Cmentarz na północy miasta

Powinienem zacząć od opisu smutku pijaka, który chodząc po cmentarzu, wlewał piwo do dziur wygrzebywanych w mogiłach. Albo od opowieści o bitwie, jedynej zresztą stoczonej w samym mieście. Tylko że taka opowieść byłaby jakby bezpańska, jej prawda – jakby obca, jakby trochę nieludzka.
– pisze Bohdan Urbankowski

 

Cmentarz na północy miasta

Nieznajomy mówił o walce, czołgach i o braterskiej uczcie, o tym, jak strzelano mu pod nogi, i o tych, którym strzelano w brzuchy albo po prostu w głowy. Leżeli kilka dni – na mrozie, ale przecież i tak martwi. Cały stos. Obok stało dwóch wartowników. Przypadkowi przechodnie odwracali głowy. Dopiero po odejściu strażników dostrzeżono zmarznięte ciała, jeszcze dzień – dwa minęły, by ktoś odważył się zapytać, co z „tym” zrobić. Nie z „nimi”, a z „tym”. Uczestników braterskiej uczty, nawet tych rosyjskich, nie pochowano w centrum. Wywieziono ich furmankami za miasto i pochowano w zbiorowym grobie na północnych obrzeżach.

Powinienem zacząć od opisu smutku pijaka, który chodząc po cmentarzu, wlewał piwo do dziur wygrzebywanych w mogiłach. Albo od opowieści o bitwie, jedynej zresztą stoczonej w samym mieście – bitwie niezbyt ważnej dla historii, lecz ważnej dla tych, którzy ją przeżyli, którzy potem odważyli się o niej opowiadać. Szeptem, przy zasłoniętych firankach, ale jednak. Tylko że taka opowieść byłaby jakby bezpańska, jej prawda – jakby obca, jakby trochę nieludzka. A w każdym razie inna niż ta, którą sam poznawałem. Zacznę więc nie po kolei, z dygresjami, które są równie ważne jak tło na obrazach czy przypisy w książkach.

Wyspa, która przypłynęła

Zdania wynikają ze zdań, skutki z przyczyn jedynie w podręcznikach logiki. W życiu przyczyny i skutki chodzą stadami, dzieje ludzi zanurzone są w przeszłości jak bohaterowie obrazów – w tło. Czasem widać za nimi miasta, a czasem góry czy zaledwie hałdy.
Mnie dane były hałdy. Wychowywałem się na Śląsku, w Bytomiu, ale pośród lwowiaków. Jakby na wyspie.

Śląsk nauczył mnie solidności i punktualności, które mi do dzisiaj przeszkadzają. Kiedy wróciłem do Warszawy, ustawiałem się odruchowo na końcu przeróżnych kolejek, a potem stałem w nich jak głupi, wciąż na końcu – zamiast przepychać się łokciami do przodu. Usiłowałem także wsiadać do tramwaju tylnym wejściem, a wysiadać przodem, co rozregulowało – aż do dzisiaj – stołeczną komunikację.

Lwowiacy nauczyli mnie patrzeć w niebo (potrafili to robić godzinami), a kiedy smutno – śpiewać. A także szacunku dla dam (słynnego „całuję rączki”) i tego, że każda kobieta jest damą.

Lecz przede wszystkim: Śląsk i Lwów uczyły mnie różnych odmian patriotyzmu.

Ta śląska była bardziej pozytywistyczna, milcząca, niemal podziemna – ale na zasadzie „róbmy swoje”. Konrad Wallenrod był z pochodzenia Ślązakiem!

Ta lwowska swoją fantazją – z motyką na słońce – bardziej przypominała warszawską. Oba miasta bywały ratowane cudami z opresji – i w czasach najazdów tatarskich, i w czasach najazdu bolszewików – stąd podobieństwo. Na wycieczkach szkolnych, które organizował najczęściej nauczyciel biologii „Poldek”, śpiewaliśmy lwowskie piosenki. Najpierw szła smutna „W dzień deszczowy i ponury”, potem jeszcze smutniejsza „Ballada o Jurku Biczanie” – tak to wymawialiśmy, a dokładniej – o śmierci 14-letniego bohatera. Wtedy mówiono, że to pieśń autentyczna, stworzona i śpiewana przez ulice Lwowa, po latach dowiedziałem się, że na wzór autentycznej napisał ją Artur Oppman. Dziś zapomniany, jak zresztą i bohater jego ballady, i sam patriotyzm.

