Strachy i Lachy. Przemiany polskiej pamięci 1982–2012

Najnowsza książka prof. Andrzeja Nowaka jest obrazem współczesnej Polski z historią w tle, bez narosłej przez lata komunizmu politury. Autor patrzy uważnie na otaczający nas świat i wyciąga wnioski, które budzą niepokój, a nawet strach. Czy my aby na pewno żyjemy jeszcze we własnym kraju? – pytanie, które nasuwa się w trakcie lektury. (Recenzje i fragmenty)

Piękną polszczyzną napisana książka w wielu miejscach wręcz wstrząsa czytelnikiem, zmusza do przemyśleń i przewartościowań, do szukania narodowych, a więc chrześcijańskich korzeni. Utrwala narodową pamięć i uświadamia, jaką straszną cenę trzeba płacić za jej utratę.

 

Recenzje

Józef Darski

Właśnie ukazuje się nowa książka prof. Andrzeja Nowaka „Strachy i Lachy”. Autor stawia pytania kluczowe dla naszej tożsamości narodowej i wyrastającej z niej potrzeby wolności. Czy mamy pozostać sobą, czy przyjąć wybiórczą pamięć historyczną narzuconą przez władców kondominium i ich namiestnicze elity, by Europa była z nas zadowolona? Czy zapomnienie i wyrzeczenie się Polski da Polakom szczęście i uratuje przed polskim losem, zmuszającym nas do stałej walki o wolność?

Nowak stawia tezę, że po Smoleńsku uległ wzmocnieniu strach przed zniewoleniem i zapomnieniem. Teza ta wydaje się słuszna, jednak tylko wobec mniejszości. Większość  głosowała przecież po raz kolejny po roku 1989 za poddaństwem, mającym zapewnić spokój i bezpieczeństwo. Autor przecież sam przyznaje, że w naszej historii wciąż przewijają się kolejne powstania i wcielenia targowicy. Dlaczego jednak ma ona dziś tak wielkie zaplecze? Dlaczego polityka zagraniczna prowadzona pod hasłem „Moskwa jest najważniejsza” cieszy się poparciem większości?

Wyzwoleńcy 1989 r.

Andrzej Nowak formułuje tezę, że w 1989 r. zostaliśmy wyzwoleni z łaski dotychczasowych panów, którzy nam wolność poprzednio zabrali. Jesteśmy więc wyzwoleńcami bez przeszłości i zakorzenienia w tradycji. Dlatego rzesze mieszkańców Polski nie mają żadnego dziedzictwa i wynikającego zeń poczucia ciągłości historycznej. Tu można by widzieć przyczynę podatności na hasła typu: „Wybierz Pepsi” zamiast Polskę.

Dla wielu pamięć jest ciężarem, który odrzucają, by uniknąć wynikających z tego zobowiązań i dlatego „wybierają przyszłość”. Dla nich modernizacja ma polegać na rezygnacji z tożsamości i zapomnieniu, zwłaszcza walki o wolność, czyli uzasadniać rezygnację z niej i podporządkowanie się silniejszym. Nowak widzi w tym racjonalizację poczucia własnej słabości. Dostrzegałbym raczej powszechne tchórzostwo i spodlenie oparte na przeświadczeniu, skądinąd słusznym, że bycie uczciwym jest niebezpieczne.

Wyzwoleńców w ich postawie utwierdza przemysł pogardy i nienawiści do polskości, skoncentrowany w mediach i rozwinięty przez „wiadomą gazetę” i redaktora, specjalistę od pisania pozwów przeciwko wolności myśli do sądów pełniących rolę urzędów cenzorskich.

Nowak jednak nie odpowiada, dlaczego namiestnicze elity utwierdzają wyzwoleńców w pogardzie do polskości i naszego dziedzictwa. Sądzę, że powoduje nimi strach przed wolnością, gdyż wiedzą, że polskie tradycje wolnościowe stanowią dla nich śmiertelne zagrożenie. Z poczucia ciągłości wynika kontynuacja, muszą więc je przerwać. Muszą zabić w społeczeństwie polskim pragnienie wolności, by czuć się bezpiecznie i zachować pozycje uzyskane dzięki Sowietom i gwarantowane przez rosyjskiego suzerena.

Nieposłusznym grożą wojną domową. Dla jej uniknięcia mamy skapitulować i przyjąć wszystkie warunki partii rosyjskiej. Jak nie, to poszukają pomocy w Rosji przeciwko opozycji, jak Tusk i Sikorski na początku 2008 r. zabiegali o przyjęcie na Kremlu, by rozgrywać śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Moskwa dała im wolność

11 kwietnia 2011 r. w „Komsomolskiej Prawdzie” Michnik upomniał swoich polskich adwersarzy, by nie zapominali, „skąd do Polski przyszła ostatnim razem wolność. Nie z Waszyngtonu czy Paryża, ale z Rosji, po pieriestrojce”. Andrzej Nowak niesłusznie oburza się, przypominając Reagana, Jana Pawła II i Solidarność. To naczelny czołowego instrumentu przemysłu pogardy wobec tradycyjnej Polski mówi prawdę: do niego i jego przyjaciół, Kiszczaka, Jaruzelskiego, Urbana i ich politycznego zaplecza wolność przyszła  właśnie z Moskwy. Zostali wyzwoleni przez Gorbaczowa jak bojarzy przez Katarzynę Anhalt Zerbst. Nie muszą się już bać, z Kremla nie wyślą im jedwabnego sznura, jak czynił to sułtan wobec wasali, którzy go zawiedli. Teraz bojarzy są wolni, mają własność i cieszą się opieką imperium, które czuwa, by zachowali nadany im status właścicieli i ideologów byłej kolonii. Mogą nawet dostawać nagrody z Berlina za zasługi dla Putina.

