Już nie zaśpiewa na Krakowskim Przedmieściu

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy/ Przed mocą Twoją się ukorzę./ Ale chroń mnie Panie od pogardy/ Od nienawiści strzeż mnie Boże./ Wszak Tyś jest niezmierzone dobro/ Którego nie wyrażą słowa./ Więc mnie od nienawiści obroń/ I od pogardy mnie zachowaj./ Co postanowisz, niech się ziści./ Niechaj się wola Twoja stanie,/ Ale zbaw mnie od nienawiści/ …

 >Koncert – I Rocznica smoleńska w Warszawie

 

NA STRONACH:
strona [2] Wywiad o Herbercie  z 2003 roku opublikowany dopiero po śmierci
strona [3] Wspomnienia przyjaciół i wywiad z Ewą Błaszczyk „Bard z krystalicznej przestrzeni”

 

Spoczął w rocznicę urodzin Herberta 

O Herbercie mówił „król poetów, człowiek uroczy, obdarzony wspaniałym poczuciem humoru, człowiek pryncypialny”. Dużo rozmawiali, żałował, że nie robił notatek z ich spotkań.

Stan wojenny był momentem próby, weryfikacji ludzkiej natury. W takich okolicznościach okazuje się, kto naprawdę ma honor i odwagę, a kto moralnie i duchowo nie potrafi udźwignąć ciężaru chwili. Oni potrafili. Poprzez swoją twórczość nieśli otuchę rodzinom internowanych. Dawali nadzieję tym, którym podcięto skrzydła – Przemysław Gintrowski i Zbigniew Herbert. Bard niepokorny i poeta niezłomny. Poznali się w 1982 r. Gintrowski już na samym początku stanu wojennego zaczął grać koncerty niepodległościowe z tekstami Herberta w prywatnych mieszkaniach, kościołach i salach parafialnych.

Herbert był jego tekściarzem

[…] – Poznaliśmy się w stanie wojennym. Zrobiłem program „Pamiątki”, gdzie śpiewałem kilka wierszy poety. Pomyślałem, że warto, aby autor tekstu wiedział, co wyrabiam z jego twórczością. Telefony wtedy nie działały, był rok 1982. Herbert mieszkał w Warszawie przy ulicy Promenady na Mokotowie i któregoś pięknego dnia zastukałem do jego drzwi. Przedstawiłem się, wszedłem do środka, a potem od czasu do czasu spotykaliśmy się. On wtedy mówił, a ja słuchałem.

Na początku moje piosenki nie specjalnie przypadły mu do gustu. Herbert uważał, że jego wiersze są skończone i nie potrzebują dodatkowej muzycznej oprawy i interpretacji. Potem się do nich jednak przekonał. Opowiadano mi, że kiedyś podczas spotkania ze studentami na Uniwersytecie w Poznaniu powiedział słuchaczom, że jego wiersze i moją osobę łączą te same emocje.[…] – mówił w wywiadzie z 2003 roku opublikowanym dopiero po śmierci.

>Cały wywiad

Epitafia dla Przemka Gintrowskiego

Zbigniew Herbert urodził się 29 października 1924 roku.

29 października 2012 roku w Wilanowie odbył się pogrzeb śp. Przemysława Gintrowskiego. Po mszy św. w kościele pw. św. Anny nastąpiło odprowadzenie urny do grobu na miejscowym cmentarzu. >ZDJĘCIA

Żegnając artystę Ernest Bryll powiedział: „To jeden z największych pieśniarzy. Nie byłem jego poetą, choć zrobił parę melodii do moich wierszy. Ja go pamiętam po prostu jako człowieka, przychodził do mnie do domu, rozmawialiśmy. Był bardzo zasadniczy, powiedziałbym, że przez to aż ciężki dla siebie samego. Ciągle czegoś od siebie żądał, wymagał.”

Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

W ostatnich latach okazał się jednym z niewielu pryncypialnych twórców. Potrafił  nie tylko odważnie mówić i pisać o tym, że nie podoba mu się rzeczywistość III RP. Mimo postępującej choroby angażował się w przedsięwzięcia wydające się być władzy nie na rękę. Rok temu ostro krytykował zachowanie lewackich bojówek 11 listopada, zasiadł w komitecie honorowym marszu czczącego ofiary „wojny jaruzelskiej”, a 1 marca 2012 roku wystąpił dla Żołnierzy Wyklętych.

Otrzymanego od prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w 2006 roku Krzyża Kawalerskiego Orderu Polonia Restituta bylejakością i relatywizmem, których powszechność w życiu publicznym krytykował, nie zabrudził.

Po złożeniu urny z prochami artysty do grobu, zebrani na cmentarzu zaśpiewali pieśń: Modlitwa o wschodzie słońca

 

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy
Od nienawiści strzeż mnie Boże.

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa.
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj.

Co postanowisz, niech się ziści.
Niechaj się wola Twoja stanie,
Ale zbaw mnie od nienawiści
Ocal mnie od pogardy, Panie.

 

„Jestem w raju/ Jestem w raju/ Żaden tłum nie dotarł nigdy na mój szczyt/ Jestem w raju/ Jestem w raju/ Gdzie spokojny słyszę krwi i myśli rytm…”

Ścichł wrzask szczęk i śpiew
Z ust wypluwam lepki piach
Przez bezludny step
Wieje zimny wiatr
Tu i ówdzie strzęp
Lub stopy ślad
Przysypany

Dokąd teraz pójdę kiedy nie istnieją już narody
Zapomniany przez anioły porzucony w środku drogi
Nie ma w kogo wierzyć nie ma kochać nienawidzić kogo
I nie dbają o mnie światy martwy zmierzch nad moją drogą
Gdzie mój ongiś raj
Chcę wrócić tam
Jak najprościej

– Szukasz raju!
Szukasz raju!
Na rozstajach wypatrując śladu gór?!
Szukasz raju!
Szukasz raju!
Opasuje ziemię tropów twoich sznur…

Sam też mogę żyć
Żyć dopiero mogę sam
Niepokorna myśl
Zyska wolny kształt
Tu i ówdzie błysk
Lub słowa ślad
Odkrywany