Zdarzało się też, że ni stąd, ni zowąd, patrząc bezczelnie na nauczyciela, śpiewaliśmy ułożony już przez nas w Bytomiu (z moim dużym, nie chwaląc się, wkładem) „hymn”: „W Bytomiu siedzimy, za Lwowem tęsknimy / dość mamy dzikiego zachodu” itd. Nie wiedziałem, że po latach będę uczył tego „hymnu” Zbynia Herberta w warszawskim „Krokodylu”. I że nauczę go na tyle skutecznie, że kiedy znowu, po latach, spotkamy się w Paryżu – Zbynio zaśpiewa na mój widok pierwsze dwie linijki: „W Paryżu siedzimy, za Lwowem tęsknimy”…
Tęskniliśmy, bo ta lwowska tęsknota była jakoś dziwnie zaraźliwa…

W Bytomiu była lwowska wytwórnia obuwia, lwowska piekarnia z najlepszymi kajzerkami, był lwowski fryzjer – przeważnie narąbany. Wizyty u niego należały do sportów ekstremalnych. Na ul. Piekarską mówiło się „Łyczakowska”. Bo Piekarską także jeździł tramwaj i była cholernie długa. „Lepszej Łyczakowskiej nie znajdziemy!” – krzyknął na jej widok pan Ziomek, przywódca wygnanych ze Lwowa wędrowców – i zostali. Za tą Piekarską-Łyczakowską była już tylko trupiarnia i był mały cmentarz „Wyzwolicieli”, właściwie jakby aneks do ich większego cmentarza. Aneks z niedużą gwiazdą leżącą na betonie, chlapniętą byle jak – ale na czerwono. Jakby ją kto wyrzygał czy wypłakał. Ale o tym cmentarzyku – za chwilę. Przez lata zapomniany – może jeszcze poczekać. Ten większy cmentarz rozkładał się w parku, przed siedzibą władz miasta. Ozdabiała go, rzecz jasna, duża gwiazda, wyglądająca na wysokim cienkim słupie jak postać wbita na pal.

Ptak, który jeszcze krzyczy

Do Bytomia trafiliśmy z matką po dość długiej tułaczce trwającej chyba od września 1944 r. Ucieczka z Durchgangslagru w Pruszkowie, wędrówka przez coraz bardziej zimowe Góry Świętokrzyskie. Wtedy nauczyłem się chodzić – od razu po górach i wertepach. Tak, tamte lata były inne, cięższe, rozwijaliśmy się prędzej od rówieśników, jak mutanty, którymi rzeczywiście byliśmy. Z tym że ciotka-wdowa ujęła to ładniej: wcześnie nauczyłem się chodzić, żeby ulżyć matce. Na przedwiośniu 1945 r. dotarliśmy na Śląsk, do Bytomia, zamieszkaliśmy przy placu Słowiańskim. Wtedy jeszcze na środku był staw. Pływaliśmy po nim na baliach i „piechotą”, to znaczy „żabką”, kraulem, a czasami na plecach. Kalendarzowo mieliśmy po dwa–trzy lata, naprawdę – dwa, trzy razy więcej. Fizycznie też byliśmy nad wiek rozwinięci.

Z Powstania Warszawskiego i z Pruszkowa pamiętałem oderwane sceny, śnił mi się, a właściwie budził mnie w dzieciństwie ogromny, czarny ptak, który coś krzyczał, stojąc w drzwiach i wymachując czarno-czerwonymi skrzydłami. Śnił mi się wiele razy – dopóki ciotka-wdowa nie wytłumaczyła mi tego snu: do piwnicy, w której kryliśmy się podczas nalotu, wbiegł człowiek, na którym płonęła odzież.
Ale wtedy nie rozumiałem, że widzę śmierć.

Równie niewinny przeszedłem przez Powstanie – podobno do mnie strzelano, bo wdrapałem się na barykadę, i przez obóz w Pruszkowie – podobno potykaliśmy się o trupy. Ludzie marli jak muchy. Gdy podjeżdżały następne transporty, Niemcy rozsuwali część ogrodzenia przy torach. Matka postanowiła zaryzykować. Wlokąc mnie tuż przy sobie, wyczołgała się z obozu wzdłuż wagonów. Pociąg każdej chwili mógł ruszyć, któryś z Niemców mógł zajrzeć pod wagon i wygarnąć z automatu. Ale zdążyła. Gdy pytano ją, jak dokonała tego wyczynu, odpowiadała: właściwie było mi wszystko jedno. Z Mietkiem, czyli moim ojcem, już wcześniej została rozłączona. Wywieziono go do Oświęcimia. Kiedy nasza ucieczka się udała – uwierzyła, że on także żyje. „Dalej wierzę. Skoro mnie Bóg uratował…” – dodawała, zawieszając głos. Tej wiary nie straciła do końca życia. A i ja nie chciałem jej psuć.