Stalin wraca w podręcznikach przekazujących putinowską wersję historii młodym kandydatom na apatrydów. Andrzej Nowak zwraca uwagę na konsekwentne fałszowanie naszej historii w podręcznikach zalecanych przez postkolonialne władze. Mamy więc Solidarność bez Anny Solidarność, zdjęcie marszałka Piłsudskiego umieszcza się obok fotografii Hitlera, Mussoliniego i Franco, by zohydzić tradycję niepodległościową, zaniża się liczbę ofiar Katynia, by ułatwić Putinowi przeprowadzenie paraleli między zbrodniami na Polakach i przypisywanymi im przez kremlowską propagandę. Z pomocą biegnie Rosji „Wybiórcza”, która obarcza Polaków winą za śmierć na tyfus sowieckich jeńców, zapominając, iż w samej Rosji na choroby zakaźne w tym czasie zmarło 10 razy więcej żołnierzy.  Zabieg ten ma relatywizować zbrodnię katyńską.

Jak powiedział Putin w Katyniu, „zebrał nas tutaj wspólny wstyd”, tzn. polski za nasze zbrodnie wobec Rosji. Fakt, za bardzo się broniliśmy, ale wyborcy PO błąd ten już z ulgą i radością naprawili. To nie przypadek, że 40 proc. młodych nie wie dziś, kto kogo mordował w Katyniu. Pewnie Polacy Rosjan?
Nade wszystko przemilcza się ludobójstwo na Polakach dokonane w okresie Wielkiej Czystki w latach 1937–1938, która w postkolonialnym podręczniku okazuje się „terrorem wymierzonym w kontrrewolucjonistów”. Nowak przypomina, że na podstawie rozkazu nr 00485 z 11 sierpnia 1937 r., wydanego przez szefa NKWD Jeżowa, mordowano Polaków wedle kryterium etnicznego, czyli było to klasyczne ludobójstwo, porównywalne z Holocaustem. Likwidacja „podstawowych rezerw ludzkich” kosztowała życie ok. 200 tys. Polaków. W pierwszym rzucie skazano prawie 140 tys. aresztowanych, w tym 111 tys. od razu rozstrzelano, np. za odmowę wyrzeczenia się męża czy żony. Polak miał 40 razy mniej szans przeżycia Wielkiej Czystki niż przeciętny mieszkaniec Sowietów. Zamordowano co drugiego dorosłego Polaka.

Kto nie chce zapomnieć o ludobójstwie, natychmiast napiętnowany jest przez „polskich zwolenników zgody z Putinem”. Mamy uznać, w imię kompromisu, rosyjską politykę historyczną, energetyczną (Nord Stream), wreszcie kłamstwo smoleńskie, czyli skapitulować na warunkach Kremla, ale za to pochwalą nas w Berlinie. W ten sposób postkolonialne elity starają się dobrze sprzedać swoją służalczość wobec Rosji i nas do niej zmusić.

Pamięć europejska

Nowak ukazuje jak zwolennicy rozrywanej sprzecznościami Unii starają się szukać podstaw dla jedności w jednolitej wizji przeszłości, oczywiście kosztem europejskich narodów postkolonialnych, które doświadczyły dobrodziejstw sowieckiego raju.

Okazuje się więc, że jest pamięć „lepsza”, ta zachodnia o Holocauście i „gorsza”, nasza, o walce o wolność. Trzeba więc nas „pieriewospitat”, byśmy przestali „źle pamiętać”. Pamięci narodowe, czyli „fałszywe”, mają zostać zlikwidowane. Owszem pozostanie wspomnienie Gułagu ale „transnarodowe”, a więc nic o naszych specyficznych doświadczeniach.

Wychowaniem nas mają zająć się Europejczcy z Czerskiej. To oni wskażą kogo pamiętać. Bohaterzy nie są potrzebni, no i trzeba wyzbyć się statusu ofiary. Teraz w cenie są Polacy-kaci. Wystarczy jeśli ich zapamiętamy.

Co z lemingami?

Nowak nie ucieka przed rzeczywistością w bogoojczyźniane frazesy, lecz  przyznaje, że w Polsce mieszkają obecnie setki tysięcy młodych ludzi całkowicie obojętnych na nasze dziedzictwo, w tym potomkowie dawnych powstańców i konspiratorów. Im Polska nie tylko jest niepotrzebna, ale wręcz przeszkadza, czyni „nieszczęśliwymi Polakami”, dlatego wolą być szczęśliwymi obywatelami innych krajów. U nas są, jak to określa autor, „tutejszymi” lub raczej „turystami”.

Proponuje „pracę nad przywracaniem polskości” ofiarom TVN, TVP, Onetu. Czytelników „Wybiórczej” nie wymienia zapewne, jako nieodwracalnie zdegenerowanych. Owe „ofiary” stanowią większość i dlatego bez ich przyciągnięcia nie wygramy wyborów, lecz popadniemy w izolację i zakończymy w rezerwacie. Skoro zaś kompromis z nimi oznaczałby zdradę, to pozostaje owo „przywracanie”.

Autor nie pisze jednak, jak tego dokonać wobec osób, które nie chcą, by im dziedzictwo polskości przywrócić, gdyż właśnie uciekają przed jego konsekwencjami, czyli ryzykiem związanym z walką o wolność. Wybierają niewolę z tchórzostwa i chęci przypodobania się władcom. Ich marzeniem jest być lokajem, klientem tu lub w państwach samodzielnych, byle nie narażać się, ponieważ uważają, że tak będzie im lepiej i wygodniej.

