Adam Chmielowski, św. Brat Albert

Miał 18 lat, gdy rosyjski granat urwał mu nogę podczas brawurowej akcji bojowej w czasie Powstania Styczniowego. Z protezą nauczył się jeździć na łyżwach. Wybitny malarz, uczestnik wybryków artystycznej bohemy, po przemianie postanowił swoje życie poświęcić ludziom nazywanym społecznym marginesem. Jan Paweł II mówił, że to on wywarł decydujący wpływ na jego życie.

Wraz z namalowaniem obrazu „Ecce Homo” we wnętrzu Adama nastąpił przełom. 24 września 1880 r. wstąpił do zakonu ojców jezuitów w Starej Wsi. W liście pisanym z nowicjatu do Modrzejewskiej tak opisał swoją duchową przemianę:

Ecce Homo, 1881 rok.
Olej na płótnie, 146 x 96,5 cm.
Kaplica ss. Albertynek pod wezwaniem Ecce Homo, Kraków.

 

 

„Wstąpiłem do zakonu, za kilka dni dostanę suknię jezuicką, tę sławną czarną sukienkę, pod którą tylu świętych zwyciężało świat i siebie, a tylu bohaterów krwią się oblało za Boga i wiarę. […] Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi, nie mogłem już dłużej tego ciężkiego łańcucha nosić. Świat jak złodziej wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi, wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo. Dla tego wszystkiego wstępuję do zakonu; jeżeli duszę bym stracił, cóżby mi zostało?”

 

 

 

Piotr Lisiewicz

Najpiękniejszy człowiek tamtego pokolenia

„Zaglądał do mieszkania Bucharinów, gdzie miał się spotkać z Leninem. Obydwaj, on i Lenin, myśleli o przebudowie świata, ale każdy z nich pojmował ją inaczej” – pisał o Adamie Chmielowskim, późniejszym Bracie Albercie, jeden z jego biografów, ksiądz Konstanty Michalski.

Adam Chmielowski, przyszły św. Brat Albert

Na zakopiańskich Kalatówkach, przy drodze do schroniska, stoi do dziś jego pustelnia. A w środku, na wystawie, przeczytać można fragment książki Adolfa Nowaczyńskiego o tym, że na rekolekcjach u Brata Alberta bywali tacy, „których tam na dole w nizinach nikt nigdy na żadnej rekolekcji nie uwidział”. „I Brzozowski, i Żeromski, i wadzący się z Bogiem Kasprowicz, i nawet sam »smutny szatan« Przybyszewski” – wyliczał pisarz.
„Kto koło roku 1905 i później konspirował i marzył w Zakopanem o zbrojnym, polskim czynie, interesował się samotnikiem w ziemistym habicie na Kalatówkach, bo wiedziano, że bił się w Powstaniu Styczniowym” – notował ksiądz Michalski.

„Wrogowie narodowego bytu są prawdziwie straszni, bo są ukryci w tajnikach naszego ludzkiego serca” – pisał sam Brat Albert.
A kardynał Karol Wojtyła stwierdzał: „Postać Brata Alberta musi być stale przypominana, rozumiana od nowa”.

„W oparach dymu papierosowego i kolejnych lampek wina”

Najpiękniejszy człowiek tamtego pokoleniaJedną z głównych ulic Monachium szła grupa młodych mężczyzn o egzotycznym wyglądzie. Przyglądali się przejeżdżającym karetom. Wtem jeden z nich włożył nogę pod koło najszykowniejszego z nadjeżdżających powozów. Wóz aż podskoczył, a ranny padł na ziemię i wił się z bólu. Otoczyli go przerażeni koledzy.

Z karety wysiadł przestraszony gruby Niemiec, wraz z nie mniej zdenerwowanymi wytwornymi damami.Artyści z oburzeniem pokazali na rannego kolegę. Niemiec poprosił ich, by nie wytaczali mu sprawy o odszkodowanie. Zaproponował załagodzenie sprawy i wręczył im 20 marek na leczenie kolegi. Ci w końcu się zgodzili.

Gdy kareta odjechała, „ranny” szybko wstał. Po chwili wszyscy weszli ze śmiechem do najbliższej restauracji. „Noga” rannego nie mogła się uszkodzić ani nawet go zaboleć, bo była protezą. A całe przedstawienie odegrano po to, by zdobyć pieniądze na obiad, bo grupa była bez grosza.

Niemiec nie miał oczywiście pojęcia, że pieniądze wyłudził od niego przyszły… święty Kościoła katolickiego, a wówczas student z Polski Adam Chmielowski. Zaś jego głodni koledzy to przyszli wielcy polscy malarze: Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski, Stanisław Witkiewicz oraz Aleksander i Maksymilian Gierymscy. Znaleźli się w Niemczech, bo rosyjski zaborca zlikwidował ich szkołę w Warszawie.

Podobne kawały, w których specjalizował się Chmielowski, szokowały niemieckich mieszczan.

Stanisław Witkiewicz (przyszły ojciec Witkacego) tak o tym pisał: „Nasza niezgoda z cichym i sennym Monachium objawiała się w tym, cośmy nazywali »zatruć Niemcom spokój«. Przejść na przykład w białej, krakowskiej sukmanie środkiem najludniejszych ulic, wykonać szalonego kozaka na przestrzeni kilkudziesięciu metrów trotuaru lub w dzień biały paść na kolana przed pomnikiem Schillera i uderzywszy kilka razy czołem w bruk, odejść, zostawiając za sobą skołowaciały ze zdumienia tłum Niemców. Co się wtedy z nimi działo! Jak owce wobec strachu zbijali się w skupione stado, a gdy się zeszli i usadowili po knajpach, nie mogli długo odnaleźć właściwego smaku w piwie i wurstach, i całymi miesiącami mieli o czym gadać, co dzień na nowo dziwiąc się czynowi zdumiewających czcicieli Schillera”.

