Czas faryzeuszy

Andrzej Waśko – „Poza systemem”

Książka o polityce, mediach, Kościele i katolikach owartych,  kulturze III RP – i o usuniętych z kultury i mediów głównego nurtu wartościach, które w dzisiejszej Polsce istnieją i funkcjonują – Poza systemem.

(Ze wstępu pt. Człowieku, gdzie ty żyjesz? Zapiski etnologa)

„Mityczna narracja, która rządzi dziś myśleniem większości Polaków ma temat współczesny, ale strukturę archaiczną. Opowiada o tym, jak po mrocznych czasach wzajemnych walk, bogowie i tytani zasiedli do wspólnej uczty przy okrągłym stole. Na tej uczcie postanowili, że odtąd nie będą już wciągać zwykłych śmiertelników do swoich wojen, tylko wspólnie zajmą się załatwianiem dla nich chleba i igrzysk. Niestety jeden z tytanów, imieniem Jarosław, zbuntował się, a wokół niego skupiły się wszystkie siły zła i ciemności. Co cztery lata, w okresie wyborów, Jarosław zmienia swoją prawdziwą postać, żeby oszukać zwykłych Polaków i wtrącić ich do Tartaru. Na przeszkodzie stają mu jednak Agora, Polsat i Tefałen, oraz inni dobrzy bogowie, którym ludzie winni być za to posłuszni i składać ofiary. Teologia, która zajmuje się głoszeniem i tłumaczeniem narodowi tego mitu, zwana jest marketingiem politycznym, a osobnicy wtajemniczeni w jego misteria uchodzą za najwyższych kapłanów”.

 

Andrzej Waśko (1961) – historyk literatury, kulturoznawca, publicysta. Pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Instytutu Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie, redaktor naczelny pisma „Perspektywy Kultury”. Autor książek o epoce romantyzmu m.in. Romantyczny sarmatyzm (1995), Zygmunt Krasiński – oblicza poety (2001). Współzałożyciel „Arcanów”, publikuje m.in. w „Nowym Państwie” i „Naszym Dzienniku”. Poprzedni zbiór jego artykułów Demokracja bez korzeni, ukazał się w roku 2009.

http://www.portal.arcana.pl/

***

Rozdział książki

(śródtytuły pochodzą od redakcji Nowego Państwa)

W panujących za granicą stereotypach o Polsce powraca stale wizja zacofanego kraju zdominowanego przez masowy katolicyzm, który ma być podłożem tego wszystkiego, czego zachodnia prasa lewicowa nie lubi najbardziej. Na początku lat 90. „Gazeta Wyborcza” przeniosła ten stereotyp do kraju, wszczepiając go znacznej części inteligencji i środowisk aspirujących do inteligenckiego statusu.

Stosowana przy tym retoryka polegała na stałym wytykaniu ogółowi Polaków płytkiego katolicyzmu ludowego, zamkniętego na świat, nie rozumiejącego demokracji, podszytego nacjonalizmem i antysemityzmem. Jednocześnie jednak w ogólnym obrazie polskiego katolicyzmu wykreowano pozytywne przeciwieństwo tego odstręczającego obrazu. Stworzyli je nieliczni, lecz lansowani w mediach duchowni zaprzyjaźnieni z „Wyborczą”, a także katoliccy dziennikarze i publicyści, którzy na wyścigi z Adamem Michnikiem załamywali ręce nad konserwatyzmem polskiego episkopatu i zagrożeniami drzemiącymi w łonie masowej polskiej religijności. Ten światły obóz polskiego Kościoła, z którym tak gorliwie jednoczyły się na szklanym ekranie Monika Olejnik i Justyna Pochanke, miał kilka cech sobie tylko właściwych. Zawsze mówił o otwarciu Kościoła na świat, nigdy zaś o otwarciu świata na nauczanie Kościoła. Zawsze wzywał „do pogłębionej refleksji i dialogu”, nigdy – do postu, pokuty czy modlitwy. I zawsze przemawiał ustami „uczonych w piśmie”, z wysokości jakiegoś autorytetu kulturalnego uznawanego przez media, a onieśmielającego maluczkich – profesury czy redaktorstwa. Przepustką do tego Kościoła, z którym „Wyborcza” i TVN raczyły się przyjaźnić, było właśnie ciągłe manifestowanie intelektu, kultury i stylu – czyli stawianie estetyki przed dogmatem. Mentalność tych światłych, salonowych katolików, jak i wpływ, który wywarli oni na społeczeństwo oraz Kościół za pośrednictwem mediów, zasługują na bliższą uwagę. Bo wpływ ten jest wielki, a w III Rzeczypospolitej mieli oni – i nadal mają – swój czas.