Wszystkie drogi teraz moje kiedy wiem jak dojść do zgody
Żadna burza cisza susza nie zakłóci mojej drogi
Nie horyzont coraz nowy nowa wciąż fatamorgana
Ale obraz świata sponad szczytu duszy oglądany
Tam dziś wspiąłem się
Znalazłem raj
Raj bez granic

– Jesteś w raju
Jesteś w raju
Żaden tłum nie dotarł nigdy na twój szczyt
Jesteś w raju
Jesteś w raju
Gdzie spokojny słyszysz krwi i myśli rytm…

– Jestem w raju
Jestem w raju
Żaden tłum nie dotarł nigdy na mój szczyt
Jestem w raju
Jestem w raju
Gdzie spokojny słyszę krwi i myśli rytm…

Nagranie z koncertu z 1981 roku, który był  jednym z ostatnich koncertów osiemdziesiątych lat, gdy razem występowali. Tekst Jacek Kaczmarski.

 

Michał Lorenc, muzyk, kompozytor:

Kochany Przemku. Jesteś już w wytęsknionej Ojczyźnie, a dla mnie na pociechę te słowa:

List św. Pawła do Filipian (3, 17–21): „Bądźcie, bracia, wszyscy razem moimi naśladowcami i wpatrujcie się w tych, którzy tak postępują, jak tego wzór macie w nas. Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego, o których często wam mówiłem, a teraz mówię z płaczem. Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała – w tym, czego winni się wstydzić. To ci, których dążenia są przyziemne. Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować„.

…Będę wszędzie, wszędzie będę
Nawet, gdy mnie już nie będzie…

Tylko kołysanka

Tylko śpij i aż śpij
A mnie prowadź tam
Tam gdzie jesteś
Chcę być tam gdzie ty
W niebie, czemu nie
W piekle aż na dnie
Będę wszędzie, wszędzie będę
Czy to ważne gdzie to będzie
Więc przytul się i śpij
Tylko czas nie chodzi spać
Bo ma czas, jest twardy
O tak jak głaz
Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja twój cień
Będę wszędzie, wszędzie będę
Nawet, gdy mnie już nie będzie
Tylko śpij i aż śpij
Wniebowzięty chór
Wszystkich świętych
Patrzy na nas w dół
A to tylko ty
A to tylko ja
Ty maleństwo niepojęte
Boże życie bywa piękne
Już przytul się i śpij
Czekolady pełna noc
Gwiazdy jak cukierki
Ech czas je zdjąć
Jutro obudź dzień
Jutro ja twój cień
Będę wszędzie, wszędzie będę
Nawet, gdy mnie już…

 

Wojciech Wencel

Epitafium dla Wernyhory

Śmierć Przemysława Gintrowskiego nie okazała się wstrząsem dla kultury III RP. Większość portali internetowych poinformowała, że odszedł długoletni współpracownik Jacka Kaczmarskiego i autor muzyki do serialu „Zmiennicy”. Tak jakby chodziło o muzycznego wyrobnika, którego bez popularnych protez byłoby trudno zidentyfikować. Najwyraźniej młodym redaktorom nikt nie powiedział, kim był brodaty bard dla pokolenia dojrzewającego w stanie wojennym. A był nie tylko oryginalnym artystą, ale i postacią wręcz symboliczną. Jeśli Kaczmarski miał w sobie coś ze Stańczyka, to Gintrowski z powodzeniem wcielał się w Wernyhorę z „Wesela” Wyspiańskiego. Obdarzony charyzmatycznym głosem, kojarzył się z „Panem-Dziadem z lirą”, który przybywa z głębi dziejów, niosąc Polakom przesłanie walki i wolności.

Przynajmniej tak odbieraliśmy go jako licealiści w ostatnich latach PRL. Każda nasza gitarowa prywatka zaczynała się od ballad Stachury i bieszczadzkich smętów, później były „Mury” i „Sen Katarzyny II”, ale prawdziwą energię niosły utwory Gintrowskiego do słów Jerzego Czecha: „Karol Levittoux” i „Margrabia Wielopolski”. Po pierwsze skuteczniej niż okrojone lekcje historii budowały w wyobraźni mit polskości, a po drugie, inspirowały do działania. Gdy je śpiewaliśmy, atmosfera gęstniała jak podczas koncertu Mochnackiego w genialnym wierszu Jana Lechonia. „Uciekać! Krew pachnie w tej sali!!!” – wzdychały co wrażliwsze koleżanki.

Podobny wpływ miały na nas pieśni wprost odnoszące się do współczesności: „Gdy tak siedzimy” czy „ZOMO – spokój– bies”. Nasze konspiracyjne doświadczenia z racji szczenięcego wieku były raczej skromne, ale świadomość niepodległościowa, uzyskana dzięki poezji śpiewanej, wydawała się drogowskazem na całe życie. Inna sprawa, że nie wszyscy zrobili z niej użytek. Często zastanawiam się, gdzie są dziś ówcześni właściciele gitar, którzy zachrypniętym głosem starali się dorównać Gintrowskiemu. I dlaczego autorzy tekstów: Leszek Szaruga i Tomasz Jastrun, tak łatwo zgubili się w III RP.

Gintrowski wytrwał na prostej drodze. Gdy „Gazeta Wyborcza” ogłosiła, że „Pan Cogito ma kłopot z demokracją”, pozostał wierny swojemu mistrzowi. Kilka spośród jego utworów do wierszy Zbigniewa Herberta to interpretacyjne arcydzieła: „Guziki”, „Prośba”, „Odpowiedź”, „Do Marka Aurelego”… Także jego wybory polityczne nie miały nic wspólnego z koniunkturalizmem. W maju 2010 r. podpisał wystosowany przez środowisko herbertowskie apel o poparcie Jarosława Kaczyńskiego na urząd prezydenta RP. Jego komentarze regularnie pojawiały się na łamach „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej”. Po tragedii smoleńskiej zdecydowanie upominał się o prawdę. A jednocześnie w każdym niemal wywiadzie podkreślał destrukcyjne dla wspólnoty skutki komercjalizacji kultury. Nie robił tego z żalu za utraconą popularnością. Miał raczej głęboką świadomość roli, jaką kultura protekcjonalnie zwana dziś „wysoką” odgrywa w oswajaniu narodowej traumy.

