Stanisław Grochowiak. Errata do biografii

Poeta, dramatopisarz i publicysta. Należał do tzw. pokolenia „Współczesności”, debiutował w 1951 roku wierszami „Ave Maryja” i „Notuję Deszcz”. Pierwszy kompletny tom, „Balladę rycerską”wydał w roku 1956 i był to jeden z najciekawszych debiutów po zakończeniu stalinizmu. W tym samym roku wydał swoją pierwszą powieść, „Plebanię z magnoliami”.

Stanisław Grochowiak urodzony 24 stycznia 1934 w Lesznie, zmarł 2 września 1976 w Warszawie z powodu powikłań choroby alkoholowej.

Okupację spędził w Warszawie, gdzie jako dziewięcioletni chłopiec. W czasie powstania warszawskiego ukrywał się z matką w piwnicach. Wspominała później, że jej syn bał się ciemności i burzy, która kojarzyła mu się z wybuchami bomb. Po wojnie Grochowiak powrócił do Leszna, gdzie uczęszczał do szkoły powszechnej i gimnazjum. Potem mieszkał we Wrocławiu i pracował tam początkowo we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim”. Do Warszawy przeniósł się w roku 1955 mieszkał na Stalowej 2. Pracował najpierw w Instytucie Wydawniczym PAX, później w redakcjach „Za i przeciw”, dwutygodnika „Współczesność”, „Nowej Kultury”, „Kultury”, „Poezji” i „Miesięcznika Literackiego”.

Stanisław Grochowiak. „Errata do biografii”, reż. Andrzej Gajewski

>Errata do biografii – cykl dokumentalny, wszystkie odcinki na stronie TVP lub >TU

 

Ernest Bryll

Osobiście poznałem Staszka kiedy składaliśmy się w redakcję Współczesności. Nie ma co opowiadać o całych dziejach pisma, przynajmniej nie teraz, ale pamiętajcie, że prawdziwa Współczesność istniała dla mnie ledwo chyba przez rok 1959, kiedy jakoś się ze smyczy urwaliśmy (trochę nam pewno na to pozwolono) i Staszek był pełniącym obowiązki naczelnego. Pełnym naczelnym nigdy nie zdołał zostać. I wtedy formowało się to co krytycy czasami nazywają „Pokoleniem Współczesności”. Tylko rok. Potem było pismo, raz marne, czasami niezłe ale już nie to.

A to było szaleńcze! Nagle z jakiejś bocznej jednodniówki młodych niewypierzonych, stawaliśmy się pismem ważnym. Wierzono w nasze opinie. Liczono się z nami. Ceniono nas. Może i nadmiernie.

Przez chwilę mieliśmy szczęśliwy czas startu. Czytelnik wymęczony jałowością literatury realizmu socjalistycznego i też rozrachunkami z tą literaturą miał oto nagle młodych, „nieunurzanych”, kolorowych poetów.

No tak. Jest czerwiec 1959, kolumna wierszy we Współczesności.

Jaki ja byłem jeszcze nieopierzony. Poza moim świetny wiersz Staszka Piersi królowej utoczone z drewna. Jeden z jego najważniejszych wierszy. Niezły wiersz Irka Iredyńskiego. Jak ja zazdrościłem Irkowi. Był jeszcze młodszy niż ja. A o ile bardziej oczytany, o ile sprawniejszy w pisaniu.

O, bo Irek był mistrzem między nami. On to chyba najpierwszy z pokolenia a przynajmniej jeden z pierwszych, miał głośny debiut teatralny – Jasełka moderne w Ateneum. Tekst naprawdę niezwykły. Otwierający drogę na inne widzenie teatru.

Wierzono w nas. Przychodziły tłumy na każdy wieczór. „Nieunurzani”? Brzmi to tak strasznie godnie. Ale naprawdę szczęście nasze a przynajmniej moje – że nie zdążono nas ogłupić. Kiedyś opowiem co zapamiętałem z czasów ogłupiania. To zupełnie oczywiście inne sprawy, nie tragedie nieco starszych kolegów ochrzczonych „pryszczatymi”…

Jeszcze sami nie zdążyliśmy zaistnieć, więc nie zdążono nas chwycić w obcęgi różnych naukowych światopoglądów. Nowi, kochani, kolorowi, wpływowi. Ale jeszcze nie nadpsuci, bo jakby nie przekładało się to powodzenie literackie na oferty materialne. Więc nas niewiele kuszono. Dziwny czas, jakby zawieszenia, dziwny, bo już polityka łapała za gardło.

A my trochę dzicy. Jeszcze w lokalu na Kopernika. Taka sala poprzegradzana boksami. Niby stajnia. I wrzask, dyskusje. Bitki. Pamiętam tak. Rozmawialiśmy za ścianką z dykty z Konradem Eberchardem. Bardzo ciekawym młodym znawcą muzyki ale i też jak na nasze dzikie maniery i rozchełstanie strojów, młodzieńcem różniącym się od nas elegancją ubrań i obyczajów. A tu za dyktą szaleje skacowany Roman Śliwonik, bardzo dobry poeta i kolega ale jeden z takich, co kreowali siebie na człowieka czynu. Czyli maszynę walki i awantury, która jakby półgębkiem wypluwa jakąś poezję.

W ogóle co z nami było? Najistotniejszą cechą stawało się na ogół przygotowanie bokserskie. Spory z czytelnikami też próbowali niektórzy załatwiać ręcznie.

Zamęt. Łomotanina. Momenty szaleństwa.

Kiedy przeniesiono nas trochę dalej do pomieszczenia w pałacu naprzeciw budynku Akademii Nauk, bywało i tak, że zostawaliśmy na noc śpiąc na biurkach redakcyjnych. Wielu nie miało gdzie mieszkać – więc czasem wpadaliśmy w amok.

Tak na przykład późniejszy klasyk felietonu, a też krytyk Słojewski znany jako Hamilton, ni z tego ni z owego zaczął z okna redakcji polewać przechodniów atramentem. Skąd mu to przyszło, nie wiem. Po co nam ta dzikość była? Nie wiem.

