Ordonka

Hanka Ordonówna kojarzy się głównie z kabaretem i przedwojenną piosenką. Dramatyczny był drugi rozdział jej życia – zesłanie w Sowiety przez NKWD, do przedwczesnej śmierci na uchodźstwie. Przejdzie do historii jako ofiarna opiekunka dzieci polskich, wygnanych przez sowieckiego okupanta na nieludzką sowiecką ziemię.

 

Piotr Szubarczyk

Ogółowi Polaków kojarzy się z kabaretem i z „kultową” przed wojna piosenką Miłość ci wszystko wybaczy, z filmu Szpieg w masce. Znacznie piękniejszy, choć bardzo dramatyczny i okrutny był drugi rozdział życia Hanki Ordonówny (*25 IX 1902 Warszawa †8 IX 1950 Bejrut) – od czasu zesłania jej w Sowiety przez NKWD, do czasu przedwczesnej śmierci na uchodźstwie. Hanka Ordonówna, a właściwie Maria Anna Tyszkiewiczowa z Pietruszyńskich przejdzie do historii Polski jako ofiarna opiekunka dzieci polskich, wygnanych przez sowieckiego okupanta na nieludzką sowiecką ziemię. Jako autorka (pod pseudonimem literackim Weronika Hort) jednej z najpiękniejszych książek – relacji historycznych XX wieku – Tułaczych dzieci.

Siostra Helena Chołyk (CSNJ) tak pisała o misji Hanki Ordonówny:

Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Krótko mówiąc, synteza wszelkich działań ludzkich to podanie kromki chleba czy kubka wody w imię Pana Jezusa Chrystusa każdemu bliźniemu, który jest w potrzebie. Wśród tych, którzy pamiętali o tak istotnej prawdzie życiowej, tak istotnym sprawdzianie życiowym każdego człowieka, była Hanka Ordonówna – aktorka. Można o niej powiedzieć, że była osobą pełną miłosierdzia.

Urodziła się w Warszawie, w biednej rodzinie mieszczańskiej, 25 września 1902. Nazywała się Maria Anna Pietruszyńska. Jej ojciec był kolejarzem. W dzieciństwie uczęszczała do szkoły baletowej przy Teatrze Wielkim w Warszawie, a gdy miała 16 lat, rozpoczęła występy w teatrzyku kabaretowym Sfinks. Początki jej kariery aktorskiej były trudne, ale zapalone młode dziewczę pokonywało wszystkie trudności, a co najważniejsze, umiało z uporem wciąż się uczyć, by wszystko wykonywać coraz lepiej. Kiedy otrzyma pseudonim artystyczny Anna Ordon, już tak będzie zawsze nazywana. Taka już pozostanie w naszej pamięci [Hanka OrdonównaOrdonka].

Szczególnie nabierze wiary w siebie, w swoje możliwości, gdy rozpocznie występy w teatrze Wesoły Ul w Lublinie. Dużo pracuje, czyta i ćwiczy. Zapisuje się do szkoły wieczorowej. Porywa publiczność swoją interpretacją piosenek, które do dziś ujmują za serce: O mój rozmarynieRozkwitały pęki białych róż czy Ułani, ułani.

Jej wielka radość znika jednak jak bańka mydlana, gdyż teatr po kilku programach przestaje istnieć.

Wraca do stolicy, gdzie rozpoczyna pracę w kabarecie Miraż. Tutaj zostanie zauważona przez reżysera kabaretu Qui Pro Quo, Fryderyka Járosy’ego. To on poświęci wiele czasu, troski, aby z Ordonówny zrobić wielką aktorkę. Przejdzie wówczas wiele, bardzo wiele, ale w końcowym efekcie jej każdy występ będzie oklaskiwany. Piosenki wykonywane przez Hankę Ordonównę stają się przebojami. Występy za granicą, również przyczyniają się do jej sławy, a występuje w Paryżu, Berlinie i w Wiedniu. Podziwia ją ówczesny wielki świat.

Również role filmowe przyczyniają się rozgłosu, a piosenka Miłość ci wszystko wybaczy jest popularna nawet dziś. To wszystko sprawia, że ówcześni wielcy poeci i satyrycy, jak Julian Tuwim czy Jan Lechoń, z satysfakcją piszą dla niej teksty. To wszystko nie zmieni jednak jej życia w jakiś szczególny sposób. Nadal będzie ono przebiegało zwyczajnie.

Aż któregoś dnia pozna hrabiego Michała Tyszkiewicza, zaśpiewa piosenkę ułożoną dla niej przez niego Uliczka w Barcelonie i zostanie jego żoną. Ślub odbędzie się w kościele Świętego Krzyża w Warszawie, w 1931. Hanka Ordonówna jest więc teraz hrabiną i aktorką… Na krótki czas udaje się w różne podróże z mężem, ale wraca i nadal śpiewa, występuje w kabaretach, a także w rewii cyrkowej, gdzie jeździ konno.

Wytężona praca przyczynia się do powrotu choroby płuc, ale szczególna opieka męża i lekarzy powodują szybki powrót do zdrowia naszej aktorki. Teraz rozpocznie szczególny cykl koncertów zagranicznych w Stanach Zjednoczonych. Kiedy powróci do ojczyzny, będzie wojna, bo to już jesień 1939. Nie pominie możliwości, aby zaśpiewać na pożegnanie żołnierzom wyjeżdżającym na front. Sama stara się o akordeon, bo ten śpiew, w jej pojęciu, musi być przy akompaniamencie, znajduje też akompaniatora.

Teraz wszystko przeżywa bardzo ciężko, ale w końcu dociera do swojego męża, który przebywa w Wilnie, dając schronienie wielu aktorom i pisarzom z Warszawy. Ale i tu los nie zatrzyma jej na dłużej, bo oto Michał Tyszkiewicz zostaje wywieziony w głąb Sowietów, a ona również – do obozu ciężkiej pracy w Uzbekistanie.

