Mały wielki wiersz

Leszek Długosz

Stanisław Baliński (1898-1984) najmłodszy i ostatni z najsłynniejszej grupy poetyckiej przedwojnia, ze Skamandra… Piękna młodość, trudne życie i jedne z piękniejszych wierszy jakie napisano po polsku w XX wieku.

Choć bardzo pragnął , nie dane mu było wrócić do kraju. W biedzie i w zapomnieniu zmarł w Londynie. Trudno to pojąć, także i dziś w kraju jakże jest zapoznany. Może właśnie dlatego , że tak niemodnie, tak niewspółcześnie… tak ”wiernie polski?”. Przemycaliśmy jego wiersze (w formie piosenek) w Piwnicy pod Baranami. Z publikowanym dziś, nawet anonimowo, nie udawało się . Mały, wielki wiersz . I jakaż diagnoza! Przejmujący obraz zniewolenia powstały jeszcze przed publikacjami Orwella.

– A jak się to Państwu czyta dziś ?

Wieża

W kraju czarów jest wieża. Kiedy herold z tej wieży
Daje znak, wszyscy też dają znak.
Kiedy herold powiada, że dziś kłamstwu nie wierzy
Wszyscy zgodnie powiadają : tak

Nikt nikogo nie zmusza. Każdy sam z własnej woli
Patrzy w znak i sam daje znak
Kiedy herold powiada, że go prawda nie boli
Wszyscy zgodnie powiadają : tak

Nikt nikomu nie radzi. Kiedy herold ofiarny
Czyni znak, wszyscy też czynią znak.
Kiedy herold powiada, że ten śnieg nie jest czarny
Wszyscy widzą : nie czarny, a gdy mówi , że czarny
Wszyscy zgodnie powiadają: tak

(tekst w tygodniku „ W Sieci” nr 7 ( 11) 18-24 lutego 2013)

http://www.leszekdlugosz.pl/

zobacz: Moją ojczyzną jest Polska Podziemna

Piotr Lisiewicz

Cień Latarnika

„Liberte” jest najważniejsza, bez niej żyć najtrudniej. Ona – wolność – jest esencją wolnej myśli, wolnego sumienia, etyki, poszukiwania sensu prawdy przez niedoskonałe umysły ludzkie. Jeżeli ludziom odebrać wolność, zaczynają żyć nadzieją wolności” – pisał Stanisław Baliński, liberał starej daty, skazując się tym samym na nieobecność w literaturze PRL. Cóż, jako potomek siostry Ludwiki Śniadeckiej, pierwszej miłości Słowackiego oraz Antoniego Odyńca, filarety, przyjaciela Mickiewicza, nie mógł postąpić inaczej. W III RP cisza wokół Balińskiego trwa, choć zdaniem niektórych wybitnych krytyków to właśnie zamilczany ostatni skamandryta był autorem najpiękniejszych polskich wierszy w XX wieku.

„Gdzie jest Baliński?” – pytał Antoni Słonimski w jednym z socrealistycznych utworów. I sam sobie odpowiadał: „Mrok londyński/ Głuszy milczących kroków echo”. Powrót do okupowanego kraju jednego z najwybitniejszych przedwojennych poetów, był zdaniem Słonimskiego niezbędny, bo „Słów nam potrzeba co budują,/ Co dźwięczą sierpem/ dzwonią młotem”.

W warszawskiej knajpie wódki srebrno-dżdżyste

Ale Stanisławowi Balińskiemu nie miało być już nigdy dane pić, jak niegdyś, „w warszawskiej knajpie wódki srebrno-dżdżystej”. Bo jego słowa dźwięczały w uszach czytelników nie sierpem i młotem, a dwoma napisanymi w czasie wojny wersami: „Moją ojczyzną jest Polska Podziemna,/ Walcząca w mroku, samotna i ciemna”.

Emigracja oznaczała dla Balińskiego podjęcie tej tradycji, o której napisze w jednym z najbardziej wzruszających wierszy, opisując scenkę kontroli granicznej w angielskim porcie Dover: „Celnik przy latarni/ Powtarza: »Pan do Polski«. Towarzysz Chopina/ Tłumaczy, że pan Chopin do Polski nie wraca,/ Że to sprawa idei… Anglik nie rozumie./ Wczytuje się w dokument – nad Kanałem mgły?/ „Przecież tu napisane, że z Warszawy Polak,/ Że przejazdem przez Paryż…/ »De passage a Paris«./ Chopin chowa dokument do podróżnej torby./ Jest umęczony, kaszle i ręka mu drży”.