Ale była bezdomność. Jeszcze nie odbudowana Warszawa. Ach, kto pamięta ten ciągły pył z rozwalanych ruin i odbudowywanych domów. Ten kakaowo-czerwonawy zmierzch letnich dni Warszawy. Ten ceglany posmak w ustach i nosie.

Kto pamięta, że niewielu miało wodę w kranie? Może napiszę jeszcze o tym. Kto pamięta, że niewielu miało klucz do własnego mieszkania?

A Staszek już miał. Był dzieciaty, rodzinny z całą normalną biografią człowieka żonatego.Niewielki, rzadko biorący udział w ekscesach. A jednak dominujący. Najlepszy wtedy z nas. Wódz pokolenia. Bo miał zdolności przywódcze. Pił. Już wtedy dużo, ale jakby mu to nie szkodziło. Żadnych pochmielów. Trzeźwy, zorganizowany redaktor. I duży poeta. I już łysy. To wtedy, pośród nas, szaleńczo czupryniastych, robiło wrażenie dojrzałości i dostojności. Jakiejś opiekuńczości ojcowskiej wobec nas. Na dodatek ubrany zawsze jakoś niby po mieszczańsku a fatalnie. Wszystko niedobrane ale wszystko miało być w zamierzeniu doskonale czcigodne. Płaszcz, a nie jakaś kurtka i nie byle płaszcz tylko coś niby salopa z kołnierzem niby wydry.

Jednym słowem niby śmieszny a czyniący piorunujące wrażenie. Również na kobietach. Co dla większości z nas, żyjących kultem knajackiej ale i chyba postkomsomolskiej krzepy było fascynującą tajemnicą. Nie wiedzieliśmy wtedy tego, że kobiety skrycie lubią w mężczyznach kruchość. Siłę a nie krzepę.

http://bryll.pl/

 

Marcin Styczeń i Ernest Bryll: Duchy poetów 

Autorska audycja z Radia Warszawa 106,2 FM wybitnego poety Ernesta Brylla oraz muzyka i dziennikarza Marcina Stycznia. Artyści rozmawiają o polskich poetach, tych którzy zapisali się w historii literatury i tych, którzy mimo talentu są zapomniani.

Stanisław Grochowiak cz.1

więcej >http://www.youtube.com/user/marcinstyczen78?feature=watch

 

Magdalena Michalska

Dusza sprzedana za poezję

Podczas jakiejś nocnej popijawy w Oborach Stanisław Grochowiak krzyknął w pewnym momencie do zdrowo już zaprawionych kolegów-literatów: „A teraz pokażę wam Białą Damę”. Chwycił w dłoń świecę i zaczął prowadzić pijaną kompanię przez kolejne pokoje. W pewnym momencie faktycznie pojawiła się wysoka postać w długiej, białej koszuli. Następnie rozległ się zgoła niekobiecy, gruby ryk. Rano okazało się, że „Białą Damą” był ówczesny wiceminister kultury. A Grochowiakowi pobyt w Oborach oczywiście wymówiono.

Powyższą historię opisuje Zbigniew Jerzyna w tekście „Oto pójdę na brzeg… Wspomnienie o Stanisławie Grochowiaku” zamieszczonym w książce „Wędrówka w słowie”. Historia o „Białej Damie” to jedna z wielu pijackich anegdot, jakie wiążą się ze Stanisławem Grochowiakiem – poetą przez duże „P”, przedwcześnie zniszczonym przez tkwiącego w kieliszku biesa.
Grochowiak urodził się w Lesznie Wielkopolskim 24 stycznia 1934 r. Miał dwoje starszego rodzeństwa – siostrę Eugenię i brata Tadeusza. Ojciec, Bronisław Grochowiak, od 1935 r. prowadził kancelarię prawniczą, zaś matka, Pelagia Grochowiak z domu Pawelczak, pochodziła z rodziny kupieckiej. Jak wspominał Teodor Krupkowski, szkolny kolega Grochowiaka, w artykule „Połowa leszczyńskiej powieści” („Literatura” 1986 r.), w Lesznie poeta miał „bardzo liczną rodzinę ze strony matki. Obywatel w obywatela, powszechnie znani, zamożni przedwojenni kupcy z kupców”.
Zanim jednak dla „Grochówki”, jak nazywano w szkole poetę, nastał czas zawierania młodzieńczych przyjaźni, jego życie zostało naznaczone przez wojnę. Z początkiem niemieckiej okupacji rodzina została wysiedlona z Leszna, zamieszkała w Warszawie. Tu Grochowiaków zastało powstanie. Tadeusz, starszy brat Stanisława, brał czynny udział w walkach.
Późniejszy autor tomiku „Menuet z pogrzebaczem” był na to zbyt młody. Powstanie to dla niego ciemność piwnic i przerażający huk detonacji (prawdopodobnie to właśnie z tej przyczyny do końca życia pozostał mu paniczny lęk przed hukiem piorunów).
Kiedy Powstanie Warszawskie upadło, rodzina – jak wielu innych mieszkańców stolicy – została pognana do obozu przejściowego w Pruszkowie. W 1945 r. Grochowiakowie wrócili do Leszna.