Niczego im nie przywrócimy, co najwyżej wywołamy drwiny. Polskość musi kojarzyć się z wyższym statusem społecznym, a wyrzeczenie się jej – z pogardą społeczeństwa szanującego przede wszystkim odwagę, a nie jak obecnie służalstwo wobec gangsterów, zdrajców i obcych dworów. Kto wyrzeka się wolności, musi odczuć na sobie pogardę otoczenia.

Andrzej Nowak, „Strachy i Lachy. Przemiany polskiej pamięci 1982–2012”, Biały Kruk, Kraków 2012, s. 344.

 

 

 

 

 

Gazeta Polska: Nr 41 z 10 października 2012

***

Robert Tekieli

Najnowsza książka prof. Andrzeja Nowaka „Strachy i Lachy” jest spokojną refleksją nad naszą niespokojną historią. A zawarte w niej pytania o Polskę stawiane są w momencie, w którym znów decyduje się, czy Polska będzie.

Ktoś pamięta Efialtesa? „Strachy i Lachy” sięgają początków polskiej historii, początków pamięci, która rozpoczyna się od niezwykłego sukcesu plemienia Polan. Każda autonomiczna wspólnota potrzebuje historii tego, czym była dla siebie, i tego, czym była dla innych. Bez niej się rozpada.

Nie dać się ujarzmić

Pierwszą taką naszą historię napisał w 1112 r. anonimowy cudzoziemiec na zamówienie Bolesława zwanego Krzywoustym. Nici historii w tej opowieści, które pierwszy raz splótł właśnie on, nie zerwały się do dzisiaj. Wspólny sens zdarzeń, który znalazł Gall Anonim, tkwił w uporczywej obronie „starodawnej wolności Polski”. To była i historia, i program. Nie dać się ujarzmić. Wiek później, krakowski biskup zwany Kadłubkiem dołożył swoją myśl: krytykę niepohamowanej żarłoczności imperiów.

Perspektywa końca Polski pojawiała się przed naszą historyczną wspólnotą trzy razy. Po rozbiorach część elit nie zgodziła się na „werdykt historii” i nie pogrążyła się w oświeceniowej modernizacji już bez republiki, bez niepodległości. Po klęsce powstania styczniowego pokusą stała się pozytywistyczna odmiana modernizacji, przekreślająca znaczenie Rzeczypospolitej i niepodległości (Róża Luksemburg jest symbolem tej modernizacji). Ale Sienkiewicz, Wyspiański, Malczewski i inni zmotywowali Polaków swoimi opowieściami o historii Polski, która ma przyszłość. I powstała II Rzeczpospolita. Potem było zderzenie Polski z dwoma totalitaryzmami i odzyskanie wolności, ale inne niż dotąd. Polacy w 1920 r. mieli świadomość, że tę wolność sobie wywalczyli. Po 1989 r. myśmy tę wolność dostali. Od Kiszczaka, Jaruzelskiego i Gorbaczowa.

Patriotyzm Millera i Gomułki

Znajdziemy w tej książce do dziś aktualną myśl księcia Adama Czartoryskiego, „ministra spraw zagranicznych” polskiej Wielkiej Emigracji. Równie aktualną ideę państwową Józefa Piłsudskiego, która racjonalnie ważąc siły, sięgała po Kaukaz, ideę kontynuowaną przez paryską „Kulturę” Giedroycia i Mieroszewskiego. I kontrastującą z nią myśl obozu „modernizacji”: nie ryzykujmy własnej polityki, podporządkujmy się realiom, które wyznaczają silniejsi: Rosja, Niemcy, UE, USA.

Wnioski z rozważań Andrzeja Nowaka momentami są szokujące. Gomułka okazuje się większym patriotą od Jaruzelskiego. Kwaśniewski i Miller od Tuska, Sikorskiego i Pawlaka. Bo przecież prawdą jest, że Gomułka odrzucił dyktat Chruszczowa, a Jaruzelski okazał się godny miana zdrajcy i zbrodniarza. Prawdą jest również, że Kwaśniewski i SLD w 2004 r. udzielili pomocy ukraińskiej pomarańczowej rewolucji, a „Putin nie zdołał ostatecznie pozyskać rządu SLD do swoich planów dalszej ekspansji rosyjskich firm naftowych w Polsce”. A Tusk i Pawlak…

Smoleńsk – zapomnij, historia zapomnij, powtarzają. Od 23 lat trwa intencjonalna praca nad polską pamięcią. Po 1989 r. mieliśmy się dostosować do zachodnich wzorców modernizacji. Mieliśmy zapomnieć o tym wzorze przeszłości, którego centrum była walka o polską wolność i niepodległość. Przez rządzących polska historia przedstawiana jest nam jako źródło wstydu. Przemysł pogardy i nienawiści do polskości miele mózgi i serca kolejnego pokolenia Polaków. Kurczy się obecność lekcji historii w polskich szkołach. Po raz kolejny zaproponowano Polakom modernizację i roztopienie się w większym organizmie politycznym.

Rocznica przyłączenia Polski do Rosji

Więc na jakie strachy cierpią Lachy? Na strach przed utratą niepodległości. Walka o pamięć w III RP jest walką o istnienie wspólnoty. Sikający do zniczy z Krakowskiego Przedmieścia to produkt operacji „Polaku, zapomnij”. A obok imperium. Rosyjskie media obchodziły 220. rocznicę przyłączenia Polski do Rosji.

W Warszawie rządzą ludzie, którzy postawili na Putina. Żadnej wolności dla Chodorkowskich, zetrzeć z powierzchni ziemi Saakaszwilego, słuchać Putina we wszystkim. Prof. Nowak ocenia, że spustoszenia w najintymniejszej sferze tego, co Polak kocha i co jest dla niego obrazem ojczyzny, tylko w latach 1989–1993 przewyższyły wszystko, czego dokonał stalinizm. Gra toczy się o istnienie lub nieistnienie samodzielnych państw pomiędzy Rosją a Niemcami. Stanowisko Putina jest jasne: „Najlepsze czasy dla Europy były wtedy, gdy Rosja i Niemcy współpracowały ze sobą jak najściślej”.