Wygnańcy

Pierwszą śmierć przeżyłem, a właściwie zobaczyłem i przeżyłem, dopiero w Bytomiu, właśnie na placu Słowiańskim. Do stawu wjechała dziewczynka na czerwonym rowerku. Nikt jej nie znał. Pamiętam tylko, że kiedy ją wydobyto, rowerek – co nas zaskoczyło – był czarny. I pamiętam przeciągły krzyk jej matki, która w międzyczasie nadbiegła.

Jakby w zemście ludzie zaczęli znosić kamienie i zasypywać staw. Często jeszcze wypływał, jakby z podziemi, ale wyglądał tak, że z lękiem ściskałem rękę matki.

Lwowiakom, wilniukom, warszawiakom i w ogóle wszystkim Wygnańcom, którzy znaleźli się na Śląsku, poświęciłem potem kilka wierszy, składanych – w różnych konfiguracjach – w poemat. Znajomi cenili wyżej inne moje wiersze, zwłaszcza polityczne, znajome – erotyki, nawet jeśli nie do nich były pisane. A jednak na śląskich wieczorach „Wygnańcy” dostawali najwięcej oklasków – po chwili smutnej ciszy. Ludzie zostawali po spotkaniach, by ten poemat przepisywać. Przez lata nie mogłem wydać tomiku, wiersze dogorywały w maszynopisie, a odżywały tak właśnie: przepisywane przez słuchaczy. Zmieniały się w rękopisy! W coś bardzo ludzkiego.

W wierszu wspomniałem o naszym podwórzowym cmentarzu. Ten „Prawdziwy” był za kościołem św. Barbary, tuż obok ewangelickiego, przy ul. Powstańców Śląskich. Jakby dwa wejścia do tej samej krainy umarłych.

Początkowo przybysze nie ufali nie tylko ewangelickiemu, lecz także temu, wprawdzie katolickiemu, ale „ichniemu”, śląskiemu cmentarzowi. Dlatego pierwszych zmarłych chowano na pokrytym jeszcze śniegiem podwórku, pośród krzaków, które późną wiosną okazały się krzakami jaśminów. Z tym, że zmarli tego nie doczekali. Po interwencjach władz, a i księży – przeniesiono ich na cmentarz przy Powstańców. Nie obyło się bez dramatów i swarów, których echa trafiły do wiersza. Autochtoni, też zresztą katolicy, odmawiali przybyszom prawa do pochówku. Mogiły kilku „pionierów”, których trumny znalazły się na bytomskim cmentarzu jako pierwsze, zostały którejś nocy rozgrzebane, skrzynie z ciałami – rozbite. Starsi wprowadzili warty, na krzyżykach zapalano świeczki, tak, że groby – mówiono – przypominały łodzie na morzu, we mgle. Ale gdy pierwszy i jedyny raz zostałem wzięty przez dorosłych na taką wartę, nie znałem jeszcze morza. Musiałem więc wierzyć na słowo tym, którzy tak mówili. Po kilku, kilkunastu dniach warty zdjęto i… historia znów się powtórzyła. Dopiero po dwóch czy trzech takich incydentach, dzięki księżom – „śląskiemu” i „naszemu”, którzy wprawdzie nie naruszali tajemnicy spowiedzi, ale swoje wiedzieli i – co ważne – razem zaczęli chodzić po mieszkaniach – walki o cmentarz się skończyły. Warty zdjęto. I cmentarz przy Powstańców stał się głównym, niejako reprezentacyjnym cmentarzem miasta. Oczywiście nie aż tak ważnym, jak ten przed siedzibą władz, lecz w przeciwieństwie do tamtego – w pewien sposób żywym. Coś się działo, przybywali nowi mieszkańcy, rodziny spotykały się przy mogiłkach, wspominały swoich umarłych, jakby ci wciąż żyli, i wspominały Lwów czy Warszawę tak samo ciepło, jak mówili o swoich umarłych. Tamten cmentarz z gwiazdą na palu był jakby martwy – podwójnie. Nie ożywiały go nawet rocznicowe capstrzyki z okazji Wyzwolenia i tajemniczej dla nas Bitwy, jedynej zresztą, która rozegrała się w Bytomiu.