Michał Rożek, autor książki „Święty Brat Albert”, pisze o jego ówczesnym życiu: „A wszystko w oparach dymu papierosowego i kolejnych lampek wina czy halb piwa. Uwielbia Octoberfest. Kocha życie! Jest bywalcem salonów, artystycznych pracowni, na miejscowym lodowisku jeździ znakomicie na łyżwach, wzbudzając tym podziw samego króla bawarskiego, któremu doniesiono o kalectwie Adama”.

Car dekoruje polskiego kadeta

Urodził się 26 sierpnia 1845 r. w Igołomi pod Krakowem jako syn Wojciecha Chmielowskiego herbu Jastrzębiec i Józefy z domu Borzysławskiej. Jego ojciec był naczelnikiem Komory Celnej I klasy w Igołomi. W czasach rozbiorów komory celne odgrywały niemałą rolę w życiu Polaków. „Od dobrej woli urzędników celnych zależała możliwość kontaktów rodzinnych, religijnych, politycznych, a nawet ekonomicznych między Polakami oddzielonymi od siebie tragicznymi granicami. Toteż słusznie Polacy ubiegali się o stanowiska celników, dzięki czemu, na przekór władzom rosyjskim, austriackim i pruskim, istniała żywa, patriotyczna łączność między Polakami z trzech zaborów” – pisze o. Władysław Kluz, biograf Chmielowskiego. Natomiast matka Józefa „odznaczała się wielkim taktem, delikatnością i pogodnym usposobieniem. Miała zdolności do rysunków i haftu”.

Opuszczona plebania, 1888 rok.
Olej na płótnie, 71,5 x 56,8 cm.
Muzeum Narodowe, Warszawa.

W związku z pracą ojca często przeprowadzali się – najpierw do Słupcy przy granicy pruskiej, potem do Szczypiorna. W końcu wydzierżawili, a później kupili majątek Czernice w powiecie wieluńskim – piękny drewniany dworek otoczony wspaniałymi, starymi drzewami. W tym czasie przyszło na świat rodzeństwo Adama – bracia Stanisław i Marian, a w końcu siostra Jadwiga.

Niestety, ich plany pokrzyżowała choroba ojca, który zapadł na gruźlicę. Musieli sprzedać Czernice i przenieść się do Warszawy. W 1853 r. ojciec zmarł. Wdowa z czwórką dzieci znalazła się w trudnej sytuacji finansowej.

Gdy Adam skończył 12 lat, matka zaczęła szukać dla niego szkoły. Nie miała jednak pieniędzy. Tymczasem jego wujowi Janowi Kłodnickiemu udało się załatwić mu stypendium w Szkole Kadetów w Petersburgu. Ponieważ uczeń odznaczał się dużymi osiągnięciami, w czasie wizyty w szkole cara Aleksandra II został mu przedstawiony. „Imperator szczegółowo wypytywał o pochodzenie młodego kadeta, a potem na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech zadowolenia. Cieszył się car, że Polska traci w osobie Adama jeszcze jednego inteligentnego młodego człowieka na korzyść Rosji” – pisze o. Władysław Kluz.

Aby wpoić chłopcu przywiązanie do siebie, przyznał mu honorową odznakę wojskową – pagony na mundurze. Chłopiec dumny był z wyróżnienia, którego zazdrościli mu koledzy. Gdy jednak przyjechał na wakacje do Warszawy, pagony i fakt, że wtrąca on do polskiego słowa rosyjskie, przeraziły jego matkę. Zdecydowała ona, że Adam już do Petersburga nie wróci. „Ważniejsza była dla niej dusza dziecka i jego polskość niż przyszła kariera” – pisze o. Kluz.

Matka Adama zmarła w 1859 r. Przed samą śmiercią ofiarowała syna Matce Bożej i podarowała mu na pamiątkę tego Jej wizerunek. Jako 14-latek Adam został sierotą.

Uczył się w warszawskim gimnazjum, gdzie osiągał dobre wyniki. Nieźle szło mu też strzelanie z broni myśliwskiej. „Ulubioną rozrywką młodzieży męskiej w owym czasie było polowanie […] nauka posługiwania się strzelbą miała na celu nie tylko polowanie, ale i przygotowanie się do ewentualnego powstania przeciw zaborcy” – stwierdza o. Kluz.

Adam jako gimnazjalista uczestniczył w wielu manifestacjach patriotycznych, często rozpędzanych przez Rosjan. „Mały kadecik, radujący się łaską cara, przemienił się we wspaniałego młodzieńca, świadomego Polaka, gotowego własne życie poświęcić dla wolności Ojczyzny” – pisze jego biograf. Po gimnazjum rozpoczął w 1862 r. studia w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach, gdzie panowały równie patriotyczne nastroje.

Już nam Moskal nie ubliża

„Kijami zdobędziemy karabiny, karabinami działa, a działami Modlin i Warszawę” – to było hasło powstańców roku 1863. Faktycznie, ich uzbrojenie stanowiły na początku głównie kosy, siekiery, topory i drągi. Strzelb myśliwskich było około 600.