Polactwo to wyzwanie

O Polaków rozbijają się kolejne imperia. Polska od 996 r. i 1112 r. zorganizowana jest wokół ideału sprawiedliwości sprzyjającej najsłabszym, ustrojowej wolności i antyimperialnej działalności w obronie tej wolności. Dzisiaj zaś słyszymy wodza Ruchu Poparcia Putina mówiącego w polskim Sejmie: „Przyszedł czas, by powiedzieć Polakom, że muszą się wyrzec swej polskości”. Praca sowieckiej i rewizjonistycznej propagandy kontynuowana przez programy „rozrywkowe” TVN przyniosła skutek: mamy setki tysięcy młodych ludzi całkowicie obojętnych na dziedzictwo, które tworzy ojczyznę nazywającą się tak niewygodnie: Polska. Polactwo sądzi: szczęście jest gdzie indziej. Łączy nas z nimi właściwie już tylko język. Prof. Nowak pyta: czy mamy machnąć na nich ręką, czy szukać porozumienia?

Wytwarzany w Polsce antywspólnotowy klimat wspierany jest przez procesy globalne. Współczesne rynki podważają sens istnienia autonomicznych wspólnot politycznych. Przed tym globalnym tsunami skutecznie bronią się Niemcy, broni się Rosja, bronią się Izrael, USA, Czechy, Chiny, Węgry, broni się Anglia. „Polska się nie obroni, jeśli zrezygnujemy z obrony wspólnej ojczyzny, z obowiązku jej poszerzania o tych, którzy utracili poczucie dziedzictwa, albo go jeszcze nie poznali”. Trzeba pracować nad tym, żeby Polaków było więcej. Polactwo to nie epitet. To wyzwanie. O wykorzenionych Polaków trzeba walczyć.

Czy kraje, które świadomie walczą o suwerenną tożsamość i polityczną podmiotowość mają swoje piąte kolumny? Ruch Poparcia Putina powinien zostać zdelegalizowany.

Strach przed utratą wolności

Prezydent Kaczyński na Wawelu, zamku polskich królów, dzieli kryptę z Józefem Piłsudskim.

Donald Tusk pisze: „Polskość, to nienormalność”. Znamy projekty likwidacji Polski. Miejscowi namiestnicy obcych projektodawców muszą rozbijać obraz wspólnoty, ośmieszać ideały wolnych Lechitów. Tusk głosi wizję Polski„niebohaterskiej”, Polski zrywającej z „głupią” tradycją przeciwstawiania się najmocniejszym sąsiadom. Walka ekipy Tuska z nauczaniem historii to niezrozumienie, że nie ma wolności bez pamięci.

Można odpowiedzieć na strach przed utratą wolności, jeśli tylko podejmiemy staranie o to, by ją utrzymać. Projekty systematycznej pracy nad odnawianiem i poszerzaniem naszej wspólnoty były tworzone i realizowane w wieku X, potem w XI, XII… XIX i XX.

Czytając tę książkę, zastanawiałem się, czy zapluwający się (literalnie) w atakach na „mrzonki idei jagiellońskiej” Sikorski jest zdrajcą? Czy zdrajcą polskości jest Tusk? Czy tylko są nieszczęśnikami będącymi bezwolnym produktem i sługami procesów znacznie od nas potężniejszych. Nie wiem. Sam Andrzej Nowak takich pytań nie stawia. Ale kto pamięta Efialtesa? Zdrajcę spod Termopil? Imię Leonidasa zaś będzie wspominane do końca świata. I całą wieczność dłużej.

Książka jest do nabycia w Księgarni Gazety Polskiej

http://niezalezna.pl/33960

***

„Strachy i Lachy. Przemiany polskiej pamięci 1982-2012”.

fragmenty

Nasze zasady, nasz naród

(…) Zaproszenie do wzajemnej korupcji wydaje się mieć moc uniwersalnego klucza do bram publicznej agory. „Róbta co chceta”, znane hasło, udoskonalone na jednej z organizowanych w Krakowie imprez kulturalnych w postać pozytywnego przesłania: „Zrób se dobrze” – wyraża trafnie istotę i formę, język nowego kontraktu społecznego, jaki łączy rządzących z wyborcami (także, a może zwłaszcza z tymi, którzy do wyborów nie chodzą). Fundamentem, bóstwem nawet, tego układu jest wizja stałego ekonomicznego rozwoju, rosnących możliwości materialnej konsumpcji dla jego uczestników. Dogonić (bo już może nie przegonić) Zachód w tej dziedzinie i wejść do tak właśnie rozumianego Zachodu – oto trudny, najwyższy, a może jedyny cel, zrozumiała dla wszystkich „racja stanu”

(…).

Dziś większość obecnych na polskiej scenie politycznej partii (a w każdym razie indywidualni ich działacze) znalazła swoje udziały w systemie wykorzystywania zasobów państwa jako „okazji” do wzmocnienia zaprzyjaźnionych biznesmenów i dostarczania dobrze płatnych stanowisk dla wiernych klientów. Ostra walka toczy się o wielkość tych udziałów, jednak samo uczestnictwo w systemie, najmniejszy choćby udział, wyklucza już możliwość jego podważenia. Co więcej, duża część społeczeństwa straciłaby na jego podważeniu. System patronacko-kliencki poświęca wszystko swemu utrzymaniu, wzmacnia się nieustannie kosztem tych, którzy pozostają poza jego obrębem.