Nasza banda

Chyba to kanclerz Bismarck powiedział, że różne narody rodzą się z różnymi zdolnościami. Niemcy do oszczędzania, Cyganie do kradzieży, a Polacy do konspiracji. My też mieliśmy konspirację we krwi, razem z kilkoma kolegami od dzieciństwa zakładaliśmy organizacje tak dziwne, jak Banda Białego Orła, Klub Muszkieterów, w końcu, ale to już w wieku niemal sędziwym, bo mając po 16–17 lat, Klub Artystów Anarchistów, którego patronem był Piłsudski. Każda z tych organizacji liczyła co najmniej trzech członków, zwłaszcza Klub Muszkieterów. Pinio, Śliwisław i ja – wszyscy z tego samego podwórka. Jak Atos, Portos, Aramis. Potem doszło jeszcze co najmniej dwóch d’Artagnanów, Jurek i Adam – obaj równie bojowi i mimo wieku nastawieni antyustrojowo – bo z Kresów, konkretnie ze Lwowa. A „Czerwona baba”, jak nazywaliśmy ową gwiazdę siedzącą w rozkroku na słupie, wręcz prosiła się, by ją strącić. Taki „mały sabotaż”. Mama i mój cioteczny brat, który załapał się na Szare Szeregi, opowiadał, jakie psikusy robili w Warszawie Niemcom, mówił o strącanych „Hackenkreutzach”, o flagach i tablicach ochlapywanych atramentem wlewanym tak do żarówek, że zmieniały się one w granaty. Nie chcieliśmy być gorsi od naszych starszych braci. Ale cóż – pod słupem zawsze stała warta. Nieopodal, pod pomnikiem „Generała Kluski”, jak nazywaliśmy pobliski i równie paskudny pomnik Świerczewskiego, też czasami wystawiano wartę. Miejsce było więc niebezpieczne.

A czas płynął. Doszliśmy do wniosku, że łatwiej niż w centrum uda się jakiś „mały sabotaż” na tym małym cmentarzu – tym już prawie za miastem, z gwiazdą leżącą na płycie. Ze względów oczywistych akcję postanowiliśmy przeprowadzić „po zmierzchu”. Jak się miało okazać, nie tylko my wybraliśmy tę porę. Uprzedzając bieg zdarzeń, powiem, że akcja z gwiazdą nam nie wyszła, w jej miejsce przeprowadziliśmy potem zupełnie inną. Ale jednocześnie poznałem jedną z tajemnic i miasta, i cmentarza. Opisałem ją potem w opowiadaniu „Cmentarz na północy miasta”, wygrałem tym opowiadaniem „dorosły” konkurs literacki – lecz opowiadanie nie ukazało się w druku. Nie ukazało się także po przerobieniu na audycję radiową i zmianie tytułu. Wtedy to po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu cenzury.

Opowiadanie o bitwie

Nie wiem, czy historycy badali, jak wyglądała akcja „Burza” w Okręgu Bytomskim. Ja poznałem ze słyszenia kilka scen. Groteskowych – że chce się śmiać, i tragicznych – że śmiech krzepnie na wargach. Najogólniejszy schemat przypominał Powstanie Warszawskie, które też było częścią „Burzy”, idea zaś tej ostatniej tkwiła korzeniami w micie Uliny Małej. Nie należy jednak mnożyć bytów nad potrzebę i doklejać przypisów do przypisów. Istotny jest ogólny schemat: w ostatnich dniach stycznia 1945 r. Niemcy zaczynają się cofać, Rosjanie już – już się zbliżają, ale między tymi dwoma machinami jest szczelina. Coś można ocalić, gdy Niemcy już nie mogą się wrócić, a Rosjanie jeszcze nie nadeszli.

Osłonowe oddziały SS nie tylko zabezpieczały tyły cofających się armii. To one wykonywały coraz bardziej szalone rozkazy Führera: mordowały ludzi w więzieniach, podpalały żywcem w obozach – jak stało się w pobliżu Gliwic i nieomal w Holiszowie; to one wysadzały w powietrze fabryki i magazyny, wypędzały ludność cywilną – polską, ale i swoją, niemiecką. W języku sztuki wojennej nazywa się to „taktyką spalonej ziemi”. Chodzi o to, by zajmujące teren armie wroga nie znajdowały niczego przydatnego: ani sprzętu, ani środków transportu, ani materiałów pędnych, ani żywności; nawet ludzi, których mogliby wykorzystać jako informatorów czy pomocników.