Tam z powodu warunków życia, głodu, zimna i ciężkiej pracy, powraca choroba płuc.

Ordonówna dociera do polskiego ośrodka w Tocku. Zorganizuje tu teatr, zacznie śpiewać, ale bardzo szybko zrozumie, że ma inną rolę do spełnienia: musi zapewnić opiekę osieroconym dzieciom polskich zesłańców NKWD. Troską macierzyńską obejmie je teraz wszystkie. Będzie im matką, szczególną opiekunką, wnikającą we wszystkie ich potrzeby. Wprawdzie w krótkim czasie, ze względu na stan zdrowia, zostaje wysłana do Taszkientu, ale już teraz wie, co ma czynić dalej, aby zlecona jej od Pana Boga misja wydała owoce.

Niespodziewane spotkanie z mężem nie przesłoni jej rozpoczętej misji. Wreszcie jest z polskimi sierotami w okolicach Bombaju, gdzie mogą żyć jak ludzie, ale teraz trzeba przeżywać straszne wspomnienia wojenne.

Gruźlica, która stała się teraz jej głównym problemem, przyczynia się do tego, że musiała zacząć się poważniej leczyć, opuszczając dzieci, które tak pokochała. Wraz z mężem zamieszkała w Bejrucie, dając czasem koncerty dla rodaków, malując obrazy, czy przygotowując do druku swoje piosenki, a także książkę Tułacze dzieci.

Maria Anna Pietruszyńska Tyszkiewiczowa – Hanka Ordonówna umarła 7 września 1950 w Bejrucie. Jej prochy sprowadzono do kraju w maju 1990. Spoczęła na Powązkach.

***

Pamiętajmy o Hance Ordonównie nie tylko dlatego, że miłość ci wszystko wybaczy i że trudno, gdy człowiek zakochany, to chodzi jak pijany… Pamiętajmy przede wszystkim o ofierze jej życia dla najtragiczniejszych ofiar okrutnej wojny – dzieci polskich.

http://wolnapolska.pl/

***

Piotr Lisiewicz

Magia królowej

ordonka_1„Kotów i dzieci nie należy pokazywać na scenie” – tak o jej pierwszym występie napisał jeden z krytyków, wyśmiewając piskliwy głos 16-latki. „Ta Polka o blond włosach jest największą artystką sceny naszych czasów” – pisał o niej 10 lat później Felix Salten, słynny austriacki pisarz.

Trudno wytłumaczyć współczesnej młodzieży, kim była w przedwojennej Polsce Hanka Ordonówna. Bo jako gwiazda piosenki znana z licznych romansów skojarzy im się nietrafnie z Dodą Elektrodą czy Edytą Górniak.

Losy dziewczyny z ubogiego domu były spełnieniem marzenia o karierze Kopciuszka. Ale ostatnie lata jej życia – zesłanie do łagrów po odmowie przyjęcia sowieckiego obywatelstwa i wyprowadzenie z komunistycznego piekła kilkuset polskich dzieci – nie pasują już do hollywoodzkiego scenariusza.

Wystarczy jednak zajrzeć do internetowego serwisu YouTube, by przekonać się, że wielu młodych ludzi słucha dziś mimo wszystko jej utworów. Niektórzy skopiowali sobie fragmenty przedwojennych filmów, ktoś inny pod nagrania ze starych płyt podłożył zdjęcia starej Warszawy. Piosenki „Miłość ci wszystko wybaczy” słuchano ponad sto tysięcy razy, wielu internautów pozostawiło pod nią swoje wpisy. Czego szukali? Oddajmy im głos:

„Niesamowita. Sama magia” ankaZurek

„Manieryczna, tajemnicza, UWODZICIELSKA!!!” nacalosc

„Ta pani – gdy jej sobie posłucham – zawsze dodaje mi kobiecego wigoru” lavvinka

„Ale to jest kozackie;)” PogonSzczecin04

„Dziękuję za te piosenki, za łzy w oczach, za to, że przypomniałeś mi opowieści mojej babci” Zielonyykapturek

„Jakby zbóje nie zmiażdżyli Polski, to by się ta sztuka wybiła na świat… Tylko sobie gdybać i marzyć można” Katamanteuomos

„Przedwojenna Polska była taka piękna, pełna wspaniałych artystów:) Obecni – nawet im do pięt nie dorastają…” tommay96

„Tak było pięknie i z klasą w II RP!!! Aż przyszły niemieckie psycho-maszyny, po nich ruskie bydło i wszystko s…” someoneinusa

„Polacy mieli swoją kulturę i nie musieli nikogo naśladować, to właśnie od nas wielu rzeczy uczyła się kinematografia nacałym świecie, może kiedyś to wróci” Jan2504

Wielu spostrzeżeń młodych słuchaczy nie sposób nie uznać za wyjątkowo trafne. Bo Ordonka była symbolem, jakby dziś napisano – ikoną, swoich czasów. Dlaczego ona? Tadeusz Wittlin, biograf Ordonki, pisze, że występowały z nią i ładniejsze, i mające piękniejsze głosy. Ale żadna z nich nie została legendą.

Mężczyźni – a romansów miała wiele – wpadali bez niej w depresję, a jeden popełnił, niestety, samobójstwo. „Jej dziwnie łamiący się głos jest urzekający, jej ruchy są płynne i melodyjne, rzewność w jej piosenkach chwyta ze serce, a humor zaprasza do wspólnej zabawy” – pisze o niej Wittlin.

Wielkie znaczenie miał też jej szczery, jak zarzucano niekiedy, aż nadmierny patriotyzm. Gdy w 1920 r. śpiewała „Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”, dwie brygady wojska pobiły się o to, która będzie ją gościć. Za ten patriotyzm zapłaciła hitlerowskim więzieniem i sowieckim łagrem.

Pochodzenie z robotniczej warszawskiej rodziny miało wpływ na to, że warszawski lud uznał ją za „swoją”. Tytuł wspomnianej biografii Wittlina „Pieśniarka Warszawy” oddaje tu istotę rzeczy (na tej książce w dużym stopniu opieram ten tekst).

