Film „Krzyż”, czyli III RP w zbliżeniu

Ewa Stankiewicz zrobiła wstrząsający film. Film, który analizuje III RP, ale także stan naszej cywilizacji głębiej niż uczone traktaty. Przede wszystkim zaś nie tyle mówi, ile pokazuje to w zbliżeniu. W przerażającym powiększeniu odsłania zjawisko, które nazwać można rodzeniem się pogardy jako siły społecznej. Film „Krzyż” i esej Bronisława Wildsteina.

 

Film można”Krzyż” obejrzeć >TUTAJ

przeczytaj >Ewa Stankiewicz, dziewczyna spod Krzyża

 

Bronisław Wildstein

„Krzyż”, czyli III RP w zbliżeniu

Ewa Stankiewicz zrobiła kolejny wstrząsający film. Film, który analizuje III RP, ale także stan naszej cywilizacji głębiej niż uczone traktaty. Przede wszystkim zaś nie tyle mówi, ile pokazuje go w zbliżeniu. W przerażającym powiększeniu. „Krzyż” odsłania zjawisko, które nazwać można rodzeniem się pogardy jako siły społecznej.

Dokumentowanie nienawiści

Niedawno przez polskie ekrany przeszedł nagradzany i fetowany w Europie na wszelkie sposoby film – skądinąd świetnego reżysera – Michaela Hanekego „Biała wstążka”. Miał on ukazywać genezę nazizmu. W rzeczywistości gruntownie i, co gorsza, w sugestywnej formie, fałszował historię, uznając niemieckie demony za płód patriarchalnego, rygorystycznego protestantyzmu – czytaj: etyki chrześcijańskiej czy religijnej po prostu.

„Wiek XX”, równie doskonały film Bernarda Bertolucciego sprzed 40 lat, pokazywał powstawanie faszyzmu według marksistowskiej wykładni równie fałszywie, jak wizje Hanekego tworzone na podstawie współczesnej, liberalnej receptury.

„Krzyż” Stankiewicz łapie podobne do analizowanego w tamtych filmach zjawisko na gorącym uczynku i dokumentuje. Nie chcę używać określenia „faszyzm” czy „nazizm” nie tylko z powodu ich wyświechtania. Nigdy nie obcujemy z dosłowną powtarzalnością historycznych zjawisk. Zwykle nie jesteśmy jednak w stanie wyplątać się z naszych doświadczeń i walczymy z nieistniejącymi zagrożeniami przeszłości, choć analogiczne do nich, w nowej formie, sytuują się już zupełnie gdzie indziej.

Żałoba, czyli spotkanie

Film Stankiewicz pokazuje współczesne źródła postaw, które kiedyś płodziły nazizm czy faszyzm. Dokumentuje wyrastającą z nihilizmu pogardę prowadzącą do nienawiści wobec tych, którzy procesom tym nie ulegają i stają się żywym wyrzutem sumienia w „wyzwolonym” świecie. Filmuje nienawiść, która przeradza się w akceptację dla zbrodni.

Stankiewicz nie komentuje, nie narzuca swojego zdania, choć jej film jest wielkim komentarzem i podsumowaniem. Stoi przed prezydenckim pałacem przez kilka miesięcy i filmuje. Zadaje pytania i rozmawia z ludźmi. Wbrew woli staje się także bohaterką, obiektem niechęci i agresji wreszcie. Jej film ma charakter bezpośredniego przeżycia, ale jest także obrazem gorącej rzeczywistości przyłapanej chłodnym okiem kamery

Na początku jest podniośle. Tragedia smoleńska wyprowadza ludzi na ulice i pozwala im się ze sobą spotkać. Polacy odkrywają, że żyją w kraju, którego obraz kreowany przez opiniotwórcze ośrodki radykalnie odbiega od ich doświadczeń, w państwie, które nie jest ich. Okazuje się, że tak jak oni myśli wielu i że mają oni za sobą podobne doświadczenia.

Zaczyna się od najprostszych spostrzeżeń. Kontrastu między medialnym wizerunkiem nieżyjącego prezydenta a rzeczywistością. Dzielenia się informacjami o zdarzeniach i zjawiskach nieistniejących w oficjalnym przekazie. W tych rozmowach po drugiej stronie uczestniczą rodacy ukształtowani przez medialną propagandę. Nie dostrzegają problemów. Domaganie się sprawiedliwości to dla nich polowanie na czarownice. Kiedy słyszą, że dawni właściciele PRL w III RP przekazują władzę i wpływy swoim dzieciom, a krytycy tego stanu rzeczy domagają się tylko równości szans, nie bardzo mają co odpowiedzieć.

Jak wszystko w III RP, żałobnicy odbiegają od swoich medialnych wizerunków. Są wśród nich młodzi, wykształceni, którzy wygłaszają przemyślane sądy, a w odpowiedzi zwykle słyszą komunały. Często zresztą zamiast nich pojawia się epitet. Przecież takie poglądy prezentować mogą tylko „mohery” albo „pisiaki”. Ale rozmowa i dyskusja ciągle są możliwe. Odbywają się w cieniu krzyża postawionego tam dla upamiętnienia poległych pod Smoleńskiem.

