Udział w zbrodni po zbrodni

Bohdan Urbankowski

KBW był najbardziej zbrodniczą jednostką w historii naszych wojsk. Według oficjalnych raportów jego oddziały w okresie od marca 1945 do kwietnia 1947 r. zabiły ponad 1,5 tys. żołnierzy podziemia niepodległościowego, …

raniły 301 tys., wzięły do niewoli – 12,2 tysiąca. Poza tym aresztowały ponad 13,3 tys. tzw. współpracowników i osób „podejrzanych” o przynależność do antysowieckich organizacji konspiracyjnych.

W różnych wywiadach i wspomnieniach przechwalałem się, iż nie byłem członkiem partii, wyliczałem – z dumą – ile razy za tę odwagę wywalano mnie z pracy. Bo wtedy – wymagało to odwagi, zwłaszcza kiedy się żyło w upartyjnionym i zeszmaconym środowisku naukowców i dziennikarzy PRL. Uczciwość nakazuje opowiedzieć, jak do partii nieomal wstąpiłem. Bo był moment, gdy z połową studentów z bursy na Kickiego przeżywałem takie pokusy – zwłaszcza kiedy skończyła się „noc moczaryzmu”, a do świetlicy wniesiono nowiutki, kolorowy telewizor z nowiutkim i kolorowym sekretarzem PZPR. W Marcu ’68 nasz gniew skierowany był przeciwko Gomułce i Aristowowi – za „Dziady”, a po wiecu – przeciw Moczarowi – za rozbicie pałami studenckiego przedwiośnia. Grudzień nas raczej zaskoczył, z wydarzeń na Wybrzeżu przeżyłem tylko jeden dzień – i to przypadkiem. Lecz dojście Gierka do władzy, to, że za jednym uderzeniem wyrzucił z ringu Gomułkę i Moczara, traktowaliśmy jako rewanż za Marzec, jako przywrócenie sprawiedliwości. Wśród studentów zapanował entuzjazm taki sam, jaki nasi starsi bracia przeżywali w 1956 r.; to była powtórka z „Polskiego Października”. Pojawiły się hasła – nie jestem pewien, czy ktoś ich nam nie podpowiadał – że trzeba wstępować do partii, żeby „im” patrzeć na ręce, żeby „dopilnować reform”.
Dodatkową pokusą, by „się włączyć”, było dla mnie i to, że paru kolegów ze Śląska przyjechało „robić reformy” do Warszawy, że obiecywali naprawienie krzywd, a to znaczyło pracę, prestiż, mieszkanie w Warszawie. A nie miałem nawet meldunku… Moje życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej… A jednak.

Od partii odstraszyła mnie nie jedna, lecz kilka rzeczy. Najpierw to, że lekkomyślnie poszedłem na zebranie otwarte PZPR w Instytucie Nauk Humanistycznych. To nie był wiec młodych reformatorów, to był sabat starych czarownic, które na partyjne zebrania przylatywały na miotłach… Ponieważ nadal się wahałem – los podsunął mi pod oczy plakat o wieczorze poezji powstańczej, który prowadzić miał – nieznany mi wówczas – Andrzej Szomański. Poszedłem. Po imprezie – dyskusja, oczywiście nie tyle o poezji, ile o polityce. Takie czasy. Któryś z dyskutantów zaatakował Szomańskiego za to, że udziela się w PAX-ie, ktoś inny – za to, że do PAX-u się nie zapisał, a teraz właśnie zaczyna się odnowa, można pojednać się z „Miodową” i „Tygodnikiem Powszechnym”. I wtedy Andrzej odpowiedział argumentem, który do dziś tkwi mi w pamięci: – Bo nie zapisuje się „na dzisiaj”. PAX ma swoją historię i zapisując się niejako akceptujemy tę historię i podejmujemy zobowiązania na przyszłość. Na razie mam za dużo zastrzeżeń – dokończył.

Historii partii – jak większość Polaków – nie znałem. Ale przeleciały mi przez pamięć „specbrygady” Toruńczyka i oddziały pozorowane „Przepiórki” – miałbym zostać ich towarzyszem broni? W tej dyskusji po raz pierwszy usłyszałem też termin: „udział w zbrodni po zbrodni”. Chodziło o zacieranie śladów, mataczenie, paserstwo itp. Zapamiętałem je na całe życie. Ze wstąpienia do partii zrezygnowałem.

Krwawe źródła

Życie w PRL toczyło się dwoma nurtami: jawnym i niejawnym. Nad jawnym czuwała partia, nad tym drugim – zorganizowane przez komunistów specsłużby. O fasadowych „radach narodowych” i stowarzyszeniach politycznych nie warto tu wspominać.

Peerelowskie specsłużby były budowane przez Rosjan i wytresowanych przez nich janczarów w rodzaju Baumana, Radkiewicza, a także całej hordy „kujbyszewiaków”. Formalnie wyglądało to prosto: Główny Zarząd Wywiadowczy (GRU) budował nasze służby związane z armią – Informację Wojskową i KBW; Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych (NKWD) – organizował i nadzorował nasze Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W „polskiej” siedzibie MBP na Rakowieckiej NKWD miało swój własny korytarz, na który można było wchodzić tylko po otrzymaniu specjalnych przepustek. „Radzieccy” mogli swobodnie chodzić po całym gmachu, regularnie wpadali „na herbatki” do ważniejszych funkcjonariuszy UB – była to bardziej elegancka forma przesłuchania i instruktażu.

W Związku Sowieckim zarówno NKWD, jak i armia dorobiły się własnych wojsk specjalnych. NKWD – wcześniej, Armia Czerwona – później (tzw. „Smiersz”). Były one nie tylko postrachem ZSRR. Oddziały „Smiersza” i dywizje NKWD pacyfikowały również Polskę. W PRL powstały wspominane już dwa piony służb (wojskowy i milicyjny) oraz jedna armia wewnętrzna do walki z własnym społeczeństwem – KBW. O ewolucji tej specarmii za chwilę.