Gdyby nie pieśni i wiersze, zwęglone ciało Levittoux czy zwłoki oficerów z Katynia byłyby dla nas jedynie materią, budzącym odrazę, lęk lub żądzę zemsty świadectwem triumfu wroga. Nasza historia stałaby się nie do zniesienia. Kultura jest od tego, żeby odsłonić sens tej historii w sferze mitu, religii, wartości. Bez niej stajemy się bezbronni wobec krwi, cierpienia, poniżenia. Zaczynamy kierować się zwierzęcym instynktem, który w dłuższej perspektywie prowadzi do rozpaczy.

Warto o tym pamiętać w kontekście ujawnionych przez Rosjan zdjęć ze Smoleńska. Świadome pogwałcenie tabu ma nam odebrać poczucie godności, rozbudzić zbiorowe emocje i zredukować nas do poziomu ofiar bezdusznej historii. Na szczęście tradycja polskiej kultury to potężna broń. Pozwala przenikać w przestrzeń tabu, nie naruszając go. Potrafi zamieniać drastyczność w piękno człowieczeństwa, gniew w wierność, a ślepą nienawiść w „ranioną miłość”, o której pisał Kazimierz Wierzyński. Nie trzeba bać się szczątków naszych poległych ani się ich wstydzić. Trzeba zaczerpnąć z polskiej kultury choć odłamek tej czułości, z jaką Matka Boża Katyńska obejmuje przestrzeloną czaszkę żołnierza. Twórczość Gintrowskiego może nam w tym pomóc.

http://niezalezna.pl/34242

 

Guziki

Zuzannie Kurtyce

Ostatni koncert

 

Urodził się w Stargardzie Szczecińskim w 1951 roku, ale przez całe życie związany był z Warszawą: tu skończył szkołę średnią, uczelnię, a także komponował i pracował. Jako 3-4-latek „występował” z dużą orkiestrą. – Mama śpiewała i tańczyła w Zespole Wojska Polskiego i czasami zabierała mnie na próby. Grałem wówczas na saksofonie plastikowym – opowiadał.

Potem były skrzypce, instrument – jak mówił – męczący, także fortepian i gitara. Patriotyzmu uczył się w rodzinie; poznaniak „po ojcu” od małego zdawał sobie sprawę z bestialstwa komunizmu. Historię – prawdziwą (!) – zgłębiał w szkole kierowanej przez „pryncypialnego dyrektora Wojciechowskiego”. W warszawskim LO im. T. Rejtana związał się też ze sławną „jedynką”, czyli 1. Warszawską Drużyną Harcerską im. R. Traugutta. – Byliśmy absolutnie kontra rzeczywistości – mówił o Czarnej Jedynce. LO to także Harcerska Rozgłośnia Muzyczna i pierwszy big-beatowy zespół „Między niebem a ziemią”, w którym grał muzykę Procol Harum, Stonesów, Doorsów oraz własne kompozycje do wierszy Adama Asnyka czy Bolesława Leśmiana.

Po maturze, zgodnie z wolą rodziców, skończył elitarny MEL (Wydział Mechaniczny, Energetyki i Lotnictwa) i zdał na UW na wymarzoną fizykę. Bardziej zaabsorbowała go jednak muzyka.

W 1979 roku z Jackiem Kaczmarskim i Zbigniewem Łapińskim powołał trio, które przygotowało program poetycki „Mury”. Tytułowa piosenka stała się nieformalnym hymnem „Solidarności” i symbolem walki z komunizmem. W 1980 r. powstał kolejny wspólny program „Raj”. Rok później Gintrowski z Kaczmarskim zdobyli II nagrodę w konkursie kabaretowym za „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego” w Opolu, a także nagrodę na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej.

>Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski, Zbigniew Łapiński

Wtedy też artyści pojechali do Francji na tournee. Gintrowski i Łapiński wrócili do Polski. Z powodu wprowadzenia stanu wojennego nie mogli kontynuować trasy z Kaczmarskim; odmówiono im paszportów. Kaczmarski pozostał na emigracji do 1990 roku. W stanie wojennym Gintrowski był aktywnym uczestnikiem drugiego obiegu kultury. Koncertował w domach, kościołach, w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.

Był jednym z pierwszych artystów, którzy po 13 grudnia 1981 r. odważyli się występować przeciw reżimowi. Grał i śpiewał w prywatnych mieszkaniach, w stołecznym Muzeum Archidiecezji i w kościołach w całym kraju.

Stworzył muzykę filmową do „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, „Matki Królów” Janusza Zaorskiego, serialu komediowego Stanisława Barei „Zmiennicy” czy filmu „Tato” Macieja Ślesickiego oraz innych filmów i spektakli teatralnych.

 

Krzysztof Masłoń [Uważam Rze 26.10.2012]

Coś być musi, do cholery, za zakrętem

Mówił o sobie, że ma umysł ścisły. Usprawiedliwiał w ten sposób wybór studiów – 20 października odszedł Przemysław Gintrowski, jeden z ostatnich polskich bardów.

W latach 80. po którejś demonstracji pierwszo- czy trzeciomajowej Zbigniew Herbert powiedział mu: „No i co, panie Przemysławie, znowu się pan chuliganił na ulicach”. Przytaknął, a on stwierdził: „Szkoda was, młodych, na to. Wszyscy musimy czekać. Tu nie wytrzyma materia. Ona pierwsza odmówi współpracy”.

Znał już wtedy autora „Pana Cogito”, został przez niego zaakceptowany, co wcale nie było ani łatwe, ani oczywiste. Jeśli chodzi o piosenkę, Herbert był człowiekiem innej estetyki, o czym świadczą m.in. jego poetyckie hołdy dla Ireny Santor, Haliny Kunickiej czy bodajże Dalidy. Gintrowski ze swoją chrypą i długimi włosami musiał budzić w nim co najmniej mieszane uczucia. A jednak w końcu z właściwym sobie poczuciem humoru podpisywał dla niego kartki: „Tekściarz pana Gintrowskiego”.