Opuszczona plebania, 1870 rok.
Olej na tekturze, 28,5 x 21 cm.
Bracia Albertyni, Kraków.

Powołany Rząd Narodowy skierował swój Manifest do młodzieży: „Po straszliwej hańbie niewoli, po niepojętych męczarniach ucisku, Centralny Narodowy Komitet, obecnie, jedyny legalny Rząd Twój Narodowy, wzywa cię na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które ci da i przez imię Boga na niebie przysięga. Bo wie, że Ty, który wczoraj byłeś pokutnikiem i mścicielem, jutro możesz być i będziesz bohaterem i olbrzymem. Tak, Ty wolność Twoją, niepodległość Twoją, zdobędziesz wielkością takiego męstwa, świętością takich ofiar, jakich lud żaden nie zapisał jeszcze na dziejowych kartach swoich”.

 

Studenci z Puław odpowiedzieli czynem na Manifest. Przygotowywali się na tę chwilę długo. Dowódcą oddziału puławiaków został 19-letni Leon Frankowski, a do jego oddziału wstąpił niespełna 18-letni Adam Chmielowski. Ich chrztem bojowym była potyczka z wojskiem rosyjskim pod Kozienicami. Ważnym sukcesem – zdobycie karetki pocztowej i zarekwirowanie na cele powstańcze 48 tys. rubli.

W Kazimierzu nad Wisłą powstał obóz, w którym studenci przechodzili przeszkolenie wojskowe. „Przydała się teraz Chmielowskiemu roczna musztra w Szkole Kadetów w Petersburgu. Teraz uczył kolegów posługiwać się bronią” – pisze Kluz. Przeciwko puławiakom Rosjanie wysłali dwie kompanie piechoty pod dowództwem pułkownika Miednikowa. Przewaga Rosjan była wielka, więc puławiacy prowadzili wojnę partyzancką, polegającą na odcinaniu linii transportu i niewielkich potyczkach.

Przed przeważającymi siłami wroga wycofywali się w kierunku Sandomierza, jednak w Słupczy dopędzili ich Kozacy. Podjęli walkę, która zakończyła się klęską. Wielu z nich zginęło lub trafiło do niewoli. Wśród nich Leon Frankowski, który został powieszony przez Rosjan.
Chmielowski ocalał i wraz z innymi dołączył do oddziałów Mariana Langiewicza w Nowej Słupi pod Świętym Krzyżem. Trafił pod komendę francuskiego oficera Franciszka Rochebrune, twórcy oddziałów żuawów śmierci, którzy składali przysięgę, że się nie poddadzą, lecz zwyciężą lub zginą. Jak głosiła ich pieśń:

Żuaw śmierci już się zbliża
Za Polskę chce walczyć
Już nam Moskal nie ubliża
Francuz go przestraszył
Bo na wzór wojsk Bonapartych
Żuaw z nami mierzy
Wśród tradycji nie zatartych
Na Polsce wolnej mu zależy.

Oddziały Langiewicza stoczyły szereg potyczek z Rosjanami. Według planów miały uderzyć na Warszawę. 17 marca pod Chrobrzem Rosjanie zaatakowali. Powstańcy postanowili wymknąć się z grożącego im kotła na drugi brzeg Wisły. Oddział kawalerii, w którym służył Chmielowski, osłaniał ten odwrót i miał na końcu spalić most. Udało się, w bitwie zginęło około 300 Rosjan.

Potem była bitwa pod Grochowiskami, gdzie Chmielowski pełnił funkcję łącznika między kawalerią a piechotą. Ostatecznie oddziały Langiewicza, walczące z przeważającymi siłami wroga, przedostały się na teren Galicji, gdzie zostały internowane przez Austriaków.

Piliśmy zdrowie Polski i Węgier

Niewola w Galicji ciężką nie była, a dla Adama Chmielowskiego stała się ona później źródłem licznych anegdot. „Naprzód zamknęli nas w Krakowie, w ujeżdżalni pod Kapucynami. Jakaś hrabina uwzięła się, żeby Franka Piotrowskiego koniecznie stamtąd uwolnić. Kazała mu wejść pod swą krynolinę; tak on na czworakach, ona sobie – wychodzili. Ale że Franek był wielki chłop, strażnik zobaczył buty z ostrogami i capnęli chłopa na powrót” – opowiadał przyjacielowi.

Czarnokozińce nad Zbruczem, 1886 rok. Olej na płótnie, 32,5 x 62 cm.

W drodze do więzienia napotkali węgierskich huzarów, entuzjastycznie nastawionych do Polaków, których namawiali do wstąpienia do ich oddziału. „My polscy żołnierze, za Polskę nam się bić i za nią zginąć” – odpowiedział im Chmielowski. Węgrzy zrozumieli. „Kazali za to przynieść dużo wina i sprowadzili cygańską kapelę. I tak my wtedy, huzarzy i nasza eskorta razem, urżnęliśmy się, żeśmy spali tam, gdzie kto spadł ze stołka. Piliśmy zdrowie Polski i Węgier” – wspominał przyszły święty. „Nazajutrz wytrzeźwiona eskorta zaprowadziła dziewiętnastu internowanych polskich powstańców do więzienia mieszczącego się w starej cegielni na »TabulovymVrchu« w pobliżu Ołomuńca” – pisze o. Kluz.