Od początku były problemy z kadrami – wciąż było za mało zdrajców. Do budowy terrorystycznych struktur używano więc przede wszystkim sowieckich specjalistów, poza tym wykorzystywano resztki kapepowskich „funków”, którzy już przed wojną byli na żołdzie sowieckim. Poza tym szkolono nowe kadry przeznaczone do terroryzowania Polaków. Byli to tzw. kujbyszewiacy – choć nie wszystkich szkolono rzeczywiście w Kujbyszewie. Nim o nich opowiem – kilka słów o najbardziej zbrodniczej z rosyjskich formacji działających na terenie „wyzwalanej” Polski – o „Smierszu”.

19 czerwca 1943 r. w ZSRR powołane zostały specjednostki „Smiersz”, które miały zajmować się kontrwywiadem w Armii Czerwonej i Flocie, ale także w NKWD, były więc rodzajem superżandarmerii. Było to odwrócenie zależności, już bowiem bolszewicy powołali w końcu 1917 r. pierwszy Oddział do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem – ten jednak podlegał pod Czekę, czyli pod policję polityczną. Nowo powstały „Smiersz” miał prawo kontrolować oddziały NKWD, jednak szef „Smiersza” gen. Wiktor Abakumow wywodził się z NKWD i był zastępcą Berii – szefa NKWD.

Akronim „Smiersz” wywodzi się od pełnej nazwy: Spiecjalnyje Mietody Rozobłaczenija Szpionow – Specjalne Metody Wykrywania Szpiegów; był też interpretowany jako skrót hasła „Smiert’ szpionam”. Jednostki „Smiersza” objęły swą kontrolą również armię gen. Berlinga. Utworzony jeszcze w 1943 r. Oddział Informacji przy I Dywizji Piechoty był w 90 proc. obsadzony przez funkcjonariuszy „Smiersza” – w polskich mundurach. W innych jednostkach procent ten był minimalnie niższy. Szefem Głównego Zarządu Informacji I Armii, a z biegiem lat całego GZI WP, został funkcjonariusz „Smiersza” Dymitr Wozniesienskij – prywatnie zięć Karola Świerczewskiego.

Po wejściu na teren Polski „Smiersz” zajmował się głównie walką z Armią Krajową i strukturami Polskiego Państwa Podziemnego. Grupy „Smiersza” współpracowały z agenturą rekrutowaną z AL i przedwojennych komunistów, otrzymywały od niej listy „wrogów”, których wywożono do ZSRR, a często likwidowano na miejscu. Częstym i niemal zawsze skutecznym chwytem było zapraszanie na „narady” i inne „braterskie spotkania”, podczas których polskich uczestników tych spotkań po prostu aresztowano. Na najniższym szczeblu – partyzanckim – rozstrzeliwano. Na terenach „wyzwolonych” jeszcze w 1944 r. zlikwidowano w ten sposób (zesłanie do łagru, egzekucje) około 50 tys. żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego.

Jako ciekawostkę dodajmy, że funkcjonariuszem „polskiego Smiersza” (jak czasem nazywano Informację Wojskową) byli tacy ludzie, jak późniejszy gen. Czesław Kiszczak, który zaczynał karierę w 1945 r. od oskarżania o szpiegostwo i dywersję żołnierzy Andersa. Tajnym współpracownikiem Informacji był także „Wolski” – Jaruzelski, późniejszy generał, szef PZPR i prezydent. Inną gwiazdą „polskiego Smiersza” był Zygmunt Bauman – „Semjon”– późniejszy socjolog, guru warszawskiego salonu. Ten ostatni od władz III RP otrzymał medal Zasłużony Kulturze – Gloria Artis.

SBS i KBW

Funkcjonariusze „Smiersza” pomagali organizować Samodzielny Batalion Szturmowy ppłk. Henryka Toruńczyka, który stanowił zalążek wojsk Resortu Bezpieczeństwa Wewnętrznego na wzór wojsk NKWD – choć porównanie do carskiej „opriczniny” także nie byłoby przesadą. Batalion został powołany 18 października 1943 r., dowódcą został ppłk Henryk Toruńczyk (kapepowiec, dowódca międzynarodowej brygady w Hiszpanii, w przyszłości – 1. dowódca KBW), jego zastępcą ds. liniowych mjr Leon Rubinsztajn (kapepowiec, podwładny Toruńczyka w Hiszpanii, po „wyzwoleniu” dyr. Dep. II MBP); zastępcą ds. politycznych kpt. Szaja (Józef) Krakowski (kapepowiec, po 1939 r. działacz sowieckich związków zawodowych we Lwowie, „kujbyszewiak”; po wyzwoleniu zastępca szefa WUBP w Łodzi, Gdańsku, Warszawie; po destalinizacji dyrektor „Orbisu” i jeden z szefów Filmu Polskiego, kierownik produkcji zespołu „Kamera”; po marcu 1969 r. wyjechał jako prześladowany rasowo artysta do NRF).