Artystka nie może nazywać się Pietruszyńska

Maria Anna Pietruszyńska, bo tak naprawdę się nazywała, urodziła się w 1902 r. w Warszawie. Jej ojciec Władysław był kolejarzem. Matka Helena pracowała w domu. Żyli biednie, mieszkali w robotniczej warszawskiej dzielnicy przy ul. Żelaznej 68. Gdy córka skończyła sześć lat, matka zaprowadziła ją do szkoły baletowej. Kluczowe znaczenie miał fakt, że dzieci dostawały tam darmowe śniadania i obiady.

Gdy w listopadzie 1918 r. wybuchła niepodległość, Marysia miała 16 lat. Powszechna radość spowodowała, że w całej Warszawie wypełniały się kawiarnie, teatry i kabarety. Jednym z nich był działający przy Marszałkowskiej kabaret „Sfinks”.

Próba generalna spektaklu w warszawskim teatrze "Banda"

Próba generalna spektaklu w warszawskim teatrze „Banda”

Do gwiazd kabaretu należeli: piękna operetkowa primadonna Niuta Bolska, król tanga Karol Hanusz, wodewilista Ludwik Sempoliński, inteligentna deklamatorka Maria Strońska, urodziwy aktor dramatyczny Janusz Sarnecki i komik Michał Znicz. Teksty pisali dla niego Julian Tuwim, Jan Brzechwa i Tadeusz Żeromski – używający pseudonimu Jerzy Wrzos. Na scenie kabaretu występowało też pięć tancerek ze szkoły baletowej, a wśród nich Marysia Pietruszyńska.

Pewnego razu nadmiar gwiazd spowodował, że kierownictwo kabaretu miało poważny dylemat – nie wiedziało, kto ma wystąpić na początku. Dla gwiazd występ w czasie, gdy na salę wchodzili spóźnieni widzowie, to degradacja.

Ostatecznie padło na przestraszoną Marysię, która wykonała taniec kowbojski. „Na scenę wbiega jakieś małe chude stworzenie w wielkim kowbojskim kapeluszu” – tak scenkę tę opisuje Tadeusz Wittlin. Ale Marysia miała większe ambicje niż sam tylko taniec. Chciała kiedyś wystąpić z własną piosenką. Od Hanusza usłyszała: „Z takim nazwiskiem jak twoje: Pietruszyńska, to daleko nie zajedziesz”.

Wspólnie zastanawiali się nad pseudonimem. Ponieważ Hanusz wspomniał o niedawnym przedstawieniu „Reduta Ordona”, zaproponował „Marię Ordon”. Ale po chwili i imię Maria wydało mu się zbyt pospolite. Marysia powiedziała, że na drugie imię ma Anna. Tak została Anną Ordon.

Ale choć rozpowiadała dumna za kulisami, że pan Hanusz wymyślił jej artystyczny pseudonim, nikt nie zwracał na to specjalnej uwagi. W końcu poprosiła o napisanie piosenki poetę Artura Tura, kierownika literackiego kabaretu, bo ten odpowiadał grzecznie na jej „Dzień dobry”.

Piosenka była niespecjalna, ale własna. Dyrektora kabaretu Wacława Julicza wzięła podstępem, przynosząc mu herbatę, w czasie gdy siedział w gabinecie z Tuwimem, bo wiedziała, że w obecności poety jej nie odmówi.

Pierwszy występ to klapa, bo na scenie wyglądała jak „biała piszcząca myszka stojąca na tylnych łapkach”, której głosik słychać tylko w pierwszych rzędach. Jeden z recenzentów stwierdził: „jeżeli chodzi o panią Ordonównę, to jesteśmy zdania, że kotów i dzieci na scenie pokazywać nie należy”.

W „Wesołym Ulu”

Wkrótce po pierwszej porażce Marysi Jerzy Wrzos ogłosił, że dostał propozycję objęcia lubelskiego kabaretu „Wesoły Ul”. Zabrał ze sobą Sarneckiego. Stroną muzyczną miał zająć się jego przyjaciel Edward Domański, który właśnie wrócił z Wiednia, gdzie był sekretarzem Ferenca Lehara, króla tamtejszej operetki. „Może ja też mogłabym…” – pytała nieśmiało Marysia.

Lublin to inny świat. Cichszy, nie było nawet tramwajów. „Finansiści”, którzy sprowadzili do miasta aktorów, chcieli mieć coś w rodzaju warszawskiego kabaretu.

Artyści postanowili jednak, że tu powinni ludziom pokazać przede wszystkim prawdziwą sztukę, m.in. Mickiewicza. Warszawskie numery w rodzaju rozbierania się Niuty Bolskiej odpadały, bo ksiądz wykląłby z ambony. Ordonówna miała śpiewać „O mój rozmarynie” czy „Rozszumiały się wierzby”. Domański godzinami z nią ćwiczył, przekazując zdobytą w Wiedniu wiedzę.

Repertuar został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. „Wiązanka piosenek w interpretacji Ordonówny chwyta za serce i wzrusza różne panie radczynie i aptekarzowe” – pisze Wittlin. Recenzent „Ziemi Lubelskiej” komentował, że widzowie byli „pod urokiem przedstawienia i choć przez chwilę czuli się lepsi”.

17-letnia Ordonówna spędzała wiele czasu z aktorem Sarneckim, który był jej pierwszą miłością. To on przerobił jej pseudonim z Anki na Hankę i pod tym imieniem za kilka lat znana była w całej Europie.

„Schron dla biednej cipci”

Lubelska przygoda skończyła się po rozpadzie „Wesołego Ula” związanym z odmiennymi planami życiowymi jego twórców. Ordonówna wróciła do Warszawy. Powitanie z matką było bardzo serdeczne, ale wkrótce pojawiły się kłopoty. Ojciec od początku nie bardzo akceptował jej zawód, do tego zazdrosne sąsiadki rozpuszczały o niej plotki.