Chmielowski i Piotrowski zdecydowali się na ucieczkę. Mogli liczyć na „życzliwą nieuwagę” pilnującego ich żandarma. Uciekli w płaszczach i czapkach austriackich żołnierzy. Pomógł im też pewien czeski ksiądz, który ukrył ich na swojej plebani, zaopatrzył w żywność, cywilne ubranie i listy polecające.

Zabłąkany rosyjski granat

Udało im się przedostać do zaboru rosyjskiego i dołączyć do oddziału powstańczego Zygmunta Chmieleńskiego. Składał się on z czterech kompanii piechoty po około trzystu żołnierzy i dwóch plutonów kawalerii liczących około stu konnych.

Adam Chmielowski został mianowany podoficerem w drugim plutonie kawalerii. Szlak bojowy był pełen potyczek, podjazdów i zwiadów. Prowadził od Janowa przez Przyrów, Rudniki, Chlewską Wolę, Obiechów, Kąty, Przedbórz, Łachów, Rogienice, Lipno i Węgleszyn do Cierna, gdzie doszło do poważnej bitwy, w której zginęło wielu powstańców.

Zawale, 1883 rok. Olej na płótnie, 69 x 120,5 cm. Muzeum Narodowe, Kraków.3

0 września doszło do bitwy pod Mełchowem, w której Chmielowski stracił nogę. Wieś znajdowała się w rękach Rosjan, powstańcy rozłożyli się w lesie. Ksiądz Lewandowski pisał: „W czasie tej bitwy wódz, Zygmunt Chmieleński, stał na pagórku konno, badając przy pomocy lornetki przebieg walki. Poza nim był wąwóz, a dalej, 200 do 300 kroków, w krzakach w tyralierkę rozrzuceni byli strzelcy finlandzcy”.

W pewnym momencie pociski rosyjskiej kawalerii zaczęły padać w szeregi powstańczej kawalerii. Jej dowódca wysyłał do Chmieleńskiego kolejnych posłańców, którzy musieli pokonać odsłonięty wąwóz pod ogniem rosyjskich strzelców. Ale posłańcy nie wracali. W końcu wysłał Adama. Ten zdołał dotrzeć do dowódcy.

Jeszcze raz musiał pokonać odkrytą przestrzeń. „Wtem jak piorun z jasnego nieba pod konia Adama wpadł przypadkowo gdzieś zabłąkany granat rosyjski i pękając ze straszliwym łomotem, rozszarpuje konia, i potężny odłam granatu, z całą siłą uderzając w obcas buta Adama, wyrzuca zemdlonego ze siodła na ziemię” – pisze ksiądz Lewandowski.

Ranny trafił do wiejskiej chaty. Ale bitwa została wkrótce przegrana, a jego pozostawiono w chacie na łasce i niełasce wroga. Strzelcy finlandzcy poznali w nim człowieka, „którego kule się nie imały”. „Mieliście przy sobie jakąś maskotkę, a może broniły was jakieś czary” – zapytał go kapitan rosyjskich wojsk. „Mieliśmy szkaplerz Najświętszej Panny na piersiach” – odpowiedział.

Nogi nie udało się uratować, trzeba było ją amputować. Lekarz wojskowy operował ją w wojskowym ambulatorium. Jedynym znieczuleniem było podane rannemu… cygaro. Kiedy piłowano mu kość, stracił przytomność, a żarzące się cygaro połknął.

Cmentarz włoski, 1880 rok. Olej na płótnie, 79 x 143 cm. Muzeum Narodowe, Kraków.

Rany nie zwalniały z kar za bunt – powstańcom groziła szubienica lub w najlepszym wypadku wywózka na Syberię. Udało mu się uratować. Według jednej z wersji, wyniesiony został ze szpitala w trumnie – udawał nieboszczyka. Posługacz szpitalny, Białorusin, miał wywieźć go wozem do lasu, gdzie czekał kuzyn Adama.

Według innej, wstawić się mieli za nim francuscy oficerowie. Francuzi, którzy walczyli w polskim powstaniu, traktowani byli przez Rosjan jak jeńcy wojenni, a potem odsyłani do Francji. Trzecia wersja mówiła o tym, że udało się dotrzeć do jednego z rosyjskich generałów.
Trop francuski uprawdopodabnia fakt, że w maju 1864 r. Adam znalazł się w Paryżu, gdzie dzięki Komitetowi Francusko-Polskiemu udało się kupić mu gutaperkową protezę, najnowocześniejszą w tamtych czasach.

„W planach carskich ludzie zniewoleni stali się najważniejsi”

W 1865 r. władze ogłosiły częściową amnestię i Adam wrócił do Warszawy. Tu znalazł się pod obserwacją policji. Zdał maturę i rozpoczął studia w Klasie Rysunkowej w Szkole Sztuk Pięknych. Malarzem postanowił zostać już w czasie, gdy leżał ranny w szpitalu. Naszkicował wtedy „Ostatnie chwile powstańca”.

Studia nie trwały długo. „Władze rosyjskie, w obawie przed rozwijającą się polską inteligencją, zamknęły (już w roku 1866) Szkołę Sztuk Pięknych w Warszawie. Klasę rysunku oddano pod ścisły nadzór władz rządowych, aby kształcić rzemieślników, nie artystów. W planach carskich ludzie zniewoleni stali się najważniejsi. Kreowano mentalność niewolniczą” – pisze o. Kluz.