Działający w Bytomiu akowcy próbowali przeszkodzić Niemcom w tym wypalaniu śląskiej ziemi. Zajęli budynki naziemne pobliskiej kopalni, zaczęli walki o dworzec, w centrum miasta zaś weszli do kilku większych zakładów. W jednym z nich, albo tuż przy nim, niedaleko zresztą od dworca, mieściła się wytwórnia piwa. Akcja mojego opowiadania toczyła się właśnie w tym zakładzie. Jego położenie blisko dworca pozwalało na wprowadzenie do akcji niemieckiego pociągu pancernego o bliskiej Ślązakom nazwie „Kulturkampf”. W ostatecznej redakcji zrezygnowałem z łopatologicznego i, co tu dużo mówić, tandetnego pomysłu z nazwą pociągu i do akcji rzuciłem równie
zmyślone czołgi. By domalować do końca najogólniejsze tło zdarzeń, trzeba dodać, że Rosjanie też napływali dwoma falami. Pierwszą stanowiły oddziały bojowe, których zadaniem było ściganie wroga, drugą – oddziały specjalne. One dopiero utrwalały władzę zwycięzców, wyławiały niedobitków i sabotażystów, czasami posługiwały się terrorem. Jednym z jego elementów było wypalanie centralnych dzielnic zajmowanych miast. Dlatego w tylu miastach Śląska i Pomorza, wewnątrz zabytkowych murów pozostały tylko zgliszcza i ruiny.

Wrócę jednak do swojego opowiadania, a raczej do opowiadania o opowiadaniu. Było ono po uczniacku groteskowe, wykorzystywałem pomysły Witkacego, ale i gwarowe powiedzonka. Wspomniane zaś piwo stanowiło w opowiadaniu niezwykle ważny argument za podjęciem walki. Owszem, honor – o tym mówił już Beck, owszem, odwet za lata cierpień, dopełnienie przygotowań do powstania, które bez ostatecznego zrywu zamieniały się w absurd. Ale także i kwestia smaku, i to w sensie najbardziej dosłownym. Jeden z bohaterów mojej opowieści mówił: „nie daj Bóg, żeby Niemce zniszczyły takie fajniste piwo, polskie piwo, na polskim miodzie warzone. Bo co bydemy pić kiej sie ta światowo haja skończy? Woda, jak jako zwierzyna, abo co?”

To prawie dosłowny cytat. Teraz można mu nadawać znaczenie symboliczne, można dopatrywać się w piwie znaku tradycji albo przeciwnie – postępu, można podeprzeć wywód egzystencjalnym obrzydzeniem lub Herberowskim smakiem, ale wtedy chodziło mi po prostu o piwo, rozlewane i przyprawiane w Bytomiu. Przez to piwo Sobieski o mało nie spóźnił się pod Wiedeń. Do dziś w Bytomiu jest plac Sobieskiego – w miejscu, gdzie wtedy stały królewskie namioty, przed nimi – stoły, a na stołach – kufle z tym piwem.

Piwo odegrało też ważną, mimowiednie tragiczną rolę w finale mojego opowiadania. Jeden z wycofujących się oddziałów SS w akcie histerycznej nienawiści postanowił odbić i zniszczyć ów zakład produkujący napój różniący ludzi od zwierząt, przy okazji zaś wymordować Polaków. Opowieść stawała się coraz poważniejsza, jakby poważniała, trzeźwiała. Kończyły się pijackie dowcipy.

Akowcy walczyli dzielnie, ale było ich niezbyt wielu, do tego nie byli już młodzi. Młodzież z terenów Śląska Niemcy wcielali do Wehrmachtu, kto nie chciał iść – ginął w obozie w Buchenwaldzie albo w katowniach gestapo. Konspirację tworzyli przeważnie dawni powstańcy, uczestnicy trzech śląskich zrywów – w 1919, 1920 i 1921 r. Nie mówię, że byli najlepsi, bo byli powstańcami, kolejność była odwrotna: powstania przyciągały tych najlepszych, tych zdolnych do oddania życia dla jakiejś idei. Tyle że walka jest także fizyczną pracą, a z tą już szło im nie najlepiej. Dla nich było to już czwarte powstanie! Co gorsza, zaczynało brakować amunicji.

Owszem, strzelali celnie, zwłaszcza dwóch, którzy byli kłusownikami, uważając, że jako Ślązacy, to znaczy od wieków „tutejsi”, większe mają prawo do podbytomskich lasów niż władająca nimi rodzina Donnersmarcków. Celnie strzelał też młody dowódca oddziału „Mieczyk”, który przedtem ukończył podchorążówkę i walczył w Powstaniu Warszawskim.