21 marca 1944 r. Samodzielny Batalion Szturmowy został przemianowany na Polski Samodzielny Batalion Specjalny, stanowiący odpowiednik wojsk wewnętrznych NKWD. Powołany został rozkazem dowódcy Korpusu Polskich Sił Zbrojnych (zwanego potocznie Ludowym Wojskiem Polskim), jako jednostka wojskowa – w rzeczywistości podlegał Centralnemu Biuru Komunistów Polskich, którego pracami kierował Jakub Berman (formalnie przewodniczącym był Al. Zawadzki). Po powołaniu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego – PSBS podlegał resortowi spraw wewnętrznych PKWN. Po połączeniu z Samodzielnym Batalionem Ochrony Jeńców powstała z tego Brygada Wojsk Wewnętrznych, której dowódcą nadal był wspomniany Toruńczyk. Brygada została skierowana do walki z polskimi powstańcami – nie dawała jednak sobie rady. Berman zwrócił się do nadzorującego ten odcinek Chruszczowa z propozycją rozbudowy komunistycznej „opriczniny” – zgodę otrzymał.
24 maja1945 r. – po włączeniu 4. Dywizji Piechoty LWP – stworzono Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Dowódcą nowej formacji został dowódca 4 DP (wcześniej oficer Armii Czerwonej) gen. Bolesław Kieniewicz. Kolejnymi dowódcami KBW byli: gen. Konrad Świetlik, gen. Juliusz Hibner (Dawid Szwarc). Drugi z nich (weteran z Hiszpanii i politruk) był najbardziej pociesznym Bohaterem Związku Radzieckiego. Zapodział się gdzieś w trakcie bitwy pod Lenino i jako bohatersko zabity otrzymał zaocznie papiery i medal Bohatera Związku Radzieckiego
– przyznawany ważniejszym nieboszczykom. Potem się znalazł i choć żył – medal mu jednak przypięto. Po wojnie był długoletnim dowódcą Wojsk Wewnętrznych, brał udział w akcji „Wisła”.

W początkowym okresie oddziały KBW tłumiły powstanie antysowieckie ramię w ramię z dywizjami NKWD, co przypominało czasy walki wojsk króla Stasia i carycy Katarzyny z konfederacją barską. Opór stawiany przez powstańców spowodował też ilościowy rozwój KBW, który w 1945 r. liczył 29 tys. żołnierzy, w 1950 – 41 tysięcy.

KBW był najbardziej zbrodniczą jednostką w historii naszych wojsk. Według oficjalnych raportów jego oddziały w okresie od marca 1945 do kwietnia 1947 r. zabiły ponad 1,5 tys. żołnierzy podziemia niepodległościowego, raniły 301 tys., wzięły do niewoli – 12,2 tysiąca. Poza tym aresztowały ponad 13,3 tys. tzw. współpracowników i osób „podejrzanych” o przynależność do antysowieckich organizacji konspiracyjnych. W walkach zginęło kilkuset żołnierzy i oficerów KBW. Oddziały KBW osłaniały też ściąganie obowiązkowych kontyngentów ze wsi, a w czerwcu 1956 r. wzięły udział w pacyfikacji Poznania.

„Kujbyszewiacy”

Ponieważ kilkakrotnie padło określenie „kujbyszewiacy” – czas na dokładniejsze wyjaśnienie. Byli to absolwenci kursów organizowanych przez NKWD. Pierwsze ze szkoleń odbyło się w okresie 1940–1941 w Smoleńsku, gdzie zorganizowany został 200-osobowy batalion NKWD (tzw. Aleksandrowskaja Szkoła), w którego skład wchodzili reprezentanci ziem wcielonych do ZSRR – Polacy, wyselekcjonowani Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Białorusini, przewidziani na organizatorów tych ziem. Z absolwentów w przyszłości karierę zrobili m.in. Aleksander Kokoszyn (szef Informacji Wojskowej LWP), Władysław Spychaj (Sobczyński) – szef WUBP w Kielcach, jeden z organizatorów antyżydowskiej (i antyandersowskiej) prowokacji w lipcu 1946 r., Mikołaj Demko (minister Mieczysław Moczar), Konrad Świetlik – z wykształcenia ogrodnik, współpracownik NKWD, oficer polityczny 1. DP w stopniu podporucznika, dowódca KBW. Wynalazca pewnej metody: starał się zaprzyjaźnić z akowcami służącymi w LWP, a następnie brał udział w aresztowaniach. Prymusem kursu był Józef Czaplicki (Izydor Kurc), który został wysłany na kurs wyższy w m. Gorki pod Moskwą. W PRL został dyrektorem Departamentu MBP. Z powodu paranoicznego prześladowania akowców nazywany był „Akowerem” .

W okresie 1942–1943 zorganizowano nieco liczniejszy (270 oficerów) kurs w Moskwie, a w 1944 r. aż dwa kursy – tym razem rzeczywiście w Kujbyszewie. Do absolwentów moskiewskiego szkolenia należał Jan Frey (później Frey-Bielecki) – b. funkcjonariusz KPP, w 1939 r. twórca „Czerwonej milicji” we Włodzimierzu Wołyńskim. W PRL m.in. szef WUBP w Warszawie i Krakowie – gdzie wsławił się tłumieniem manifestacji studenckiej 3 maja 1946 r. i organizowaniem obław na partyzantów „Ognia”.

Inny absolwent „Kujbyszewianki” Ludwik Bojanowski, który po „pracy” w UB w Przeworsku dochrapał się stanowiska kierownika Sekcji do Walki z Bandytyzmem WUBP w Rzeszowie, zdobył sławę największego, ale i najlepiej strzeżonego oprawcy polskich więźniów. Postrzelił się (?) podczas czyszczenia broni, wzięto go do szpitala, gdzie dobili go żołnierze WiN.

Na koniec ciekawostka. Jednym z najzdolniejszych „kujbyszewiaków”, i to po dwóch kursach, był kpt. Lucjan Szenwald, poeta, członek KZMP i KPP, który współpracował ze służbami sowieckimi już przed wojną, a który w PRL zostałby zapewne jednym z głównych nadzorców kultury. Okoliczności jego śmierci pozostają nie całkiem wyjaśnione. Wedle jednej wersji miał w stanie upojenia wpaść gazikiem na beczki z paliwem, wedle innych – gazik prowadził kto inny, Szenwald zaś bohatersko siedział na błotniku i w pewnym momencie się omsknął, a beczki miały wybuchnąć. Tym, którzy nie wierzyli w tę wersję, opowiadano, iż Szenwald po pijaku pokłócił się z jakimś Ruskiem, który po prostu go zastrzelił.