„Mrok londyński” oznaczał wybór obozu emigracyjnego odrzucającego kompromisy z komunizmem. Jak w 1956 roku, gdy nazwisko Balińskiego otwierało broszurę polskich pisarzy Dlaczego nie wracamy? Głos pisarzy polskich w wolnym świecie. Balińskiemu, świetnie wykształconemu inteligentowi z tradycjami, przedwojennemu dyplomacie, marzyło się, że polskiej emigracji przypadnie rola podobna do… rosyjskich komunistów. W swoim rozdziale broszury pisał: „Z emigracji rosyjskiej sprzed wojny światowej, z hotelików szwajcarskich, z chambres-garnies paryskich, z boarding-house’ów londyńskich wykluła się drapieżna siła, która od 35 lat rządzi Rosją. Jeżeli komu może dzisiaj zależeć na zlikwidowaniu emigracji polskiej, to Rosjanom”.

Mrok przesłania zapomnianą poezję Balińskiego do dziś. Choć wystarczy przejrzeć Internet, by zauważyć, że czasem przebijają przez niego nieśmiałe promienie. Zapomnianego poetę odnajduje zaskakująco wielu… nastolatków, którzy umieszczają jego wiersze na internetowych blogach. „Często będę tu zamieszczała wiersze Stanisława Balińskiego, ponieważ czuję z nim jakąś dziwną »więź«” – czytamy na „Blogu pesymistki”. Autorce strony legendus. blog. gery. pl „w ramach chwili do rozmyślania” spodobał się wiersz Smutny młodzieniec. „Fascynacja Balińskim” dopadła też właściciela blogu „Zapiski Ethiel”.

Odkrycie Leszka Długosza

„Oddalony jak żaden z piszących wiersze poetów” – te słowa z wiersza Balińskiego oddają istotę prawdy, którą powoli spróbujemy odsłonić. Przez mrok pomagała przebijać się czasem muzyka. Gdy w 1968 r. ówczesny student polonistyki Leszek Długosz odnalazł w emigracyjnej antologii wiersze Stanisława Balińskiego, nic mu to nazwisko nie mówiło.

Pod wpływem impulsu napisał muzykę i tak powstała jedna z najpopularniejszych piosenek „Piwnicy pod Baranami” – Jaka szkoda. W niedawnym plebiscycie na najlepszy utwór śpiewany przez „Piwnicę” zajęła ona trzecie miejsce. Rytm walca uzupełniał genialnie uchwycony przez Balińskiego nastrój melancholii londyńskich emigrantów: „W niedzielne letnie popołudnie,/ Gdy kulę nudy toczy demon/ Po niebie bladym jak anemon…/ Nad wodą w kwiaty oprawioną,/ Siadają rzędem staruszkowie,/ Pochyłe panie i panowie,/ Ubrani jasno, mile, schludnie,/ I patrząc w wodę, jak zanika/ Fala za falą, świat za światem,/ Piją herbatę, za herbatą,/ Mówiąc (tu – cicha muzyka):/ – Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda,/ Że dni nasze, dni wiosenne (nawet we śnie)/ Przepłynęły beznamiętnie, bezszelestnie,/ Jak ta woda…”.
Ale poezja Balińskiego to skarbnica podobnych muzycznych gotowców, jak choćby wiersz Drogi powracające, o tęsknocie za młodością: „Tam jeszcze odlot. Tu – odwrót./ Tam jeszcze światło. Tu – cień./ Tam jeszcze śpiewne przestworza,/ Tu – pierwsza surowa łza./ Nie zobaczymy już morza/ Od strony dna”.

Cisza w hałaśliwych czasach

No więc skąd to oddalenie, boleśnie dalsze niż u innych emigrantów?

„Skamandryci należeli do najwybitniejszych, a Baliński do najbardziej osobnych” – pisał Jan Marx, autor książki Skamandryci. Marx zwracał trafnie uwagę, że poezje Balińskiego były „zawsze (…) o kilka tonów cichsze od hałaśliwych wierszy Tuwima, Słonimskiego czy Wierzyńskiego z okresu międzywojennego, w pierwszych latach tułaczki wyciszają się jeszcze bardziej”.

Odnajdywanie Balińskiego przez młodzież to nie przypadek. Rzecz trafnie tłumaczył Paweł Hertz: „Poezja Balińskiego nie czuje lęku przed wzruszeniem i nie obawia się refleksji, czasem nawet ociera się o granice, których tak zabobonnie strzegą parweniusze nowoczesności, i z całym rozmysłem traktuje o rzeczach sprawach rzekomo banalnych i sentymentalnych”.

Ta cisza stanowi jednocześnie o urodzie wierszy poety. Krytyk Waldemar Smaszcz dowodzi, że Baliński to autor „najpiękniejszych liryków, jakie napisano po polsku w tym stuleciu”: „O ile znajdziemy w naszej współczesnej literaturze wybitniejsze i głębsze intelektualnie wiersze, to trudno sobie wyobrazić piękniej brzmiące frazy, urzekające swoją melodyką; bardziej zachwycające obrazy poetyckie, w których niebo łączy się z ziemią, smutek z pogodną radością, przeszłość z teraźniejszością; jedyną w swoim rodzaju aurę, przemieniającą w poezję wszystko, czego dotknie pióro autora”.