Studenci musieli szukać uczelni poza granicami swojego kraju. Jak pisze Rożek, Chmielowski najpierw wyjechał do Gandawy, potem na krótko zatrzymał się w Paryżu, a po otrzymaniu stypendium zaczął kształcić się w zakresie malarstwa w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Tam zastał warszawskich przyjaciół: Maksymiliana i Aleksandra Gierymskich, Józefa Brandta, Józefa Chełmońskiego, Juliusza Kossaka, Ludomira Benedyktowicza, Stanisława Witkiewicza, Jana Rosena, Alfreda Wierusz-Kowalskiego i Leona Wyczółkowskiego.

Wiele malował. Obrazy wysyłał na wystawy do Polski. Z tego jego okresu życia pochodzą pierwsze obrazy o tematyce religijnej – „Wizja św. Małgorzaty” oraz najsłynniejszy religijny obraz „Ecce Homo”, który obecnie znajduje się w Krakowie w kaplicy ss. Albertynek. Dorobek Adama Chmielowskiego to 61 obrazów olejnych, 22 akwarele i 15 rysunków. Do najbardziej znanych prac należą m.in. „Po pojedynku”, „Dama z listem”, „Powstaniec na koniu”, „Dziewczynka z pieskiem”, „Cmentarz”, „Zachód słońca” i „Amazonka”. „Piękna róża kwieciarki, dobrze noszona suknia, mogą mieć większe znaczenie w sztuce niż obraz lub rzeźba: gustowny klomb w ogrodzie więcej wart często niż duże gmachy z kamienia. Ani podobna zliczyć form, w których sztuka się objawia, tak ich wiele i tak rozmaite, że każdy, kto człowiek, jest w pewnym sposobie artystą” – pisał Chmielowski.

O swoim stosunku do sztuki wypowie słowa, które dziś wydają się wyjątkowo aktualne: „Droga do prawdy, to jedyny bezpośredni cel sztuki. Jako antytezę sztuki prawdziwej, wyrażającej się przez styl czyli indywidualność duszy, można postawić sztukę fałszywą, udaną, wyrażoną przez manierę, sposób, sztukę nauczoną. Bywało tak i bywa, że sztuka epok całych lub indywiduów schodzi z tronu, żeby służyć nie tylko myślom i rzeczom światowym, ale namiętnościom. Poniżająca to służba i złe usługi; upadły anioł ciągnie społeczeństwa do upadku – dosyć na dowód porównać historię ogólną z historią sztuki”.

Po powrocie z Monachium do Warszawy artyści wynajęli pracownie w Hotelu Europejskim.

Zaprzyjaźnił się jeszcze bardziej z Chełmońskim, Witkiewiczem oraz słynną aktorką Heleną Modrzejewską. „Nasza kolonia w Hotelu Europejskim stała się miejscem błogosławionym. Niczym niezmącona harmonia, wesołość szczera i przyjaźń pewna. Największą rozkoszą dla każdego z nas było wiedzieć, że drugi robi rzecz dobrą, dobry obraz” – wspominał Antoni Piotrowski. Salon Heleny Modrzejewskiej i jej męża Karola Chłapowskiego przyciągał wówczas jak magnes. Wśród jego gości obok malarzy bywał Henryk Sienkiewicz.
Plotka mówiła, że Chmielowski zakochał się w Modrzejewskiej, uznawanej za jedną z najpiękniejszych kobiet tamtych czasów. Zdaniem biografów, była ona zmyślona.

„Talenta są to w ręku szalonych latarnie”

Do kierunku, w którym zmierza świat, miał coraz więcej zastrzeżeń. Pisał: „Co do mnie, to sobie wcale w dzisiejszym świecie i mądrości nowoczesnej nie podobam. Dlatego chcę czytać i studiować greckich poetów i filozofów; […] gdyby można, to bym chciał i pewne archeologiczne studia zrobić, ażeby nie popełniać fałszu i tym lepiej obznajomić się z Greków życiem. Czytałem niedawno idyllę Teokryta. Jaki to zaczarowany świat. Nie wiem, czy słusznie, ale przepadam za tym”.

Wraz z namalowaniem obrazu „Ecce Homo” we wnętrzu Adama nastąpił przełom. 24 września 1880 r. wstąpił do zakonu ojców jezuitów w Starej Wsi. W liście pisanym z nowicjatu do Modrzejewskiej tak opisał swoją duchową przemianę: „Wstąpiłem do zakonu, za kilka dni dostanę suknię jezuicką, tę sławną czarną sukienkę, pod którą tylu świętych zwyciężało świat i siebie, a tylu bohaterów krwią się oblało za Boga i wiarę. […] Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi, nie mogłem już dłużej tego ciężkiego łańcucha nosić. Świat jak złodziej wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi, wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo. Dla tego wszystkiego wstępuję do zakonu; jeżeli duszę bym stracił, cóżby mi zostało?”

Ale nie czekała go typowa droga zakonnika. „Słowacki […] mówi, że »talenta są to w ręku szalonych latarnie, ze światłem idą topić się do rzeki«. Choć nie wiem czy talent mam czy tylko talencik, to wiem jednak z pewnością, że jestem w drodze do powrotu znad samego brzegu tej smutnej rzeki, a wieluż ich pochłonęła, tych nieszczęśliwych topielców, i wieluż wciąż pochłania!” – tak pisał po swoim pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Trafił tam po rekolekcjach  1881 r. „Adam wpadł w niewytłumaczalny trans psychiczny. 5 kwietnia usunięto go z nowicjatu, co wyraźnie zaznaczono w aktach: dimissus obmorbum praecipue ob perturbatam rationem – usunięty z powodu choroby, zwłaszcza zaburzeń umysłowych” – pisze Rożek.