W ich wzajemnych stosunkach było trochę komizmu. Gdy poeta, z powodu niedyspozycji, nie mógł przyjść – zaproszony – na koncert Przemka w Muzeum Archidiecezji, wytłumaczył mu się pisemnie: „Przepraszam, że nie mogę przyjść, ale źle się czuję. Przesyłam Panu to, co mam najdroższe, czyli moją żonę”. Inna zabawna historia wiąże się z „Raportem z oblężonego miasta”.

– W stanie wojennym – opowiadał mi Przemysław Gintrowski w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” – dostałem od kogoś maszynopis z niepodpisanym wierszem. Ten, kto mi go dał, nie wiedział, czyj to utwór. Poetyka i styl Herberta są tak wyraziste, że od razu pomyślałem, iż to jego dzieło. Traf chciał, że parę dni potem byłem z nim umówiony. Wziąłem ten wiersz. Rozmawiamy o czymś i w pewnej chwili mówię: „Panie Zbigniewie, wydaje mi się, że mam wiersz, który pan napisał”. Herbert przeczytał ten, długi zresztą, wiersz i orzekł: „Nieźle napisane, ale to nie ja”. No, skoro tak mówi, to położyłem uszy po sobie, myśląc, że komuś udała się genialna podróbka. Spotkanie nasze trwało jeszcze jakiś czas, w końcu pożegnaliśmy się i pan Zbigniew zamknął za mną drzwi. Mieszkał na parterze, więc schodzę jeszcze te pięć schodków, gdy otwierają się drzwi od mieszkania, ukazuje się głowa pana Zbigniewa i słyszę: „Panie Przemysławie, a o tym wierszu to pomyślę, bo może to jednak ja napisałem”.

pragnąłem znieść różnicę między
tym co wysokie a niskie
ludzkości obrzydliwie różnorodnej
pragnąłem dać jeden kształt
nie ustawałem w wysiłkach aby
zrównać ludzi

(Zbigniew Herbert „Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi”)

W „Rz” kilka dni temu przeczytałem tekst zaczynający się od zdania: „W wieku 61 lat zmarł pieśniarz, kompozytor, nauczyciel muzyki i bard »Solidarności«”. Pomijam już pasjonującą kwestię, dlaczego w naszym kraju jedne śpiewające osoby są pieśniarzami, a drugie  tylko piosenkarzami i że Przemek Gintrowski, owszem, wykładał muzykę filmową w Wyższej Szkole Filmowej w Warszawie, ale nie znaczy to, że był czyimkolwiek nauczycielem. No, chyba że – na przykład – Piotra Rubika (tak, tak!) czy Adama Sztaby, którzy akompaniując mu, zdobywali artystyczne ostrogi, biorąc też udział w nagrywaniu takich płyt jak „Kamienie” lub „Odpowiedź”. Jeśli zaś chodzi o kluczową w tym miejscu dla mnie kwestię – kto jest czy nie jest bardem i kto on w ogóle zacz – to posłużę się zgrabną, lapidarną definicją Władimira Bukowskiego: „Bard to człowiek z gitarą”. No i już.

W szkole, choć było to dobre stołeczne Liceum im. Tadeusza Rejtana, Przemek o Herbercie nie słyszał; na jego wiersze zwrócił mu uwagę ojciec. „Na lekcji polskiego – opowiadał – nigdy nie padło nazwisko Herberta. Nie było go w programie szkolnym i z poezją tą zetknąłem się dopiero, kiedy studiowałem fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Były to moje drugie studia, druga połowa lat 70., nieśmiało zaczynały funkcjonować wydawnictwa podziemne i wpadł mi w ręce wydany przez kogoś zbiorek. Następnie, już bardziej metodycznie, zacząłem czytać i inne tomy Herberta, który przecież był wtedy normalnie wydawany, tyle że w ograniczonych nakładach i przez to trudno dostępny. Wkrótce też zacząłem pisać muzykę do tych wierszy. Z ich autorem poznałem się dużo później, w stanie wojennym”.

Kasetą, którą ofiarował Herbertowi, poeta z początku nie był zachwycony. Uważał, i słusznie, że jego poezja jest sztuką skończoną, zamkniętą i nie potrzebuje muzyki ani śpiewu. Z czasem się przekonał. W końcu Gintrowski pomógł spopularyzować te wiersze, szczególnie wśród młodzieży, a to musiało do Zbigniewa Herberta przemówić. Przemek nie śpiewał jednak bynajmniej wyłącznie jego wierszy. Niezależnie od zainteresowania Przemka Herbertem piosenkarz niemal od samego początku swej działalności artystycznej komponował muzykę do utworów Jacka Kaczmarskiego, z którym to stworzył niezapomniany duet, a po dołączeniu Zbigniewa Łapińskiego – trio.

więc lepiej Marku spokój zdejm
i ponad ciemność podaj rękę
niech drży gdy bije w zmysłów pięć
jak w wąską lirę ślepy wszechświat
zdradzi nas wszechświat
astronomia
rachunek gwiazd i mądrość traw
i twoja wielkość zbyt ogromna
i mój bezradny Marku płacz

(Zbigniew Herbert „Do Marka Aurelego”)

Mówił o sobie, że ma umysł ścisły. Usprawiedliwiał w ten sposób wybór studiów, najpierw popularny MEL – Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, potem fizykę na UW. Inżynierem został już w 1973 r., był od Jacka Kaczmarskiego starszy o pięć lat. Może dlatego miał dla niego wcale niemało uczuć ojcowskich. Nie brakowało takich, którzy żartowali, że gdyby jako przyszywany tatuś użył od czasu do czasu paska, przydałoby się to całemu tercetowi, a już Jackowi najbardziej. W istocie, niezależnie od faktu, że – bywało – nie szczędzili sobie cierpkich słów, lubili się i szanowali. Doskonale wiedzieli zresztą, że znakomicie się uzupełniają. Mimo tego, że Jacek – głównie ze względów środowiskowych – przylgnął do Unii Wolności, a Przemek nie krył się z sympatią a to dla Jana Olszewskiego, a to znów dla braci Kaczyńskich czy Prawa i Sprawiedliwości (chociaż w wyborach 2005 r. głosował na PO, a członkiem PiS nie był).