„Obłąkany Księżyc” i filozofia pięści

Wspomniany już Krupkowski opisywał dzieciństwo swoje, Grochowiaka i jeszcze dwóch najbliższych kumpli w książce „Ten piękny dzionek”. Jaki obraz młodego poety wyłania się z tych wspomnień? „Staszek Grochowiak lubił rozprawiać o »sztuce myślenia za pomocą pięści«. W czasach szkolnych pokazywał nam tę sztukę i to myślenie, skacząc, tańcząc po boksersku, machając każdemu pod nosem rękawicami. Raz i drugi dałem się Staszkowi namówić na skrzyżowanie rękawic. Boksowało się u jego kuzyna, Tadka Pawelczaka” – wspominał kolega poety. Zaznaczał także, że Grochowiak był od zawsze właściwie zaprzyjaźniony z Muzą. Zapraszał kolegów do domu na napisane przez siebie sztuki; w młodzieńczej nieświadomości nie rozumiał na przykład, dlaczego wychowawca, pan Matuszewski, zdecydowanie sprzeciwił się projektowi wystawienia jego dramatu o Powstaniu Warszawskim.
W 1949 r. czterej przyjaciele postanowili założyć Klub Obłąkanego Księżyca. Jak wspominał Krupkowski, hymn Klubu rozpoczynający się od słów: „Obłąkany Księżyc, czterech słusznych męży…” był tworem młodego Grochowiaka. Cały utwór zaś buńczucznie zapowiadał, że owych „czterech słusznych męży” będzie demolować świat.
Warto przytoczyć także fraszkę, napisaną na jednego z kolegów, w Klubie działającego pod pseudonimem „W. Oturski”:

Witold Oturski – zakazana gęba,
Nóż za cholewą i sztylet w zębach,
Gwałciciel dziewcząt, morderca dziatek,
Pijak i złodziej i na dodatek
Jedną ma wadę wśród tych uwag:
Za dużo wkuwa,
Za dużo wkuwa!

W czasach szkolnych Grochowiak zdradzał talenty muzyczne i malarskie. Obiema tymi dziedzinami sztuki zajmował się zresztą hobbystycznie do końca życia. Na pierwszy plan szybko wysunęła się jednak poezja. Poeta już w 1950 r. opublikował w dodatku do „Głosu Wielkopolskiego” swoje fraszki.
Rok później zdał maturę. Krótko studiował na polonistyce na Uniwersytecie Poznańskim. Z powodu niedoniesienia jakichś papierów został jednak skreślony z listy studentów.

Koncern Piaseckiego

Rok 1951 to dla Grochowiaka także poważny debiut literacki i zarazem pierwszy kontakt z mediami związanymi z PAX-em, instytucją, która z całą pewnością zaważyła mocno na karierze poety. Jak doszło do zbliżenia się Grochowiaka z koncernem Piaseckiego?
„W owym czasie paksowskie »Słowo Powszechne« publikowało co dwa tygodnie dodatek literacki, redagowany przez Zygmunta Lichniaka, zatytułowany »W młodych oczach«, gdzie kilka razy coś tam wydrukowałem […]. Długo tedy nie zastanawiając się, zaproponowałem Grochowiakowi, że kilka jego wierszy wyślę Lichniakowi – może wydrukuje? On przystał na to, przygotował kilka pisanych ręcznie utworów, ja wysłałem je do Warszawy” – wspominał w 1991 r. Zenon Łukasiewicz na łamach „Gazety Nowej Zielonogórskiej”.
Mimo udanego debiutu Grochowiak nie mógł kontynuować kariery, trafił bowiem do więzienia za obrażanie w obecności milicjanta Bolesława Bieruta. Zrobił to, upiwszy się z rozpaczy po pierwszym poważnym zawodzie miłosnym. W areszcie śledczym spędził trzy miesiące. Proces sądowy zakończył się poważnym wyrokiem, jednak zanim ten zdążył się uprawomocnić, 22 lipca 1952 r. władze PRL-u uchwaliły nową konstytucję. Z tej okazji wielu więźniów – w tym Grochowiaka – objęto amnestią. Przyszły autor „Rozbierania do snu” po wyjściu podejmował rozmaite prace. Był m.in. magazynierem w Lesznie, wychowawcą w zakładzie dla sierot w Radzyminie, pracownikiem roszarni lnu w Rawiczu. Zarazem zacieśniały się jego związki z PAX-em. W 1953 r. Grochowiak poznał Tadeusza Mazowieckiego, który zaproponował mu pracę we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim”. Poeta przeniósł się do Wrocławia, gdzie rozpoczął studia polonistyczne. W „WTK” pracował do 1955 r. „Czym był »WTK«? Jednym z pism koncernu paksowskiego, realizującym poetykę Piaseckiego w najgorszym okresie dla Kościoła w Polsce; przecież w pierwszych miesiącach wychodzenia czasopisma nastąpiło aresztowanie i internowanie prymasa Wyszyńskiego, proces biskupa Kaczmarka, zaostrzenie kolektywizacji, później wysiedlenie zakonnic z Ziem Odzyskanych. Nasze pismo nie stało wcale z boku, brało udział w tym wszystkim, propagowało ideologię »społeczno-postępową«. W zimie 1953 r. stworzono tzw. Zespół Centralny przy Paksie (samo stowarzyszenie było wtedy niewielkim gronem). Staszek i ja braliśmy udział w pierwszym posiedzeniu tego zespołu […]. Staszek zaangażował się mocno, ideowo bez wątpliwości. Jak tylko wątpliwości się pojawiły, nie krył ich” – czytamy we wspomnieniu Jacka Petelenza-Łukasiewicza, zamieszczonym w zbiorze wspomnień o Grochowiaku, zatytułowanym „Dusza Czyścowa”, a opracowanym przez Annę Romaniuk.
Przy tej okazji warto przypomnieć, czym był sam PAX. Instytut Wydawniczy powstał na przełomie lat 1948 i 1949. Inspiratorem przedsięwzięcia był Bolesław Piasecki, przedwojenny działacz ONR-Falangi. Po zakończeniu II wojny światowej został on skazany przez Sowietów na śmierć. Jednak jako że w czasie wojny walczył pod Wilnem z Niemcami, dla Sowietów obiektywnie stanowił sojusznika. Z Piaseckim rozmawiał generał Sierow, który uznał go za „genialnego malczika”. Podczas tych rozmów Piasecki przekonał Sierowa, że dobrze mieć w rezerwie grupę katolików, którzy cieszą się poparciem społecznym i są – zgodnie z tradycją endecką – prorosyjscy. Rosjanie chcieli mieć alternatywę dla PPR – stąd PPR nienawidziła i bała się PAX-u.
Wkrótce pojawił się cały szereg mediów związanych z PAX-em; m.in. wspomniany już „WTK”.
Co zadecydowało o tym, że Grochowiak, z przekonania agnostyk, w domu nasiąknięty tradycją patriotyczną, zdecydował się związać z koncernem Piaseckiego? Można odnieść wrażenie, że już wtedy wykształcona była u niego postawa, którą zachował przez całe życie – dla Grochowiaka najważniejsza była jego poezja. Możliwość drukowania. A PAX – jako że oddawał liczne usługi wizerunkowi ludowej władzy – mógł sobie pozwalać na więcej. Drukowano tam nie zawsze dobrze widzianych przez władzę autorów, pod skrzydłami Piaseckiego schroniło się m.in. kilku byłych AK-owców.
W 1955 r., w wakacje, w PAX-ie doszło do frondy. Działacze podejrzani o bunt zostali zawieszeni w prawach członków. Grochowiak został w Instytucie, ale przeniesiono go do Warszawy. Początkowo mieszkał u Zygmunta Lichniaka. Z tego roku pochodzi także list, który Grochowiak wysłał do Jacka Łukasiewicza, a który pokazuje podejście poety do niektórych aspektów literatury polskiej: „Byłem wczoraj na »Weselu«. Strasznie zabawna tragedia. Wyspiański w całej krasie swego grafomaństwa – mętność, koturny i ple-ple narodowe. Jak boleśnie zdezaktualizował się ten »talent«. Śmiałem się w najmniej oczekiwanych miejscach. »Taniec« z zakończenia wzbudził we wszystkich śmiech politowania. Wydaje mi się, że Wyspiański naprawdę umarł”.
W 1956 r. PAX wydrukował tomik Grochowiaka „Ballada rycerska”, z którego pochodzi m.in. wiersz „Święty Szymon Słupnik”:

Powołał go Pan
Na słup
Na słupie miał dom
I grób.

A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,
Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.
Powołał go Pan
na stryk.
Powołał go Pan,
By trwał.
By śpiewał mu pieśń
i piał.

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili
I włosy jej ścięli, i ręce spalili.
Powołał ją Pan
na gnój.

Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
i grób

A ludzie mych wierszy słuchając powstają
I wilki wychodzą żerującą zgrają…
Powołał mnie Pan
Na bunt.

Także w 1956 r. zbuntowany poeta rozstał się z PAX-em w bardzo gwałtownych, aczkolwiek niejasnych okolicznościach.

Redaktor naczelny

Zbuntowany? Czy wartość ma bunt wtedy, gdy jego konsekwencje nie są szczególnie dotkliwe dla buntownika? W 1956 r. Grochowiak, mimo bardzo młodego wieku, był już uznanym poetą, jego tomiki dobrze się sprzedawały. Bardzo szybko u poety pojawiła się przesadna pycha. Zawsze musiał być nieco ponad; chociaż faktycznie pomagał młodym i początkującym poetom, radził, a niekiedy nawet wykłócał się o ich twórczość, ale wynikało to chyba głównie z potrzeby tworzenia sobie „dworu”.
Już w 1957 r. został redaktorem działu literackiego tygodnika „Za i przeciw”, a rok później członkiem redakcji „Współczesności”, niedługo potem – w wieku dwudziestu kilku lat – redaktorem naczelnym pisma.
„Ów okres »Współczesności« to dni chwały Staszka. Po raz pierwszy i właściwie ostatni mógł objąć pismo. Było to wtedy jedyne pismo młodych. Nastąpiła bowiem nowa centralizacja czasopism. Te, które wychodziły w latach 1956–57 […] zostały zamknięte. »Współczesność« miała więc monopol” – wspomina Jacek Petelenz-Łukasiewicz.
Grochowiak jako redaktor naczelny wykazywał się niebywałym talentem organizacyjnym, a także miał niesamowitą zdolność ściągania do redakcji dobrych piór. Odnajdywał się świetnie w redakcyjnym chaosie. A tego w redakcji, tworzonej właściwie przez jego równolatków, nie brakowało.
„Śmieszna to była ta redakcja »Współczesności«. Wielki pokój podzielony przepierzeniami na coś w rodzaju końskich boksów, a w tych boksach szalejący młodzi redaktorzy. Atakowaliśmy kogo popadło, od Tuwima do współcześnie istniejących kabaretów, szukaliśmy niezbadanych dróg, no i popijaliśmy” – wspominał w 1978 r. na łamach „Panoramy” Ernest Bryll.
Sielski obraz młodego, ambitnego redaktora psuła jednak linia programowa, jaką nadał pismu. Widać ją w artykule „Karabela zostaje na strychu”, będącym krytyką martyrologicznych tradycji Polski „powstańczej, konspiratorskiej i ułańczej”. Wielu znajomych Grochowiaka, a także jego kolegów z redakcji tłumaczyło, że cały manifest miał być nawoływaniem do pracy pozytywistycznej, której ideały były zdecydowanie bliższe Grochowiakowi. Jednak kiedy dziś czyta się ten tekst, ma się wrażenie, że jest to apel o uległość wobec władz PRL-u. Tym bardziej że inne teksty publicystyczne Grochowiaka były wyraźnie na rękę władzom ludowym i chociaż miewały niekiedy wydźwięk pozornie krytyczny, to w gruncie rzeczy wpisywały się w komunistyczną politykę. Przykładowo w tekście „Zanim będziemy Sokratesem Ludzkości” („Współczesność” 1959 r.), Grochowiak pisze: „Potrzeby kulturalne mieszkańców małych miast leżą naprawdę gdzie indziej niż wysłuchanie kilku krewnych w znakomicie dobranym oktecie wokalnym. I tam, gdzie rzecznicy rewolucji tych potrzeb nie widzą, działa sobie producent dewocjonaliów i szmiry, ksiądz proboszcz i kościelny […] Oto głód umysłu: zaspokaja go kolportaż pisemek pod kościołem, niedzielne kazanie, plotka i skandal obyczajowy. Bo prawie nigdzie nie ma czytelni, prasy z kawą, klubów dyskusyjnych, dobrej cotygodniowej prelekcji”.
Zainteresowanie tematyką religijną czy też – mówiąc wprost – pewnego rodzaju problem z Bogiem i Kościołem daje się zauważyć także w twórczości artystycznej Grochowiaka. W jednej ze swoich powieści opisuje on historię księdza, który pod wpływem przeżyć okupacyjnych traci wiarę.
Warto wspomnieć także, że „Współczesność” była wspierana przez Jerzego Putramenta. Pisał o tym Piotr Bratkowski na łamach „Gazety Wyborczej” w 1999 r.: „Gdy Jerzy Putrament dawał pieniądze na wydawanie pisma »Współczesność«, »gorliwie starał się przypodobać „młodym gniewnym”«. Ci »młodzi gniewni« […] najbardziej rozgniewali się na najgłośniejszego pisarza swego pokolenia, Marka Hłaskę, dokonując na łamach swojego pisma, po wyjeździe autora »Pętli« z Polski, przykładnej, publicznej dintojry”.
W 1960 r. Grochowiak stracił stanowisko redaktora naczelnego, a niedługo potem – miejsce w redakcji. Przyczyny nie są do końca znane. Pojawiają się sugestie, że nie chciał ulec nowym dyrektywom polityki kulturalnej PRL-u, pójść na jakieś ustępstwa. Prawdopodobne, że chodziło o to, iż nie chciał wstąpić do partii.
Poeta oczywiście bardzo przeżył utratę funkcji, tym bardziej, że, jak się później okazało, był to jedyny czas, kiedy mógł stworzyć gazetę od podstaw. Nadać jej kształt. „Całe postępowanie Staszka zyskało teraz – tj. od początku 1960 roku – jedną, naczelną, nadrzędną rację. Było nią pragnienie powrotu do sytuacji, którą stracił, do możliwości skutecznego działania, w którym mógłby dać z siebie maksimum, wykorzystać wszelkie własne potencje i zyskać pełnię zadowolenia. Podejmował w tym kierunku starania, stosował różne przemyślne strategie, próbował kompromisów. W pierwszych latach po 1960 roku miały one na celu odzyskanie »Współczesności«, później uzyskanie czegoś, co mogłoby stanowić jakiś jej odpowiednik (wydawało mu się przez pewien czas, że taką rolę odgrywa »Poezja«). Ale i w tych staraniach doznawał zawodów, ponosił klęski” – wspominał Janusz Maciejewski w 1977 r. w „Miesięczniku literackim”.