Owszem, ostatkiem sił zerwali się do desperackiego ataku, jakby chcieli Niemców porżnąć bagnetami albo nawet gołymi rękami rozrywać ich na strzępy. Ale Niemcy nie wdali się w walkę wręcz, po prostu uciekli za bramę. Akowcy wprawdzie zabrali broń i naboje pozostawionym trupom, ale wiedzieli, że dłuższego oblężenia nie wytrzymają. Niemcy ścigali ich ogniem cekaemów, rozłupywali pociskami ściany, by spomiędzy kamieni wyszarpać ciała obrońców. Polacy odpowiadali pojedynczymi strzałami. Młody dowódca oddziału (jak łatwo się domyśleć, dałem mu powstańczy pseudonim ojca) co i raz sprawdzał naboje w rewolwerze, bo ostatnim miał sobie strzelić w usta. W pewnym momencie na dziedzińcu pojawił się tank, po nim następny. Oddały po jednym strzale rozwalając do końca bramę, powoli ruszyły w stronę polskich stanowisk. Za metalowymi korpusami kryli się niemieccy piechurzy.

Uczta braterska

Polaków (naprawdę, nie tylko w mojej opowieści) uratowała piechota radziecka. W ostatniej chwili nadbiegli, wrzeszcząc swoje „Urraaa!”. A może „Za rodinu, za Stalinu!”. Niemcy ukryci za tankami z myśliwych zamienili się w zwierzynę – w przerażeniu skaczącą, kucającą i w końcu czołgającą się we krwi po dziedzińcu zakładu. Jeden z tanków stracił gąsienicę i zaczął się obracać w jakimś upiornym tańcu, w pewnym momencie podniosła się klapa, zaczął wyłazić człowiek z podniesionymi rękami – gdy wyszedł do połowy, dostał strzał. Po chwili otworzyła się klapa drugiego czołgu. Najpierw ukazała się ręka z białą chustą, po chwili – niepewnie, jakby bojąc się strzału, wyszedł, nieomal wypełzł najwyżej 20-letni chłopak. Zeskoczył na ziemię, we włazie pojawił się następny, też skoczył – i został trafiony w locie. Potem dostał kulę ten pierwszy, który zdążył podbiec do muru i jakby próbował wcisnąć się w cegły. Rosjanie nie brali jeńców, nie mieliby z nimi co robić.

Gdy gorączka walki opadła, zaczęły się podziękowania, uściski, próby rozmów. Próby, bo chcieli mówić, lecz mieli za mało słów. Wtedy, jakby wprost z nieba, jakby przyniesione przez anioły – pojawiły się butelki miodowego koloru. Stuknięcia butelką o butelkę zastępowały słowa życzeń i toasty. Tylko obydwaj dowódcy wygłosili jakieś niezrozumiałe, ale serdeczne przemówienia. Po kolejnej serii butelek wszyscy już rozumieli wszystko.

Potem śpiewali. Potem rozbili się na mniejsze grupki i wciąż nie mogąc się rozstać – rozmawiali, śmieli się i znowu rozmawiali. Opowiadali, co będą robić po wojnie. Dowódca Rosjan chciał po prostu wrócić do Rostowa nad Don, łowić ryby albo zostać szyprem kutra, jego kolega, kompanijny pulomiotczyk – do Smoleńska. „Jeśli nawet dom mi spalili – w lesie niedaleko mam daczę. Sosny, upojny zapach naszej ziemi – zapraszam wszystkich!” – krzyknął.

A potem już wszyscy z wszystkimi zaczęli się umawiać – jak zwykle w takich przypadkach na „za tydzień po wojnie” oczywiście „tutaj, gdzie teraz”. I wszyscy do wszystkich zaczęli mówić o swoich planach – podobny szum i rozgwar wywołuje jedynie spowiedź powszechna w prawosławnej cerkwi – pod warunkiem, że świątynia jest ogromna i pełna ludzi.

Nie wszyscy pozostali do końca. Polscy kłusownicy pili dużo, lecz jeśli się nawet upili, to nie tak serdecznie jak Rosjanie, ale bardziej „po polsku” – politycznie i patriotycznie. Wchodzili na skorupę czołgu i podniesionymi głosami mówili o wolnej demokratycznej Polsce. Demokratycznej – to znaczy z wolnym dostępem do lasów. Potem wyszli, by zdążyć do lasu przed świtem. Wtedy jest najpiękniej – usprawiedliwiali się odchodząc. „Mieczyk” nie pił. Siedział z boku i – nie bardzo wiadomo komu – opowiadał, jak uciekł z transportu do Oświęcimia, wspominał żonę, która została z synkiem w obozie pod Warszawą. Durchlager Pruszków. Wierzył, że oboje przeżyli. Skoro jego Bóg uratował…

A jeszcze później do Bytomia przyszli sowieccy gwardziści i wszystkich rozstrzelali.