Dwie wściekłe armie ten ogród stratują

A jednak zderzenie Balińskiego, poety osobnego, z emigracją, PRL-em i zmieniającym się światem było czymś nieco innym niż w przypadku jego przyjaciół jeszcze z innych powodów.

W znakomitym zbiorku emigracyjnych szkiców Balińskiego Antrakty odnajdujemy opowieść afrykańską: „Gdy jeden ze starszych wodzów jakiegoś prymitywnego, dzikiego plemienia afrykańskiego w Kongo powiedział swoim ludziom, że »biały człowiek«” wylądował na księżycu, rzucili się na niego i chcieli go zatłuc, jako bluźniercę. – On bluźni! – wołali. – On bluźni! Żaden biały człowiek nigdy nie może dotrzeć do księżyca, bo księżyc to nasz bóg, to nasz bóg!… Modlimy się do księżyca! Był wieczór 21 lipca 1969 roku. Wszyscy wyznawcy księżyca padli na kolana, wyciągając ręce ku niebu, gdzie właśnie wschodził złoty nów”.

I Baliński-poeta, nie może powstrzymać się od komentarza: „Za naszych czasów skończył się księżyc-bóg, skończył się księżyc-wiersz, skończył się księżyc-opiekun kochanków, księżyc-sonata, księżyc-ballada, księżyc-abstrakcja…”. Do tego rozczarowania Baliński jest jeszcze w stanie dodać optymistyczną puentę: „Z kolei zaczynają się nowe tajemnice i fantazje wszechświata, które cicho i magnetycznie wdzierają się już w niezaspokojoną nigdy wyobraźnię człowieka”.

Rozstanie, koniec epoki – to wątki, które często pojawiają się w poezji Balińskiego. Jak w Pożegnaniu z Krzemieńcem 1939: „Jutro dwie wściekłe armie ten ogród stratują/ I rozniosą tych ludzi z furią dramatyczną,/ Oni to już odgadli i w sercach już czują,/ Żegnając podświadomie przeszłość romantyczną”. I tu optymistycznej puenty być nie może.

Jak pisze Marx: „Ze skamandrytów chyba tylko jeden Baliński przeczuł, można to wyczytać nie tylko w tym wierszu, że nieodwołalnie odwraca się karta historii i kończy się jego świat zakorzeniony w romantycznej tradycji. (…) To właśnie u Balińskiego najkonsekwentniej wyrażona została nieodwracalność dziejów miażdżących Polskę. Nie ma w jego wierszach wojennych łatwego optymizmu, któremu tak skwapliwie ulegali jego starsi rówieśnicy: Tuwim i Słonimski. Bo Baliński wiedział, że nie będzie już żadnej »pierwszej przechadzki« po krzemienieckim ogrodzie po śladach jego dawno zmarłych prababek Śniadeckich – Zofii i Ludwiki. Krzemieniec, Jaszuny, Reginów, Wilno, Nowogródek i dawna Warszawa staną się dla poety, i dla nas, miejscami mitologii pamięci. Baliński zapisał ją chyba najwierniej”.

Jaszuny – od Mickiewicza i Słowackiego do sowchozu

balinskiStanisław Baliński urodził się w 1899 r. w Warszawie. Jan Lechoń, jego kolega z dzieciństwa, wspominał w jednym z wierszy: „Czuję, płynie przez okno zapach dawnych kwietni,/ Widzę meble pluszowe, jedwabne poduszki,/ A ja, z Stasiem Balińskim, obaj siedmioletni,/ Śpiewamy w chórze dzieci piosenkę Moniuszki”.

Bardziej znany od Balińskiego jest też dziś inny jego towarzysz dziecinnych zabaw. W Antraktach poeta wspomina: „Z Gombrowiczem znaliśmy się od dzieciństwa: był kolegą szkolnym mego brata, Kazimierza; stale bywał w naszym domu. Jeździłem na wakacje do Małoszyc, majątku Gombrowiczów”.

Żaden ze skamandrytów nie wywodził się z rodziny o tak wielkich patriotycznych i literackich tradycjach, jak Baliński. Rodowód wywiedziony wprost od romantyków będzie miał wpływ na jego twórczość.

Słynnym miejscem w historii polskiej literatury był pałac Balińskich we wspomnianych Jaszunach na Litwie. Ignacy Baliński, cześnik inflancki, wiceminister departamentu doraźnego Trybunału Litewskiego, kupił posiadłość w Jaszunach w 1811 r. od Radziwiłłów. W latach dwudziestych i trzydziestych XIX w., gdy odziedziczył ją sławny historyk Michał Baliński, Jaszuny stały się ważnym ośrodkiem kultury polskiej na Wileńszczyźnie. W pałacu Balińskich bywali Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Tomasz Zan czy Joachim Lelewel. Słowacki bywał także potajemnie, by spotykać się z siostrą prababki Balińskiego, Ludwiką Śniadecką, którą uwiecznił w Beniowskim.