Magdalena i Maria. Mieszczuch w świetle gwiazd

Żeby zrozumieć Grochowiaka i jego dążenie do spokoju, a także swego rodzaju płacenie trybutu władzy ludowej, by mógł zajmować się poezją, trzeba także przyjrzeć się Grochowiakowi-człowiekowi, mężowi, mężczyźnie. W 1954 r. poeta wziął ślub z Anną Magdaleną Hermann, także pochodzącą z Leszna. „Odbił” ją zresztą jednemu ze swoich kolegów. Para bardzo szybko doczekała się potomka, w sumie mieli sześcioro dzieci, z których jedno wychowywał starszy brat Grochowiaka, Tadeusz, a jedno zmarło zaraz po urodzeniu.
Dom Grochowiaków był zawsze pełen brzydkich, pokracznych psów, które poeta przygarniał. Może wiązało się to z opiewaniem brzydoty, przywracaniem godności rzeczom powszednim i nieładnym. To przecież Grochowiak jest głównym atakowanym w „Odzie do turpistów” Juliana Przybosia.
Chociaż córki Grochowiaka we wspomnieniach lojalnie twierdzą, że rodzice bardzo się kochali pomimo licznych trudności, to wśród świadectw znajomych poety pojawiają się opinie, że Magdalena (zwracano się do niej, używając drugiego imienia) nie była dla niego właściwą partnerką. Grochowiak był kobieciarzem i – trzeba to powiedzieć otwarcie – wielokrotnie zdradzał żonę.
Wrażliwość na kobiece wdzięki chociaż z pewnością skomplikowała poecie życie prywatne, była także inspiracją dla wielu świetnych wierszy, jak chociażby „Dla zakochanych”:

Dla zakochanych to samo staranie — co dla umarłych,
Desek potrzeba zaledwie też sześć,
Ta sama ilość przyćmionego światła.

Dla zakochanych te same zasługi — co dla umarłych,
Pokój z miłością otoczcie bojaźnią,
Dzieciom zabrońcie przystępu.

Dla zakochanych — posępnych w radości — te same suknie.
Nim drzwi zatrzasną,
Nim zasypią ziemię,
Najcięższy brokat odpadnie z ich ciał.