Wiara jako skandal

Symbole narodowe i religijne się przeplatają, gdyż kultura ufundowana jest na religii, a polskie doświadczenia są w tym względzie szczególnie wymowne. Trudno sfery te od siebie oddzielić.

Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było usunięcie krzyża sprzed pałacu, co Bronisław Komorowski ogłosił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Dramatyczna próba wykonania tego postanowienia, którą oglądamy w filmie, zostaje udaremniona, choć krzyż osłonięto barierkami i otoczono kordonami policji i straży miejskiej. Od tego momentu jednak relacje między obrońcami krzyża a ich antagonistami się zmieniają, a różnica pogłębia.

Trwają jeszcze rozmowy, ale wrogość narasta. I, jak zwykle w naszej rzeczywistości, zaczyna się od odwrócenia znaczeń. To grupka modląca się pod krzyżem uznana zostaje za napastników. To oni mają reprezentować nietolerancję, zagrożenie wolności, są upostaciowieniem zmór ze snów liberalnego, rozdokazywanego, współczesnego mieszczucha. Tamci, religijni, poważnie traktujący wspólnotowe zobowiązania przeszkadzają w beztroskiej zabawie, w którą ma się zamienić życie. Skandalem jest samo ich istnienie.

Obelga, profanacja, agresja

Ci pod krzyżem, czyli inni, najpierw mają zostać naznaczeni, a potem wyeliminowani. Na razie z przestrzeni publicznej. – Krzyż do kościoła, modlić się w kościele! – wyją coraz bardziej wrogo grupki odprawiających rytuał prymitywnej zabawy na ulicy. Oburza ich religia, powaga i symbolizujący ją krzyż. Ulica, przestrzeń publiczna ma należeć do nich.

– Jestem czarnym Żydem, homoseksualistą… – prowokuje podpity, wyglądający raczej na cwaniaka z Targówka, gość, który podchodzi do spokojnych ludzi zebranych wokół krzyża. Uznaje, że nazwał to, czego tamci muszą nienawidzić. Muszą być homofobami, rasistami i antysemitami. Innymi słowy, zasłużyli na nienawiść i eliminację. Obrońcy krzyża mają być sektą, ludźmi chorymi psychicznie. Powinni być zamknięci.

Na naszych oczach wyłania się metafora współczesnej Europy.

Przeciwnicy krzyża używają ideologicznego frazesu, którym karmieni są na co dzień, potem krzyku i obelgi. Frazes mówi, że religia jest czymś nieprzyzwoitym i dlatego może być praktykowana prywatnie lub wyłącznie w przeznaczonych do tego miejscach w przeciwieństwie np. do seksu. Krzyk ma zagłuszyć wątpliwości i argumenty. Obelga odczłowiecza, pozwala odczuwać pogardę.

– Jest pani idiotką – mówi przechodzień do autorki filmu. – Dlaczego? – pyta Stankiewicz. – Bo wygląda pani na idiotkę! – słyszy odpowiedź.

Obelga przeradza się w profanację, próbę najgłębszego dotknięcia obrońców krzyża. Pojawiają się kolejne kombinacje: krzyż z puszek piwa Lech czy ukrzyżowany pluszowy miś.

Ta narastająca, symboliczna, słowna przemoc stopniowo prowadzi do przemocy dosłownej, fizycznej. Na początku są tylko obietnice.

– Należy was zbombardować, zniszczyć! – krztusi się wściekłością młody człowiek.

Manifestacje obojętności wobec śmierci prezydenta przeradzają się w deklaracje satysfakcji z tego powodu i życzenia śmierci jego brata. Szczególną nienawiść wywołuje przecież partia uznana za emanację obrońców krzyża. Akt wściekłego, zespołowego rozrywania pluszowych kaczorów staje się plemiennym rytuałem.

Młodzi pytani o zabójstwo działacza PiS krztuszą się ze śmiechu. Przecież to tylko „pisiak”. Zasłużył na to, co dostał. – Pizdy z pisu! – słyszymy coraz częściej obok innych wyzwisk.

Obelgom zaczyna towarzyszyć fizyczna agresja, która rozgrywa się przy akompaniamencie głupawych piosenek.

Porządek przemocy

Wszystko to toczy się pod nadzorem wyjątkowo licznych przedstawicieli służb porządkowych: policji i straży miejskiej. Funkcjonariusze nie zauważają aktów agresji wobec obrońców krzyża i ich stronników. Występują po stronie napastników.

Napadnięta Stankiewicz jest ostro przesłuchiwana. Stoimy wobec odwróconej rzeczywistości, którą nadzoruje władza. W pewnym momencie grupka szydzących z obrońców krzyża roztapia się w tłumie policjantów. – Czy panowie są z policji?! – pyta Stankiewicz i nie otrzymuje odpowiedzi.