Wystąpić przeciw temu systemowi? Opowiedzieć się po stronie zepchniętych na pobocze nowoczesności, zasad i tradycji? Odbudować politykę rozumianą w kategoriach działalności moralnej, nakierowanej na tworzenie dobra wspólnego? (…) Zasady i naród, opatrzone na dodatek zaimkiem dzierżawczym „nasze” – te pojęcia, to połączenie budzi dziś nie tylko śmiech, ale także strach, grozę niemal. Jakże więc, między grozą a śmiechem, o tym mówić? I po co? (…).

Kopiec a sprawa polska

(…) W próbach budowy „nowego patriotyzmu”, wcześniej kultywowana spuścizna historyczna pokazywana była jako czarna otchłań, od której musimy odejść jak najdalej, żebyśmy byli szczęśliwi i bezpieczni. Wspólnym wysiłkiem mediów, ich intelektualnych gwiazd przewodnich, dzisiejszej klasy politycznej oraz postkomunistycznej szkoły, tradycja obywatelska I Rzeczypospolitej została skojarzona skutecznie z najbardziej wulgarnym stereotypem anarchii, warcholstwa, rokoszu – „polskiego piekła” krótko mówiąc.

Doświadczenie „Solidarności” zostało w tej perspektywie zreinterpretowane jako kolejny rozdział w dziejach owego szczególnego polskiego nierządu. Cały okres walk o niepodległość stał się kroniką coraz mniej zrozumiałej martyrologii (podszytej pytaniem o wpisane w nią „dzieje głupoty polskiej”). Pod piórem publicystów, historyków-amatorów spotężniał jednocześnie demon polskiej przeszłości: rozwój nacjonalizmu, który jakby stawał się coraz bardziej osobistym wynalazkiem Romana Dmowskiego, elementem patologicznej specyfiki polskiej w każdym razie, nie zaś częścią ogólnoeuropejskiego zjawiska modernizacji, z której wyrosły wszystkie nowoczesne nacjonalizmy i narody. W końcu polska martyrologia, polska walka o słuszną sprawę – w wieku XIX, w I wojnie, w roku 1920, w czasie II wojny, przeciw narzuconemu komunizmowi – okazała się nic nie znaczącym tłem dla dziejów polskich zbrodni, z przyrodzonym naszej wspólnocie antysemityzmem na czele. A jeszcze ten wątek chrześcijaństwa, katolicyzmu, tak fatalnie spleciony przez historię z polską tożsamością narodową…

No to uciekajmy! Uciekajmy od takiej historii, uciekajmy od takiej tożsamości, uciekajmy od takiej Polski.
Ale dokąd? (…).

Zaburzenia pamięci

(…) Nowy atak ministra Radosława Sikorskiego  na pamięć Powstania Warszawskiego jest tylko kolejną odsłoną konsekwentnej polityki historycznej, której mottem są niegdysiejsze słowa Donalda Tuska: „Polskość to nienormalność”. To jest polityka także jak najbardziej gotowa do zadawania bólu tym, którzy „źle pamiętają”, tym, którzy są wierni pamięci polskich ofiar napaści niemiecko-sowieckiej z 1939 roku i polskich bohaterów walki z oboma totalitaryzmami XX wieku.

Pamięć splata się z polityką w tej walce w szczególnie bolesny sposób w związku z tragedią 10 kwietnia 2010 roku. Czy można ją traktować w kategoriach swoistej ofiary, poniesionej w służbie pamięci ofiar wcześniejszych, których symbolem jest Katyń? Czy też należy ją raczej przedstawić jak absurdalną śmierć przypadkowych ofiar, prowadzonych na rzeź przez fanatyków „martyrologii”, „bohaterszczyzny” i głupiego honoru? Pytania o Smoleńsk przechodzą wprost w pytania o Powstanie Warszawskie, o II wojnę, o polskie ofiary i polskie bohaterstwo także we wcześniejszych walkach. Może lepiej nie walczyć, poddać się, kiedy mamy naprzeciw silniejsze bataliony? Przeżyć po prostu? Reszta to głupota?

Co więc mamy pamiętać? Nas – morderców z Jedwabnego, „złotych żniwiarzy” z żydowskich grobów masowej zagłady? Czy także np. sądowych morderców gen. Fieldorfa-Nila, majora Pileckiego i tylu innych bohaterów polskiej walki o wolność? A może gen. Bór-Komorowski – skoro wydał rozkaz do powstania, w którym zginęło 200 tysięcy cywilów – to też morderca? Czy w imię pojednania z Rosją Władimira Putina, które stało się naszym towarem eksportowym (jak to jesienią ubiegłego roku określił pewien funkcjonariusz frontu prasowego), powinniśmy raczej „wystudzić” naszą pamięć o Katyniu i innych sowieckich zbrodniach na ludności polskiej z lat 1917-1945? (…).
Kogo mamy pamiętać? Ofiary – które? Czy dzielą się na lepsze i gorsze, mniej i bardziej godne pamięci? Czy można je hierarchizować? Czy powinniśmy też pamiętać oprawców (i znowu: których)? A bohaterów? Czy są w ogóle bohaterowie? Młodzi żołnierze Powstania Warszawskiego, wspominający dziś wyczyny swoje i swoich koleżanek i kolegów z błyskiem dumy? Obrońcy Westerplatte? (…) Przecież dziś nie walczymy z nikim i wszelka wojna jest niewyobrażalna (Gruzja 2008 wydaje się tak daleko…) – po co nam pamięć o takich bohaterach?

Chaos zderzających się pytań, kakofonia wykluczających się nawoływań o pamięć lub zapomnienie. Produkcja pamięci (bo to także gałąź przemysłu) wydaje się większa od możliwości konsumpcji. Programy szkolne, filmy fabularne, muzea, pomniki, cmentarze (zwłaszcza wojenne), tablice pamiątkowe z nazwiskami, wystąpienia polityków, a nawet listy pasterskie episkopatu nawiązujące do historycznych rocznic są (albo bywają) narzędziami w tej swoistej mnemomachii (walka pamięci – przyp. red.).