W książce „Portrety z bufetem w tle” Roman Śliwonik wspominał, że kiedyś pojechał z Grochowiakiem do Łodzi na jakieś spotkanie autorskie do żeńskiej szkoły. Poeta mocno przeżywał urodę młodych fanek poezji, zwłaszcza jednej, rudej i wielkookiej. Dziewczęta pilnie strzeżone były przez nauczycielki, więc z podrywu nic nie wyszło. Grochowiak cały czas jednak nudził Śliwonikowi o tym, że trzeba by się z dziewczynami spotkać. Kolega ciągnął go z powrotem do Warszawy, Grochowiak nachalnie dopytywał taksówkarza, czy w stolicy jego zdaniem są ładne baby. W końcu dotarli na stację, wsiedli w pociąg. Przy sprawdzaniu biletów konduktor poinformował ich, że pomylili środki transportu i znajdują się w pojeździe jadącym w przeciwnym kierunku. Wysiedli więc na najbliższej stacji. Spojrzeli na tablicę z nazwą miejscowości, zawieszoną na budynku dworca. Ryknęli śmiechem. „BABY” – głosił napis.
Ta anegdota jest jedną z nielicznych o Grochowiaku i kobietach. Jego znajomi podkreślają, że jak na ówczesne standardy obyczajowe środowiska artystycznego był, po pierwsze, niezwykle dyskretny w swoich romansach, po drugie – w skali porównawczej – romansów tych nie było aż tak wiele. Jednak jeden z nich odegrał poważną rolę w życiu autora „Menueta z pogrzebaczem” i był kolejnym przykładem płacenia trybutu, tym razem – mieszczańskiej moralności i dzieciom.
Pod koniec lat 50. poeta poznał Marysię Sołtyk. „Moje pierwsze spotkanie z Grochowiakiem miało miejsce wiosną 1957 roku, gdy namówiona przez kolegów poszłam do redakcji »Za i przeciw« z rysunkiem do wiersza Antoniego Krauzego” – opowiadała najważniejsza z kochanek Grochowiaka Annie Romaniuk, autorce „Duszy Czyścowej”. Poeta miał ocenić, czy ilustracja się nadaje. Stwierdził, że tak. Para zaczęła się spotykać. Związek ten – z przerwami – trwał do końca życia Grochowiaka.
Sprawa z Marysią była poważna, więc zdecydowanie trudniejsza niż wszystkie pozostałe znajomości. Kobieta mieszkała z siostrą, która na wszystkie możliwe sposoby starała się torpedować znajomość. „Moja rodzina była przerażona związkiem ze Staszkiem i próbowała interweniować. Ja nie byłam przerażona, ja tylko cierpiałam, bo nie mieliśmy się gdzie spotykać, tylko czasami mogliśmy się widzieć w kawiarni, porozmawiać chwilę, a potem musieliśmy rozstać się na ulicy i każde wracało do siebie. Wtedy wpadłam na pomysł, że mogłabym się wyprowadzić od siostry. Był to krok szalenie ryzykowny” – wspominała Marysia.
Wyprowadziła się na Pragę. Zainwestowała wszystko w związek z poetą. Owocem ich znajomości jest m.in. wiersz „Grzech”, jeden z lepszych utworów poety:

ON:
W jakim ty mnie stawiasz świetle Mnie
Smutnego mieszczucha o dewizce na brzuchu
I metalowej czaszce w cichym schowku kamizelki
Mam czaszkę czasu
Co gada godziny –
Metafizykę sjesty
I choreografię spraw

W jakim ty mnie stawiasz świetle mnie
Bladego po rozebraniu jak oskrobany grzyb
Więc w jakim ty mnie stawiasz świetle Ty
Czupurna jak napięta bokserska rękawica
Którą widziałem raz – i w osłupieniu

Masz smaczek soli
Pokuśliwość octu
Jest w tobie morze
Niedietetyczności
W jakim ty mnie stawiasz świetle Ty
Wygięta w swej nagości jak we fryzjerni pas.

ONA:
Stawiam cię –
W świetle gwiazd.

Jednak monogamia nie jest najwyraźniej główną zaletą poetów. Grochowiak pojechał na Śląsk, tam „zakochał się” w jakiejś nauczycielce. Rozstał się z Marysią, która zaczęła układać sobie życie. Miała narzeczonego, była bliska założeniu rodziny. Jednak Grochowiak ją odnalazł.
„Ja zrezygnowałam ze swojego ewentualnego małżeństwa, on nie zrezygnował ze swojego, a raczej umocnił je. Życie osobiste Staszka, między innymi narodziny jeszcze jednej córeczki, było szeroko komentowane i on musiał zająć stanowisko. Postanowił, że zostanie w swojej rodzinie. Powiedział mi, że nigdy nie rozstanie się z rodziną, że nie opuści dzieci. To zostało jasno wtedy powiedziane. Mnie trudno jest dzisiaj zrozumieć, dlaczego zdecydowałam się na ten związek, gdy sytuacja była wyjaśniona” – opowiadała Romaniuk Marysia.
Para rozstawała się jeszcze wielokrotnie. Sołtyk przytacza listy Grochowiaka: „Nie wierzę w szczęście. Najlepiej nie myśleć, najlepiej zrezygnować. Ale jakim kosztem? Czy wolno rezygnować za wszelką cenę? Boję się, że całe moje życie będzie szamotaniem albo zgorzknieniem, albo nienawiścią. Myśl o sobie samej. Nie chciałbym tylko znać chwili, gdy będziesz kogoś innego”. Zachowały się także kartki od niego, by kontaktowali się jedynie w sprawach służbowych.
Warto zaznaczyć, że Grochowiak – mimo licznych deklaracji – zostawił Marysię samą sobie, jeśli chodzi o kwestie finansowe. Pieniądze były oddawane żonie. Małżeństwo jednak mimo wszystko nie należało do udanych. Pewnego dnia poeta po prostu przyszedł do mieszkania Marysi – kolejnego, tym razem na ulicy Saskiej. Kobieta podejrzewa, że Magda, nie mogąc już wytrzymać, że on coraz więcej pije, wyrzuciła go z domu. Jednocześnie nie umiała z niego zrezygnować. Co miesiąc wysyłał jej pieniądze, później zażądała, by z jakichś przyczyn przywoził je osobiście.
Poeta wraz kochanką wyjeżdżał w różne miejsca, m.in. do ukochanych przez niego Obór. Marysia starała się walczyć z chorobą alkoholową Grochowiaka, jednak robiła to innymi metodami niż Magda, zdecydowanie łagodniej. Stąd pochodzi powtarzana przez wiele osób opinia, że Grochowiak chodził do niej, żeby pić.
Dlaczego się nie rozwiódł? Poza oczywistym przywiązaniem do dzieci, nie mógł się pozbyć tradycyjnej, solidnej wielkopolskiej i mieszczańskiej moralności, a z żoną łączyło go wiele wspólnych wspomnień. Marysia wspominała, że gdyby wcześniej znała wiersze, które pisał dla Magdy, to może jej życie potoczyłoby się inaczej.
Co ciekawe, chociaż sam Grochowiak nie umiał zostawić żony, to jego starszy brat, chyba jeszcze bardziej tradycyjny, w pewnym momencie zaczął go do tego wręcz namawiać.
„Tadeusz był bardzo tradycyjny w podejściu do rodziny, do sfery obyczajowej. Bał się, że rodzina brata się rozpadnie i będzie to z krzywdą dla dzieci. Bardzo przeżył sytuację, kiedy Staszek opuścił rodzinę i związał się z inną kobietą. Początkowo był bardzo przeciwny temu związkowi – dopóki nie poznał Marysi Sołtyk. Kiedy Staszek mu ją przedstawił, zrozumiał, że pasuje do niego kobieta, która go inspiruje do działania, a równocześnie odpowiada mu intelektualnie” – wspominał Jacek Sędzimir, przyjaciel Tadeusza, w rozmowie z Romaniuk. To, że życie Grochowiaka w aspekcie męsko-damskim stanowiło problem, zauważali nawet dalsi znajomi. Sołtyk opowiadała, że podczas pobytu w Oborach miała ze sobą swoją sukę. Psiną zainteresował się pies biegający luźno po terenie, który, jak się okazało, był ojcem szczeniąt urodzonych przez miejscową sukę. Ta wyskoczyła któregoś razu do suczki Marysi i podgryzła jej gardło. „Udało się pieska uratować, choć nie bez komplikacji. Potem spacerowałam z nią często po parku, żeby ją trochę rozruszać. Raz spotkałam w alejce Herberta, który powiedział: »No cóż, proszę pani, tamta sunia walczy o swoje status quo«” – wspominała Sołtyk.
Później Grochowiak przeprowadził się do swojej pracowni na ulicy Czerniakowskiej. W jego życie wkroczyła po raz kolejny żona, a także inne kobiety. Poeta zresztą wymawiał Marysi, że jest gorsza od Magdy, bo tej Sabina (czyli kolejna kochanka) właściwie nie przeszkadza.
Kiedy konał, dyżurowały przy jego łóżku na zmianę – Maria i Magdalena.
„Jedynie w trwałości związku Staszka z dwiema kobietami widzę jakąś otwartość i powagę. Nie myślę o powadze mężczyzny, tylko o jawności decyzji dwóch kobiet. Jednej, bo nie miała wyjścia, drugiej, bo nie chciała zrezygnować z miłości” – pisał Śliwonik w książce „Portrety chwil albo uładnianie życia”.
Można odnieść wrażenie, że obie kobiety zostały przez poetę skrzywdzone. Magda, żona, wraz z dziećmi i obowiązkami, była zbyt prozaiczna, krępowała go. Zaś Maria, gotowa z miłości stworzyć mu warunki idealne, poświęcić się i znosić niekiedy upiorne wręcz zachowania poety – chciała za dużo, bo chciała mieć go tylko dla siebie. Zaś Grochowiak pragnął jedynie brać, nie dawać. Chociaż utrzymywał rodzinę i zapewniał jej stabilizację finansową, a pod koniec życia pomyślał także o Marysi (zostawił u niej testament, w którym stwierdza, że 10 proc. tantiem publikacji jego utworów należy się jej. Nie ujawniła tego testamentu przez wiele lat, zgadzając się, by na długi czas wykreślono ją z oficjalnej biografii poety), to w sumie – chyba dla własnego komfortu – wykorzystywał je obie.