„Krzyż” nie jest reportażem śledczym, ale ta scena, tak jak wątek wsparcia bojówek atakujących obrońców krzyża przez siły porządkowe, odsłania inny mechanizm wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu. Agresorzy używają języka, w który zostali wyposażeni przez dominujące ośrodki opiniotwórcze. Są efektem tworzonego przez nie przemysłu pogardy i nienawiści. Okazuje się, że najprawdopodobniej są także – a w każdym razie w jakiejś mierze – sterowani przez rządzących, którym nie na rękę jest pamięć o nieżyjącym prezydencie i katastrofie smoleńskiej.

To działanie posuwa się dalej. Paru żałobników zostało przez policję siłą zawiezionych do szpitala psychiatrycznego. Szpital zamknął ich, chociaż po jakimś czasie musiał wypuścić. Jeszcze. Przecież, jak powtarza się w wypowiedziach napastników, ludzie modlący się na ulicy – a może ogólnie, modlący się (jak można?! w XXI wieku?!) – to przypadki psychiatryczne. – A ludzie chorzy psychicznie muszą być zamykani w szpitalach! – wykrzykuje jeden z młodych, wykształconych, oburzonych krzyżem.

Niedaleko ma swoją siedzibę „Nowy, wspaniały świat”, klub radykalnie lewicowej „Krytyki Politycznej”, która na szczególnych warunkach wyjątkowo atrakcyjny lokal dostała od powołującej się nieustannie na swoją katolicką religijność prezydent Warszawy. Młodym lewicowcom, dla których słowem kluczem jest „wykluczenie”, a jednym z ewangelistów ? Michel Foucault, nie przyjdzie do głowy, że paradoksalnie realny przykład tego, o czym pisał autor „Nadzorować i karać”, rozgrywa się dwa kroki od ich luksusowej restauracji.

Dla Foucaulta norma zdrowia psychicznego była jednym z ważniejszych mechanizmów narzucania dominującej kultury. Ci, którzy się w niej nie mieścili, byli karani osadzeniem w psychiatrycznym szpitalu i poddawani przymusowej terapii. Abstrahując od wątpliwości, które budzi ta teoria, okazuje się ona pasować do współczesnej Europy i III RP jako jej karykaturalnego spełnienia. „Wykluczonymi” stają się w niej obrońcy tradycyjnej kultury. To ona klasyfikowana jest jako patologia, a jej przedstawiciele – jako mieszczący się poza normą – są karani.

Pałac i ulica

Władza w Polsce w imię swoich partyjnych interesików rozpętuje dziś nienawiść, którą „Krzyż” odsłania. Jej widomym symbolem jest prezydencki pałac. Milczący, rzęsiście oświetlony i gasnący, gdy bojówki ruszają na grupkę pod krzyżem. Czasami pojawia się prezydencki minister Jacek Michałowski, ironicznie (żeby nie powiedzieć pogardliwie) spoglądający na ludzi przed pałacem. Odmawia odpowiedzi, nieco znudzony, nieco poirytowany tym, co dzieje się na ulicy. Trafia tam zresztą tylko przypadkowo i jak najprędzej chce uciec do swojej limuzyny, pod opiekę swojego dworu.

Bezpośredniego kontaktu między pałacem a ulicą nie ma.

Jest jeszcze w „Krzyżu” uderzająca nieobecność, którą podkreślał Artur Bazak, omawiając film w tygodniku „Uważam Rze”. To nieobecność Kościoła hierarchicznego. Do wyprowadzenia krzyża delegowani są młodzi, zagubieni księża. A modlić się wraz z jego obrońcami przychodzi tylko jeden kapłan, inna sprawa, że jeden z tych najbardziej znaczących z czasów opozycji i „Solidarności”, przyjaciel ks. Jerzego Popiełuszki – ks. Stanisław Małkowski.

Drugi obieg

W dzisiejszej Polsce zaczyna się rozszerzać alternatywny obieg filmowy. Takie obrazy jak „List z Polski”, „Mgła”, a teraz „Krzyż” są produkowane i dystrybuowane poza oficjalnym obiegiem i niepokazywane przez media. Te dwa ostatnie powstały – wydawałoby się – wbrew zdrowemu rozsądkowi, bez żadnych środków, wyłącznie dzięki pasji i poświęceniu ich twórczyń oraz pracujących społecznie ekip. „Krzyż” Stankiewicz jest filmem, który chwyta na gorąco nasz czas i jego najgłębsze problemy. Mało prawdopodobne, żeby pokazały go polskie telewizje.

24.03.2011, Rzeczpospolita

 

Relacje z pokazów

Filmowa relacja z drugiego pokazu filmu w kinie „Wisła” w Warszawie. Po krótkim wprowadzeniu Ewy Stankiewicz, wrażeniami po obejrzeniu filmu dzielą się Bronisław Wildstein, Jerzy Dera i Piotr Semka.