Postanowiła wynająć mieszkanie. Kupiła gazetę, ale przypadkowo spotkała Hanusza, z którym odwiedziła nowy kabaret – „Miraż” przy Nowym Świecie 63. Gdy zademonstrowała swoje postępy na scenie, na salę weszła starsza dama w karakułowym futrze, która przerywając jej śpiew, wzniosła okrzyk: „A cóż to za nowa dupcia?!”.

Dama o niekonwencjonalnych manierach okazała się poetką Zofią Bajkowską. W rozmowie z nią Hanusz wspomniał o problemach mieszkaniowych Hanki, na co Bajkowska, mająca wielkie mieszkanie, nakrzyczała na niego, że wcześniej nie zwrócił się do niej o „schron dla biednej cipci”.

Ordonówna w „Mirażu” była wciąż początkującą aktorką, grającą drobne epizody. Ale w domu z Hanuszem ćwiczyła taniec pod okiem Bajkowskiej. Wreszcie podczas jednego z występów dostali największe brawa.

Dyrektorowi „Mirażu” Boczkowskiemu marzyły się większe sukcesy, a planował je odnieść, budując nową salę teatralną na terenie nieczynnego toru do jazdy na wrotkach. Aktor Konrad Tom uznał pomysł za jakieś nieporozumienie, czyli qui pro quo. Określenie to zostało podchwycone i Boczkowski postanowił, że „Qui Pro Quo” będzie nazwą budowanego teatru. Ordonówna do tego prestiżowego przedsięwzięcia nie została zaproszona.

Bolszewika goń

Był 1920 r. Wojska Budionny’ego szły na Zamość, gdzie stacjonowała jedna z polskich dywizji. Do Zamościa jechali też warszawscy aktorzy, by dodać ducha żołnierzom.

18-letnia aktorka stała się niespodziewanie główną gwiazdą widowiska w zapełnionym po brzegi zamojskim teatrze, a gdy śpiewała „Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!” oklaski, według świadków, mało nie rozsadziły jego ścian.

Po przedstawieniu odbyło się przyjęcie przy węgierskim winie. O to, by zaśpiewała dla ich oddziałów, zabiegali dwaj pułkownicy – Tessaro, dowódca Brygady Piechoty, i Bold, dowódca Brygady Artylerii. Brygady stacjonowały w różnych miejscach, więc obu zadowolić się nie da.

Podczas kolacji u artylerzystów zasiadła u boku Bolda. Nagle wpadło tam około 50 nie całkiem trzeźwych oficerów piechoty, którzy zaczęli strzelać w powietrze, przewracać stoły i uprowadzili ją do swojego kasyna. Artylerzyści się odgrażali.

Strzały obudziły spokojnych obywateli Zamościa. W końcu na miejsce awantury wpadł oddział żandarmerii, której z trudem udało się doprowadzić oficerów do porządku.

Po wygranej wojnie z bolszewikami Ordonówna dostała propozycje z różnych stron kraju. Występowała w lwowskim kabarecie „Bagatela”, krakowskiej Operetce i wileńskim teatrze „Lutnia”. Z Krakowa zapamiętała pierwsze występy w teatrze z prawdziwego zdarzenia. Z Wilna – odnowienie związku z Sarneckim, który został reżyserem „Teatru Na Pohulance”. Ze Lwowa – występy w podejrzanych lokalach. Choćby ten, gdzie zakłócanie jej występu przez pijane towarzystwo skończyło się awanturą. Rozpoczynającą się bójkę rozładowała nagłą zmianą repertuaru – pod adresem awanturników zaśpiewała przyśpiewkę „O północy si zjawili / Jakiś dwa cywili / Gęby odrapane, włosy jak badyli / Nic nikomu ni mówili, tylko w mordy bili…”.

Wróciła do Warszawy i do Bajkowskiej, której opowiadała wrażenia z wojaży. Ta nie była zadowolona z jej przemiany. Zdziwiona Ordonówna usłyszała, że „stroi miny” oraz „robi z siebie ostatnią kretynkę”. Codziennie, całymi godzinami Bajkowska odzwyczajała ją złych nawyków, klnąc przy tym i każąc powtarzać jej te same kwestie, tylko spokojniej, wolniej, ciszej i bardziej naturalnie. Wreszcie uznała, że podopieczną można zarekomendować do kabaretu literackiego „Stańczyk”.

W tym czasie Ordonówna dowiedziała się, że jej pierwsza miłość, czyli Janusz Sarnecki, ożenił się z inną. Próbowała popełnić samobójstwo. Odratowana, przez kilka miesięcy nie występowała na scenie.

Bajkowskiej po wielu wysiłkach udało się namówić dyrektora „Qui Pro Quo” Boczkowskiego, by zajrzał do „Stańczyka” zobaczyć Ordonównę. Ten, chwaląc jej melodeklamację „Biednej Colombiny”, zaproponował jej przejście do swojego kabaretu. Dostała tu znów tylko drobne role w scenach zbiorowych.

Romans z „Niebieskim Ptakiem”

W 1924 r. do Warszawy przyjechał kabaret literacki rosyjskich emigrantów „Niebieski Ptak”. Nawiązał on przyjazne stosunki z „Qui Pro Quo”. Konferansjerem był w nim 34-letni Węgier Fryderyk Jarosy, były attaché kulturalny w Petersburgu, który uciekł stamtąd przed bolszewikami.

Tak się złożyło, że podczas kolacji w Bristolu siedział koło Ordonówny. Przez dwa miesiące Jarosy nauczył się wystarczająco polskiego, by prowadzić konwersację. Nad ranem odwiózł ją do domu dorożką przez Al. Ujazdowskie. Następnego dnia przysłał jej róże. Spotykali się co wieczór.