„Tygodnik” a prości ludzie z parafii

O roli lewicy katolickiej czy katolików postępowych przed rokiem 1989 i po nim napisano już wiele, ale ciągle jeszcze zostaje coś do dodania. Najważniejsza bowiem nie była ani lewicowość, ani postępowość „Tygodnika Powszechnego” i związanych z nim środowisk. W znacznej części istotnie były one postępowe, głosząc soborowe hasło otwarcia Kościoła na świat; ich lewicowość miała jednak znaczenie dość umowne. Natomiast prawdziwym kluczem do zrozumienia mentalności i postępowania politycznego całej tej formacji jest – powtórzmy – ciągłe wysuwanie na pierwszy plan cechującego tę grupę, zwłaszcza w jej własnych oczach, intelektualizmu. Na przekonaniu o własnej umysłowej wyższości nad przeciętnymi Polakami polegał swoisty kompleks intelektualny owego środowiska.

Jak każdy kompleks objawił się on w sposób podwójny. Po pierwsze, jako wspomniana już osobliwa mania wielkości w stosunku do ogółu katolickiego społeczeństwa. Po drugie, jako kompleks niższości w stosunku do intelektualistów i luminarzy sceny kulturalnej, którzy niemal bez wyjątku pozostawali poza Kościołem. W XX wieku istnieli co prawda – we Francji i u nas –  pisarze katoliccy, ale nie było „katolickich intelektualistów”. W PRL krążył dowcip, że inteligencja katolicka nie istnieje, bo istnieje „albo inteligencja, albo katolicka”. W tym kręgu myślano podobnie. Toteż kiedy na łamach „Tygodnika Powszechnego” zechciał coś opublikować jakiś sławny autor ateista, zawsze przedstawiano to jako wielkie wydarzenie i przeżywano jako szczególny rodzaj wywyższenia. Odwrotnie: trudno było dostrzec jakiś silniejszy związek między środowiskiem „Tygodnika” a rzeszami zwykłych katolików. „Tygodnik” i prości ludzie z parafii to były zawsze dwa różne kręgi.

Poza wszelką dyskusją było założenie, iż polski katolicyzm, zwany też ludowym, jest płytki i wymaga intelektualnego pogłębienia. Pogłębiacze polskiego katolicyzmu zupełnie nie brali przy tym pod uwagę tego, co pisał, wydawany zresztą przez Znak, Romano Guardini: że głębia wiary idzie w poprzek głębi intelektu. Wyższe lub niższe wykształcenie nie przesądza więc o wartości czyjejś wiary, która równie dobrze może być głęboka u prostego rolnika, co płytka u katolickiego publicysty.

Robotnicy całkiem niebezpieczni

Wybór Jana Pawła II i powstanie „Solidarności” otworzyło nową epokę. Prestiż środowiska, z którym współpracował Karol Wojtyła, poszybował na szczyty. Powstał mit o „Tygodniku” jako o „jedynej przyzwoitej politycznie” grupie katolików świeckich. O katolikach świeckich, którzy własnymi rękami bronili w 1963 roku Krzyża Nowohuckiego, a potem, w latach 70. budowali nowe kościoły i organizowali „na dole” przełomową wizytę Papieża w 1979 roku, nikt podobnych rzeczy nie mówił. Za to w latach 90., kiedy w „Gazecie Wyborczej” zaczęła się walka z groźbą fundamentalizmu, okazało się, że to właśnie ci ludzie – z parafii, z rusztowań budowlanych, ze służby porządkowej i z duszpasterstw robotniczych – są największym zagrożeniem dla demokracji.