 

Pramiera w warszawskiej „Kinotece”

Na premierze obecni byli twórcy filmu – sama reżyser, a także współpracownicy – wśród nich Jan Pospieszalski. Na sali kinowej wśród zaproszonych gości byli: ksiądz Stanisław Małkowski, poseł Antoni Macierewicz, Maria Dłużewska i Joanna Lichocka – twórczynie filmu „Mgła”, dziennikarze – m.in. Cezary Gmyz i Jerzy Jachowicz.

Nie zabrakło osób, które w tych trudnych miesiącach broniły krzyża czy przychodziły na Krakowskie Przedmieście, by wspomóc jego obrońców. Sala Kinoteki była wypełniona widzami, którzy żywo reagowali na wydarzenia przedstawione na ekranie.

P1430835

P1430872

http://www.blogpress.pl/node/7919

>Film z książką można kupić przez internet,  w wydawnictwie Rafael oraz w Księgarni Gazety Polskiej i salonach Empik

***

Jerzy Jachowicz

Dokument „Krzyż” Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego dostarcza dowodów na to, że zachowania przeciwników krzyża pod Pałacem Prezydenckim były w istocie barbarzyńskimi atakami na Kościół.

Przy metalowych barierkach postawionych przez policję, klęczy pół nagi młody mężczyzna. Nad nim stoją dwaj jego koledzy. Grają rolę oprawców. Jeden z nich markuje, że bije po gołych plecach rózgą. Katowany, udając zwija się z bólu. Drugi, stojący nad nim markuje, że wręcza mu krzyż. Bity wstaje i popychany idzie wzdłuż barierek. Ugina się pod rzekomym ciężarem krzyża. Cała trójka się śmieje. Świetnie się bawią. Są zachwyceni zaimprowizowaną parodią drogi krzyżowej. Przyszli pod Pałac Prezydencki, aby zaprotestować przeciwko obrońcom krzyża. Są pijani.

To jedna z najbardziej szokujących scen najnowszego dokumentu zrobionego przez Ewę Stankiewicz przy współpracy Jana Pospieszalskiego. Ich film jednocześnie wzrusza, wstrząsa, oburza. Wszyscy pamiętamy, jak wdeptany w ziemię został pierwszy film tej samej spółki autorskiej „Solidarni 2010”, pokazujący ludzi, którzy gromadzili się pod Pałacem w pamiętnych dniach kwietniowych, bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej. Media o największej sile przebicia zarzucały autorom jednostronność, manipulację, odwoływanie się do banalnych chwytów prymitywnej propagandy. Zarzucano twórcom, że trzymają stronę oszołomów, szalejących pod Pałacem. Posługują się nimi, aby forsować własną wypaczoną wizję obecnej sytuacji w kraju. Wykorzystują ludzi modlących się, oddających cześć wszystkim tragicznie zmarłym, dla celów politycznych Prawa i Sprawiedliwości. – Dlaczego twórcy filmu nie pokazali drugiej strony? Tych, którzy uważali, że miejsce krzyża nie jest pod Pałacem – atakowali Stankiewicz i Pospieszalskiego ich nieprzejednani krytycy. Dla porządku przypomnę tylko, że nie była to zwykła ostra krytyka, ale lawina, która zewsząd spadła na głowę twórców. Atak, który potęgował się, aby przerodzić się w nagonkę. Na film i na autorów.

Nie bez przyczyny więc obecny dokument obok tytułu głównego „Krzyż” odwołuje się do swego poprzednika, nadając mu podtytuł „Solidarni 2010 część 2”. Daje więc satysfakcję tym, którzy domagali się przedstawienia przeciwników krzyża. To oczywiście powiedziane jest ironicznie. Jaką mogą czerpać satysfakcję, jeśli zwolennicy wyniesienia krzyża spod Pałacu dopuszczali się rzeczy okropnych, skandalicznych, chwilami obrzydliwych. Nie byli żadnym zbiorowiskiem zdolnym do negocjacji z obrońcami krzyża, do walki na argumenty, lecz pijaną dziczą nastawioną na obrażanie uczuć innych ludzi, na małpowanie ich religijnej i patriotycznej postawy. Na sianie wrogości, chamstwa, cynizmu i nienawiści. Trzeba było być ślepym i głuchym, aby wulgarne, prymitywne zachowanie pijanej tłuszczy, szumowin i mętów moralnych opisywać mianem radosnego happeningu. A tak określały ich postępowanie niektóre media. Teraz ci, którzy tym mediom, które nawiasem mówiąc, świetnie widzą i słyszą, uwierzyli, na własne oczy mogą zobaczyć, jakie ponure i jednocześnie zawstydzające igrzyska urządzali sobie przeciwnicy krzyża. To ogromna wartość tego dokumentu. Zasługą twórców jest dotarcie – niczym w najlepszym reportażu śledczym – do szpitala psychiatrycznego, w którym policja umieściła przemocą jednego z obrońców krzyża. Całkowicie zdrowego.

Jestem przekonany, że inne media, włącznie z telewizją publiczną, mają równie bogatą dokumentację jak „Krzyż”. Dysponują materiałami przedstawiającymi wielokrotne zderzenia dwóch obozów, ścierających się pod Pałacem. Obfite zdjęcia operacyjne z tych konfrontacji mają też służby specjalne i policja.