Gdy „Niebieski Ptak” dał pożegnalny spektakl i wyjeżdżał do Paryża, Jarosy ogłosił, że zostaje. Najbardziej cieszyli się z tego dyrektorzy „Qui Pro Quo”, którzy podpisali z nim kontrakt. Wkrótce Jarosy wprowadził się do mieszkania na Nowym Świecie. Razem z Ordonówną.

Jarosy dostrzegł w niej to, czego inni nie widzieli. Stwierdził, że jego Hanećka ma niezwykłe wyczucie poezji. A Ordonówna dopiero przy nim spostrzegła, że właściwie nie ma pojęcia o teatrze. Jarosy uświadomił jej, w jakim kierunku powinna pójść: „niech będzie na scenie szczera, taka jaka jest w życiu na co dzień: niech będzie sobą w teatrze, grając samą siebie. I nie za dużo biżuterii ani świecidełek, i bez zmysłowości, do czego się nie nadaje. Od sex appealu są inne aktorki, to nie dla Hanki, która musi zostać prawdziwą artystką wielkiej klasy”.

Recenzje były już zupełnie inne. Boy-Żeleński pisał o „olśniewającej Ordonce”. Tak „Ordonka” zamiast „Ordonówny” po raz pierwszy pojawiła się na łamach prasy, by wkrótce trafić do mowy potocznej całej Warszawy.

„Córka kata”

Wkrótce potem w „Qui Pro Quo” powstał program pod uderzającym tytułem „Precz z Grabskim”, atakujący ówczesnego premiera. Konrad Tom pytał ze sceny: „Jaka jest różnica pomiędzy Grabskim a trawą?”. I odpowiadał: „Trawę można zgrabić, a Grabskiego nie można strawić”.

W obrazku scenicznym „Katarynka”, z repertuaru „Niebieskiego Ptaka”, Ordonka grała podwórzową biedną artystkę akrobatkę. Zbierała największe oklaski – okazało się, że nie tylko potrafi czarować wdziękiem, lecz także przekonująco zagrać brzydulę.

Utwory, które dostawała do zaśpiewania, nie zawsze były najlepszej jakości. „Straśne. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy plakać” – komentował jedną z otrzymanych piosenek Jarosy. Miała tytuł „Zwątpienie”. Znajdował w niej jednak fragment „Długie i giętkie ręce mam,/ Me ręce dwiema są żmijami” i śmiał się: „Przecież ty z twoimi długimi ramionami zrobisz z tej bujdy majstersztyk”.

W programie „Grunt się nie przejmować” Ordonka wystąpiła z piosenką młodej robotnicy z przedmieścia „Marzenie”. Boy pisał, że „pani Ordonówna zbiera oklaski pod różnymi postaciami, najżywsze i najbardziej zasłużone po ślicznej piosence robotniczki marzącej o świecie takim jak go ogląda na ekranie kina”.

Śpiewała o sobie, bo w dzieciństwie uzbieranie pieniędzy na bilet do kina było dla niej wyjątkowym szczęściem. „Staje się jedyną w swoim rodzaju pieśniarką Warszawy” – pisał Wittlin.

Na jedno moje słowo stu bubków leci

Po Tuwimie utwór „Mimoza” napisał dla Ordonki inny wielki poeta – Jan Lechoń. Zanim go jednak wykonała, minęło sporo czasu, bo na przeszkodzie stało silne przeziębienie i lekarskie zalecenie długiego wypoczynku. Razem z Jarosym pojechali na francuską Rivierę. W Paryżu dzięki Jarosy’emu poznała największe francuskie piosenkarki. W mieszkaniu Cecile Sorel na Champs-Élysées śpiewała jej swą „Córkę kata”. Kolejne spotkania zamieniły się w lekcje sztuki aktorskiej. Poznała też wielką aktorkę Yvette Guilbert.

Po powrocie „Qui Pro Quo” witał ich programem „Serwus, Jarosy!”. Ordonka śpiewała w nim piosenkę Mariana Hemara „Zapomniana melodia”. „Hen, z daleka cicho płynie/ Dźwięk melodii zapomnianej,/ Rzewna piosnka o dziewczynie/ W swoim chłopcu zakochanej…” – wykonywała ją zgodnie z zaleceniami Yvette Guilbert, dyskretnie i z jak najlepszą dykcją. Razem z Adolfem Dymszą wystąpiła w skeczu „Dziubdziuś”. Dymsza był dystyngowanym hrabią, któremu niewychowana hrabina Ordonka śpiewała: „Dziubdziuś, ty słodka mordo!/ Dziubdziuś, masz krawat bordo!”.

Hanka Ordonówna i Fryderyk Jarosy

Hanka Ordonówna i Fryderyk Jarosy

Do utworów, które budziły niechętną reakcję Jarosy’ego, należała piosenka Tuwima „Mam chłopczyka na Kopernika”. Uznał, że mistrz zszedł poniżej swego poziomu. Bohaterka śpiewała „Na dancingach jam królową/ Wśród różnych śmieci!/ Na jedno moje słowo/ Stu bubków leci!”. Choć miała „usta na sprzedaż”, to cały czas kochała swojego chłopczyka z Kopernika.

Po naradzie w kabarecie postanowiono powierzyć utwór Ordonównie. I ta wystąpiła na scenie ubrana jak „fordanserka z podłego lokalu”, która „uśmiecha się grymasem rozpijaczonej młodej kobiety”. Gdy śpiewała „Mam chłopczyka na Kopernika i przed nim tam rozpłaczę się”, faktycznie wyglądała jakby chciała się rozpłakać.

Sowieciarz musi być czerwony

W 1927 r. do Polski dotarła z Rosji najnowsza piosenka Bogomazowa „Bubliczki”. Biednie ubrana Ordonówna śpiewała do polskich słów Tuwima: „Gorące bubliczki, kupujcie bubliczki, chrupiące bubliczki ja dla was mam…” i rozdawała tytułowe obwarzanki publiczności. Tymczasem Tuwim dostrzegł bijącego brawo niejakiego Owsjejenkę, attaché sowieckiego poselstwa w Warszawie. „Zrobimy głupiemu bolszewikowi kawał” – zaproponował.