Balińscy dbali o rozwój przemysłowy miasteczka. Ich własnością był tartak, fabryka terpentyny i gontów, odlewnia miedzi i dworska pasieka.
„Ucz się ucz, nauka to potęgi klucz. Jeśli będziesz miał tych kluczy dużo. To zostaniesz woźnym” – kto z nas w czasach szkolnych nie przerabiał równie złośliwie tego wiszącego na szkolnej ścianie wierszowanego cytatu? Jego autorem był ojciec Stanisława Balińskiego – Ignacy, który zatytułował ów wierszyk Z rad dla moich synów. Cóż, czytelnicy ściennego cytatu w PRL nie zdawali sobie sprawy, że syn jego autora przebywa na przymusowej emigracji. Dla dzieci i młodzieży pisała także matka poety – Maria z Chomętowskich, redaktor warszawskiego pisma „Wieczory Rodzinne”.

Andrzej Pomian, historyk emigracyjny, wspominał Balińskiego – ojca tak: „Pan Ignacy był poetą, działaczem społecznym, miłośnikiem Warszawy, w której pełnił urząd pierwszego prezesa Rady Miejskiej w niepodległej Polsce międzywojennej. Z tego tytułu miał na początku sierpnia 1944 roku przemawiać ze mną, oficerem Komendy Głównej AK, na wiecu zwołanym z okazji Powstania Warszawskiego. Miał już lat 82. Zawiodły go nerwy. Zjawił się na estradzie, ale zacząwszy mówić rozpłakał się”.

Stanisław Baliński, syn autora wspomnianego wierszyka, nie miał wyjścia i zdobył solidne wykształcenie – ukończył polonistykę oraz Wyższą Szkołę Muzyczną w Warszawie. Znał wiele języków – był autorem przekładów poezji angielskiej, francuskiej, włoskiej i rosyjskiej.

„Stanisław Baliński też zrobił po świńsku”

Pojawienie się syna Ignacego Balińskiego w kojarzącym się ze skandalami Skamandrze było nie lada sensacją. Świadczy o tym choćby wierszyk w satyrycznej broszurce Aleksandra Wata i Anatola Sterna z 1920 r.: „Stanisław Baliński/ Też zrobił po świńsku/ Szanowny ojciec jego/ Czemu go nie powstrzymał od tego,/ Żeby jak jakiś andrus/ Nie właził w Skamandrus”.

Pożółkłe kartki debiutanckiego zbioru nowel Stanisława Balińskiego z 1924 r. „Talent szczery, pisarz bardzo kulturalny, autor o własnem i ciekawem obliczu” – reklamuje autora wydawca Stanisław Lam. Bawią dziś rozważania badaczy literatury, szczególnie z czasów PRL, którzy wiele stron poświęcili rozprawianiu na temat tego, czy Baliński był pełnoprawnym skamandrytą. Bawią, bo wszak jak tłumaczyli zgodnie wszyscy skamandryci, Skamander jako spójna i mająca wspólny program grupa poetycka nigdy nie istniał, a był raczej zjawiskiem towarzyskim. Baliński był w Skamandrze aktywny, jeśli tylko przebywał w kraju. Pisał w „Wiadomościach Literackich” Mieczysława Grydzewskiego, których współpracownikiem pozostanie przez… 57 lat, od pierwszego do ostatniego numeru (wliczając w to mutacje emigracyjne). Sytuacja jego była bowiem o tyle nietypowa, że blisko połowę z 20 lat niepodległości spędził za granicą, pracując w służbie dyplomatycznej.

Czytając wiersze młodego Mao

Pracę w MSZ rozpoczął w 1922 r. Jako dyplomata pięć lat spędził w Chinach. Czas ten wspominać będzie w Antraktach: „Przed wojną mieszkałem w Chinach w latach 1928-1933; znałem kilku pisarzy i poetów chińskich. U władzy był wtedy Kuomintang. Rządził Chiang Kai-shek, opromieniony wciąż blaskiem sławnego Sun-Yatsena”.

Perspektywa zbrodniczych rządów komunistów wydawała się wówczas bardzo nieprawdopodobna. Baliński zanotuje: „Usłyszałem wtedy po raz pierwszy o Mao Tse-tungu, jako o rewolucjoniście w dalekiej prowincji Hunan. Zapamiętałem sobie to imię, nie wyobrażając sobie nigdy, aby mogło ono symbolizować kiedykolwiek dzisiejszą potęgę Chin komunistycznych”.

Czytał wiersze młodego Mao. Po wojnie napisze o tragedii chińskich katolików i Tybetu: „Tybet w dużym stopniu realizował te marzenia i ideały (poza religią), które przenikają wiersze Mao. A przecież wojska tego poety dokonały na jego rozkaz straszliwego i okrutnego najazdu na ten cichy, niewinny kraj”.