W wywiadzie udzielonym serwisowi Bookznami mówił: „Uważam, że Okrągły Stół był de facto zdradą narodową. Ci, których nazywa się »przywódcami S« – a ja twierdzę, że oni przywłaszczyli sobie te funkcje – po prostu podpisali z komunistami pewien układ polityczno-ekonomiczny”. Obecną sytuację polityczną diagnozował pesymistycznie, mówiąc, że z coraz większym niepokojem spogląda w przyszłość, widząc, jak Polska brnie ku upadkowi.

Bo ja na złość im nie należę.
I tak beze mnie – o mnie – gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.

(Jacek Kaczmarski „Ja”)

„Jacka napięcia z Gintrowskim – pisze Krzysztof Gajda w książce »To moja droga. Biografia Jacka Kaczmarskiego« – bywały różne na różnych etapach. Znamienne jednak, że pod koniec życia Jacek powie do jednego z przyjaciół: »… ale Gintrowski to jest porządny człowiek«. Ci, którzy byli blisko ich wspólnego grania, podkreślają, że Przemek przykładał się głównie do utworów z własną muzyką – które sam śpiewał – a całą resztę traktował »z musu«. Kwestie ambicjonalne odgrywały zawsze wielką rolę”.

Pewnie tak  było, ale jest też faktem, że Kaczmarski wymuszał na Gintrowskim komponowanie piosenek na określony termin, który najczęściej brzmiał: „Na już”. Przemek powiadał, że w gruncie rzeczy był mu za to wdzięczny, bo on sam jest leniem (dziewięć samodzielnych płyt długogrających, pięć płyt z Kaczmarskim i Łapińskim, muzyka do 31 filmów – ładne lenistwo!) i bez Jackowej mobilizacji wiele projektów muzycznych pozostałoby w sferze… projektów. Przy tym Gintrowski uważał siebie za „dłubka”, podkreślając, że nad muzyką do „Trenu Fortynbrasa” Herberta pracował 16 lat!

Zdecydowanie mniej czasu zajęło mu stworzenie muzyki do pierwszych swoich utworów, z tekstami też już nieżyjącego Krzysztofa Marii Sieniawskiego, w którego trudnym, biednym życiu okres współpracy z Przemkiem był jedynym, o którym mówił po latach z radością i dumą. To on był autorem (czy raczej współautorem, bo piosenka zawierała fragmenty Jesieninowskie) „Epitafium dla Sergiusza Jesienina”, który to ponadsiedmiominutowy utwór zaśpiewał Przemek na Jarmarku Piosenki w 1976 r., na którym miał poznać Jacka Kaczmarskiego. Wspólnie weszli do studenckiego Piosenkariatu, z którym jednak ich drogi się rozeszły, sami natomiast zaczęli występować we dwóch, a następnie – już ze Zbyszkiem Łapińskim – we trzech. Piosenki Sieniawskiego, przynajmniej niektóre, pozostawił jednak Przemek w swoim repertuarze do końca.

Spójrz, niewidomy, co za świat,
Szerokiej drogi, chromy,
Wsłuchaj się, głuchy,
w dźwięków brak,
O szczęściu, durniu, pomyśl!
I za tych, co w więzieniu, pij,
W mieszkaniu wynajętym.
Jeszcze dwadzieścia pięć lat, żyj,
Wyżej wznieś głowę, ścięty.

(Krzysztof Maria Sieniawski „Pokolenie”)

Przemysław Gintrowski urodził się 21 grudnia 1951 r. w Stargardzie Szczecińskim. Muzyką interesował się od wczesnych lat, jakiś czas chodził nawet do szkoły muzycznej. W liceum grał na gitarze i śpiewał w zespole Między Niebem a Ziemią. Uwielbiał Stonesów, Doorsów, Erica Burdona i Zeppelinów. A został bardem – wszystko jedno, co i kogo nazwiemy tym terminem.

Poglądy polityczne – jak wspominał – skrystalizowały mu się w marcu 1968 r., gdy dostał milicyjną pałą przez plecy. Z Jackiem Kaczmarskim nie musieli długo dyskutować, nadawali – przynajmniej do czasu – na tych samych falach. Co nieco ich jednak różniło. Także to, że gdy Jackowi wódka zaczęła przeszkadzać w życiu, on ostentacyjnie wręcz podkreślał swą (czasową) abstynencję.

Jego pierwsze zawodowe czy – nazwijmy je – półprofesjonalne występy miały miejsce na estradzie studenckiej, w warszawskich klubach, przede wszystkim w uniwersyteckiej Sigmie. Jesienią 1978 r. Marcin Idziński, działacz SZSP-owski, zaproponował duetowi Kaczmarski – Gintrowski występy w teatrze Na Rozdrożu. Tam usłyszałem ich razem po raz pierwszy. Starali się bardzo. Wśród niezbyt liczebnej publiki, którą mieściła niewielka sala, byli Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. W ciągu następnych lat obserwowałem radykalizację poglądów Przemka. Gdy spytałem go, co na to wpłynęło, bo przecież takiego „Cesarza” czy „Dziady” z pierwszego programu Kaczmarskiego i Gintrowskiego pt. „Mury” dzieli od piosenek z „Raportu z oblężonego miasta”, niezależnie od jednoznacznej wymowy politycznej, spory dystans widoczny choćby w braku kostiumu historycznego, muzyk odpowiedział:

– Jest to wyłączna „zasługa” dziejących się w kraju wydarzeń. To one ukształtowały moją taką, a nie inną osobowość artystyczną. W 1982 r. nie dawało się niczego owijać w bawełnę, ukrywać w metaforach. Śpiewałem więc o zabitych górnikach z kopalni Wujek, o setkach żołnierzy grzejących się przy koksownikach w mroźną zimę tamtego roku. Każdy, kto trafił na moje koncerty w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, pamięta, jak wielki był w nich ładunek emocji i że właśnie tego – przy kłamstwach TV i prasy – ludzie oczekiwali. Muzeum było wtedy jedną z nielicznych oaz wolności, pozwalało nam zachować to, co najważniejsze: poczucie godności.