17 kwietnia Chmielowski znalazł się w szpitalu w Kulparkowie, koło Lwowa. Tutaj hospitalizowano go do stycznia 1882 r. Diagnoza lekarska lakonicznie stwierdzała u chorego: „Hipochondrię, melancholię, obłęd religijny, lęk, przeczulicę psychiczną, dysparsja neurologica. Choroba wystąpiła zrazu z licznymi wyrzutami sumienia, potępieniem, niegodnością należenia do jezuitów. Chory nie ma poczucia choroby psychicznej […], małomówny, smutnego usposobienia”.

Jak pisze Rożek, z zakładu w Kulparkowie Adama zabrał brat Stanisław, który wówczas dzierżawił majątek w Kudryńcach, nad Zbruczem. Zachowały się relacje z pobytu Chmielowskiego w Kudryńcach. Jego krewny Witold Chmielowski wspominał: „Pamiętam – na rogu domu zawsześmy widzieli pana już szpakowatego, w niezmiernie szarym płaszczu, podpierając się pod ramieniem grubą laską i mającego na kolanach rozłożoną księgę, którą czytał nie odrywając oczu. Uderzało nas to, że nie reagował nigdy na żaden ruch przed domem, jakby nie widział, co się dzieje dokoła niego. […] Przyjechał z Paryża chory na melancholię”.

Po latach Brat Albert zwierzy się ks. Lewandowskiemu: „Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów, ale przechodziłem okropne męki i katusze, i skrupuły najstraszliwsze”. Stan trwał do sierpnia 1882 r. „Z apatii wybawił go ks. Leopold Pogorzelski, który przekonał chorego, iż miłosierdzie Boże jest nieograniczone, wreszcie dzięki sakramentowi pokuty, odnalazł wewnętrzną równowagę. To spowiedź miała dla Adama znaczenie terapeutyczne. Może też rozwiązania tego nagłego przemienienia należy szukać w pismach św. Jana od Krzyża, jedynego w swoim rodzaju teoretyka »ciemnej nocy« duszy ludzkiej. To właśnie przez ową »ciemną noc« dochodzi się w rezultacie do »żywego płomienia miłości Bożej«” – pisze Rożek.

Ateny, Rzym i ogrzewalnia

W 1884 r. Adam Chmielowski wrócił do Krakowa. „Ten blisko czterdziestoletni mężczyzna wzbudzał powszechne zainteresowania z racji dotychczasowego swego żywota. Jako powstaniec przeszedł już dawno do legendy” – stwierdza biograf.

„Zjawił się Adam Chmielowski w Krakowie w chwili, kiedy tam dla jednych istniały polskie Ateny, dla innych istniał polski Rzym, a dla innych siedlisko polskiej nędzy. Chmielowski zaglądał do każdego z tych światów, by wreszcie z jednym z nich, z polską nędzą, zamknąć się w miejskiej ogrzewalni” – pisze ksiądz Michalski.

Sztuka już nie wystarczała. „Przeżył w życiu wiele upokorzeń, również zawód miłosny, o którym, nawet najbliższym przyjaciołom, nigdy nie wspomina. Nie było mu obce uczucie głębokie do kobiety, panny Lucyny Siemieńskiej, ukochanej córki Lucjana Siemieńskiego, z którym Adama łączyło przede wszystkim wspólne rozumienie istoty sztuki. Niestety, ojciec odmówił mu jej ręki. Kto wie, czy ta odmowa nie wpłynęła na duchowość Adama. Może wtedy zobaczył, że piękne słowa i deklaracje nie mają żadnej wartości, zwłaszcza w sferach ziemiańskich i bogatego krakowskiego mieszczaństwa. […] Pomimo szlacheckiego herbu, niezwykłego talentu i męstwa, którym się wykazał w powstaniu styczniowym, nie był godny ręki panny Lucyny” –wyjaśnia Rożek.

Syn znajomego Chmielowskiego Stanisława Estreichera, prof. Karol Estreicher, pozostawił taką relację o bezpośredniej genezie ostatecznego powołania Adama Chmielowskiego: „Miał kiedyś wyjść z balu Pod Baranami zmęczony przyjęciem i świetnym życiem, które wiódł. W noc karnawałową, gdy księżyc oświecał zaśnieżone miasto, szukał motywów malarskich. Wśród szkarp Biblioteki Jagiellońskiej obok kapliczki świętego Jana, spotkał Antośkę opłakującą swój grzech. Wtedy to, pocieszając ją, miał pójść za nią i zstąpić w inny świat.