Baliński był wicekonsulem w Harbinie – mieście znanym ostatnio z powstałego w 2005 r. filmu Jacka Bromskiego „Kochankowie roku tygrysa”, opowiadającego o losach syna Polaka – uciekiniera z Syberii i Chinki. 2,5-milionowy dziś Harbin – pojawiający się w nowelach Balińskiego – założyli Polacy, których mieszkały tam za jego czasów tysiące. Byli to emigranci, budujący pod kierunkiem sprowadzonych przez Chińczyków polskich inżynierów kolej wschodnio-chińską.

Zulejka do Jussufa

Oprócz Chin poeta-dyplomata pełnił też misję na Bliskim Wschodzie. Romualda Piętkowa w zbiorowej pracy Studia o twórczości Stanisława Balińskiego wymienia „obce, tajemniczo brzmiące nazwy, fascynujące poetę i czytelnika – Isfahan, Bagdad, Iman, Sziraz, Teheran, Damaszek”.

W 1928 r. ukazał się zbiór wierszy Balińskiego Wieczór na Wschodzie. „Doprawdy, nie potrafiłbym wskazać nikogo, z kim dałoby się porównać Stanisława Balińskiego i jego Wieczór na Wschodzie, Niepokój świata czy Wielką podróż” – pisze Waldemar Smaszcz. Obrazy Orientu przywodzą na myśl wiersze Mickiewicza i Słowackiego. Jeden z nich znalazł się jako piosenka w wydanej ostatnio przez Polskie Radio muzycznej składance „On i Ona”: „Zulejka do Jussufa po serdecznej walce/ Wysłała list, wezbrany od łez i zapachu/ Tulipanów, którymi przesycone palce/ Kreśliły słowa pełne miłości i strachu”. Dyplomata Baliński patrzy na kraje, w których mieszka okiem poety: „Wzrusza nas długi wojaż po zmarłym kraju/ Przez oazy wonne, pustynię omdlałą,/ I wjazd do wygasłego karawanseraju,/ Jak powrót do przeszłości, której się nie znało”.

Zapomniany uśmiech

W 1939 r. Baliński wraz z innymi skamandrytami ucieka przez Rumunię do Paryża, gdzie trafia w wir polskich spraw. Jak wspomina Maria Danilewicz-Zielińska, wojenne wiersze Balińskiego biją rekordy popularności wśród emigrantów i żołnierzy.

Są inne od wcześniejszych. Bardziej skąpe i oszczędne. Zgodnie z postulatem: „Nie bójmy się milczenia. W wojnie i nieszczęściu,/ Gdzie zamiast ludzi niebo przemawia i bije,/ Słowo niech będzie skąpe, lecz ma siłę pięści,/ A pieśń niech na dno serca zejdzie – i tam żyje”.
Jedne z najbardziej dramatycznych słów w całej polskiej poezji padają w wierszu Polska kolęda 1939. Poeta namawia w nim Maryję, by tego roku nie było w Warszawie Bożego Narodzenia. Kolęda kończy się dramatycznym finałem: „A jeśli chcesz już narodzić w cieniu/ Wojennych zgliszcz/ To lepiej zaraz po narodzeniu/ Rzuć Go na krzyż”.

W wierszu Modlitwa polska poeta błaga: „Panie! My, którzy znamy tysiąc Twoich twarzy/ Skrwawionych, konających, omdlałych, ścierpniętych,/ Błagamy Ciebie, płynąc do Twoich ołtarzy,/ Pokaż nam tę nieznaną. Zjaw się uśmiechnięty”.

Podobny dramatyzm dostrzegamy też w wierszu Wizja getta. Towarzyszy mu niedowierzanie, jak to wszystko było możliwe: „Idę, nie wierząc jeszcze hańbie feudalnej,/ Którą przywieźli tutaj okrutni siepacze,/ Wznosząc w naszej Warszawie, starej, liberalnej,/ Na wieczną żałość rzeczy – drugą ścianę płaczu”.

W czasie wojny ukazały się dwa tomiki Balińskiego – Tamten brzeg nocy (1942) i Trzy poematy o Warszawie (1945). Do wspomnianych na początku artykułu najbardziej znanych słów z tego drugiego: „Moją Ojczyzną jest Polska Podziemna”, nawiązał premier Jerzy Buzek w czasie uroczystości przekazania Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego kluczy do budynku „PASTY”.

Przepiosenkowany Paryż

Ale z uczuciami Polaka jaskrawie kontrastuje to, co zobaczył w Paryżu. Opisuje to pewna scenka uchwycona w Antraktach. Był marzec 1940, wojna nie była przegrana, powtarzano słowa o niezwyciężonej Linii Maginota. Tymczasem faktyczny stan ducha Francuzów opisywała najtrafniej sklepowa anegdota: „Świat wchodził w okres martyrologii, a tu w dusznym, wulkanicznym Paryżu użerała się jakaś dama, że nie ma pomadki do ust »Cerise, medium, nr 2«. Ekspedientki latały jak nieprzytomne. Znosiły owej damie pomadki wszystkich odcieni, kolorów i numerów. Ale ona się uparła i chciała tylko owej czereśniowej pomadki nr 2, której akurat zabrakło”. Dla Polaka, który właśnie uciekł z okupowanej ojczyzny, było to coś niezrozumiałego: „Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach jej rozhisteryzowany głos. I wtedy po raz pierwszy powiało dla mnie piwnicznym chłodem od tego »prze-admirowanego« i »prze-piosenkowanego« miasta.
– Oni tę wojnę przegrają – pomyślałem”.