Moczar-Odnowiciel

Po rozstaniu ze „Współczesnością” Grochowiak pracował w „Nowej Kulturze”, później zaś w „Kulturze”. „Szarpał się w »Kulturze« Janusza Wilhelmiego. Tak samo zresztą jak i ja. Premiował tam tych młodych poetów, z niektórych wyrośli prawdziwi, ale czuł, że jego rola w tym piśmie jest fikcją, pozornym uznaniem wielkiego poety dla legitymizacji zniewalającej naród władzy. Nigdy tego nie mówił, był skryty pod tym względem, ale wiem, że to czuł” – wspominał Wiktor Rey w rozmowie z Romaniuk.
Autor „Płonącej Żyrafy” współpracował także z „Poezją”. Co więcej, po 1968 r., kiedy to miesięcznik był bojkotowany przez wielu twórców, głównie w związku ze zmianami personalnymi, jakie zaszły w redakcji, Grochowiak, jako redaktor wicenaczelny, ocieplał kilkoma linijkami odręcznego tekstu oficjalne pismo, wystosowane do kilku twórców o ofiarowanie swoich utworów.
Są jednak i tacy, którzy udowadniają, że Grochowiak zabierał głos w sprawach politycznych. W „Polowaniu na cietrzewie” dopatrują się oni krytyki tego, co stało się w marcu 1968 r. Jeżeli faktycznie w ten sposób Grochowiak odniósł się do marca, to znaczy, że musiał zmienić swoje sądy co do polityki generała Moczara.
Marek Nowakowski wspominał bowiem, że Grochowiak utrzymywał bliskie stosunki z niejakim pułkownikiem Banaszczykiem, z którym często pił w rozmaitych knajpach. Z rozmów, które wówczas prowadzili, wynika, że obaj mieli taki sam sąd na temat oczyszczającej roli kampanii antysyjonistycznej i uważali, że generał Moczar to prawdziwy patriota i odnowiciel Polski. Po prostu Mieczysław Odnowiciel.
Zaś wspomniany już Rey zauważał, że Grochowiak miał znaczne przyzwolenie na druk i wystawianie – większość rzeczy przez niego stworzonych właściwie od razu trafiała na scenę lub była publikowana. Podkreślał także, że odejście z PAX-u wyszło poecie de facto na dobre. „Tym twórcom, którzy, jak Grochowiak, odejściem z PAX-u zademonstrowali swój sprzeciw wobec zawiązanej od razu po wojnie potajemnej umowie przywódcy PAX z komunistami sowieckimi i polskimi, a równocześnie nie głosili otwarcie haseł przeciwko partii, pozwalano na więcej. Mało tego. Byli oni niemal poszukiwani. I z tego powodu, moim zdaniem, nie tylko tolerowano, lecz także w dużym stopniu wprost hołubiono Grochowiaka. Był bowiem, nie mówiąc o talencie i osobowości, nawet ze swoją demonstracyjną, skrajną afirmacją dla katolicyzmu, twórcą, którego osobowość i działalność jednak ostatecznie mieściła się w myśleniu przynajmniej niektórych partyjnych notabli. I oni mogli to nawet propagandowo wykorzystywać: »Proszę. Nie partyjny, nie nasz i zdecydowany katolik, a może wszystko publikować«” – uważał. I dodał, że Grochowiak najwyraźniej nie potrafił się zdobyć na otwarty sprzeciw wobec partii, „miał negatywny stosunek do partii, ale jednocześnie nie robił niczego, co mogłoby zbytnio władze rozdrażnić. A może nawet trochę szukał akceptacji tego, co robił”.