Nieznani sprawcy

Jedną z najbardziej zbrodniczych struktur komunistycznej władzy była instytucja „nieznanych sprawców”. W pewnym sensie rozwijała ona tradycję skrytobójców znaną zarówno w świecie islamu (asasyni), jak i w rosyjskich organizacjach terrorystycznych XIX w. W ZSRR ze względów propagandowych preferowano morderstwa w majestacie prawa, połączone z sądowymi spektaklami i samokrytyką oskarżonych. Czasami jednak, dla pewności, stosowano morderstwa mniej jawne. Pokątnie i chałupniczo zlikwidowano cara i rodzinę Romanowów, sprytnie pozbyto się Kirowa, śmierć Berii do dzisiaj jest niejasna. W implantowanych w Polsce strukturach komunistycznych również zaczęto stosować te metody.

Skrytobójstwa hurtowe stosowano wobec wrogów, zwłaszcza podczas obejmowania władzy przez komunistów w latach 1944–1947. Rolę nauczycieli odegrali wtedy specjaliści sowieccy. Pod ich kierunkiem powstawały specjalne grupy operacyjne, które działały za przyzwoleniem władz partyjnych, a ich metodą były skrytobójcze napady, tortury, podpalenia. Grupy takie działały najpierw na Lubelszczyźnie, Białostocczyźnie i w Rzeszowskiem, od 1945 r. także na Mazowszu – m.in. „grupa likwidacyjna” Władysława Rypińskiego, która zamordowała ponad 100 „wrogów”. Z ramienia KC PPR kierował nimi Julian (Josek) Kole – przedwojenny działacz KPP, absolwent Wyższej szkoły Partyjnej w Moskwie (1931–1933), politruk w kilku kolejnych jednostkach armii Berlinga. Swoją tajną działalność prowadził najprawdopodobniej do 1951 r., potem został odsunięty… na stanowisko wiceministra finansów, które piastował do 1969 r. Był postrzegany (obok, Alstera, Bristigerowej, Kraśki, Putramenta, Rakowskiego, Schaffa, Zambrowskiego…) jako jeden z liderów walczącej o władzę frakcji „Puławian”. Ofiarą specjalnych grup operacyjnych padali oficerowie AK, urzędnicy państwa podziemnego, zaś po amnestii 1947 r. – oficerowie i żołnierze podziemia, którzy zaufali komunistycznej władzy i lekkomyślnie się ujawnili. Sprawy te omawiałem w „Czerwonej mszy”, w tym miejscu chciałbym przypomnieć fragment rozkazu nr S VIII/1233/72 wydanego przez ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza 4 grudnia 1945 r.:

„Do Woj. Urz. Bezp. Publ. w ostatnich tygodniach na terenie całego kraju wzmogła się działalność band reakcyjnych i konspiracyjna działalność antypaństwowa. [Nie było to prawdą, bo na zimę właśnie przygasła – B.U.]

W związku z tym polecam kierownikom placówek UB, aby w największej tajemnicy przygotowywali akcję mającą na celu likwidowanie działaczy tych stronnictw, przy czym musi być ona upozorowana, jakoby to bandy reakcyjne. Do akcji tej wskazane jest użyć specjalnych bojówek stworzonych latem ub. roku. Akcji tej ma służyć kampania prasowa skierowana przeciw bandom terrorystycznym, na które spadnie odpowiedzialność za te czyny.

Szczegóły wykonania powierza się kier. placówek UB pod surową karną odpowiedzialnością osobistą.
(-) Radkiewicz”.

Oddziały pozorowane, a nawet poczciwi, czerwoni chłopi

Najbardziej znanymi dowódcami „nieznanych sprawców” byli: Edward Gronczewski „Przepiórka”, oficer informacji w oddziale AL im. Kościuszki, potem oficer do zadań specjalnych komendanta Głównego MO oraz Bolesław Kaźmierak „Cień”, także rodem z AL. Aby uniknąć spiskowych spekulacji, dodać trzeba, że obaj byli pełnej krwi Polakami, reprezentantami ludu.

Gronczewski, udając akowca, mordował żołnierzy i oficerów AK, a także mieszkańców „reakcyjnych wsi” – to znaczy wsi udzielających mu gościny (to był test). W lutym 1944 r. jego oddział zamordował komendanta Narodowych Sił Zbrojnych w Trzydniku (woj. lubelskie), 19 kwietnia przeprowadził krwawą pacyfikację wsi udzielających poparcia narodowej partyzantce. Ofiarą padły Potok-Stany, Potok-Stany Kolonia i Dąbrówka. Zamordowano co najmniej 13 mieszkańców, kilkunastu raniono, część zabudowań spalono. Gronczewski dopuszczał się, również na konto AK, pospolitych przestępstw kryminalnych, dzięki czemu stał się jednym z zamożniejszych i bardziej szanowanych komunistów. Taki capo di tutti capi. Po wojnie doszedł do stopnia pułkownika, został też historykiem (w WIH) i pisarzem wyspecjalizowanym w bohaterskich wspomnieniach.