Romantyczna Pani

Decyzja o emigracji była dla Balińskiego, znawcy dyplomacji, czymś naturalnym. „Nalane, obleśne twarze Roosevelta i Stalina, zwanego przez Amerykanów »uncle Joe«, którzy, jak wtedy czuliśmy wszyscy instynktownie, a dziś stwierdzają to dokumenty, wbili nóż w połowę Europy, jeden jako aliant, drugi jako wróg” – tak opisywać będzie te przyczyny w broszurze Dlaczego nie wracamy?

Napisze też: „Jednemu z ówczesnych pseudo-polityków polskich, który nakazywał nam wtedy »realizm«, »kompromis« i godzenie się »nawet wewnętrzne« z rzeczywistością i który powtarzał z lubością, że w polityce nie ma emocji, odpowiedziałem: »Zły to polityk, który nie uwzględnia emocji w polityce«”.

Tak oto w życiu Balińskiego powtórzyła się historia jego romantycznych przodków, których losy okazywały się nagle nie historią, a czymś bliskim tak, że prababkę Śniadecką nazwie kuzynką. Nawiązanie do romantyzmu pojawia się też w wierszach, choćby Ojczyźnie Szopena: „Cóż to była za dziwna, romantyczna Pani,/ Wszyscy się w niej kochali, umierali dla niej”.

Wraz z poetą wyemigrowały też z Polski listy Mickiewicza do Odyńca, których został spadkobiercą. A w pałacu Balińskich w Jaszunach sowieckie władze urządziły sowchoz.

Przeklęta „Egalite”

Jak wspomina Maria Danilewicz-Zielińska, na emigracji Baliński „pisał felietony, nawet jakieś krótkie opowiadania. Nie godził się na wznowienia tomików, które kiedyś cieszyły się taką popularnością”. Wiersze publikował w gazetach, ale przez prawie 40 lat nie chciał wydać tomika.
Związany był z londyńskimi „Wiadomościami” oraz „Dziennikiem Polski i Dziennikiem Żołnierza”. W szkicach publikowanych w „Dzienniku” (to one złożą się na cytowane Antrakty) Baliński pisał o sztuce, polityce, podróżach, sprawach codziennych. Jeden z nich uznać można za deklarację ideową poety. „Z haseł Rewolucji Francuskiej najbardziej dziwi hasło: »Egalite«. »Fraternite« jest piękne, ale znając ludzi, zwłaszcza Francuzów, jakże trudne do urzeczywistnienia. »Liberte« jest najważniejsza; bez niej żyć najtrudniej. Ona – wolność – jest esencją wolnej myśli, wolnego sumienia, etyki, poszukiwania sensu prawdy przez niedoskonałe umysły ludzkie. Jeżeli ludziom odebrać wolność, zaczynają żyć nadzieją wolności. Wszystkie dyktatury i tyranie prędzej czy później załamują się na tej potędze. Natomiast »Egalite« – równość – przeczy samej istocie, samej naturze, samej strukturze naszego świata z jego zjadającą się przyrodą i rywalizującymi z sobą wiecznie ludźmi”.
Dalej Baliński pisze o skutkach narzucania równości w różnych dziedzinach życia: „Wśród artystów specjalną gorzką aurę wytwarza połączenie nadmiaru maksymalnych ambicji z brakiem minimalnego talentu”.

Wnioski nie są wesołe: „Byłoby może zdrowiej, aby uświadamiano ludzi w sposób obowiązujący, od szkół począwszy, że nierówność istnieje; że jest potężna. Może w ten sposób łatwiej byłoby nierówności świata łagodzić, przezwyciężać, uporać się z nimi. Ale politycy, ideologowie, kapłani, leaderzy i przewodnicy nigdy się na to nie odważą (…) Ta frazeologia płynie przez nasz świat, jak smętna rzeka, której na imię hipokryzja”.

Gomułkizm i Mao Tse-Tung

Po październiku 1956 r. wśród emigrantów toczyła się dyskusja, jak powinni oni zareagować na wydarzenia w kraju. Kilkunastu poetów związanych z emigracją londyńską swe stanowisko ogłosiło w broszurze Dlaczego nie wracamy? Głos pisarzy polskich w wolnym świecie. Pierwszym nazwiskiem wśród podpisanych było nazwisko Balińskiego. „Walka trwa” – napisano we wstępie. „Z powodów jasnych: »gomułkizm« – jako jedna z odmian komunistycznego totalizmu – zwycięstwem takim jeszcze nie jest”.