Obawiam się jednak, że gdyby nie dzieło Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego, moglibyśmy tego agresywnego, podchmielonego motłochu, wrogo nastawionego do Kościoła, depczącego brutalnie wiarę naszych przodków, nigdy nie zobaczyć.

Na końcu drobna uwaga. Aby zachować harmonię trzech warstw filmu – poznawczej, artystycznej i emocjonalnej – przydałoby się go znacznie skrócić. Najlepiej chyba kosztem scen zbiorowych modlitw i wznoszenia pieśni religijnych. Przynajmniej tam, gdzie się powtarzają lub są sobie bliskie.

[wPolityce.pl, 23.03.2011]

 

Geneza filmu



(fragment książki)

W książce wywiad-rzeka z twórcami: Ewą Stankiewicz, Janem Pospieszalskim oraz Robertem Kaczmarkiem, między innymi o cenie, jaką przyszło im zapłacić za „Solidarnych 2010”, oraz o filmie i wydarzeniach na Krakowskim Przedmieściu.

Karolina Wichowska: Dlaczego zdecydowaliście się na nakręcenie drugiej części „Solidarnych”?


Ewa Stankiewicz: Z odruchu dokumentowania rzeczywistości, z przekonania, że na naszych oczach dzieją się rzeczy istotne, z potrzeby zrozumienia tego, co się dzieje, i poznania miejsca oraz ludzi, którzy tworzą kraj, w którym żyję, mój kraj. Film Solidarni 2010 – część pierwsza – pokazywał wydarzenia, które miały miejsce w Polsce od momentu katastrofy przez tydzień. Ale historia – ta historia – toczy się dalej i trzeba to dalej dokumentować. Film Krzyż to Solidarni 2010. Część druga. Pokazuje on kolejne miesiące po katastrofie.

Robert Kaczmarek: Uważaliśmy, że mamy obowiązek rejestrować to, co się dzieje wokół nas. Od katastrofy minął prawie rok i pomimo obecności na Krakowskim Przedmieściu tylu kamer, ekip telewizyjnych, nie powstał żaden inny film z okresu żałoby narodowej niż Solidarni 2010. Sytuacja pod krzyżem była w centrum zainteresowania opinii publicznej i mediów przez wiele miesięcy… i znowu nic.

Walka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu była wydarzeniem, które wywołało najwięcej emocji po katastrofie. Co Waszym zdaniem tam się rozgrywało? Przepychanka polityczna? Walka o miejsce krzyża w przestrzeni publicznej? Wojna o kulturę?

R.K.: Moim zdaniem związek między katastrofą w Smoleńsku a wydarzeniami pod krzyżem jest tylko pozorny. To, co tam się działo, było przykre, ale nie zaskoczyło mnie. Zobaczyliśmy wyraźnie, że sprawdza się to, o czym pisali filozofowie neokomunistyczni: że rewolucja dokona się w sferze kultury. Dla mnie to są dwa etapy tego samego procesu. W Smoleńsku zginęli ludzie, którzy dbali o polskie państwo. „Akcja krzyż” była sondowaniem, jak daleko można się posunąć w niszczeniu podstaw naszej cywilizacji. Sprawdzano, jaką reakcję spowoduje prostacki, wulgarny, chamski atak na krzyż. Okazało się, że władza robi wszystko, żeby ten krzyż przesunąć w sferę osobistą.

E.S.: A mnie jednak zaskoczyło to, co działo się pod krzyżem. W przeddzień happeningu przeciwników krzyża pojawiły się zdjęcia wielkiej lufy wycelowanej w widza, za którą stał niewielki Dominik Taras. Odebrałam to jako straszenie przed tym, co ma się stać. Potem, kiedy okazało się, że demonstracja ma formę szyderczej zabawy, odetchnęłam ? w tym sensie, że jednak nie jest tak supergroźnie, nie ma jakiejś strzelaniny.

Z drugiej strony byłam przerażona tą zabawą. Bo to była zabawa na grobie. Patrzyłam na tych młodych ludzi i nie wierzyłam własnym oczom. Być może mam skrzywiony obraz młodego człowieka poprzez moją działalność w organizacjach pozarządowych. Tam spotykam ludzi szlachetnych i przede wszystkim bardzo samodzielnych w myśleniu, wolontariuszy, którzy chodzą do szpitala opiekować się chorymi ludźmi. Na pewno cały świat tak nie wygląda, nie jest też w całości taki jak tam przed pałacem w czasie happeningu.

Ta bezmyślność i brak świadomości, że uczestniczą w zabawie na Titanicu… Tam też w świetle kamer i akceptacji władz (nikt na to nie zareagował i jest to kolejna granica cywilizacyjna, którą przekroczyliśmy w ostatnim roku) nawoływano do eksterminacji.

Nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności za transparent „Mohery na stos”. Ciekawe, czy bez echa przeszedłby też transparent typu „Geje (czy ktokolwiek inny) na stos”?

