem z Francji i mój prapradziad osiedlił się w Warszawie. Jego syn, a mój pradziad, walczył w Powstaniu Listopadowym. Mój dziadek Ludwik walczył w Powstaniu Styczniowym […] Pochodzę z rodziny, dla której Polska, polskość i walka o polski postęp społeczny była rzeczą pierwszą” – pisał zrozpaczony do ministra kultury i sztuki Józefa Tejchmy w styczniu 1978 r. Kilka dni później zmarł. Ukochanej Kaliny, niestety, nie było przy nim, czego do końca życia nie mogła sobie darować.
– Widzę go jako znakomitego, niedocenionego pisarza, a także jako postać zniszczoną przez PRL. A można chyba nawet powiedzieć: zabitą – stwierdza Siedlecka w „Erracie…”.
„Kogóż można obciążyć odpowiedzialnością za to, jakim się jest?”
– Wybitne walory artystyczne prozy Dygata nie zostały docenione, ponieważ z jednej strony komuniści nie chcieli go lansować; wiadomo, był arystokratą ducha, kimś, kto gardził tępym materializmem – ocenia wybitny poeta i dramaturg Bohdan Urbankowski.
– Z drugiej strony opozycja też nie miała do niego specjalnego zaufania, uważała, że zawsze będzie się w stanie „schować” za Francją. Tak więc nie miał on swojego szerszego środowiska. I przez to właśnie nie był tak znany, jak na to zasługiwał – dodaje.
Mimo opisywanych sporów i postawy z początków PRL podkreślał, że jest Polakiem z wyboru. I udowodnił to, zrzekając się w 1947 r. obywatelstwa francuskiego, a co za tym idzie, wielu przywilejów. Można zatem odnieść wrażenie, że wiele z jego mocnych słów wynikało z troski i miłości do ojczyzny. I – jeśliby potraktować głównego bohatera „Jeziora Bodeńskiego” jako alter ego autora – można by wysunąć tezę, że krytykę odnosi on przede wszystkim do siebie: „Kogóż można obciążyć odpowiedzialnością za to, jakim się jest? […] Ojczyznę? O biedna ojczyzno, zbyt się już przeciw tobie rzucają niedołęgi i wykolejone durnie. Bo czyż nie łatwiej powiedzieć: zmarnowałem się, bo ten podły kraj nie dał mi żadnych warunków dla rozwoju mych wspaniałych talentów. Tak mówią ci, którzy roszczą sobie pretensje, żeby ojczyzna była nie dobrem wspólnym dla wszystkich, ale dziewką do osobistych posług”.

Tekst ukazał się w Nowym Państwie

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Sylwetki, Teatr TV, film i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.