Nie wiedział o nim. […] ujrzał zbiorowisko ludzkie, którego się nie domyślał. Po zasypaniu Wiśliska zostały w najuboższej dzielnicy na Stradomiu stare kanały, których nie zburzono. Przestano ich używać, aby Wisła popłynęła głównym korytem, a sklepione korytarze zdano na własny los. Było tam pustowisko zupełne, a tylko na nową groblę przez lata zwożono śmieci. […] Śmietnisko na grobli przyciągało nędzę krakowską, a wyloty kanałów zastąpiły im dom. Kogo szpital św. Ducha wypuścił, który z więzienia wyszedł lub kto bał się sprawiedliwości z zasady szukał schronu. Była tam Rzeczypospolita żebraków i nędzarzy, dziadów, śmieciarzy i włóczęgów, rządzona wedle ustaw własnych, tym silniejszych, że umownych. […] Tam, gdzie tylko śmierć wybawicielka zaglądała, zawlokła przyszłego dobroczyńcę Krakowa Antośka. Tam ujrzał ludzi pozbawionych człowieczeństwa, łachmany ciał budzące odrazę. Tam poczuł powołanie”.

„Człowiek to nie zwierzę, wbrew wszystkim naukowym badaniom”

„Natrafia w skromnej biblioteczce wiejskiego proboszcza na egzemplarz małej książeczki pod tytułem »Reguła św. Franciszka«” – pisał o nim Adolf Nowaczyński. 25 sierpnia 1887 r. w kościele Kapucynów w Krakowie Chmielowski przywdział szary habit III Zakonu św. Franciszka i przybrał imię Albert. Śluby zakonne złożył rok później. Dał początek założonemu przez siebie Zgromadzeniu Braci Albertynów. W 1891 r. założył Zgromadzenie Sióstr Albertynek.

W liście z tego samego roku do Józefa Chełmońskiego tak pisał o tym, dlaczego z przedstawiciela artystycznej bohemy stał się zakonnikiem: „Kościół katolicki to nie budynek z lichymi najczęściej obrazami, w którym się często modlą fałszywe dewotki i wielu do niego zapisanych katolików fałszywych, gdzie znaleźć też można złych i głupich księży — ale Kościół to jest sukcesja nieprzerwana świętych: ludzi, czynów i zasad, która łączy w jedną całość mnóstwo ludzi, którzy żyli na świecie od dawna i żyją, niektórzy są w niebie i w czyśćcu, inni na ziemi, a wszyscy są złączeni w jednym duchu, wspomagają się wzajemnie i ze sobą komunikują”.

„Swoje mieszkanie podzielił kotarą na dwie części. Z jednej stworzył tak bardzo mu potrzebną pracownię malarską i własny kąt do spania. Druga stała się przytułkiem dla wszelkiej maści biedoty wałęsającej się po ulicach Krakowa” – opisywał Rożek.

„Człowiek to nie zwierzę, wbrew wszystkim naukowym badaniom, razem z Darwinem i doktorami” – mówił Brat Albert. O potrzebie tworzenia takich przytulisk powie: „Człowiek, który dla jakichkolwiek powodów jest bez odzieży, bez dachu i kawałka chleba, może już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia; w tym bowiem nędznym stanie najczęściej do pracy nie jest zdolny, ani mu też łatwo pracy znaleźć przychodzi. Jeżeli więc nie ma w mieście dla poratowania takich odpowiedniego zakładu, zostaje tylko zastosowanie względem nich działania policji, sądów, więzień lub szpitala. Takie zaś zastosowania są na tyle fałszywe, na ile w skutkach ujemne”.

„Rzucił pędzle, by się zamknąć w ogrzewalni z tymi, przed którymi już wszystkie drzwi się pozamykały” – pisał ksiądz Michalski. Urządzał wigilie dla biedoty. Introligator Łukasz Kruczkowski tak opisywał jedną z nich: „Z okien pracowni widywałem często wchodzącego i wychodzącego z gmachu Akademii Sztuk Pięknych poważnego pana w pelerynie. […] niemało mnie zainteresowało i mych kolegów, że gdy nadszedł wieczór wigilijny […] w oknach starej szkoły na parterze ukazało się migotliwe, żółte światło. Podszedłem z kolegami do okna i zajrzałem do wnętrza; oczom naszym przedstawiła się sala pozbawiona całkowicie podłogi i sprzętów. Na gołej ziemi, w kształcie wianka siedziało 8 do 12 starców o wyglądzie żebraków, wśród nich nasz Pan w pelerynie. Środek wianka zasłany gazetami, płonie kilka mizernych świec, a na gazetach, bez żadnych naczyń, leży pożywienie przyniesione przez Pana w pelerynie. Zabierają się w namaszczeniu do swojej wieczerzy wigilijnej”.

W stronę Ewangelii, a nie Lenina i Bucharina

Habit miał szary i sztywny,
przetyczką drewnianą spięty –
w spojrzeniu jasność dziecięcą,
dobroć i ciszę – jak święty.

Na wóz się wdrapał z trudnością,
bo jedną miał nogę drewnianą
i ruszył sobie na Kraków
w jesienne, jasne rano.

„Dla biednych zbieram, dla biednych,
dla najbiedniejszych w mieście.
W przytułku mam chorych i głodnych,
więc datki, najmniejsze choć, nieście”.

– pisała o nim w wierszu „Brat Albert” wybitna poetka Beata Obertyńska.

Co myślano o zwariowanym mężczyźnie w pelerynie? „Dziwiono się tej postaci, ale też rozumiano, że idzie z niej coś takiego, jak permanentna rewolucja. Duszę swoją dawał Brat Albert za tych, za których w Krakowie już nikt jej dać nie chciał” – oceniał ksiądz Konstanty Michalski.