Katolicy światli szczerze w to uwierzyli, bo inaczej musieliby zerwać z otaczającym okrągły stół wianuszkiem intelektualistów, profesorów i artystów, a to oznaczałoby dla nich utratę własnego, świeżej daty prestiżu intelektualnego. Usilnie zaczęli więc wyszukiwać najmniejszych słomek w oku innych Polaków, nie zauważając belek we własnym. (Potem jednak belki zaczęły wylatywać z archiwów IPN). Zaczęło się też wkładanie na cudze plecy ciężarów, których samemu nosić się nie chciało. Zwykli ludzie mieli przyjąć na siebie konieczne koszta reformy rynkowej. Ale światli katolicy postanowili pozostać w  towarzystwie, którego reforma rynkowa nie dotyczyła, bo miało ono zapewniony przydział funduszy, koncesji i kredytów, a także stypendiów, nagród i lukratywnych ofert –  w ramach nowego układu władzy.

Może i diabeł – ale przecież „mały”

Ceną tej afiliacji katolików światłych do obozu „Gazety Wyborczej” było nie tylko ich całkowite zerwanie z resztą katolików. Pośrednio wpłynęło ono także na losy pontyfikatu Jana Pawła II. Ujawniła to najbardziej dramatyczna z papieskich pielgrzymek w roku 1991. Była ona pierwszą wizytą Papieża w ojczyźnie po upadku rządów komunistycznych. Ale zamiast triumfalnego pochodu zwycięstwa, Polska zobaczyła i usłyszała w jej trakcie głośne napominanie przez Ojca Świętego o przestrzeganie Dziesięciu Przykazań.. „Wyborcza” przyjęła tę wizytę z nieskrywaną dezaprobatą. Światli katolicy przez cały czas kluczyli. Właśnie dlatego rozczarowany Jan Paweł II napisał wtedy gorzki list do Jerzego Turowicza. Pielgrzymka 1991 roku z perspektywy polskiej była kulminacyjnym punktem pontyfikatu. Ale z tego szczytu dalsza droga prowadziła już w dół. Jeśli to, co się stało, zdawało się spełnieniem ewangelicznej zapowiedzi „Prawda was wyzwoli”, to wolność po wyzwoleniu została przez nowych pasterzy owczarni zdefiniowana jako wolność od prawdy.

Relatywizm nie zapanowałby jednak w polskim myśleniu tak powszechnie i w takiej aurze moralnej wyższości nad myśleniem w kategoriach dobra i zła, gdyby nie udzielili mu publicznego wsparcia katolicy światli, awansowani przez media do roli moralnych autorytetów. Jeśli Chrystus mówił: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”. (Mt 5, 37), to mowa katolickich przyjaciół „Gazety Wyborczej” po roku 1989 zawsze była mówieniem „tak – ale, nie – ale”. To miało być naczelnym dowodem ich intelektualizmu, umiejętności dostrzegania półcieni, unikania uproszczeń i niepopadania w czarno-białe schematy. Ostatnio widzieliśmy to na przykładzie sprawy księdza Bonieckiego. Satanista Nergal, może to i diabeł – ale „mały”. Ci, którzy chcieli zdjęcia krzyża w Sejmie, nie mieli racji – ale z innego punktu widzenia ją mieli. Komputerowi hakerzy, którzy zablokowali internetowe konto zakonu marian za sankcje przeciw Bonieckiemu, zrobili źle – ale „w szlachetnym celu”. Wcześniej sto razy słyszeliśmy to samo, poczynając od dialektycznej mowy Turowicza przy okrągłym stole w 1989 roku, że cenzura prewencyjna, co prawda jest zła, ale w obecnej sytuacji nie należy jej likwidować. Przez ćwierć wieku setki jeśli nie tysiące podobnych przypadków uwznioślonego krętactwa media przedstawiały jako wzór roztropności.

Faryzeuszowski grzech pychy

Toteż oddziaływanie światłych redaktorów katolickich, księży i biskupów lansowanych w mediach jako intelektualiści nie pozostało bez wpływu na młode pokolenie. Wydało ono potomstwo zarażone – na uniwersytetach i w seminariach duchownych – faryzeuszowskim grzechem pychy. Pychy w postaci wielkiego wyobrażenia o samych sobie wyniesionego z funkcjonujących tam towarzystw wzajemnej adoracji. Jeżeli tam się modlono, to modlitwy musiały wyglądać tak: „Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni Polacy: starzy, źle wykształceni, ze wsi i małych miasteczek. Ja uwielbiam księdza Bonieckiego, codziennie oglądam TVN, co tydzień czytam »Wysokie Obcasy« i chcę, żeby Polska weszła do Europy”.