W grudniu 1978 r. Jacek Kaczmarski wysłuchał u Carlosa Marrodana płyty katalońskiego artysty Lluisa Llacha „Barcelona gener de1976″ z piosenką „L’estaca”. Nie minęło wiele dni i powstała polska wersja tego songu – „Mury” (ciekawostka – Kaczmarski pierwotnie zatytułował go inaczej: „Ballada o pieśni”). Stąd też wziął się tytuł pierwszego programu Jacka i Przemka oraz ich pierwszy wspólny – no, wykrztuśmy to słowo – przebój. Superprzebój. Pieśń najpierw opozycyjnie nastawionej studenterii, później – w sierpniu 1980 r. – strajkujących robotników, wreszcie – 10 mln członków „Solidarności”.

W latach 1980–1981 objeździli, już w tercecie, Polskę wszerz i wzdłuż. Wszędzie śpiewając „Mury”, w których wymowę nikt się naprawdę nie wsłuchiwał.

– Jacek narzekał na to, ale zdawał sobie sprawę z siły tej piosenki, która szybko stała się hymnem „Solidarności” – mówił Gintrowski, którego także zniesmaczały zmiany, choćby i kosmetyczne, dokonywane w tekście utworu. Argument, że „Mury” jako dziedzictwo „Solidarności”, a zatem dobro wspólne, mogą podlegać przeróbkom, zupełnie do niego nie trafiał.

a potem po skończonej walce
pozwól nam rozprostować palce
choćby już była tylko pustka
gdy w dłoń otwartą
przyjmiesz klęskę
gdy czaszkę w czułe palce weźmiesz
zacznie się wtedy jeszcze raz
otwartych dłoni wielka sprawa
po strunach podróż po zabawach
ostatnie ziarno ocalenia

(Zbigniew Herbert „Prośba”)

Na przełomie lat 70. i 80. nazwisko zarówno Przemka, jak – oczywiście – i Jacka  z trudem przedzierało się przez sito cenzury. Enklawą w stosunkowo szczelnym systemie stawała się kultura studencka. Gintrowski, i owszem, nagrywał w Tonpressie kasety z winietą SZSP, ale później po latach – w przeciwieństwie do przyjaciela – za działalność w socjalistycznym zrzeszeniu studenckim żadnych odznak czy odznaczeń z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego nie odbierał. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski przyznał mu dopiero w 2006 r. Lech Kaczyński.

W czerwcu 1981 r., wespół z Jackiem, otrzymał II nagrodę na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu za „Epitafium dla Wysockiego”. Nagrodzony też został na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. W sierpniu pamiętnego roku 1981, w apogeum karnawału „Solidarności”, zagrali na I Przeglądzie Piosenki Prawdziwej Zakazane Piosenki w gdańskiej hali Olivia – tej samej, w której odbyły się dwie tury zjazdu „Solidarności”. Przeglądu nie wygrali, ale byli bardzo blisko zwycięstwa. Jacek zaprezentował wtedy sławnych potem „Świadków” i „Rejtana”, a trio m.in. „Dziady” oraz wstrząsające „Zesłanie studentów” i „Wigilię na Syberii”. Publika zapamiętała ich białe koszule i kołnierzyki á la Słowacki.

– Co – w obecnych warunkach – znaczy być twórcą niezależnym? – spytałem, już w wolnej Polsce, Przemysława Gintrowskiego.

– Polega to na głębokiej uczciwości wobec siebie samego. Jestem w stanie podpisać się pod wszystkim, o czym będę przekonany, że jest to uczciwe i zgodne z moimi przekonaniami. I będę unikał wszelkiego rodzaju prób wykorzystywania mnie i mojej twórczości do jakichkolwiek manipulacji politycznych. A takie próby już były i ostro na nie reagowałem.

Dziś bal na zamku królowej Bony
Wytruto myszy,
zwieszono lampiony
I opłacono śpiewaków
Czuję, jak blednie moja twarz
błazeńska
Właśniem przeczytał o stracie
Smoleńska
Ale gdzie Smoleńsk, gdzie Kraków

(Jacek Kaczmarski „Stańczyk”,według obrazu Jana Matejki)

Przegląd w Olivii wygrali Jacek Zwoźniak, domagający się, by „w tę dupę wypiętą na Polskę kopa dać, choćby była czerwona”, i Jan Tadeusz Stanisławski informujący o tym, że „uczyła mnie mama, bym się nie bał chama”. Tak to populizm wygrywał z artyzmem. Kaczmarski z Gintrowskim nad Sekwanę trafili na zaproszenie Konfederacji Francuskich Związków Zawodowych CFDT. Zagrali koncerty w większych skupiskach Polaków, otrzymali również propozycję nagrania płyty dla Chant du Monde, firmy, w której nagrywał zmarły ledwie rok wcześniej ich idol Władimir Wysocki.

Ponieważ językiem francuskim z całego tercetu władał jedynie Jacek, postanowiono, że tylko on zostanie we Francji, by negocjować warunki nagrania, a pozostała dwójka dojedzie z kraju, gdy wszystko będzie już dopięte na ostatni guzik. Przemek do Polski ze słodkiej Francji wrócił z rozkoszą, gdyż nie przepadał za koncertowaniem. Plany zespołu pokrzyżował generał Wojciech Jaruzelski.

8 grudnia 1981 r. Przemek w Warszawie poszedł do Pagartu po paszport (to się nazywało: paszport służbowy), ale pokazano mu figę. Zamiast do Paryża pojechał więc ze Zbyszkiem Łapińskim do Poznania, do klubu Eskulap, na koncert „Niechciane teksty PRL”. Był 12 grudnia, następnego dnia stało się to, co się stało, Przemek po różnych perypetiach wrócił do Warszawy, a Kaczmarski wziął udział w manifestacji pod ambasadą PRL w Paryżu. Jego powrót do kraju stał się na wiele lat niemożliwy, a po tym, gdy podjął pracę w Wolnej Europie w Monachium – wykluczony.