Z całego tego czasu spędzonego pod krzyżem najbardziej uderzyła mnie jedna scena. Kiedy usuwano krzyż, a policja szarpała garstkę starszych ludzi, którzy go bronili, młodzież stała za barierkami i dopingowała policję oklaskami, gwizdami i okrzykami. Czegoś takiego nie widziałam nigdy w życiu ? ani na żywo, ani w filmie. Młodzi ludzie, którzy zawsze mają tendencje wolnościowe, są skłonni raczej kontestować władzę – tutaj ją dopingowali, w dodatku widząc, że ta władza dopuszcza się przemocy wobec słabych ludzi. Miałam skojarzenie z organizmem, w którym rozwijają się komórki nowotworowe, takie, które powinny budować i być siłą organizmu, a które jakoś tak się źle wykształciły, że ten organizm niszczą.

Jan Pospieszalski: Taka scena jest porównywalna tylko z tym, co być może można było zobaczyć w Berlinie lub w Kolonii w 1936 roku, jak bojówka NSDAP niszczyła sklepy żydowskie, a przechodnie dopingowali bojówkarzy, że robią dobrze.

R.K.: Policjanci zadziałali w taki sposób, ponieważ dostali taki rozkaz. Proste: funkcjonariusz musi się podporządkować. Pytanie, dlaczego nie reagowali na zdarzenia naprawdę skandaliczne, do których dochodziło obok knajpy po drugiej stronie ulicy. Tam byli kompletnie pijani bandyci, a przynajmniej wyglądający na bandytów menele, zachowujący się wyzywająco i wulgarnie. Normalnie, gdybyśmy na przykład teraz poszli na Krakowskie Przedmieście i zobaczyli kogoś takiego, to zwykły stójkowy by podszedł, przynajmniej wylegitymował, a na pewno zawołałby sukę, żeby go stamtąd wywieźć. Zastanawiające, że policja nie zareagowała… (…)

Porównujecie modły pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu do pogrzebu. Tylko że równie dobrze można się pomodlić i za ofiary katastrofy, i za pomyślność ojczyzny na grobach tych ofiar albo w kościele. W tamtym miejscu miało to jednak charakter demonstracji. Tym bardziej, że w lecie, kiedy działy się te wydarzenia, od katastrofy upłynęły już trzy, cztery miesiące. Kiedy Waszym zdaniem zakończyła się żałoba?

R.K.: Gdyby władza zrobiła to, co do niej należy, czyli prowadziła uczciwe śledztwo zmierzające ku wyjaśnieniu przyczyn katastrofy i wykazała inicjatywę w sprawie godnego uczczenia ofiar tragedii pod Smoleńskiem, to nie byłoby żadnego „konfliktu wokół krzyża”. Gdyby włączyli się w żałobę, a nie próbowali jej użyć, ogłaszając już w maju ustami Andrzeja Wajdy wojnę (!) z tymi, którzy nie chcą „pojednania” z putinowską Rosją. Myślę, że ludzi zbierających się na Krakowskim Przedmieściu łączyło również poczucie bezradności, wstydu za poczynania władzy i narastająca z każdym dniem potrzeba poznania prawdy.

E.S.: To będą mocne słowa, ale odnoszące się nawet nie do śmierci ludzi, ofiar katastrofy, tylko do katastrofy naszego państwa.

Tą katastrofą było postępowanie polskich władz w sprawie przygotowań do lotu Prezydenta, a później śledztwa w sprawie przyczyn śmierci niemal setki obywateli polskich, w tym głowy państwa. Śmierci podczas pełnienia obowiązków państwowych, która miała miejsce na terenie obcego kraju.

Jeśli myślę o pogrzebie, to o pogrzebie państwa – w moim rozumieniu – państwa sprawnego, silnego, dbającego o swoich obywateli i swoje podstawowe interesy. W tym sensie po 10 kwietnia 2010 roku pogrzebaliśmy to państwo. I miejsce pałacu na Krakowskim Przedmieściu jest jak najbardziej naturalne dla tej ceremonii.

J.P.: Kiedy się zakończyła żałoba? To zależy, dla kogo. Od pewnego czasu Ewa i ja spotykamy się z kolejnymi rodzinami ofiar katastrofy – to jest nasz kolejny projekt dziennikarski. W każdej z tych rodzin jest jeden wielki lej po bombie związany z odejściem kogoś bliskiego, kochanego, wokół którego organizowało się życie tej rodziny, tym bardziej, że były to jednostki ponadprzeciętne. Ich nieobecność jest w tych domach czymś krzyczącym, słychać skowyt tej nieobecności, ten brak jest jak ból po amputowanej kończynie. Do tego dochodzi jeszcze to, co się dzieje ze śledztwem, raportem MAK…

E.S.: … kłamstwa związane ze śledztwem…

J.P.: … wszystko to eskaluje kolejne eksplozje, choć od tragedii upłynął już pewien czas. Przez to nie pozwala się im tej żałoby przeżyć do końca.