„Powinno się być dobrym jak chleb, powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny” – pisał Brat Albert. Jego radykalizm pociągnął go w kierunku Ewangelii, a nie w stronę Bucharina i Lenina, których miał widywać w Zakopanem. „Do rewolucji socjalnych nie mam nabożeństwa. A już francuska wydaje mi się jako ohydny krwawy skandal, rządy gburów; zresztą mordowali kobiety, dzieci i porządnych ludzi, więc za taką cenę kupiona owa niby wolność, obrzydzenie mi robi. Mogę sobie być zacofanym, wiele kto chce, to jednak nie czuję się niczym zobowiązany myśleć i mówić inaczej” – pisał. I dodawał: „Wolność wydaje mi się rzeczą niemożebną na świecie, a równości bym nie chciał za żadne pieniądze, chyba by wszyscy równo głupi się stali, co nie zabawną byłoby rzeczą”.

Swój radykalizm pokazywał czynem – mieszkając z bezdomnymi i żyjąc tak jak oni. „Kładziono się do spoczynku na podłodze, biorąc jeden koc pod siebie a drugi na siebie z poduszką z sieczki nad głową. Tak spali wszyscy i nie narzekali, bo tak spał także ich założyciel, Brat Albert” – opisuje ksiądz Michalski.

Od Lenina i Bucharina różniło go to, że mógł wykazać swą skuteczność liczbami. Krakowskie statystyki policyjne z roku 1889 pokazywały, że w porównaniu z latami poprzednimi dzięki Bratu Albertowi zmniejszyła się liczba spraw, którymi musiała zajmować się policja: za pijaństwo z 1780 do 1448, za włóczęgostwo z 2039 do 1370, spraw oddanych przez policję sądom z 5728 do 4841.

Działalność Brata Alberta oprócz Krakowa objęła też Lwów, Sokal, Tarnów, Stanisławów, Przemyśl, Zakopane i Jarosław. W sumie stworzył 20 placówek walki z nędzą. Prócz przytulisk  zakładał też domy dla bezdomnych dzieci i młodzieży, zakłady dla niepełnosprawnych, starców i nieuleczalnie chorych. Otaczał też opieką szpitale wojskowe w czasie I wojny światowej.

Jan Paweł II: „Rzucił sztukę, żeby stać się sługą biedaków

Ostatnie lata życia spędził w Zakopanem. Chorował na raka żołądka, łączono to z połkniętym w czasie operacji w młodości cygarem. 23 grudnia 1916 r. przyjął sakrament chorych, a 25 grudnia 1916 r. zmarł. Miał wtedy 71 lat.

Przekonanie, że umarł człowiek święty, było powszechne. 15 września 1932 r. przeprowadzona została ekshumacja jego szczątków i ponowne złożenie ich w metalowej trumnie. W 1946 r. kardynał Adam Sapieha rozpoczął proces informacyjny trwający do 1950 r. W trakcie procesu 31 maja 1949 r. ponownie ekshumowano szczątki Brata Alberta i złożono je w kościele oo. Karmelitów Bosych.

W latach 40. ksiądz Karol Wojtyła napisał sztukę mu poświęconą, zatytułowaną „Brat naszego Boga”. Jan Paweł mówił i pisał o nim wiele razy, także podczas kolejnych pielgrzymek do Polski. „Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, od literatury i od teatru, znalazłem w nim szczególnie duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania” – stwierdzał papież.

Kiedy indziej wyjaśniał: „Widziałem w nim model, który mi odpowiadał: rzucił sztukę, żeby stać się sługą biedaków – »opuchlaków«, jak ich nazywano. Jego dzieje bardzo mi pomogły zostawić sztukę i teatr i wstąpić do seminarium duchownego”.

15 września 1967 r. kardynał Karol Wojtyła rozpoczął proces apostolski, a w styczniu 1977 r. papież Paweł VI wydał dekret o heroiczności cnót przyszłego świętego.

22 czerwca 1983 r., podczas Mszy św. na krakowskich Błoniach papież Jan Paweł II ogłosił Brata Alberta Chmielowskiego błogosławionym, a 12 listopada 1989 r., podczas kanonizacji w Rzymie – świętym.

„Święci mają to do siebie, że wyrażają swoje czasy, a także to, że swoje czasy wyprzedzają. Kiedy patrzymy na postać Brata Alberta, nie możemy się oprzeć przeświadczeniu, że on swoje czasy wyrażał i zarazem wyprzedzał”ó – stwierdzał papież. Miał silne przekonanie, że osoba Brata Alberta odegra jeszcze dużą rolę w historii polskiego narodu. „Postać Brata Alberta musi być stale przypominana, rozumiana od nowa, stale zgłębiana, nosi w sobie bowiem takie bogactwo, któremu trzeba ciągle stwarzać nowe warunki promieniowania” – mówił błogosławiony Jan Paweł II.

Nowe Państwo: Numer 10 (80) 2012

http://www.panstwo.net/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czasy zaborów, Eseje, Historia i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Adam Chmielowski, św. Brat Albert

  1. emka pisze:

    Święty powstaniec

    Gdy 22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie Styczniowe, osiemnastoletni Adam Chmielowski, przyszły św. Brat Albert, był uczniem Instytutu Rolniczo-Leśnego w Puławach. Od razu razem z kolegami stworzyli oddział Puławiaków dowodzony przez o rok starszego Leona Frankowskiego i poszli walczyć. […]
    – pisze Joanna Wieliczka-Szarkowa
    CAŁY TEKST:
    http://m.naszdziennik.pl/artykul/174853

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.