Baliński tłumaczył zdecydowanie, choć bez wywyższania się: „Choć nie mam cząstki tych korzyści materialnych i wydawniczych, które jak wiadomo niektórzy pisarze w kraju posiadają, jestem duchowo wolny i nie potrzebuję pisać pod presją lęku albo innej życiowej konieczności wierszy na cześć Stalina, aby je potem odwoływać i być zmuszanym do pisania nowych, na przykład na cześć kolektywu, w którym zasiadają inni tyrani”. Broszura została krytycznie przyjęta w środowisku paryskiej „Kultury”.

Deklarację ideową poety-antykomunisty znaleźć można nie tylko w wierszach. W Antraktach Baliński napisał: „Władcy komunistyczni nigdy nie cytują poetów w swych oracjach. Zbyt wiele linijek Puszkina, Lermontowa czy nawet Majakowskiego, naładowanych jest prochem. W Polsce Ludowej Bierut, Gomułka czy Gierek nie cytowali chyba nigdy naszych wielkich poetów. Mickiewicz, Słowacki, Norwid – co krok, to niebezpieczeństwo. Wyjątek stanowi Mao Tse-tung! Tak! Ale Mao przytaczał wyłącznie własne wiersze i własne myśli. O Konfucjuszu mowy nie było!…”.

Bardzo często pokazaniu absurdalności komunizmu służy Balińskiego anegdota. W jednym ze szkiców Baliński opisuje rozmowę Polaka z kraju i Polaka z Ameryki. Ten drugi tłumaczy pierwszemu, o co chodzi w aferze Watergate. „Urzędnicy naszego prezydenta Nixona kazali zakładać aparaty podsłuchowe w biurach partii opozycyjnej” – opowiada. Mieszkaniec PRL odparowuje, że to przecież normalne. Amerykanin konstatuje: „No tak, u was Moskwa nie pozwala na istnienie partii opozycyjnych”. Ale przybysz z PRL wyjaśnia, że nie do końca o to mu chodziło: „U nas zakłada się za to aparaty podsłuchowe w biurach partii rządzącej. Prezes partii musi przecież wiedzieć o wszystkim, co się dzieje”.

Warszawiaka dziwi jeszcze jedno: „Jakeście się o tym skandalu dowiedzieli?”. „Gazety pisały” – nie rozumie z kolei Amerykanin. „To dlaczego prezydent nie kazał wstrzymać gazet? Od czego cenzura?” – nie może nadziwić się jego rozmówca – „Nie ma cenzury? Niesłychane! To dlaczego nie zaaresztowaliście dziennikarzy albo dlaczego ich nie pobiliście, jak u nas przed kilku laty tego Kisiela z „Tygodnika Powszechnego”? Polak z Ameryki mówi, że ludzie by się zbuntowali. „A od czego milicja?” – pada „oczywista” odpowiedź. Te i inne rewelacje o aferze Watergate mieszkaniec PRL podsumowuje stwierdzeniem: „Ta wasza słabość, ta wasza dekadencja na Zachodzie! To mnie wprost przeraża”.

Towarzysz samotności

W ostatnim numerze paryskiej „Kultury” Maria Danilewicz-Zielińska wspominała, że na emigracji Baliński czuł się bardzo samotny. „Pamiętam go jako pana w średnim wieku, bardzo starannie ubranego. Nosił warszawskie jesionki z aksamitnym kołnierzem, których uszycie w Anglii nastręczało pewnych trudności”.

Jak wspominała Danilewicz-Zielińska najwierniejszym towarzyszem tej samotności był pies: „Miał ukochanego psa, z którym się praktycznie nie rozstawał (chodził z nim także na zebrania). Gdy zostałam dopuszczona do sanktuarium, jakim był jego dom na przedmieściu Londynu, uderzyło mnie, że jest on urządzony pod kątem potrzeb i upodobań psa. Pan był wyraźnie na drugim miejscu. Na pierwszym planie były miski. Nie z żarciem, bo nie można w tym wypadku stosować tak wulgarnego określenia, ale z jedzeniem dla pieska, który dostawał najlepsze kawałki mięsa, np. krwiste befsztyki”.

Pies Ted pojawia się także w wierszu Balińskiego Podróżni: „Rozmawiam z nim po angielsko-polsku,/ Tłumaczę wszystko, jak umiem,/ Ted, do you understand me? – pytam,/ a Ted odpowiada po polsku:/ Rozumiem”. A potem: „Myślimy o rodzinnych stronach:/ Ja o naszej wsi pod Nowogródkiem,/ Ted o swej wiosce koło Yorku./ Uniósł głowę, najeżył się, słucha:/ Ktoś dwa razy zastukał w kantorku./ Nie bój się Ted, to tylko puka/ Mój stary polski romantyzm…”.

Testament

Stanisław Baliński jako jedyny ze skamandrytów dożył czasów Solidarności. W ostatnich latach życia zgodził się wydać w Londynie tom Wiersze emigracyjne (1981) oraz w kraju – na fali solidarnościowej rewolucji – zbiór Peregrynacje.