Mówisz o rodzinach zmarłych. To jasne, że dla nich żałoba trwa minimum rok, tak jak dla wszystkich, którzy stracili kogoś bliskiego. A ja pytam o koniec żałoby w przestrzeni publicznej.

J.P.: Nam, ludziom, którzy nie mieli nikogo z rodziny na pokładzie tupolewa, także nie pozwolono dokończyć żałoby. Dowodem na to, że ona w jakimś sensie jeszcze trwa, są akcje w rodzaju „Dnia bez Smoleńska”. Świadczą o tym, jak dalece ta tragedia stała się elementem zbiorowego przeżywania, zbiorowej wyobraźni.

E.S.: Mogę mówić tylko za siebie, ale w jakiś sposób przeżywam tę żałobę cały czas. Ostatnio wracałam do Warszawy. O czwartej nad ranem przejeżdżałam koło lotniska i miałam taki nagły przypływ żalu, że oni stąd wylatywali i nie wrócili. Cały czas to we mnie tkwi. Ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy w ten sposób to przeżywa i nie narzucam tego nikomu.

Natomiast jeśli ktoś nawołuje, żeby znad osób przeżywających stratę kogoś bliskiego zdjąć parasol ochronny, albo opowiada w kontekście tragedii o nekrofilii (jak pan Bartoszewski – słowo „profesor” w tym kontekście nie może mi przejść przez gardło) – to według mnie jest dewiantem emocjonalnym. Bo zmieszanie z błotem czy próba ataku na kogoś, kto bardzo cierpi ? świadczy o całkowitym braku empatii.

J.P.: W naszej tradycji, ale także według psychologów, żałoba trwa rok. Zawsze było oczywiste, że pierwszy rok od śmierci męża jest dla wdowy czasem szczególnie trudnym. Oczywisty był ten parasol ochronny nad nią.

Tymczasem arystokratka polskiego dziennikarstwa, Dominika Wielowieyska, oraz rzecznik rządu ogłaszają, że należy ów parasol zabrać, bo nie każdą bzdurę można tolerować (chodziło o pytanie Vytautasa Landsbergisa powtórzone premierowi przez Ewę Kochanowską, czy rodziny ofiar powinny się obawiać o własne życie). Takie wypowiedzi świadczą o tym, że żałoba wciąż nie została domknięta, a napięcie, które jest wokół katastrofy, nie pozwala jej przeżywać w sposób właściwy i normalny.

Przykład takiego nagannego zachowania dał też ks. Henryk Błaszczyk, który brał udział w identyfikacji zwłok. Otóż wobec brata śp. Aleksandra Fedorowicza, tłumacza i dyplomaty, ks. Błaszczyk powiedział, że domaganie się ponownego otwarcia trumien to przejaw charakteropatii i braku empatii. Uważam za niedopuszczalne powiedzenie publicznie czegoś takiego o rodzinach ofiar.

(…) R.K.: W każdym normalnym państwie w takim przypadku pytanie o zamach byłoby pierwsze i podstawowe. Nie dlatego, że faktycznie ktoś uważa taką hipotezę za prawdopodobną, tylko po to, żeby taką możliwość wykluczyć. To, co jest najbardziej zastanawiające, to niefrasobliwość, z jaką potraktowano dokumentację i nośniki danych należące do generałów polskich, czyli natowskich. Mieli je ze sobą wojskowi podróżujący do Katynia. Po katastrofie ten sprzęt dostał się w ręce Rosjan, bo na miejscu nie było zawczasu polskich służb. W takiej sytuacji mamy przecież do czynienia z zagrożeniem złamania szyfrów, kodów ? rzeczy supertajnych. I jest to pełne milczenie świata.

E.S.: Oddanie wszystkich pendrive’ów, laptopów, telefonu komórkowego prezydenta pełnego ważnych informacji, pozwolenie, żeby tego wszystko Rosjanie dotknęli – to jest zdrada stanu.

Ludzie, którzy nie zadbali o ich zabezpieczenie tuż po katastrofie oraz zdecydowali o kształcie postępowania, powinni ponieść najwyższą karę. Bo w krajach demokratycznych za zdradę stanu wymierza się najwyższy wymiar kary – karę śmierci albo dożywocie. Taka kara należy się osobom, które zdecydowały o wyjaśnianiu przyczyn katastrofy na podstawie konwencji chicagowskiej – wbrew temu, że lot miał oznaczenie wojskowe.

Jeśli nie doczekamy się rozliczenia tych ludzi za szkodę, jaką wyrządzili Polsce, to nie możemy mówić o zdrowym państwie. Ta katastrofa lotnicza pokazała katastrofę państwa polskiego.

R.K.: Nie, myślę, że wcale nie katastrofę, tylko coś zupełnie innego. Bardzo ważny jest opis zachowań ludzi najważniejszych w państwie, co oni robili w ciągu pierwszej, drugiej, trzeciej doby.