Nimb autorytetu intelektualnego, którym media otoczyły katolików chwiejnych i kapitulancko nastawionych wobec nowej (i starej) lewicy, uprawomocnił też w pewnym momencie manifestacje radykalnego antyklerykalizmu. Stosowana przez władze stanu wojennego polityka usuwania krzyży ze szkół wywoływała w latach 80. masowy sprzeciw opinii publicznej. Ale oparte na tej samej argumentacji protesty przeciwko Krzyżowi Smoleńskiemu na Krakowskim Przedmieściu czy krzyżowi w Sejmie spotkały się już z akceptacją znacznej części społeczeństwa. Stało się tak dlatego, że w latach PRL hasło usuwania krzyży z instytucji publicznych w imię świeckości państwa nie miało w oczach większości społeczeństwa legitymacji moralnej. A po roku 1989 tej moralnej legitymacji intelektualne autorytety katolickie udzieliły rabinowi Weissowi, żądającemu usunięcia symboli chrześcijańskich z terenu obozu Auschwitz. W efekcie towarzyszącej temu kampanii część opinii publicznej została przekonana, że zgoda na usuwanie krzyży ilekroć ktoś tego zażąda, czy to rabin Weiss, czy Janusz Palikot, jest nie tylko zachowaniem świadczącym o tolerancji i nowoczesności, lecz także postawą prawdziwie chrześcijańską, a nawet bardziej chrześcijańską, bo opartą na dialogu. Dialogu, w którym stanowisko jednoznaczne ma prawo zajmować tylko jedna strona, drugiej zaś – chrześcijańskiej – niczego nie wolno rozstrzygać, ani na tak, ani na nie.

Na czym polega roztropność

W niedzielę powyborczą roku 2011, kiedy w Sejmie Ruch Palikota rozkręcał akcję zdejmowania krzyża, poszedłem na mszę do jednego z nowohuckich kościołów. Kazanie wygłaszał pewien młody ksiądz. Tematem z Ewangelii była odpowiedź, jaką Chrystus dał uczniom faryzeuszy na pytanie, czy należy płacić podatek cezarowi: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22, 21). Młody kaznodzieja pouczenie o stosunku Kościoła i państwa zaczął od ogólnego potępienia wszystkich bez wyjątku, którzy angażują się w spory o krzyż, co jego zdaniem wynika z chęci wykorzystywania krzyża do politycznych celów. Postawiwszy w ten sposób znak równości między obrońcami krzyża a Palikotem, przeszedł do objaśnienia słów Chrystusa. Wiadomo, że zadane mu pytanie było pułapką. Gdyby bowiem Chrystus odpowiedział, że należy płacić podatek Rzymianom, oskarżono by go przed Żydami o popieranie rzymskiej okupacji Izraela. Gdyby zaś orzekł, że podatku płacić nie należy, doniesiono by Rzymianom, że podburza lud do buntu. W obu przypadkach groziłaby mu klęska. „Ale Chrystus, mówił z ambony elokwentny kapłan, udzielił bardzo roztropnej odpowiedzi, gdyż wystawiony na próbę nie odpowiedział jednoznacznie, dzięki czemu nie naraził się ani Żydom, ani Rzymianom. I my powinniśmy brać z tego naukę, zawsze postępując tak roztropnie, żeby unikać wszelkich sporów o krzyż”.

Sporów o krzyż nie byłoby przede wszystkim wtedy, gdyby Chrystus w ogóle na krzyż nie trafił. A z pewnością uniknąłby tego, udzielając za każdym razem takich „roztropnych” odpowiedzi, którymi nie narażałby się ani władzom rzymskim, ani arcykapłanom i uczonym w piśmie. Tymczasem zapytany w czasie przesłuchań przez najwyższego kapłana, „czy ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?” (Mt 26, 63), odpowiedział jednoznacznie: „Tak, ja nim jestem”. I potem, kiedy Piłat zadał mu równie niebezpieczne i jak najbardziej polityczne pytanie: „Czy ty jesteś Królem Żydowskim?”, odpowiedział podobnie: „Tak, Ja Nim jestem”. (Mt 27, 11). Widać więc, że Mistrzowi z Nazaretu nie zależało na takiej roztropności, która miałaby polegać po prostu na dyplomatycznym ważeniu słów. Wystarczy zresztą przypomnieć sobie to, co mówił o faryzeuszach.

Nowe Państwo: Numer 2 (84)/2013

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, III RP i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.