Czy można odczytać w niej jakiś sens? Zrozumieć jej przebieg, dynamikę, strategie uczestników? (…).

prof. Andrzej Nowak, Strachy i Lachy. Przemiany polskiej pamięci 1982-2012, Kraków 2012

Pięknie wydana książka zilustrowana m.in. 14 rysunkami satyrycznymi autorstwa Ewy Barańskiej – Jamrozik dostępna jest już w Księgarni Ludzi Myślących.

http://wpolityce.pl/wydarzenia/38959

***

Bez pamięci nie ma świadomego narodu

Rozmowa z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, publicystą, autorem wydanej właśnie przez wydawnictwo Biały Kruk książki „Strachy i Lachy. Przemiany polskiej pamięci 1982-2012”.

W jednym z rozdziałów swojej najnowszej książki pokusił się Pan o bardzo ciekawe ćwiczenie intelektualne. Napisał Pan mianowicie, jak na katastrofę Smoleńską zareagowałby marszałek Józef Piłsudski. Porównanie potencjalnego zachowania Marszałka z działaniami obecnej ekipy rządowej wypada dla niej miażdżąco…
Zdecydowałem się na taki zabieg na podstawie swojej znajomości charakteru i działań Józefa Piłsudskiego wynikającej z moich badań historycznych. Jestem przekonany, że Marszałek – człowiek, który dobrze znał Rosję, a interes Polski stawiał zawsze na pierwszym miejscu – potrafiłby uniknąć tej tragicznej sytuacji, jaka wydarzyła się 10 kwietnia i po nim. Znając jego dalekowzroczność i umiejętność politycznej kalkulacji, można być pewnym, że nie dopuściłby w ogóle do takiej katastrofy. Odmówiłby stanowczo wyjazdu do Rosji w warunkach, w których de facto za wizytę w pełni odpowiada strona rosyjska. Strona nieżyczliwie do Polski nastawiona i usiłująca wykorzystać rocznicową uroczystość do własnej rozgrywki politycznej, w której w dodatku część naszej ekipy rządowej – tak trzeba to powiedzieć – grała przeciwko polskiej głowie państwa. Gdyby już jednak doszło do katastrofy, to Piłsudski bez najmniejszych wątpliwości nie pozwoliłby na takie traktowanie Polski, jakie po 10 kwietnia zafundował nam Władimir Putin i jego „elita”. „Elita” – przypomnijmy – składająca się z ogromnej większości z dawnych funkcjonariuszy sowieckich i rosyjskich służb specjalnych. Nie dopuściłby do tak upokarzającego traktowania naszego kraju, jakiego byliśmy i nadal jesteśmy świadkami. Do wielokrotnego upokarzania państwa polskiego jako takiego i – co szczególnie bolesne – upokarzania rodzin ofiar katastrofy. Czymże innym bowiem jak nie upokorzeniem jest skazywanie ich dzisiaj na bolesną procedurę ekshumacji? Ekshumacji, której alternatywą może być wieczna niepewność, czy w rodzinnym grobie na pewno pochowana została bliska osoba. A czy upokorzeniem nie jest niby przypadkowe umieszczanie w Internecie drastycznych zdjęć ofiar katastrofy? Zapyta pan, co konkretnie mógłby zrobić Piłsudski? Po pierwsze na samym wstępie postawić jasno sprawę: Rosja daje nam pełny dostęp do wraku, miejsca wypadku, ciał ofiar i wszelkich działań wyjaśniających. Odpowiedź strony rosyjskiej na ten postulat byłaby tu decydująca: albo Rosja nie ma nic do ukrycia, w pełni zgadza się na szeroką współpracę z Polską i nie stara się uniknąć odpowiedzialności, albo jednak ma coś do ukrycia, chce chronić winnych zaniedbań, a może nawet czegoś gorszego. W przypadku odmowy Polska miałaby pełne prawo zagrozić Rosji poważnymi konsekwencjami politycznymi i dyplomatycznymi. Zastosowanie sankcji dyplomatycznych (wezwanie ambasadora, zamknięcie placówek dyplomatycznych itd.), zablokowanie rosyjskiej ekspansji politycznej i gospodarczej w Europie, wykorzystanie pomocy NATO i Unii Europejskiej było po 10 kwietnia jak najbardziej możliwe – gdyby Rosja odmówiła realnej współpracy w wyjaśnieniu tej tragedii. To, że Polska nie skorzystała z tych możliwości, to wyłącznie wina ekipy rządzącej, wina która obciąża ją w sposób zasadniczy. Polski rząd całkowicie skompromitował się od 10 kwietnia 2010 r. swoją bezczynnością. Dlaczego bowiem państwo polskie oddaje tak ważną sprawę, jaką jest śledztwo w sprawie śmierci elity kraju z aktualnie urzędującym prezydentem, w ręce obcego mocarstwa? W dodatku mocarstwa żywo zainteresowanego ukrywaniem realnych wyników tego śledztwa. Na tym polega – z państwowego punktu widzenia – istota reakcji na Smoleńsk: jeżeli nie upominamy się energicznie, stanowczo i ze wszystkich sił o swoich zabitych obywateli – wszystkich obywateli, niezależnie od ich państwowej rangi – to oznacza, że nie chcemy być państwem suwerennym i poważnie traktowanym. Że akceptujemy możliwość traktowania polskich obywateli jak ludzi niższej kategorii, którym nie należy się ten sam zakres ochrony co obywatelom Niemiec, Francji, Stanów Zjednoczonych czy Rosji. Proszę sobie wyobrazić, co działoby się, gdyby taka katastrofa przydarzyła się samolotowi rosyjskiemu na terenie Polski. Mam nadzieję, że rząd ten poniesie w końcu odpowiedzialność polityczną za błędy popełniane w ostatnich kilku latach.

