Dziewczynka z Auschwitz

Barbara Gruszka-Zych

Kiedy na lewej rączce wykłuli jej numer obozowy 70072, miała niespełna trzy lata. – Stale się rozrastał, stawał się coraz większy – mówi. Ale nie zdołał przesłonić jej życia. Dziś pani Lidia swój numer obozowy pokazuje jako świadectwo.

Po przyjeździe, na kwarantannie bili nam numery. Na szafie stała butelka z tuszem, a w niej rurka zakończona igłą. To musiało boleć. Ale ona nauczona do milczenia, bo z mamą ukrywały się z partyzantami, ani nie jęknęła. (Młodszej Basi, z którą była w baraku dziecięcym, wybili numer na udzie, bo nie mieścił się na cienkim przedramieniu.) Nie płakała, patrząc na martwe ciała kolegów z sąsiednich prycz. Widziała, że nie wstają do apelu. Ona na swoich małych nóżkach musiała zdążyć na czas. Zwykle hitlerowcy układali ich zwłoki na długich, nigdy nieogrzewanych piecach. – Ale myśmy nie reagowali. Umieranie było powszechne. Jak łatwo było mordercom stworzyć swoich następców, którzy mówią: „płakać nie ma o co”. A, strach, że ja sama się nie obudzę? No to się nie obudzę i już! Mała dziewczynka całe dnie siedząca na nocniku, z biegunką po zupie z brukwi, nawet się nad tym nie zastanawiała. Przeżyła tam 15 miesięcy. Najdłużej ze wszystkich dzieci, które trafiły do obozu Auschwitz-Birkenau. Już po wejściu dostała instrukcję na przetrwanie od starszego, żydowskiego chłopca: nie krzyczeć, nie płakać, nie dać się zauważyć dr. Mengele i innym dorosłym. Trzymała się tego potem całe lata. – Byłam dla bliskich oschła, daleka, milcząca. Nie umiałam okazać czułości, brać na kolana, całować. Jakbym trochę umarła, nie pamiętam jaśniejszych chwil – mówi. Obozowy numer jakiś czas zaklejała plastrem. Ze wstydu, że dała się zamknąć. Teraz nosi go jak świadectwo. – Wy jedziecie z rodzicami do Parku Rozrywki, a mnie z mamą i dziadkami zawieźli do obozu koncentracyjnego – tak Lidia Skibicka-Maksymowicz opowiada dziś uczniom starszym od dziewczynki, którą wtedy była.

Warkocze mamy

– Nie jestem ofiarą Holocaustu. W świat poszła fama, że w Auschwitz-Birkenau ginęli tylko Żydzi, a przecież mordowali tam tysiące Polaków i ludzi innych narodowości. Ja byłam Rosjanką. Dopiero w 1942 masowo zaczęli przywozić Żydów. Te sterty butów, włosów, protez to tylko fragmenty tamtej rzeczywistości – mówi do wycieczek z całego świata przyjeżdżających do muzeum KL Auschwitz-Birkenau i Muzeum Żydowskiego w Krakowie. – W obozie czuło się zapach beznadziei. To, co było słabsze, umierało. A ja byłam silna – wyznaje. Po latach mama jej powiedziała, że po urodzeniu ważyła 5900 g, miała dwa zęby i gryzła ją w pierś. Była bardzo pięknym dzieckiem. Przyszła na świat w Nowym Samborze koło Lwowa. Potem z mamą Anną i ojcem Aleksym zamieszkali we wsi Prybytki pod Połockiem. – Teraz to się nazywa CV. Od czego mam zacząć swoje CV, które nie przypomina normalnych życiorysów? – mówi z zadumą. Z domu rodzinnego pamięta, jak babcia na podwórku przy stodole wlewała jej mleko do kubka, a kotu do puszki po konserwie. – Potem nastał straszny czas. Stalin kazał spalić wsie, żeby Niemcy nie mieli bazy. A my poszliśmy do lasu, gdzie ukrywali się partyzanci. Do dziś ma dziurę w brwi od gałęzi. Kiedy jechała z mamą na koniu, wbiła jej się czoło. – Nawet nie miauknęłam. Nakazywali milczenie, bo ktoś nas zobaczy i zabije. Jako podejrzanych o kontakty z partyzantami zamknęli ich w więzieniu w Witebsku. – Taty w ogóle nie widywałam, był oficerem Armii Czerwonej. Każdego mężczyznę z gwiazdką na czapce brałam za niego. Któregoś dnia wszystkim kazali wsiąść do bydlęcych wagonów. – Pamiętam, nasz był czerwony. I jak mnie wysadzali na siusiu, na podłogę, to bardzo się wstydziłam. Stali stłoczeni, człowiek przy człowieku. Kiedy na postojach otwierano wagony, wysypywały się trupy – wspomina. Przyjechali do Auschwitz 4 grudnia 1943. 14 grudnia kończyła trzy latka. Była noc, oświetlona rampa, krzyki gestapowców, ujadanie psów. Hitlerowcy tworzyli odpowiednią dramaturgię, żeby się bać. Babcia i dziadek poszli w jedną stronę. Potem się dowiedziała, że do gazu. Ona z mamą na kwarantannę. Widziała, jak mamie obcinają długie, grube warkocze i golą głowę. – Była piękną, zdrową 20-letnią kobietą. Nadawała się do pracy, więc ją zostawiali. Ją też, do eksperymentów medycznych dr. Mengele. – Z obozu zostały mi tylko strzępki wspomnień. Ogólny obraz mogą przedstawić dorośli. O tym, jak funkcjonował, dowiedziałam się później z książek.