Kaźmierak, który później zmienił nazwisko na Kowalski, też mordował jawnie i tajnie. Największe z jego zbrodni były utajniane dość prosto: przypisywano je Niemcom albo lepiej: „reakcyjnemu podziemiu”. Wziął udział w kilkudziesięciu akcjach przeciw polskiej partyzantce oraz mieszkańcom „reakcyjnych” wsi. Pierwszym głośniejszym wyczynem była napaść na rodzinny Zakrzówek – w lutym 1944 r. Komuniści porwali lekarza dr. Jana Kołtuna i farmaceutę Bronisława Górnickiego i grożąc śmiercią zakładników, zażądali 100 tys. zł okupu. Ludność musiała się złożyć – i złożyła. W tym samym miesiącu (27 lutego) Kaźmierak napadł na majątek Józwów. Właściciel Wincenty Jankowski i zarządca majątku Józef Ubogorski zostali zatłuczeni nogami od krzeseł. Komuniści uprowadzili też i zastrzelili jednego z fornali. Dworskie pomieszczenia obrabowano, zdewastowano i obsrano – co należało do rewolucyjnego rytuału. 9 kwietnia 1944 r. wspólnie z Gronczewskim Kaźmierak wziął udział w zmasakrowaniu reakcyjnych wsi Potok-Stany, Potok-Stany Kolonia i Dąbrówka. Jego oddział uprowadził i zastrzelił w rejonie Puziowych Dołów 10 mieszkańców. Szacunkowo przyjmuje się, że oddział „Cienia” zakatrupił około 100 mieszkańców „reakcyjnych wsi”, spalił kilkaset budynków.

Największą jednak zbrodnię Kaźmierak popełnił wiosną 1944 r. w Owczarni pod Opolem Lubelskim, gdzie wymordował akowców z oddziału „Hektora”/„Krysta” – ppor. Mieczysława Zielińskiego. Szczegóły tej akcji długie lata nie były znane; jeśli mówiono, że zginęli tam akowcy, to natychmiast dodawano, że „z rąk Niemców”. Przebieg zdarzeń opisał dopiero w czasach III RP jeden z ostatnich żołnierzy wymordowanego oddziału Edward Szanc-Leźnicki „As”. 4 maja 1944 r. „Hektor” przybył w rejon Owczarni, by odebrać zrzut ludzi i sprzętu z Anglii. Nagle akowcy zostali ostrzelani – odpowiedzieli ogniem. Okazało się, że zaatakował ich oddział AL dowodzony przez „Cienia”. Jak twierdzili „cieniowcy” – przez pomyłkę. „Myśleliśmy, że strzelamy do Niemców…” – tłumaczył „Cień”, przepraszając za nieporozumienie. Ponieważ nic nikomu się nie stało – nietrudno było o wybaczenie, a nawet o zbratanie. Zarządzono zbiórkę obu oddziałów celem „bliższego poznania”, „Cień” zaczął przyjacielską rozmowę z „Hektorem”, nagle wyjął pistolet i zastrzelił swego rozmówcę niemal z przyłożenia. To było hasło dla pozostałych alowców – zaczęli rzeź. Zabito 18 żołnierzy AK, 13 odniosło rany, kilku dobito, kilku uratowało się ucieczką. Ciała zabitych alowcy obdarli z ubrań i wrzucili do dołu – razem z zastrzelonym psem.

Pośród uratowanych był „As” – Edward Szanc. Po wyzwoleniu poszukiwało go i NKWD, i UB. Otrzymał on od przełożonych z AK autentyczny blankiet niemieckiego dowodu osobistego in blanco i wpisał nazwisko swego przyjaciela – Leźnickiego. To go uratowało. Jako „akowiec Leźnicki” został wywieziony tylko do łagru, gdzie spędził 0 lat. Jako Szanc z oddziału „Hektora” zostałby zlikwidowany. Jednak przez lata bał się ujawnić prawdziwą wersję zdarzeń.
Podobna zbrodnia została popełniona przez „Cienia” w lipcu 1944 r. w Stefanówce, gdzie zamordowano 13 żołnierzy AK. Oczywiście też obdarto ich z ubrań. Tym razem psa nie było, komuniści musieli się ograniczyć do naszczania na grób ofiar. Tak rodziła się nowa obrzędowość. Jako zasłużony bojownik AL Kaźmierak został przyjęty najpierw do MO, a potem otrzymał stopień majora LWP. Przyjmujący go gen. Żymierski kazał jednak zmienić mu nazwisko. Zrobił to i już jako Kowalski został dowódcą 120-osobowej grupy specjalnej. Masakrował „reakcyjne” wsie w okolicach Hrubieszowa.

Za rozróbę po pijanemu (zastrzelił dwie osoby, w tym właścicielkę knajpy) został skierowany do Szkoły Oficerskiej w Rembertowie, której nie był w stanie ukończyć. W 1948 r., mając 24 lata, awansowany został do stopnia podpułkownika. Jakiś czas służył w KBW, następnie znalazł ciepłe miejsce w Głównym Zarządzie Politycznym WP. Doszedł do stopnia pułkownika.

Nieznanymi sprawcami bywali też poczciwi i przygłupi mieszkańcy „PPR-owskich wsi” na Białostocczyźnie i  w Lubelskiem. Poczciwi i przygłupi byli w ciągu dnia; nocą na hasło z lokalnego komitetu partii albo z UB niczym wampiry nabierali wigoru i szli rżnąć „wrogów ustroju”. Kilku akcji dokonali w biały dzień – działali przecież na terenie, gdzie nikt ich nie znał. Ich zbrodnicze działania hamowali dowódcy AK-owskich oddziałów, szczególnie ostro odpowiedział na nie Romuald Rajs „Bury” – oficer 3. Wileńskiej Brygady AK, potem szef Pogotowia Akcji Specjalnej NZW na Białostocczyźnie. W walce ze zwolennikami nowej okupacyjnej władzy „Bury” zaczął stosować takie same metody, jakich używał wobec Polaków. Przy okazji zabił też kilku „sowieciarzy” z oddziału okupującego Hajnówkę i okolice. Dla czerwonych był to szok. Przecież jedynie oni mieli prawo do morderstw i podpaleń!

Nieznani sprawcy ciągle w akcji

W okresie poprzedzającym pierwsze demokratyczne wybory „nieznani sprawcy”, przeważnie z UB zamordowali około 200 działaczy związanych z PSL-owską opozycją, m.in. prezesa PSL w Przeworsku Władysława Kojdera i zastępcę sekretarza generalnego całej partii – Bolesława Ściborka. Prócz morderstw nieznani sprawcy stosowali na masową skalę podpalenia, pobicia, a także porywanie członków rodzin „wrogów ustroju”.