Tymczasem w Polsce ci sami ludzie, którzy z przytulonymi do radioodbiorników głowami słuchali co tydzień „Kwadransów Jacka Kaczmarskiego”, zaczęli głosić opinię, że „Gintrowski został w kraju, a Kaczmarski uciekł”. Trudno o większą bzdurę.

Widzę kształt rzeczy
w ich sensie istotnym
I to mnie czyni wielkim
oraz jednokrotnym
W odróżnieniu od was,
którzy Państwo wybaczą
Jesteście wierszem idioty
odbitym na powielaczu

(Jacek Kaczmarski „Autoportret Witkacego”)

Przemek zaczął występować w Muzeum Archidiecezji, grywał również w mieszkaniach prywatnych, a kasety nagrywał – co tu dużo mówić – nielegalnie. Jacek grał dla „Solidarności” na Zachodzie. Brakowało im siebie nawzajem.

W kwietniu 1982 r. Kaczmarski występując na festiwalu Printemps de Bourges, postawił na scenie dodatkowe dwa krzesła dla nieobecnych kolegów. Razem mieli zagrać dopiero w 1990 r.

Komunikowali się jednak ze sobą. Stąd na płytach „Raport z oblężonego miasta” i „Pamiątki” znalazło się kilka piosenek z tekstami Jacka. Ale stosunki między poszczególnymi muzykami były złe. Nawet nie między często rywalizującymi ze sobą Jackiem i Przemkiem; między Przemkiem a Zbyszkiem. Jak zwykle, gdy nie wiadomo, o co chodzi, idzie o pieniądze, ale i o gorzałę, i – najogólniej rzecz biorąc – sposób bycia. Efekt był taki, że po nagraniu płyty „Wojna postu z karnawałem” i towarzyszącej jej trasie koncertowej Przemek zapowiedział, że ze Zbyszkiem nie zagra już nigdy. Łapiński nie pozostawał mu dłużny. Późniejsze, niezrealizowane już – niestety – artystyczne plany Gintrowskiego obejmowały za to współpracę z Jackiem. Zapowiadał też solowe nagranie płyt – cohenowskiej (zapowiedzią był „I’m Your Man” na „Kanapce z człowiekiem i trzech zapomnianych piosenkach”) i waitsowskiej. Choroba, śmiertelna choroba była szybsza.

Świetnie odnalazł się w muzyce filmowej. Powszechnie kojarzony z muzyką i piosenką z arcypopularnego serialu Stanisława Barei „Zmiennicy” skomponował przecież muzykę do m.in. „Dziecinnych pytań” i „Matki królów” Janusza Zaorskiego, filmów Wiesława Saniewskiego: „Sezon na bażanty”, „Nadzór”, „Dotknięci”, do „Ostatniego promu” Waldemara Krzystka, kinowego przeboju „Tato” Macieja Ślesickiego. Także do sitcomowego serialu „13. posterunek”. Wbrew pozorom lubił komedie i sam był człowiekiem wesołym.

Ale nie zawsze. Nie zapomnę jego występu na chyba pierwszej Herbertiadzie w Kołobrzegu, jakoś tak wkrótce po zamachu na World Trade Center. Gdy Przemek zaśpiewał wtedy „U wrót doliny”, ciarki przechodziły po plecach, a w wielu oczach pojawiły się łzy. Ale niektórzy wychodzili z sali: ta apokalipsa spółki Herbert – Gintrowski była dla nich za mocna, nie do wytrzymania.

ci którzy jak się zdaje
bez bólu poddali się rozkazom
idą spuściwszy głowy
na znak pojednania
ale w zaciśniętych pięściach
chowają
strzępy listów wstążki włosy ucięte
i fotografie
które jak sądzą naiwnie
nie zostaną im odebrane
tak to oni wyglądają
na moment
przed ostatecznym podziałem
na zgrzytających zębami
i śpiewających psalmy

(Zbigniew Herbert „U wrót doliny”)

Niezapomnianemu triu Kaczmarski – Gintrowski – Łapiński zdarzały się jeszcze koncerty, ale już zupełnie okazjonalne, takie jak na 20-lecie „Solidarności” w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie. Przemek zamykał się: z jednej strony w świecie dźwięków, muzyki tworzonej głównie dla kina, z drugiej zaś – niemal dosłownie – w domu. Był człowiekiem rodzinnym, znacznie chętniej niż o polityce mówił o swoich córkach: Julii i Marii.

Co wywarło na niego największy wpływ? Co go ukształtowało w największym wymiarze? Szkoła, harcerstwo – słynna „Czarna Jedynka”, rodzice, przyjaciele… Pewnie wszyscy po trochu, ale i literatura, i poezja. – Nie chodzi tylko o wiersze – mówił mi Przemysław Gintrowski. – Myślę, że i bardzo wiele ze swojej postawy życiowej zawdzięczam panu Zbigniewowi Herbertowi. Dość często spotykałem się z nim i wielka mądrość tego wielkiego człowieka i wielkiego poety dodawała mi sił, napędu, przekonania o słuszności tego, co robię. Na pewno był on jednym z najwyższych autorytetów moralnych, jakie miałem w życiu. To jedyny literat w naszej powojennej historii, który w żadnym momencie nie współpracował z reżimem komunistycznym, od 1945 r. nie zgadzając się z tym, co działo się w Polsce. Został za to bardzo mocno ukarany.

Płytę Przemka „Raport z oblężonego miasta” otwiera prolog ze słowami (też nieżyjącego – to chyba jakieś przekleństwo) Lothara Herbsta: „Waleniem w drzwi, biciem i rewizjami, płaczem najbliższych i krzykiem dzieci, wywiezieniem w nieznane rozpoczął się nowy grudniowy dzień roku osiemdziesiątego pierwszego. Widokiem czołgów na ulicach, hukiem helikopterów, rannym przemówieniem premiera powitaliśmy stan wojenny w kraju miłującym wolność”.