Dwa lewe buty

Trafiła do baraku dziecięcego z maluchami z całej Europy. Istna wieża Babel. W mig nauczyła się mieszanki polskiego, hebrajskiego, czeskiego. – Miałam czarniuśkie, kręcone włosy, niebieskie, wielkie oczy, taka Żydóweczka raczej. W jednym ubranku bez mycia, bo pod prysznic szli tylko dorośli, aż do wyzwolenia. Smród musiał paraliżować nosy. Choć może nie, bo często było zimno. Raz, ukradkiem, mamie udało się roztopić w wiadrze trochę śniegu i obmyć córeczkę. – Blokowe brzydziły się nas dotknąć. Z odrażających, zlepionych włosów wyłaziły mi wszy. Na pryczy miałam trochę słomy i obrzydliwy, twardy od brudu koc. Baliśmy się biegających szczurów – pamięta. Tylko raz, kiedy spadła z pryczy i nie mogła się powstrzymać od głośnego płaczu, blokowa dała jej cukierka. – Ale nie przytuliła. Za to kilka razy przytuliła ją mama. Chodziła do pracy przy przesuwaniu koryta Wisły do Harmęży, poza obóz. Miejscowa ludność zostawiała tam więźniom jedzenie. – Mama przyczołgiwała się do mojego baraku, wołała mnie przez szparę w drzwiach i podawała pod nimi kawałek chleba, surowego ziemniaka czy cebuli. „Nie chcę chleba, tylko ty ze mną zostań” – prosiłam. Bo w pewnym momencie traciło się poczucie głodu. Czasem na chwilę udawało jej się zarzucić mamie ręce na szyję. Każde odwiedziny mamy kojarzą jej się ze słowami, które powtarzała jej jak refren: „Zapamiętaj, jesteś Ludmiła Boczarowa, z Mińska”. Uczyła się ich jak modlitwy, mruczała jak kołysankę. To była jedyna nitka prowadząca do dawnego świata. Po dziecinnemu zmiękczała swoje nazwisko: „Jestem Bociarowa”. Po latach mama została konsultantką filmu „Zapamiętaj imię swoje” Siergieja Kołosowa, opowiadającym podobne losy dziecka. Poza odwiedzinami mamy zapadała w odrętwienie. – Byłam małym zwierzątkiem. Kiedy dzieci odmawiały modlitwę hebrajską, kiwałam się w jej w takt. Jak to sierota. Potem przetłumaczyła jej kilka słów. Brzmiały – „czarna gehenna”. W 1944 przywieźli do nich dziewczęta z powstania warszawskiego. – One nas uczyły pacierza, piosenek. Ja już wtedy rosyjskiego zapomniałam i śpiewałam „Jedzie pociąg z daleka” i „Rozszumiały się wierzby płaczące”. Po wyzwoleniu dlatego, że je znała, ludzie uważali ją za dziecko z powstania. Kiedy przyszła na nią kolej, zabrali ją do dr. Mengele. Kiedy wróciła, nie poznała jej własna matka i przerażona wołała po bloku „Ludmiła!”. Dziewczynka była przezroczysta jak szkło, bo wytoczyli z niej krew dla żołnierzy, a wstrzyknęli sól fizjologiczną. „Ma” – krzyknęła tylko skrótowo, jak miały w zwyczaju i pobiegła do matki. Po kolejnych eksperymentach obsypały ją okropne wrzody. – Już jako dorosła pojechałam na wycieczkę do Paragwaju, gdzie dr Mengele ukrywał się i zmarł. To był taki chichot losu. W końcu mama na „kanadzie” zdobyła jej marynarski mundurek i buciki. Ale buciki zniknęły. Ktoś na pocieszenie dał jej dał dwa lewe, papierowe buty. Takie jak do trumny. – To w nich wyruszyłam stamtąd w świat.