Po rozbiciu politycznej i wojskowej opozycji „nieznani sprawcy” byli już mniej przydatni. Używano ich w akcjach przeciwko duchowieństwu i działaczom katolickim, ich dziełem były najczęściej „demolki” i pobicia mające na celu zastraszenie niewygodnych osób, zdarzały się jednak i morderstwa. Ofiarą zbrodni został m.in. 15-letni Bogdan Piasecki. Jego ojciec, Bolesław Piasecki, nie był zresztą wrogiem ustroju, jako endek z wychowania i wyboru był nawet orędownikiem współpracy z Rosjanami; już przed wojną deklarował się jako zwolennik gospodarki planowej z silnym sektorem państwowym. Po wojnie założył PAX – przez polskich komunistów był postrzegany jako konkurent w walce o łaski Kremla.
Działalność nieznanych sprawców ożywiła się w 1968 r., w czasie wydarzeń marcowych. W bramie swojego domu pobity został Stefan Kisielewski, co było odebrane jako kara za wystąpienie w Związku Literatów, w którym nazwał władze partyjne „dyktaturą ciemniaków”; przed wejściem na wydział filozoficzny został pobity prof. Tadeusz Kotarbiński, który udawał się na wiec do Sali Czarnowskiego.

Z protestami marcowymi związana była także tragedia Jerzego Zawieyskiego. Ten pisarz i zarazem katolicki polityk był jednocześnie posłem i członkiem Rady Państwa. W marcu 1968 r. zaangażował się w obronę pobitych przez milicję studentów, był jednym z pięciu sygnatariuszy interpelacji w tej sprawie do premiera Cyrankiewicza.

8 kwietnia 1968 r. został odwołany z Rady Państwa.

10 kwietnia wystąpił w Sejmie z obroną interpelacji i jeszcze ostrzejszym potępieniem milicyjnych metod. Domagał się ukarania winnych brutalnej akcji, upomniał się też o pobitego przez „nieznanych sprawców” Stefana Kisielewskiego. To wystąpienie spowodowało wściekłe ataki ze strony władzy, ale i przestrach wśród posłów – nie stanęli po stronie Zawieyskiego nawet jego partyjni koledzy ze „Znaku”. Rada Państwa nie tylko pozbawiła go służbowego uposażenia, lecz nawet nie wypłaciła przysługującej mu trzymiesięcznej odprawy. Z „Ateneum” zdjęto mu z afisza sztukę, z „Twórczości” – opowiadanie. Partia zorganizowała nawet „głosy wyborców” domagające się odebrania mu mandatu – i tak zrobiono. Po nagonce pisarz dostał wylewu krwi do mózgu. Kurowano go w lecznicy Ministerstwa Zdrowia przy ul. Emilii Plater. 18 czerwca 1969 r. rano Zawieyskiego znaleziono martwego pod szpitalem.

Według oficjalnej wersji wyskoczył z czwartego piętra. Przeczą temu jednak fakty, które zostały ujawnione po telewizyjnym programie „Rewizja nadzwyczajna” Dariusza Baliszewskiego. Po spektaklu odezwał się polski lekarz mieszkający w Danii Tadeusz Charewicz. Jego relację przekazał Dariusz Baliszewski („Upadek z wysokości” – „Wprost”, 26/2005,). Zbiegiem okoliczności Charewicz odbywał praktykę w klinice rządowej przy Emilii Plater, w czasie gdy leżał tam Zawieyski. 17 czerwca odbył rutynowy obchód, zajrzał także na oddział neurologii, gdzie leżał Zawieyski.

„Zapamiętał – cytuję za Baliszewskim – że pacjent leżał nieruchomo, całkowicie pozbawiony władzy w kończynach. Świadomy obecności lekarza próbował coś mówić, ale dr Charewicz niczego z jego słów nie zrozumiał. Pamięta, że życzył choremu dobrej nocy i że w odpowiedzi Zawieyski, jakby dziękując, zamrugał oczami.

Kiedy więc wczesnym rankiem zbiegł do wypadku po schodach lecznicy i zobaczył ciało Zawieyskiego z pękniętą czaszką, natychmiast pojął, że stało się coś potwornego. Według jego wiedzy nie był on zdolny do popełnienia samobójstwa. Nie był w stanie o własnych siłach wstać z łóżka, a co dopiero przedostać się przez wewnętrzne okno na balkon, a następnie pokonać półtorametrową barierkę na IV piętrze. Był przekonany, że Zawieyski padł ofiarą zbrodni. Kilkakrotnie przesłuchiwany przez oficerów Służby Bezpieczeństwa odmówił podpisania podsuwanego mu, gotowego już aktu zgonu orzekającego samobójstwo. Nie chciał i nie podpisał. Wpisano więc upadek z wysokości”.
Doktor Charewicz, bojąc się, że może spotkać go los Zawieyskiego, uciekł w 1970 r. do Danii.

Po Radomiu

Kolejne przejawy działania „nieznanych sprawców” wiązały się z wystąpieniami robotniczymi w 1976 r. W obronie katowanych i więzionych robotników występował ks. Roman Kotlarz z podradomskiego Pelagowa. 11 lipca 1976 r. wygłosił kazanie, które zostało nagrane przez tajniaka z SB. Padły w nim głośne potem na całą Polskę słowa: „Polecamy Ci, Matko Najświętsza, braci naszych Polaków, którzy teraz w tej chwili cierpią, są bici i katowani. Bądź dla nich Pocieszycielką i Panią zwycięstwa”.