O stosunkach polsko-rosyjskich traktuje także jeden z rozdziałów Pańskiej książki. Jakie jest według Pana znaczenie naszych relacji ze wschodnim sąsiadem i jaki wpływ na nie ma tragedia smoleńska?
Rzeczywiście, druga część książki, zatytułowana „Głębsza pamięć imperium”, dotyczy bardzo moim zdaniem ważnych stosunków polsko-rosyjskich na przestrzeni wieków. Znalazły się w niej m.in. dwa obszerne szkice poświęcone postaciom Zygmunta Krasińskiego i jego podejściu do Rosji oraz Henryka Kamieńskiego (XIX-wiecznego filozofa i działacza demokratycznego, zesłańca w Rosji). Opisując te dwie postacie, ich działalność i przemyślenia związane z rosyjskim imperium, chciałem pokazać, że pewne myślowe i ideowe podejścia wobec Rosji pojawiły się już półtora wieku wcześniej i, co ciekawe, wcale nie straciły na aktualności. „Podbój Europy przez Rosję […] dokona się metodą zupełnie nową. Rozszerzy się i ustanowi bez oddania przez Rosję jednego wystrzału” – pisał w 1851 r. emigracyjny publicysta Józafat Ostrowski. „Moskwa szczerze nigdy nic dla Polski nie może uczynić, bo jej istotnym interesem jest śmierć Polski” – dodawał Zygmunt Krasiński. Czy nie brzmi to aktualnie? Rosja od zawsze prowadziła pewną określoną politykę wobec swoich sąsiadów. Była to linia wewnętrznego rozbijania i skłócania, a także osłabiania miejscowych rządów. Chodziło o to, by doprowadzić do jak największego skonfliktowania rządów i opozycji, co zaskutkuje chaosem w kraju i jego politycznym paraliżem. W takiej sytuacji jako arbiter pojawiała się Moskwa i w zależności od potrzeb albo rozsądzała spór, albo dolewała oliwy do ognia. Moskwa zawsze też wspierała ośrodki jej życzliwe. Tak było w odniesieniu do sąsiadów Rosji w Azji, na Kaukazie i w Europie. Znamy to dobrze z naszej historii. Tak było w XVIII w., za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego, tak było w czasach rządów komunistycznych, tak jest po 1989 r. Dobrym przykładem jest tutaj umiejętne podsycanie konfliktu prezydent – premier w okresie pierwszej kadencji rządów Donalda Tuska. To działania rosyjskie, ochoczo podchwycone przez ekipę PO, doprowadziły do rozdzielenia wizyt premiera i prezydenta w Katyniu, czego skutkiem była katastrofa smoleńska. Wydarzenia po 10 kwietnia 2010 r. to cały ciąg przykładów wpływania i podsycania wewnętrznych sporów w Polsce przy wykorzystaniu smoleńskiej tragedii. Paraliż wewnętrzny silnego państwa sąsiadującego z Rosją, państwa, które za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego pokazało, że może stanowić realne zagrożenie dla wielkomocarstwowej rosyjskiej polityki, paraliż z powodu wewnętrznego konfliktu i wynikająca z tego słabość rządu – to zjawiska służące imperialnej Rosji Władimira Putina. Przykre i oburzające jest to, że część polskich środowisk politycznych – z RPP – „Ruchem Poparcia Putina” na czele – daje się wciągnąć w te sterowane z Moskwy rozgrywki. Rosja nie zmieniła swoje polityki – nadal popiera w Polsce pewne partie, z którymi wiąże nadzieje.