Jeśli potwierdzona jest autentyczność tego, że w sobotę o godzinie 11 do gabinetu prezesa IPN przyszła pani wiceprezes z kwitem w ręku i oświadczyła: „Jestem od Komorowskiego, przejmuję władzę nad IPN-em”; jeśli do dziś niewyjaśniona jest droga premiera i ówczesnego marszałka sejmu do Warszawy, bo dotychczas wszystkie relacje się kłócą ze sobą, jeśli zostało przygotowane przemówienie o przejęciu władzy i wygłoszone zanim oficjalnie stwierdzono zgon prezydenta, to ja się zgadzam z Ewą, że są ludzie, których należy pociągnąć do odpowiedzialności.

W każdym państwie może się zdarzyć zdrajca, kilku zdrajców, może się zdarzyć spisek. Tylko każde państwo się przed tym broni. I jest pytanie o trzon, który to kontroluje: są prokuratorzy, są wojskowe służby specjalne, są ludzie, którzy na to reagują.

Ale czemu tu się dziwić, że nie reagują w tym przypadku, skoro wcześniej, przez dwadzieścia lat, główny zdrajca, czyli towarzysz generał Jaruzelski, był hołubiony jako bohater. W takiej sytuacji reakcja na Smoleńsk nie jest katastrofą, tylko kontynuacją władzy tego establishmentu, który został wygenerowany przez Peerel.

Jaką cenę płacicie za to, że jesteście autorami tego filmu?

R.K.: Nie lubię się skarżyć. Był już czas w TVP – pięć lat za prezesury Roberta Kwiatkowskiego – gdy nie mogłem nic zrobić dla telewizji publicznej. Przeżyłem dzięki pracy w reklamie. Teraz sytuacja powtarza się. Choć każde z nas ma trochę inną perspektywę zawodową… ale wszyscy znaleźliśmy się na aucie. W moim przypadku nie dość, że produkowany przeze mnie cykl „Errata do biografii” wycofano z produkcji, to także zdjęto go z emisji powtórkowych we wszystkich kanałach TVP. Skończyłem ostatnie produkcje dla TVP i jako producent, i jako reżyser. Czekamy na emisję świetnego filmu Grzegorza Brauna „Eugenika – w imię postępu” i filmu w mojej reżyserii „Betar”.

E.S.: Wiadomo, że nie jest przyjemnie słyszeć kłamstwa na swój temat. Jeśli Daniel Olbrychski kłamie w TVP, że w dokumencie Solidarni 2010 występują moi aktorzy z wyuczonymi kwestiami, to zastanawiam się, co nim kieruje. On wie, że kłamie, i wie, że ja wiem, że on kłamie. A mimo tego robi to. Zastanawiam się, dlaczego. Powinnam skierować sprawę do sądu, ale szkoda mi energii i czasu. Większość ludzi nie dała się zmanipulować. Ale wiem też, że sporo drzwi się przede mną zamknęło. Nagle skończyły się nagrody, które dosyć często dostawałam za swoje prace. Mniej rzeczy zrobię, może w ogóle będę szukać innego zajęcia. Ale jak mówi jeden z bohaterów spotów wolnościowych, które robiłam półtora roku temu:

„Każdą cenę warto zapłacić, żeby żyć naprawdę w wolnym kraju”.

Zresztą bez wielkich słów i ideałów – jestem za krnąbrna, żeby zrezygnować z niezależności. Na rzecz czego? Żeby paru gości z „branży” przestało mnie unikać? Żeby pójść na parę przyjęć więcej? Dostać jakieś wyróżnienie? Śmieszne…

14 marca 2011

http://www.wpolityce.pl

 

przeczytaj: Ewa Stankiewicz, dziewczyna spod Krzyża

Historia Krzyża Smoleńskiego

część I (kwiecień – lipiec 2010)
część II (sierpień 2010)
część III (wrzesień 2010)
część IV (październik-grudzień 2010)
(styczeń 2011) Mają nadzieję …
(luty 2011) Mają nadzieję …
(marzec 2011) Mają nadzieję...
(kwiecień 2011) Pamięci zabić się nie da

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Eseje, Recenzje, Teatr TV, film, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Film „Krzyż”, czyli III RP w zbliżeniu

  1. ja pisze:

    „Symbole narodowe i religijne się przeplatają, gdyż kultura ufundowana jest na religii, a polskie doświadczenia są w tym względzie szczególnie wymowne. Trudno sfery te od siebie oddzielić.” – dość łatwo przychodzi wam negowanie konstytucji waszej ojczyzny. Naprawdę, jak wam tak wszystko źle, to może wojna secesyjna załatwi temat i będzie spokój? Powojujecie sobie, będziecie mieć nowych bohaterów, własny kraj, będziecie szczęśliwi, nie będziecie musieli z nami, polskojęzycznymi zdrajcami, mieć nic wspólnego. Co wy na to?

    • yuhma pisze:

      Strasznie wam się wojenka marzy… Tacy pewni jesteście swojej przewagi? To lepiej uważajcie. MY na pewno żadnej wojny nie chcemy, ale jakby co to w kaszę sobie nadmuchać nie damy. A co do konstytucji, to najpierw się jej poducz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.