Ostatni skamandryta zdążył przywitać polskiego Papieża, którego przepowiedział przyjaciel jego rodziny Juliusz Słowacki. Papieża-poetę, który znał poezję emigracyjną. W wierszu dla Jana Pawła II Baliński wyraził wszystko, co chcieliby powiedzieć pozostali: „Poeci z lat wygnańczych jak wy kiedyś w Rzymie/ Szukaliście pocieszeń na jawie i we śnie/ Tak On, w nocach swej walki, ksiądz Karol Wojtyła/ Szukał pociechy w słowach waszej pieśni,/ A dziś – Jan Paweł Drugi – na stopniach Piotrowych/ Pod złotym dachem Rzymu, na białym marmurze,/ Unosi je ku niebu, jak najcichsze róże:/ »Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy/ i w Ostrej świecisz Bramie«”.

Zmarł w 1984 r. Na pisanych przez młodzież blogach można odnaleźć dziś jeszcze jeden wiersz – Na końcowej stacji, mówiący o wakacjach: „O towarzysze dziwnie spędzonych wakacji,/ Z którymi los tajemnie nas kiedyś skojarzył,/ Zobaczymy się jeszcze na końcowej stacji,/ Ze zmarszczkami na czole i ze mgłą na twarzy./ Wyciągniemy z portfelu wygaśnięte wizy,/ I na czarne perony wyjdziemy pomału,/ Ciągnąc za sobą z trudem podróżne walizy,/ Pękające od wstydu i ciężkie od żalu”.

Drogi powracające

Rzeka odwraca swój bieg,
Od morza płynie do źródła.
Wracają minione brzegi,
Nadpływa młodości urna.
Jawią się stare bezdroża,
I dawna lipcowa mgła.
Nie zobaczymy już morza
Od strony dna.

Wszystko się zwija z powrotem,
Rzeka się toczy na wspak.
Napływa karczma z obłokiem,

A nad nią wypchany ptak.
To tam, w tej karczmie, pod strzechą,
Mówiło się: „odejść czas”.
Czas odszedł, zostało echo
I dotąd przyzywa nas.

Nadciąga wiejskie urwisko
O barwie sprzed wielu lat.
Tam miłość stała tak blisko,
Ten kwiat to był nawet jej kwiat.
To było tam, u tej skały,
Na skraju fiołkowych wydm.
Miłość odeszła. Zostały
Widma płaczące do widm.
Karykatury tych wspomnień
Upiorny mają dziś garb
I mają oczy bez ogni
I twarze sine bez farb.
A rzeka kurczy się, ścieśnia
I z trudem pcha się pod prąd.
Jeszcze ten dom, i czereśnia,
I ogród widziany stąd.
I ja biegnący przez ogród
Z krzykiem, że „nowość”, że „dzień”!
Tam jeszcze odlot. Tu – odwrót.
Tam jeszcze światło. Tu – cień.
Tam jeszcze śpiewne przestworza,
Tu – pierwsza surowa łza.
Nie zobaczymy już morza
Od strony dna.

Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Nowe Państwo, numer: 8/2006 

Stanisław Baliński

Jaka szkoda

W niedzielne letnie popołudnie
Gdy kulę smutku toczy demon
Nad rzeką w kwiaty opawioną
Pod niebem bladym jak anemon
Siedzieli rzędem staruszkowie
Pochyłe panie i panowie
Ubrani jasno mile schludnie
I patrząc w wodę jak zanika
– fala za falą, świat za światem,
Pili herbatę za herbatą
(Tu cicha gra muzyka)

Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda
Że dni nasze, dni wiosenne nawet we śnie
Przepłynęły beznamiętnie
Bezszelestnie jak ta woda
Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda

Poczem ta gwiazda kwitnąca
I tak cię nie uśpi, nie uśpi,
A woda odpływająca i tak cię minie
Przepłynie
Zatrzymasz się kiedyś bez tchu
Po tamtej już stronie snu
I będziesz wołał z daleka
Jak ja dziś wołam do snu
– Poczekaj, poczekaj, czy słyszysz, poczekaj…

Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda
Że dni nasze, dni wiosenne nawet we śnie
Przepłynęły beznamiętnie
Bezszelestnie jak ta woda
Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Aktualności, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Po 1980, Wiersze i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Mały wielki wiersz

  1. Ala pisze:

    aktualny – na czasie

    a tak wogole moze ON byl z mojej rodziny? , to samo nazwisko i moja rodzina od pokolen jest z Warszawy

  2. klio56 pisze:

    Wiersz znakomity! Powtórzę za autorem „Przejmujący obraz zniewolenia powstały jeszcze przed publikacjami Orwella”.
    Wstyd mi, że nie znałam, cieszę się, że poznałam dzięki tej stronie tak wspaniałą,
    ciekawą postać. Skrzętnie zapisałam wiersze.
    Dziękuję

  3. Dotykiem słów szczęście rozdawaj – sercem rozgrzewaj…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.