W przerwie Ordonka uczyła się nowej wersji piosenki, w której obwarzanki zastąpiono pestkami dyni – siemeczki. Po przerwie z piosenką na ustach poszła do sowieckiego dyplomaty i zaśpiewała na melodię „Bubliczek”:

Mój papa w GiePeU,
Niczego, dobrze mu,
A mama od toski zażywszy jad,
Ja z mojej mamieńki
Ściągnęła waleńki
I z bratem maleńkim
My poszli w świat…
Kupitje sjemieczki
Towariszcz, sjemieczki,
Za tri kopiejeczki
Choroszyj towar…

Przy czym częstowała dyplomatę pestkami, a on robił się czerwony. Widownia ryczała ze śmiechu. „Tak powinno być. Sowieciarz musi być czerwony” – skomentował po spektaklu Hemar. Kilka dni później Warszawę obiegła wiadomość, że niefortunny attaché Owsiejenko został odwołany do Moskwy.

„Ordonka już europejska znakomitość”

Przy kabarecie występowały młode tancerki, a wśród nich 17-letnia przyszła gwiazda Stefcia Górska, w której zakochał się Jarosy. W końcu Ordonka dowiedziała się o wszystkim. „Moja droga Hanecko, sjerce nie sługa!” – tłumaczył zdenerwowany Jarosy. „Jeżeli sjerce nie sługa, to wynoś się” – usłyszał odpowiedź.

W czasie porządkowania papierów Ordonka odnalazła bilet wizytowy francuskiego agenta teatralnego. Skontaktowała się z nim, a ten zaproponował jej serię występów w Paryżu, Wiedniu i Berlinie.

Tak stała się międzynarodową gwiazdą. Francuskie „Le Figaro” pisało: „Pełne życia kreacje czarującej pieśniarki przypominają sztukę Yvette Guilbert”. Inny recenzent tej samej gazety stwierdził: „Gdyby ojczystym językiem Hanki Ordonówny był francuski, zawojowałaby świat”.

W Wiedniu krytyk z „Neue Freie Presse” stwierdził: „Na premierze osiągnęła wielki tryumf i podbiła publiczność swymi piosenkami po polsku, rosyjsku, niemiecku”. A znany pisarz Felix Salten, prezes austriackiego PEN-Clubu, dodał: „Ta Polka o blond włosach jest największą artystką sceny naszych czasów. Podbiła Wiedeń”. Zaproszenia do zachodnich stolic były odtąd coraz częstsze. Po kolejnym tournée Boy zawyrokował: „Ordonka już europejska znakomitość”.

Hanka Ordonówna w szpitalu po wypadku samochodowym, Warszawa, 15 października 1931 r.

Hanka Ordonówna w szpitalu po wypadku samochodowym, Warszawa, 15 października 1931 r.

Pewnego dnia do „Qui Pro Quo” zgłosił się nieznany nikomu mężczyzna. Tłumaczył, że słuchając hiszpańskiej muzyki, wpadł na pomysł, by napisać tango dla kabaretu. Dyrektor zlekceważył początkowo amatora, jednak w końcu przekazał jego tekst, podpisany inicjałami „MT”, Ordonce. Zaczynał się od słów: „Uliczkę znam w Barcelonie”.

Piosenkę tę Ordonka musiała bisować, a gdy zmęczona zniknęła za kulisami, zastała w garderobie bukiet czerwonych róż z bilecikiem od hrabiego Michała Tyszkiewicza. Tyszkiewicz zakochał się w Ordonce. Oboje sobie wzajemnie imponowali. Ona jemu jako artystka i ulubienica Warszawy. On jej – wiedzą, oczytaniem i arystokratycznymi manierami.

Ich ślub odbył się rankiem 26 marca 1931 r. w kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, w tajemnicy przed prasą i fotoreporterami. Po ślubie razem pojechali do majątku Tyszkiewiczów Orniany koło Wilna, potem w kilkutygodniową podróż do Włoch.

I tylko w górze to samo niebo

Ordonka zwróciła na siebie uwagę Juliusza Osterwy, jednego z największych polskich artystów dramatycznych. Osterwa kierował krakowskim Teatrem im. Słowackiego i warszawską „Redutą”. Obiecał Ordonównie, że zrobi z niej aktorkę szekspirowską. Ordonka prosiła męża, by wziął półroczny urlop i jechał z nią do Krakowa. Ten odmówił. Jak pisze Wittlin, Tyszkiewicz zachował się „jak gdyby nie znał zupełnie życia teatralnego”.

Ordonka ściągnęła w Krakowie na przedstawienia tłumy. Romans Osterwy z Ordonką biograf opisuje jako niezbyt udany. Dla Osterwy skończył się załamaniem nerwowym.

Ordonka wyjechała do Warszawy, gdzie zamiast propozycji Osterwy, wybrała film „Szpieg w masce”. Piosenki napisać miał do niego Tuwim. Poeta był w tym czasie w depresji z powodu kłopotów małżeńskich. Autorzy filmu dostali od niego piosenki „Miłość ci wszystko wybaczy” i „Na pierwszy znak, gdy serce drgnie”. Gdy stał się przebojami Dwudziestolecia, nikt nie uwierzył, że poeta wymyślił je… nie znając scenariusza filmu, a słowa o wybaczającej miłości pisał nie z myślą o Ordonce, ale o własnej żonie.

Nietypowym występem Ordonówny był udział w widowisku „Gwiazdy areny” odbywającym się w… Cyrku Braci Staniewskich. Ordonka jeździła konno jako woltyżerka. Występowała wspólnie z aktorem Igo Symem. Pojawiali się też w innych spektaklach. Plotka mówiła o ich romansie.