Pańska książka nosi podtytuł „Przemiany polskiej pamięci” i jest świadectwem tych przemian w ostatnich trzech dekadach.
Uważam – i to nie tylko dlatego, że jestem historykiem – że pamięć jest niezwykle ważna dla narodu i to każdego narodu. To, skąd przychodzimy, co było przed nami, skąd bierze się całe to dziedzictwo, któremu na imię Polska, to niezmiernie ważne elementy składające się na społeczną świadomość i poczucie narodowej odrębności. Nie można nazywać się narodem bez znajomości swojej historii. Na ową historię składają się zarówno dzieje całej społeczności, jak i dzieje pojedynczych osób ją tworzących. Każdy z nas ma wszak swoją własną odrębną historię. Urodził się w określonym czasie, w określonym czasie dorastał, wchodził w wiek dojrzały, starzał się. Ta własna, indywidualna historia daje nam swoiste zakotwiczenie w czasie, pozwala stanąć na twardym gruncie, dostarcza układu odniesienia, bo tylko przeszłość jest stała i pewna. O przyszłości nie wiemy zbyt wiele, ona jest płynna, stanowi wyłącznie swoistą obietnicę. Natomiast przeszłości nie możemy dowolnie zmieniać, a jeżeli już, to tylko kosztem prawdy. Od pewnego czasu daje się zauważyć w Polsce (choć nie tylko w Polsce) pewna niechęć, albo chociaż brak zainteresowania historią. Ważniejsza od refleksji nad przeszłością staje się teraźniejszość, chwila bieżąca, nie wspominając już o konsumpcji. „Wybierz siebie – wybierz pepsi” zachęcają reklamy. Tymczasem na samej konsumpcji (choć – nie neguję – jest ona ważna w naszym życiu) nie da się zbudować w pełni świadomego społeczeństwa. Świadomego swojej przeszłości, miejsca, jakie zajmuje i roli, jaką odgrywa w obecnym świecie. Sama konsumpcja nie wystarczy, by stworzyć społeczeństwo. Potrzebna jest podbudowa, której może właśnie dostarczyć pamięć i historia. Ważne jest też ich odpowiednie pielęgnowanie. Historia nie jest zabawą, nie można bawić się nią dowolnie, postmodernistycznie układać z jej elementów nowe konstrukcje, wymyślać alternatywne scenariusze. Nie można też jej sprowadzać do jednego wymiaru – pasma narodowych klęsk, win, za które musimy przepraszać, zbrodni, za które musimy się kajać. Istnieje silny nurt w krajowej historiografii, który z lubością eksploruje te wątki, próbując wytworzyć w Polakach nieustające poczucie winy. Na podstawie kilku książek tworzy się daleko idące uogólnienia, a za tym idzie coraz bardziej rozwinięty przemysł pogardy wobec polskości, tradycji, historii i narodu. To nie przypadek, to intencjonalne działanie zmierzające do przekształcenia i przebudowania polskiej pamięci. W tej „nowej”, lepszej” pamięci nie będzie już miejsca na dumę z narodowych osiągnięć, wielkich zwycięstw, sukcesów nauki, gospodarki i kultury. Ta swoista pedagogika wstydu ma wyrugować z pamięci Polaków wszelkie elementy mogące pokazać nas w nieco lepszym świetle niż tylko jako antysemitów, ciemnogrodzian, morderców i grabieżców cudzego mienia. Uprawia ją ochoczo od ponad dwudziestu lat część polskich mediów, dołączyła do nich powodowana konformizmem część historyków. Wszyscy mamy wstydzić się tego, że jesteśmy Polakami, że należymy do tego narodu, mamy wstydzić się polskości w ogóle. Tamę tym działaniom próbował położyć w latach 2005-2007 rząd Prawa i Sprawiedliwości przywiązujący odpowiednią wagę do tzw. polityki historycznej, tak bardzo atakowanej przez niektórych dziennikarzy i publicystów. Gorącym zwolennikiem polityki historycznej był prezydent Lech Kaczyński, twórca wspaniałego Muzeum Powstania Warszawskiego, które nieustannie przyciąga tysiące zwiedzających. Wyrazem tej właściwie realizowanej polityki historycznej była także decyzja o wizycie prezydenta w Katyniu w 70. rocznicę zamordowania tam polskich oficerów. Śmierć urzędującego prezydenta, prezydenta na uchodźstwie, wielu posłów i senatorów, generałów, duchownych stała się jakby kolejną ofiarą w walce o narodową pamięć, ofiarą, która nie pójdzie na marne. Dowodem na to comiesięczne obchody katastrofy, wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu, duchowe i moralne wzmożenie, jakie po 10 kwietnia ogarnęło znaczącą część naszego społeczeństwa. Jeżeli przyjąć, że pamięć i narodowa historia wymagają ofiary, to ofiara taka została złożona.

Ważną częścią Pańskiej książki są rozważania dotyczące najnowszej historii naszego kraju, tej po 1989 r. Nosi ona znamienny tytuł „Między śmietnikiem i pomnikiem: walka o pamięć III RP”.
Tytuł tego rozdziału zaczerpnąłem oczywiście z powieści „Generał Barcz” Juliusza Kadena-Bandrowskiego. W naszej narodowej pamięci o historii, o której wspominałem wcześniej, ważne miejsce zajmuje obraz dziejów najnowszych – tych po 1989 r. Zmagania o kształt tej pamięci toczą się od dawna. O ile odzyskaniu niepodległości w 1918 r. towarzyszyła autentyczna radość z własnego państwa, to radość po 4 czerwca 1989 r. była bardzo krótka. Złudzenie odzyskania państwa zastąpiła szybko świadomość układu zawartego przy Okrągłym Stole. O obowiązywaniu tego układu przypominali nam nieustannie jego sygnatariusze, i to zarówno ze strony solidarnościowej, jak i rządowej. Nie odzyskaliśmy więc niepodległości sami, własnymi staraniami i trwającą pięćdziesiąt lat walką, ale zostaliśmy po prostu wyzwoleni z łaski tych, którzy nas przez owe pięćdziesiąt lat trzymali pod knutem z moskiewskiego nadania. Przy takim założeniu nie może dziwić cenzura, jaką część elit szybko narzuciła publicznemu dyskursowi o najnowszej historii. W ramach tej cenzury o gen. Jaruzelskim należy pisać jako o wybitnym Polaku i patriocie, wszelkie odwołania do wielkiej narodowej historii określane są jako śmieszne i zacofane, duma z przynależności do własnego narodu to nacjonalizm, a deklarowanie przywiązania do wiary to Ciemnogród. Do rangi najwyższej wartości podniesiona została wolność, ale wolność specyficznie rozumiana. Wolność w znaczeniu ponowoczesnego liberalizmu, uwalniająca od narodowych obowiązków i powinności, od patriotyzmu, religii, społeczeństwa. Czy należy poddać się temu dyktatowi elit? Ależ nie. Polska się nie obroni, jeżeli my zrezygnujemy z jej obrony. Należy walczyć z naporem „ponowoczesności”, odbudowywać poczucie przynależności i dumy narodowej, tworzyć nowe, wspaniałe dzieła narodowej kultury. Niech wolność stanie się dla nas inspiracją do oryginalnej twórczości. Tylko od nas zależy, jak spożytkujemy ową daną nam wolność i czy poddamy się dyktatowi obdarowujących. W swojej książce cytuję Karola Wojtyłę: „Wolność stale trzeba zdobywać, nie można jej tylko posiadać. Przychodzi jako dar, utrzymuje się poprzez zmaganie”. Te słowa chyba najlepiej określają jak należy z wolnością postępować. Wolność musimy zdobywać codziennie i codziennie możemy ją stracić.

http://niezalezna.pl/34148

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Po 1980, Recenzje, Wywiady i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.