Władze zadziałały dwutorowo: z jednej strony – rozpoczęto postępowanie, którego celem było postawienie księdza w stan oskarżenia, z drugiej – postanowiono dać mu nauczkę. Ksiądz Kotlarz kilkakrotnie został pobity przez „nieznanych” sprawców, którzy przyjeżdżali do Pelagowa czarną wołgą – dufni, że i tak nikt ich nie rozpozna, a jeśli – nie odważy się wskazać… Bito go tak, jak robiła to jeszcze ochrana, a opisał Żeromski w „Róży”: oprawcy ustawiali się w kółko i ciosami przekazywali sobie księdza. Czasami, by nie zostawiać śladów, zawijali go w dywan i tłukli nogą od krzesła. Te sceny zapamiętała znajdująca się na plebanii mieszkanka Pelagowa Krystyna Stancel, która także została przy okazji pobita. Szczególnie brutalne pobicie miało miejsce nocą, 13 lub 14 sierpnia 1976 r., może wcześniej. Skatowanego księdza pozostawiono na podłodze mieszkania – on jednak wyczołgał się na próg. Miał pecha, bo samochód esbeków nie chciał zapalić, jeszcze nie odjechali sprzed plebanii. Rozwścieczeni sytuacją wrócili i raz jeszcze zbili i skopali kapłana – do całkowitej utraty przytomności. Wskutek tego pobicia ks. Kotlarz był bliski zapaści, chodził z trudem, przezwyciężając ból. 15 sierpnia mimo wszystko próbował odprawić mszę. W trakcie nabożeństwa stracił przytomność. Nazajutrz, 16 sierpnia, odwieziono go do szpitala, gdzie zmarł 18 sierpnia rano.

Ofiarą „nieznanych sprawców” był także student polonistyki UJ, współpracownik KOR-u – Stanisław Pyjas. 7 maja 1977 r. został znaleziony nieżywy na schodach swojego domu. Bezpieka od pewnego czasu interesowała się osobą Pyjasa, jednym z głównych źródeł informacji na jego temat był jego bliski przyjaciel Lesław Maleszka – w bezpiece znany jako TW „Ketman” i „Return”. Z wyjątkiem lekarzy będących na usługach władzy nikt nie miał wątpliwości, że chłopak został i pobity, i zamordowany. Nie było tylko wiadomo, kto tę zbrodnię popełnił – nie wiadomo zresztą do dzisiaj. 15 maja 1977 r. studenci krakowscy zorganizowali „Czarny Marsz”. Na zakończenie odczytano deklarację zawiązującą Studencki Komitet Solidarności i wzywającą do ujawnienia winnych zabójstwa Pyjasa. Jednym z najbardziej aktywnych działaczy Komitetu okazał się potem Lesław Maleszka.

Najbardziej tajni pracownicy MSW, czyli mordercy

W ramach MSW kilkakrotnie i w różnych okresach organizowana była utajniona nawet przed władzami grupa do zadań specjalnych. Na jej ślady natrafiono podczas śledztwa w sprawie morderstwa ks. Popiełuszki. Ustalono, że 19 listopada 1973 r. powołana została przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Stanisława Kowalczyka Grupa Operacyjna do Zadań Dezintegracyjnych (grupa „D”), która podlegała dyrektorowi Departamentu IV MSW, konkretnie płk. Konradowi Straszewskiemu, zajmującego się walką z Kościołem. Jego zastępcą został płk Adam Pietruszka – ten sam, który w procesie toruńskim skazany został za nakłanianie Piotrowskiego, Pękali i Chmielewskiego do uprowadzenia i zabójstwa ks. Popiełuszki.

Grupa „D” zajmowała się dezintegracją Kościoła – terroryzowaniem i kompromitowaniem duchownych, penetracją pielgrzymek, prowokowaniem bójek, podrzucaniem narkotyków, prezerwatyw, nielegalnych gazetek i kradzionych przedmiotów. Pierwszym kierownikiem tej grupy był do 1976 r. Zenon Płatek, jego następcami Tadeusz Grunwald, Grzegorz Piotrowski i inni. Wkrótce potem w wydziałach IV Komend Wojewódzkich MO zaczęto organizować terenowe ekspozytury – kamuflowane jako „sekcje IV”.

Niewykluczone, że cała ta struktura została powołana na polecenie Kremla, na pewno uzgadniała swe działania i wymieniała doświadczenia z odpowiednimi strukturami KGB. Zwierzchnik grupy „D”, płk Straszewski jeździł kilkakrotnie do Moskwy; w listopadzie 1975 r. podpisał dokument o koordynacji przedsięwzięć operacyjnych z „radzieckimi”. Jak wynika z ocalałej dokumentacji, w latach 1973–1987 funkcjonariusze polskiej „grupy „D” wyjeżdżali do ZSRR co najmniej 25 razy, funkcjonariusze KGB przyjeżdżali do Departamentu IV cztery razy. Kontakty ze służbami radzieckimi nasiliły się po wyborze Karola Wojtyły na papieża – stąd hipoteza o wspólnym przygotowywaniu zamachu. W tej najważniejszej sprawie ustalono jednakże tylko tyle, że w kwietniu 1979 r. Zenon Płatek pojechał do Wiednia, by skontaktować się z jednym ze swoich agentów i przebywał w tym mieście w tych samych dniach co późniejszy zamachowiec Mehmet Ali Agca. To jednak jest za słabym dowodem. Równie prawdopodobna jest hipoteza, że zamach przygotowywali towarzysze radzieccy z Bułgarami – pomijając Polaków. Tajna struktura „D” została formalnie zdemontowana po zabójstwie ks. Popiełuszki. Istnieją jednak ślady dowodzące, iż ta albo podobna grupa działała na przełomie lat 80. i 90. Dowodzi tego zamieszczona w książce „Pajęczyna. Syndrom bezpieki” wypowiedź Józefa S.: „Przy Departamencie I istniała zupełnie szczególna służba. Nazywaliśmy ją grupą likwidacyjną. Byli to w wyjątkowo konspiracyjny sposób szkoleni ludzie wykonujący zadania specjalne. Przeważnie likwidowali niewygodnych świadków, agentów, co do których mieliśmy pewność, że poszli na współpracę z obcym wywiadem, wreszcie zwykłych szpiegów […] Nie wiadomo było, kto do niej należy. Mógł to być każdy z nas, pracujący na swoim, przydzielonym odcinku, a tylko w razie konieczności oddelegowany do wykonania rozkazu likwidacyjnego.