W 1937 r. na prośbę Mariana Hemara Ordonka wystąpiła w jego spektaklu w kabarecie „Cyrulik Warszawski”. Śpiewała piosenkę poświęconą ludziom, którzy siedzą w niemieckich obozach koncentracyjnych:

I tylko w górze to samo niebo
Dla wszystkich krajów, dla wszystkich miast…
I zawsze będzie to samo niebo
Dla wszystkich ludzi, dla wszystkich ras…

W maju 1938 r. płynęła do Ameryki. Do jej kabiny przybiegł adiutant kapitana, by zameldować, że jest proszona do sali jadalnej. W czasie obiadu siedziała obok kapitana, zaś po swojej prawej stronie miała przystojnego bruneta, porucznika Jana Strzębosza. Spotkała się z nim na wieczornym dancingu. Podczas tańca sięgała mu do ramienia. Bal trwał aż do świtu, gdy na horyzoncie wyłoniła się Statua Wolności i nowojorskie drapacze chmur. W porcie czekali polscy emigranci. Ordonka ruszyła w tournée po wszystkich amerykańskich stanach, gdzie mieszkali Polacy.

Sylwestra i Nowy Rok 1939 artystka spędziła w domu zdrojowym w Krynicy. W Warszawie w kabaretach chór śpiewał: „Ta słuchaj braci jako żywo/ Może pójdzim gdzie na piwo?”. A solista odpowiada: „Czekaj, zanim miesiąc mini, Napijimy się w Berlini!”.

Ordonka – brytyjski szpieg

We wrześniu 1939 r., jak w 1920 r., Ordonka śpiewała na ulicy dla przejeżdżających żołnierzy. Zmobilizowany Wittlin zapamiętał: „Szczupła i delikatna jak zwykle, lecz dziś w mundurze żołnierza Strzelców Podhalańskich z peleryną przepisowo przerzuconą przez ramię, w czarnym góralskim kapeluszu”.

Szokiem był dla niej fakt, że Igo Sym okazał się… niemieckim agentem i po Warszawie chodził z opaską hitlerowską na rękawie. Gestapo zatrzymało Ordonkę i zawiozło na al. Szucha, gdzie dowiedziała się, że jest szpiegiem brytyjskim i grozi jej rozstrzelanie. Trafiła na Pawiak. Strażnicy głodzili ją, aż się rozchorowała. Gdy zaczęła majaczyć w gorączce, umieszczono ją w więziennej sali szpitalnej. W końcu została zwolniona „z braku dowodów winy”.

Z Warszawy przedostała się do męża, który był w Wilnie. Wilno przeszło właśnie pod panowanie Litwinów, przejściowo jeszcze mających niepodległość. Tam Ordonka wzięła udział w przedstawieniach „Teatru Pohulanka”. Wkrótce potem wkroczyli Sowieci. Rozpoczęły się masowe aresztowania. Wśród aresztowanych był Michał Tyszkiewicz, któremu Sowieci zarzucali, że był łącznikiem rządu gen. Sikorskiego.

Kto na niego doniósł? Wśród podejrzanych znalazł się Anatol Mikułko, korektor „Kuriera Wileńskiego”. Od dawna chciał pozyskać względy Ordonki, zaś aresztowanie jej męża było mu na rękę. Po wkroczeniu Sowietów Mikułko od razu został przyjęty do zespołu „Prawdy Wileńskiej”.

Przerażona Ordonka walczyła o uwolnienie męża. Gdy okazało się, że nie ma go w Wilnie, pojechała do Kowna. Tam dotarła do niej wiadomość, że siedzi na Łubiance w Moskwie. Tymczasem dostała propozycję występów w… Moskwie. Ponieważ była to jedyna szansa wyciągnięcia z więzienia męża, zgodziła się. Liczyła na wspomnianego Mikułkę. Prosiła go o pomoc w uzyskaniu audiencji u Stalina. Ten obiecał wsparcie. Po czym w jej mieszkaniu bezceremonialnie stwierdził, że zamierza zostać tu do jutra. Ordonka wyszła, by noc spędzić na schodach. W końcu jedna z sąsiadek zaprosiła ją do siebie.

W Moskwie dowiedziała się, że grają tu polscy aktorzy. Szmirowaty zespół był gotów ochoczo przyjąć ją do swojego grona. Warunek brzmiał: przyjęcie sowieckiego obywatelstwa. Odmówiła stanowczo. Kilka dni później została aresztowana.

Ucieczka z piekła

W łagrze Ordonówna pracowała przy budowie szosy. Nie mogąc wyrobić dziennej normy, dostawała głodowe racje żywnościowe. Wyczerpana trafiła z gruźlicą do szpitala. W końcu do łagru dotarła informacja, że Polacy zostają amnestionowani i mogą przystępować do armii Andersa. Ordonka przybyła do obozu w Buzułuku. Widziała tam mnóstwo polskich dzieci, których rodzice zostali zamordowani.

Rozmawiała z Andersem, który obiecał wesprzeć jej działania. Nie bacząc na zalecenia lekarzy, zbierała w swoim ośrodku polskie sieroty, które zamierzała wywieźć z sowieckiego piekła. Gdy dojeżdżała do stolicy sowieckiej Turkmenii Aszchabadu, dowiedziała się, że szefem polskiej placówki opieki społecznej był tam… Michał Tyszkiewicz. Zbieg okoliczności zdał się przekraczać granice prawdopodobieństwa.

Niesamowitą historię wyratowania z Sowietów polskich sierot opisała po wojnie w książce „Tułacze dzieci” (w 2005 r. książka ukazała się w wydawnictwie LTW). Ale nie ogłosiła jej pod własnym nazwiskiem, bojąc się, że władze PRL będą mścić się na jej rodzinie. Podpisała ją pseudonimem Weronika Hort, zaś jej fragmenty wydrukowały londyńskie „Wiadomości”. Książka Ordonki szokowała nawet na tle innych łagrowych wspomnień. Bo ofiarami komunizmu były dzieci.