Demon w kieliszku

Jak Grochowiak wpadł w alkoholizm? Jeszcze w czasach „Współczesności” jego picie było jedynie takim „towarzyskim popijaniem”, wódka czy piwo towarzyszyły rozmowom do rana. Jednak po tym, jak pozbawiono poetę stanowiska redaktora naczelnego „Współczesności”, zaczął pić więcej. Trudno się właściwie zorientować, w którym momencie pijaństwo przerodziło się w alkoholizm, tym bardziej, że choroba alkoholowa nie przeszkadzała mu w pracy. Potrafił pisać na kacu. W momencie, w którym okazało się, że cierpi na marskość wątroby, poeta chyba świadomie postanowił zapić się na śmierć. Nie pił jedynie podczas krótkich pobytów z Marysią na wsi, w kupionym przez nią domu w Pustych Łąkach; jednak odcięcie się od warszawskiego rytmu życia było niemożliwe.
Wiele osób uważa, że alkohol był sposobem na radzenie sobie z trudną rzeczywistością polityczną, której Grochowiak nie umiał się sprzeciwić, a zarazem wewnętrznie się z nią nie zgadzał. Roman Śliwonik zastanawiał się nad tym problemem w przytaczanych już „Portretach z bufetem w tle”. „Czy wódka była ucieczką od świata zohydzonego? Jeśli tak, to była to ucieczka beznadziejna. I zawsze tragiczna. Jak nazwać tamte okolice naszego życia, teraz już przyprószone, puste, rozchylone tylko wiatrem? Jednak były to okolice poezji. Słowem, dźwiękiem można je tylko na powrót rozświetlić” – pisał.

Nie było lata i być go nie mogło

Podobnie uważał fotograf Erazm Ciołek, który w rozmowie z Romaniuk podkreślał, że Grochowiak był lirykiem, a nie buntownikiem, a za polityczne metafory poety uważał tytuł tomiku „Nie było lata” (1969 r.). Zdaniem fotografa i znajomego poety chodziło o niemożność realizacji pewnego minimum wolności własnej opinii. „Staszkowi zależało, żeby jego poezja żyła. Narażając się, zamknąłby drogę do niej – wolał jej bronić. To był twórca świadomy wartości swojej twórczości. Dokonał wyboru. Jego ostrożność wynikała oczywiście również z poczucia odpowiedzialności za liczną rodzinę, z konieczności walki o jej byt” – uważał Ciołek.
Podobny sąd przedstawił w 1955 r. w „Tygodniku Powszechnym” Janusz Krasiński, który podkreślał nieprzystawalność twórczości Grochowiaka do politycznej doktryny PRL-u i zaznaczał, że w jego poetyckim dorobku nie znalazło się nic, co można by uznać za propagandową agitkę. „Coś jednak kombinował w publicystyce. Czymś tam próbował przypodobać się władzy. Jednakże swą poezję obwarowywał tak nieprzebytym murem, jakby chciał powiedzieć: a od tego wam wara!” – pisał.
I na tym właśnie polegał główny problem Grochowiaka, genialnego poety, obdarzonego wszystkimi zaletami, lecz także wadami twórców. Poezja była dla niego na tyle ważna, że był dla niej w stanie iść na wszelkie kompromisy. Z jednej strony, dzięki temu faktycznie udało mu się tworzyć, nie wyjeżdżając z kraju. Z drugiej, jak każdy człowiek wrażliwy, musiał mieć zapewne świadomość, że nie zachowuje głoszonego przez siebie buntu. A może było inaczej? Może cierpiał tylko dlatego, że po wyrzuceniu ze „Współczesności” nie miał pełnych możliwości autorealizacji? Za kompromisy z ludową władzą zapłacił tym, że chociaż kilka jego wierszy znajduje się w programie nauczania szkół średnich, to niewiele osób o nim pamięta. W ogólnym rozrachunku niezłomna postawa Zbigniewa Herberta, przysparzająca mu wielu problemów za życia, opłaciła się bardziej. Zbudował swoją legendę. Grochowiak zaś wciąż budzi kontrowersje. Kiedy patrzy się na jego wiersze, ma się ochotę uwierzyć w tę wersję, która zakłada, że był po prostu pogubiony.
Jednak czasem zdarza się tak, że rzeczy piękne stwarzają nie do końca piękni ludzie.
Poeta zmarł 10 sierpnia 1976 r. Tuż przed śmiercią wyszeptał jeszcze fragment wiersza: „Wkrótce odejdę w dalekie strony/Jak sucha trawa, zwiędły liść rzucony”. Miał świadomość, że umiera. I tym ostatnim zdaniem chciał prawdopodobnie pożegnać się z tym, co ukochał najbardziej – poezją.

Nowe Państwo 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Lata PRL, Sylwetki, Teatr TV, film, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Stanisław Grochowiak. Errata do biografii

  1. RadoslawPientka pisze:

    Najbardziej dziwie sie,ze pisarz,w gruncie rzeczy,epigon Hlaski,Marek Nowakowski z pemedytacja miesza talent poety ,wiklajac w historie z Panem Pulkownikiem.Z tych urazow Nowakowski nabawil sie choroby- niedowartosciowania.Nie wybrano go tez Prezesem SPP.Pozostal w Powidokach I w oparach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.