O grupie nie mówiło się głośno. W ministerstwie nie było nic bardziej tajnego. Chociaż była jeszcze jedna supertajna komórka: grupa likwidacyjna dla członków grupy likwidacyjnej. Jak w mafii: zabiłeś, znaczy wiesz zbyt dużo.

Zwykle aranżowało się wypadek samochodowy, ewentualnie samobójstwo. Może dlatego tak wiele było samobójstw w wywiadzie”  („Pajęczyna. Syndrom bezpieki” Barbara Stanisławczyk i Dariusz Wilczak, 2010).

Zacieranie śladów

Ciąg dalszy zbrodni stanowiło zacieranie śladów. Brały w nim udział zarówno służby specjalne, jak i prokuratura, sądownictwo i oczywiście aparat propagandy.

W MSW i służbach wojskowych istniały wydzielone grupy, które zajmowały się tynkowaniem budynków (by ukryć ślady przestrzelin), transportem mebli, przeszukiwaniem terenu i niszczeniem ewentualnych materiałów dowodowych. „Zabezpieczano” łuski i kule, wydawano funkcjonariuszom „uzupełniającą” amunicję, fałszowano badania balistyczne i wyniki sekcji. Przeprowadzano też instruktaż sprawców i świadków zbrodni; w razie potrzeby podstawiano świadków własnych – rzecz jasna fikcyjnych, którzy obalali zeznania rzeczywistych świadków wydarzeń. Sprawców i świadków zbrodni wywodzących się z grona MO lub SB szkolono, jak mają zeznawać. W razie potrzeby SB dostarczała własnych „świadków”, którzy negowali wersje podawane przez rzeczywistych uczestników wydarzeń, kompromitowali ofiary. Działaczy opozycyjnych przedstawiano jako pijaków, złodziei mienia związkowego, do pewnego czasu jako zboczeńców-pederastów. Specjalne ekipy zbierały też „haki” i „komprmateriały”, którymi szantażowano niewygodnych świadków. Gdy to nie wystarczało – bez wahania ich usuwano. Zbrodnie popełnione przez aparat komunistyczny przypisywano wrogom – w czasach okupacji akowcom, potem „andersowcom”. Przebieg prowokacji kieleckiej nie został do końca wyjaśniony. Wiadomo jednak, że wzięli w niej udział i oficerowie sowieccy, i żołnierze z KBW, i tajni współpracownicy MBP. Rozruchy antysemickie próbowano przypisać „andersowcom”, a specjalna grupa agentów typowała wśród gapiów i znaczyła kredą przyszłych „uczestników pogromu”. Sposób prosty: maże się od wewnątrz dłoń kredą, a potem dotyka albo klepie przyjaźnie po ramieniu wypatrzoną z tłumu osobę.

Ostateczne zatarcie śladów – zwłaszcza tych w ludzkiej pamięci – należało do propagandy, szerzej zaś ujmując – do literatury. Rzadko kiedy odbywało się to wprost, raczej starano się ogólnie niszczyć wizerunek ofiar, a poprawiać wizerunek katów. Nie przypadkiem wśród obrońców komunizmu i UB znaleźli się literaci, odnotowani również jako współpracownicy służb: Lewin, Putrament, Stiller, Koźniewski… Nie brakło też „dobrowolców”: Wirpszy („Stary tramwaj i inne opowiadania”) czy Bocheńskiego („Zgodnie z prawem”) w prozie, Urgacza, Słuckiego, Mandaliana – w poezji. Bo nawet liryczni poeci opowiedzieli się po stronie struktur zła: poemat „Porucznik KBW” Urgacza powstał ku czci całej tej zbrodniczej formacji, „Tatrzańska pieśń bojowa” Arnolda Słuckiego broniła „nieznanych sprawców” z UB – mordujących polskich partyzantów. Poeta odwrócił role, ofiarami byli w jego wierszu oprawcy. Dla porównania „Walka trwa” Roberta Stillera (zarejestrowany jako TW „Literat”, „Kryspin”):

[…] Czy wiecie, dlaczego często
miewamy na czole mrok,
dlaczego patrzymy ciężko
i stalą nam błyska wzrok?
Bo wroga musimy zdławić,
co na was podnosi dłoń,
więc szumi we krwi nienawiść
i czuwa nabita broń.

Walka trwa,
do walki trzeba męstwa,
walka trwa,
więc razem z nami walcz!
Choćbyś nie był
w służbie bezpieczeństwa,
podaj dłoń,
czujny bądź, walka trwa!

Czy wiecie, dlaczego wcale
nie widać nas ani znać,
choć z wami jesteśmy stale,
by odpór wrogowi dać?
Bo chociaż walczymy w ciszy,
milcząca szturmówka mas,
jesteśmy wciąż, towarzysze,
po prostu jednymi z was.

Ostatnie słowa są prawdziwe i przerażające.

Nowe Państwo: Numer 11 (81)/2012

przeczytaj: Towarzysz „Semjon”. Nieznany życiorys Zygmunta Baumana

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, III RP, Lata PRL i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Udział w zbrodni po zbrodni

  1. martin pisze:

    Jest tylko smutno , przykro i gorzko ze te Historie sa na ogol nie znane ludziom , jeśli by byla historia powojenna bardziej znana i przed stawiana w takim stopniu jak tu to na pewno w Polsce by bylo obecnie inaczej i wielu by nie mialo wpływu na rządzeniem Polska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.