„Tragiczny ich los wzruszyłby chyba i kamienie” – pisała Ordonka. Sześcioletni Józek to głowa czteroosobowej rodziny Czynczyków. Wyniósł wśród śnieżnej zamieci na własnych rączkach najmłodszą siostrzyczkę, ciągnąc za sobą uczepioną jego rąk pozostałą dwójkę rodzeństwa. Po uratowaniu zajął się organizowaniem kradzieży chleba, by dać im szanse na przeżycie.

Pięcioletnia Kaziunia, z odmrożonymi, opuchniętymi paluszkami, nie wiadomo jak trafia do obozu dla polskich dzieci. Nie wiedziała, jak się nazywa ani gdzie są jej rodzice, pamiętała tylko, że babcia umarła. Z polskiego sierocińca kilka razy próbowała uciec na „foksal”, czyli dworzec, gdzie przyjeżdżają „eszelony”, czyli pociągi, z których czasem wysiądzie ktoś, kto da jej chleba. Bała się, że polski sierociniec to sowiecki „dietdom”. Wiedziała, że to miejsce, w którym będą bić.

Dziewięcioletni Krzysztof został pomyłkowo złapany i wywieziony razem z obcą rodziną. Przeżył piekło podróży bydlęcymi wagonami wraz z trupami i ludźmi zarażonymi tyfusem. W jego wagonie z wyczerpania zmarło niemowlę, a jego matka zwariowała, tuląc do siebie szmacianą lalkę. Dwoje chorych dzieci enkawudziści wyrwali oszalałym z cierpienia matkom.

Mała Terenia mówiła: „Śni mi się codziennie mamusia, widzę ją, jak pada w śnieg, w przejściu z jednego łagra do drugiego, i jak ją szarpią psy”.

Był też mały Bobiś, który modlił się, mówiąc „Wieczny odpoczynek” za ojca i „Zdrowaśkę” za matkę, by do nich przyjechała. Pochodził ze szlacheckiej rodziny i pamiętał, jak z tego powodu cierpiała jego matka. Grafinia, grafinia – przedrzeźniały ją sowieckie kobiety – na tiebie! – i dawały jej najgorsze roboty: czyszczenie kloacznych brudów i wynoszenie kału.

„Z wdzięcznością wspominają pobyt w Rosji”

Za pomocą dziesiątków forteli udało się im wyjechać do Persji, a potem do Indii. Ale i tu nie mogli mówić prawdy o tym, co ich spotkało, by nie zaszkodzić innym uciekinierom. Ordonka pisała: „Oto ukazała się pewnego dnia w prasie perskiej i hinduskiej wzmianka, że rodzice tych biednych dzieci zostali zamordowani przez Niemców, Sowiety zaś z litości przygarnęły sieroty”. Teraz „z wdzięcznością wspominają pobyt w Rosji”.

Książkę kończy scenka, gdy dzieci zapalają świeczki na choince. „Zaczęły zapalać świeczki na choince, nie jak na święto Bożego Narodzenia, lecz jakby w Dzień Zaduszny na grobach ukochanych” – pisze Ordonka. „Kraj nasz i majętność całą, i wszystkie wioski z miastami…” – kończyły kolędę tułacze dzieci ze spalonych wsi i zbombardowanych miast.

Z Bombaju Ordonówna pojechała do Teheranu. W stolicy Persji spotkała się z mężem. Potem przyjechała do Jerozolimy. A tu wszyscy mówili po polsku. W hotelu usłyszała od właścicielki, że „nasza kochana pani Ordonówna dostanie najlepszy pokój”.

Ordonka śpiewała dla żołnierzy wszędzie, gdzie mogła. Nie liczyła się ze zdrowiem. Chora słuchała wieści z Monte Cassino, gdzie walczyli jej przyjaciele. Cały czas korespondowała z żołnierzami. Od jednego wrócił list z adnotacją: „zwrot do nadawcy, adresat zabity na froncie”.

Podczas choroby pisała swoją książkę. Malowała też obrazy, które cieszyły się sporym powodzeniem. Pisała do amerykańskiej prasy polonijnej.

Plotka spowodowała, że w peerelowskim „Wieczorze Warszawy” ukazała się informacja zatytułowana „Ordonówna konająca”. Na wieść o jej śmierci konfident bezpieki Anatol Mikułko, który był już redaktorem naczelnym „Dziennika Łódzkiego”, publikował grafomańską powieść w odcinkach opisującą rzekomy własny romans z aktorką Anną Redutowską, czasem zwaną Hanką.

Tymczasem Ordonka starała się odwdzięczyć prezydentowi Libanu za życzliwe potraktowanie Polaków. Napisała dla niego „Marsz wdzięczności”. Ten chciał wręczyć jej odznaczenie – Medal Oficerski Zasługi. Była już zbyt słaba, by go odebrać. Gruźlica robiła nieubłagane postępy.

8 września 1950 r. ks. Kamil Kantak udzielił jej ostatniego namaszczenia. Na jej grobie umieścił psalm: „Tyś jest ucieczką moją, od uciśnienia zachowasz mnie i piosenkami radosnego wybawienia uraczysz mnie”. Ordonkę pochowano na bejruckim cmentarzu, „białym i jasnym, wśród palm i cyprysów”. W 1990 r. staraniem Jerzego Waldorffa została sprowadzona do Polski i pochowana na Powązkach. Nad jej grobem przyjaciołom przypomina się jedna z najbardziej dziecięco-naiwnych piosenek, jakie wykonywała:

Śpiewałam piosenki,
drżały ich dźwięki,
ludziom na pocieszenie.
Słuchali w radości
Możni i prości,
w sercach swych czując drżenie.
A jeśli któremu,
Któż to wie czemu,
łza czasem błyśnie w oku?
To dla tej łzy jednej,
Przebacz mi biednej,
Przebacz największy grzech.

Nowe Państwo: 34/2008 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Eseje, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Piosenki, Sylwetki, Teatr TV, film i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ordonka

  1. Halina pisze:

    Dziękuję za bardzo ciekawe i nieznane mi dzieje Hanki Ordonówny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.