Brązowa miska

– W czasie II wojny światowej zginęło około 800 tys. dzieci. Nie było możliwe, żeby takie maleństwo jak ja mogło przeżyć. Ale miałam szczęście. To był cud! Przed wejściem Rosjan Niemcy nie nadążali palić trupów w piecach. Na dworze płonęły stosy ciał. Nic tak nie śmierdzi jak płonące ciało, pamięta ten smród. Ludzie z miasta wiedzieli, co się dzieje, ale nie mogli się zbliżać. To groziło śmiercią. 17 stycznia matka z innymi poszła drogą śmierci do Wodzisławia. Potem przez Ravensbrück trafiła do obozu w Bergen-Belsen. Ale o tym jej córeczka nie wiedziała. W dniu wyzwolenia Ludmiła była małym muzułmanem – owrzodziałym szkielecikiem z ogromnym brzuszkiem. Kiedy jej nowi rodzice przyszli do obozu, bo ksiądz z ambony prosił o zajęcie się dziećmi, coś wyjadała z brązowej miski. Odtąd nie je z ciemnych naczyń. – Od razu podeszła do mnie pani w czarnym futrze. Przytuliłam się do niej – opowiada. I już się nie rozstały. Jej mąż upatrzył sobie blondyneczkę Czeszkę, ale mama się uparła, że byłam pierwsza. Nazywali się Bronisława i Ryszard Rydzikowscy. Potem dowiedziałam się, że „brama śmierci” stoi na polu rodziców mojego taty. Zostałam ich córką. Lidią, bo mówili, że to imię lepsze niż Ludmiła. Było jej łatwiej przyjąć nowych rodziców, bo przed opuszczeniem obozu ktoś pokazał jej wśród trupów matkę. W nowym domu wszystko było szokiem – ciepła kąpiel w cynkowej balii, dotyk czystej pościeli, smak chleba. Zjadła za dużo i omal nie dostała skrętu kiszek. Pamięta, jak nowa mama biegła boso przez śnieg po lekarza. Walczyli o jej życie. – Długie miesiące przystosowywałam się do życia, które nazywa się normalne. Gdy dostała wózek z lalką, to lalkę wyrzuciła i jeździła w nim z górki, nie patrząc, czy się przewróci. Ustawiała dzieci na podwórku i kazała im odliczać, które pójdzie do dr. Mengele. Z nowym imieniem i nazwiskiem wypisali jej metrykę urodzenia na 15 listopada 1939. Naprawdę przyszła na świat 14  grudnia 1940. Jako 7-latka w sukience komunijnej najpierw przystąpiła do chrztu, tydzień później do Komunii św. Nikt nie wiedział, że już jest ochrzczona w Cerkwi prawosławnej. Dwa poplątane życiorysy nie dawały jej spokoju. Gdy skończyła 19 lat, zaczęła pisać do organizacji międzynarodowych w poszukiwaniu mamy. 15 stycznia 1960 otrzymała wiadomość, że mama żyje w Doniecku nad Donem. – Byłam rozczarowana, że nie starała się mnie znaleźć, że zapomniała. Po rozmowie telefonicznej przy pomocy tłumacza żal umarł. Mama to dopiero przeżyła. Nie przespała ani jednej nocy. Martwiła się, czy mnie nie biją, czy nie jestem głodna. Okazało się, że mam trzy siostry.