A jak jest teraz? „Dzisiejszą sytuację odbieram tak, a nie inaczej i budzi się we mnie niezgoda na to, co widzę. Nie jestem w stanie podać racjonalnych argumentów, ale odnoszę intuicyjne wrażenie, że coś jest nie tak. Dochodzę do wniosku, że ci ludzie, ci nasi ludzie, którzy doszli do władzy i mieli coś zmieniać, na razie sami się zmieniają. I to jest smutne: że nie poznaję wypowiedzi Adama Michnika i wielu innych. Że są to obce mi osoby. Oby się to jak najszybciej zmieniło. Ufam, że jeszcze mamy szansę wygrania tego, co stworzyliśmy, co wywalczyliśmy sobie sami”.

moja wyobraźnia
to kawałek deski
a za cały instrument
mam drewniany patyk
uderzam w deskę
a ona mi odpowiada
tak – tak
nie – nie

(Zbigniew Herbert „Kołatka”)

http://www.uwazamrze.pl/

DALEJ

strona [2] Wywiad o Herbercie  z 2003 roku opublikowany dopiero po śmierci
strona [3] Wspomnienia przyjaciół i wywiad z Ewą Błaszczyk „Bard z krystalicznej przestrzeni”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Piosenki, Po 1980, Wiersze, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Już nie zaśpiewa na Krakowskim Przedmieściu

  1. emka pisze:

    II Rocznica śmierci Przemysława Gintrowskiego. W poniedziałek przed Centrum Edukacyjnym IPN „Przystanek Historia” im. Janusza Kurtyki przy ul. Marszałkowskiej 21/25 w Warszawie odsłonięta zostanie tablica poświęcona bardowi.

  2. emka pisze:

    Smutna rocznica. 20 października 2012 roku zmarł Przemysław Gintrowski.

  3. emka pisze:

    „Nie szargajcie pamięci i twórczości osoby nam najbliższej!” Żona i córka Przemysława Gintrowskiego protestują przeciwko wykorzystywaniu przez KOD pieśni barda!

    Z niemiłym zdumieniem obserwujemy, że „Modlitwa o wschodzie słońca” Przemysława Gintrowskiego dołączyła, niestety i mimo oficjalnego sprzeciwu spadkobierców artysty, do utworów wykorzystywanych na demonstracjach KOD-u
    — protestują Agnieszka i Julia Gintrowskie.
    Swój kategoryczny sprzeciw kierują do „organizatorów i wodzirejów” demonstracji KOD.
    Prezentowanie twórczości Gintrowskiego na Waszych zlotach uwłacza Jego pamięci. Wasze celebryckie, medialne, wymuskane twarzyczki, krzyczące o zamachu na wolność słowa w polskich mediach czy zagrożeniu prawa do prywatności… Śmiechu warte
    — piszą na facebookowym profilu poświęconym zmarłemu w 2012 r. artyście.
    Pleciecie o demokratycznych standardach, a nie macie pojęcia o elementarnych standardach moralnych. Brak Wam szacunku dla drugiego człowieka i jego rodziny
    — dodają.
    I apelują:
    Nie szargajcie pamięci i twórczości osoby nam najbliższej. Nie staliście po jednej stronie, nie doświadczyliście tego, czego on musiał doświadczyć będąc po prostu patriotą i poruszając w swych pieśniach tematy dla Polski najważniejsze.
    Czytaj więcej:
    http://wpolityce.pl/polityka/278827-nie-szargajcie-pamieci-i-tworczosci-osoby-nam-najblizszej-zona-i-corka-przemyslawa-gintrowskiego-protestuja-przeciwko-wykorzystywaniu-przez-kod-piesni-barda

  4. emka pisze:

    NAGRODA
    im. Przemysława Gintrowskiego – II edycja

    Twórczość Przemysława Gintrowskiego to przede wszystkim muzyka, która nadawała nowe życie, nowy wymiar słowom. Słowom, które mówiły o rzeczach dla Polski najważniejszych, które dotykały wartości najwyższych – prawdy, umiłowania do wolności oraz niezależności.
    Fundacja im. Przemysława Gintrowskiego chce honorować twórców, którzy przypominają o tych wartościach dzisiaj. Artystów, którzy nie pozwalają w sobie stłumić wolności do samostanowienia i wyrażania siebie. Bo wolność artysty wynika przecież z twórczego sprzeciwu, jest istotą i siłą jego działania – tak, jak pokazywał to swoim życiem Przemysław Gintrowski.
    II edycja
    Na zgłoszenia kandydatów czekamy do 30 września
    pod adresem: fundacja@gintrowski.pl

    http://gintrowski.pl/nagroda-im-przemyslawa-gintrowskiego

  5. emka pisze:

    NIEZAPOMNIANY KONCERT RETRANSMISJA: 17 grudnia godz. 17.30
    TVP1
    „Gintrowski – a jednak coś po nas zostanie”

    „Gintrowski – a jednak coś po nas zostanie” to druga edycja wyjątkowego projektu, który ma służyć upamiętnieniu osoby Przemysława Gintrowskiego. Artysty, który mówił, że sztuka powinna poruszać podstawowe wartości moralne i który do końca swoich dni głosem przypominał o tym, co najważniejsze. Koncert odbędzie się w pięć lat po śmierci barda, ale przede wszystkim – w przededniu rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, czasu tak mocno obecnego w jego twórczości. […]
    DALEJ:
    http://gintrowski.pl/koncert-gintrowski-a-jednak-cos-po-nas-zostanie

  6. smyk pisze:

    ” tylko koni żal”
    śpiewał cygański bard i
    ten żal z tęsknoty się rodzi.
    Każdy z Nas
    wspomina czas,
    kiedy byliśmy młodzi.

    Życie jak rzeka
    wartko ucieka,
    na nic największy szmal…,
    tylko pokora w
    Nas dobro zachowa, a
    dziś wszystkich bardów żal !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.