Dla oszczędności kazali im zdjąć płaszcze, mundury, w ogóle odzież. Rozstrzelali ich na nagusa. Tak, że już wtedy było niemożliwe, by odróżnić ciała Polaków od Rosjan, a co dopiero po latach. Sowieci rozstrzelali wtedy prawie całą tę braterską ucztę. Wyzwolicieli i wyzwalanych. Zwolnili tylko kilku Polaków, oczywiście nie oficerów (tych zabili w pierwszej kolejności), a zwykłych szeregowych. Ty i ty, no jeszczo ty, durak. Paszli won! eto nie waszie dieło! Któryś strzelił im nawet pod nogi – żeby szybciej zwiewali, ale i żeby wiedzieli, że mógł wygarnąć nie pod nogi, a na przykład w brzuch. Wtedy kona się godzinami.

Jeden z tych ocalałych został narratorem mojej opowieści. To jego spotkaliśmy na małym sowieckim cmentarzu, gdy wybraliśmy się zrobić tam „mały sabotaż”. Lał piwo w mogiłki, ale słysząc nasze kroki, krzyknął: nie uciekajcie – jakby zakładał, że wykryci przez niego, rzucimy się do ucieczki. Potem dopiero odwrócił się w naszą stronę i zaczął opowiadać. Zaczął od słów używanych najczęściej w takich wypadkach: myślicie pewnie, że jestem pijany i że dlatego płaczę? Ciąg dalszy był mniej typowy: owszem, jestem pijany, ale płaczę z innego powodu. I rozpoczął swoją opowieść. Mówił o walce, czołgach i o braterskiej uczcie, o tym, jak strzelano mu pod nogi i o tych, którym strzelano w brzuchy albo po prostu w głowy. Leżeli kilka dni – na mrozie, ale przecież i tak martwi. Cały stos. Obok stało dwóch wartowników. Przypadkowi przechodnie odwracali głowy. Dopiero po odejściu strażników dostrzeżono zmarznięte ciała, jeszcze dzień – dwa minęły, by ktoś odważył się zapytać, co z „tym” zrobić. Nie z „nimi”, a z „tym”. W centrum Bytomia, pod siedzibą nowych władz kończono wylewać beton na mogiły „Wyzwolicieli” pomordowanych przez Niemców w okolicach Bytomia i innych miast. Artysta młodego pokolenia błyskawicznie kończył rzeźbę gwiazdy.

Uczestników braterskiej uczty, nawet tych rosyjskich, nie pochowano w centrum.

Wywieziono ich furmankami za miasto i pochowano w zbiorowym grobie na północnych obrzeżach. Właśnie na przedłużeniu Piekarskiej, czyli Łyczakowskiej.

Nasz świeżo upieczony znajomy nie dokończył swojej opowieści. Rozłożył na ziemi kilka swetrów, marynarkę, potem zaczął się modlić. Umówiliśmy się na „za tydzień”, oczywiście „tutaj, gdzie teraz”. Kazał nam przynieść więcej swetrów, także marynarek i spodni. Przypomniał, że oni – „tam” – nic nie mają.

Przed spotkaniem przygotowaliśmy pytania. Ten człowiek zdawał się wiedzieć wszystko i o wojnie, i o zaświatach, przynajmniej tych, do których trafili żołnierze. Andrzej chciał go więc spytać o swojego ojca, który też walczył w Powstaniu i może trafił do obozu, Jurek o swego starszego brata, którego razem z żoną wywieziono ze Lwowa na Wschód. Kiedy wtajemniczyliśmy kilku kolegów z klasy – posypały się nowe pytania: któryś z kresowiaków chciał pytać o zdobywanie Grodna i o chłopca, który nazywał się Tadzio Jasiński i miał 13 lat.

Rosjanie przywiązali go do czołgu… Któryś z warszawiaków – kto zdradził generała „Grota”, a także jak zginął generał i co stało się ze zdrajcami. Ja oczywiście chciałem zapytać naszego nowego znajomego o „Mieczyka”. Czy go przypadkiem gdzieś po wojnie nie spotkał. Przez lata, podobnie jak matka, chciałem wierzyć, że to był ojciec i że jednak nie zginął. No bo jeżeli Bóg ocalił i matkę i mnie…

Gdy po tygodniu zjawiliśmy się na cmentarzu – naszego znajomego nie było. Dla zabicia czasu zaczęliśmy porządkować mogiłę, ścierać brud z betonowej tablicy. Ale znajomy nie nadszedł. Postanowiliśmy przyjść za tydzień – z kilkoma butelkami piwa. To też nie pomogło. Nieznajomy nie nadszedł, piwo wylaliśmy na ziemię.

„Ballada o Jurku Biczanie”

O, mamo, otrzyj oczy,
Z uśmiechem do mnie mów –
Ta krew, co z piersi broczy,
Ta krew – to za nasz Lwów!
Ja biłem się tak samo
Jak starsi – mamo, chwal!
Tylko mi ciebie, mamo,
Tylko mi Polski żal!