Biełyje rozy

Spotkanie matki z córką nagłośniły rosyjskie media. Oto wraca radzieckie dziecko wyzwolone z Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. – To było tydzień po powrocie Gagarina z kosmosu. Cała Moskwa przystrojona. A ja według nich wróciłam z zaświatów. Na dworcu Białoruskim zgromadziły się tysiące ciekawych. Wysiadła z przybranymi rodzicami, trzymając białe róże – jak w rosyjskiej piosence – które doradził jej kupić chrzestny, też były więzień. Ale mama zemdlała i zobaczyły się dopiero w hotelu Leningradzkim. Ich przytulone zdjęcie obiegło prasę. – Takie dusziewnyje. „Nie widziały się 6240 dni” – obliczali dziennikarze. Ona na tamtych fotografiach to 21-letnia piękność”. Taka byłam ładna, że szkoda by było, gdyby mnie spalili w krematorium. Mama opowiadała mi całe życie, a ja milczałam. Przecież przez lata chodziłam do baraku palić świeczki za spokój jej duszy. Mama zdradziła, że w obozie straciła wiarę, gdy widziała, jak maleństwa zaraz po urodzeniu topią w wiadrach z wodą. Czy jest Bóg, że na to pozwolił? Nie chciałam jej męczyć pytaniami, ale widziałam Biblię przy jej łóżku. Czytała sobie. Może to był powrót wiary? A ja wierzę w opiekę Matki Bożej. Zawsze wchodzę do kościoła, tak gorąco się modlę, aż dostaję jakiegoś olśnienia i wiem, co robić. Wtedy na Kremlu przyjęli ją dostojnicy rządowi. Chcieli, żeby została. Proponowali studia, mieszkanie. – Zdecydowałam zostać przy mamie, która mnie wychowała, poświęciła życie. Mimo żelaznej kurtyny odwiedzała rodziców i siostry. – Życie mnie nauczyło, że nie można się martwić dłużej niż trzy dni. „Dałam radę w obozie, dam i teraz” – myślałam. Pracowała jako projektant w Zakładach Chemicznych. Wybudowała dom w Czańcu, gdzie zamieszkała z rodzicami, mężem i synem Witoldem.

Potem sama przeniosła się do Krakowa.

– Takie było przeznaczenie. Już nie żyją rodzice naturalni i ci, co mnie wychowali. Wszystko mija. A ja jestem Polką i tu mam dom. Gdybym dziś wyszła z obozu, pracowałaby nade mną armia psychologów. Wtedy wystarczyli rodzice. Nie mówiliśmy o tym, co było. Ale pozostał mi ten syndrom obozowy. Psychologowie mówią, że dziecko w ciągu pierwszych kilku lat uczy się miłości. Mnie nikt jej nie uczył. Miałam tylko szalone poczucie obowiązku. Jak apel to apel. Trzeba stać na nim nawet kilka godzin z odmrożonymi nóżkami. Zamarzało jej też serce. – Musiałam żyć 65 lat, żeby doczekać urodzin drugiej wnuczki Wiktorii. Dopiero ją zaczęłam przytulać, całować.

Teraz, gdy jestem starą kobietą, wiem, co to kochać. Ona mi co chwilę mówi „Babciu, kocham cię”. A ja jej na to: „Ja cię jeszcze więcej”.

http://gosc.pl/doc/1454082

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Wspomnienia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Dziewczynka z Auschwitz

  1. antypowiec pisze:

    coz tu mozna dodac? dech odbiera,ze taka gechenne zgotowal czlowiek czlowiekowi,nie mowiac o tych wszystkich dzieciach.trudno w to wszystko uwierzyc ale wierze,ze tak bylo.pozdrowienia dla tej Pani.

  2. Majka S. pisze:

    Tak, łzy same napływają do oczu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.