Z prawdziwym karabinem
U pierwszych stałem czat…
O, nie płacz nad swym synem,
Że za Ojczyznę padł!
Z krwawą na kurtce plamą
Odchodzę dumny w dal…
Tylko mi ciebie, mamo,
Tylko mi Polski żal!

Mamo, czy jesteś ze mną?
Nie słyszę twoich słów…
W oczach mi trochę ciemno…
Obroniliśmy Lwów!
Zostaniesz biedna samą…
Baczność! Za Lwów! Cel! Pal!
Tylko mi ciebie, mamo,
Tylko mi Polski żal!

WYGNAŃCY
1.
Nie mogli zabrać nieba – jakże wysokiego – z nad wież Wilna
domów złocistych chlebem, błękitnych modlitwą
śpiewnego gwaru lwowskich ulic –

Tylko najodważniejsi
zabrali trumny bliskich wykopane nocą
albo chociaż garść ziemi w chustce
obraz ze ściany jakby z płatem skóry, wstążką krwi…

W drodze na zachód topniały ich tobołki, ciała
umierając też zmieniały się w tobołki
które nie należą do nikogo
do żadnej ziemi. Dni
mijały ich jak chmury
coraz bardziej szare i obce.

Gdy dotarli do kresu wędrówki
do ziemi polskiej niegdyś, lecz przecież nie ojczystej
nie poszli na spoczynek:

Na podmiejskim cmentarzu
długo w noc zagrzebywali swoje trumny

Kopczyki ziemi we mgle
majaczyły jak kopce graniczne…
Czuwali przy nich
czasem budząc się z krzykiem
czuwali
póki nie skończyła się noc.
2.
Dopiero gdy wyszło słońce
zaczęli urządzać nowe domy
Ten wprawił w ścianę obraz,
ów okno
w którym odbił się kiedyś i pozostał
widok na uliczkę dzieciństwa, kościół, twarze sąsiadów…

3.
Którejś nocy nagle
chrapliwy śmiech, jakby krzyki bogów
w niezrozumiałym języku

Wybiegli z domów: trumny
leżały jak łódki rozbite o ziemię wygnania
deszczułki, kości żeber – połamane kotwice
okrągłe czaszki boje gasnące na falach

4.
Więc znów: zabiorą nam cmentarz
jak tamte we Lwowie i Wilnie
wyrwą z tej ziemi – białe ziarna kości
kotwice żeber zbyt kruche…

Wygnańcom
okradzionym z przeszłości
z prawdziwych domów cmentarzy
ulic na których nasze ślady sprzed lat

Cóż nam zostanie?

5.
Uparci
przenosiliśmy trumny bliżej naszych domów, do ogródków
– to nie ziemia je wypluwała, to ludzie
mówiący podobnym językiem
wyrywali je jak nasiona obcych dla nich roślin.

Czuwaliśmy nocami patrząc
jak na kopczykach wyrastają kwiaty, zioła
krzyże zmieniają się w drzewa, puszczają nowe pędy.

6.
Z zaciętością
narastającą
jak słoje na sercach młodych drzew
broniliśmy domów, ogrodów
kopczyków na podwórkach

Broniliśmy przyszłości, która mogła
– ona jedna – stać się naszym domem

Nasze dziecinne ręce
rysowały węglem na murach
święte znaki: orła w koronie
i rycerskie ramię
odcięte
ale przecież trzymające miecz.
7.
Palce zmieniały się w noże
pięści w kamienie
Na dziecinnych ciałach
wyrastały
ręce dorosłych mężczyzn
– zbyt ciężkie
niezgrabne jak konary drzew
do których trzeba dorosnąć

Nasze dziecięce wojny
o podwórka i hałdy
o staw na placu Słowiańskim, Księdza Ogród
te wojny
uczyły nas nowej miłości:
do ziemi szorstkiej jak mowa
brzmiąca tutaj inaczej: z przydechem wieków, skurczem krtani
tłumiącym krzyk czy łzę. Dziecinny język
nabierał akcentów twardych, nie znanych naszym rodzicom
słowa stawały się szare, bardziej ciężkie

jak chmury które nie płyną:
stanęły i trwają nad tą ziemią.

8.
Nie Bogu
ziemi, z której nas stworzono
stajemy się podobni
Narasta w nas to kamienne
szarymi pokładami

Jak węgiel w którym odciśnięty
kwiat niegdyś żywy
czyjś profil

Nowe Państwo: Numer 10 (80) 2012

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Opowiadania, Wiersze, Wspomnienia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.