Tadeusz Płużański: Z otchłani

„Ktoś tu musi trwać, bez względu na konsekwencje”

„Nie opowiadał mi o czasach stalinowskich. Po prostu chciał mnie chronić, abym z powodu jego przeszłości też nie miał kłopotów. Gdy już zacząłem badać te sprawy i opisywać je w prasie, niepokoił się, że moje artykuły są – jak twierdził – zbyt ostre, że podaję personalia ubeków, również tych żyjących. Uważał, że tak jak jemu, mnie też nie odpuszczą. Oni i ich rodziny.” Tadeusz M. Płużański* opowiada o swoim ojcu Tadeuszu Płużańskim, współpracowniku rotmistrza Witolda Pileckiego, autorze wspomnień „Z otchłani”.

Kiedy urodził się Pański ojciec?

– Mój ojciec, Tadeusz Ludwik Płużański, urodził się 15 sierpnia 1920 r. w Miechowie, w dniu Cudu nad Wisłą. Dzieciństwo spędził w Wilnie. Był harcerzem wychowywanym w kulcie odrodzonego państwa polskiego i wartościach: Bóg, Honor, Ojczyzna. W maju 1939 r. ukończył liceum im. T. Czackiego w Warszawie, wówczas przy ul. Kapucyńskiej (dziś na miejscu zniszczonej podczas okupacji szkoły znajduje się pamiątkowy głaz, a szkoła mieści się przy ul. Polnej).

Walczył we wrześniu 1939 roku?

– W czasie ataku Niemców na Polskę zgłosił się na ochotnika do 77 Pułku Piechoty. Jednostka ta wchodziła w skład 19 Dywizji Piechoty walczącej w ramach Armii „Prusy”. 29 września został ciężko ranny w bitwie pod Janowem Lubelskim. Lekarz orzekł: „Pozwólcie mu spokojnie umrzeć”, ale tatę uratowała siostra Czerwonego Krzyża Janina Gociewicz. Do końca życia ojciec nosił w płucach kilkanaście odłamków od niemieckiej kuli.

Tadeusz Płużański bardzo szybko włączył się w struktury konspiracyjne. Najpierw w Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, a później w Tajnej Armii Polskiej. Co to była za organizacja?

– Była to jedna z pierwszych organizacji podziemnych utworzona w podbitej Polsce nastawiona na walkę z niemieckim okupantem. Miała oblicze narodowo-katolickie, bo prócz walki zbrojnej kluczowe były też wartości, które jej członkowie wyznawali. Element wiary w Pana Boga był tutaj bardzo istotny. TAP wyróżniała się również elitarnością – bardziej niż inne podziemne struktury była organizacją kadrową. Na jej czele stał mjr Jan Włodarkiewicz, a szefem sztabu był Witold Pilecki. Właśnie z ramienia Tajnej Armii Polskiej Pilecki dobrowolnie poszedł do KL Auschwitz, aby rozpoznać sytuację w obozie, i docelowo – wyzwolić go siłami więziennej konspiracji zbrojnej – Związku Organizacji Wojskowej i dzięki pomocy oddziałów Armii Krajowej z zewnątrz.

W TAP mój ojciec był podwładnym Witolda Pileckiego. Później, już po wojnie, rotmistrz kompletował swoją grupę właśnie spośród osób, które znał wcześniej. Rolę grały tu też kontakty rodzinne. Pilecki znał rodzinę Sieradzkich, a z kolei Sieradzcy znali Płużańskich. Współpracowników należało szukać wśród najbardziej zaufanych osób.

Pod koniec 1940 r. Pański ojciec został aresztowany przez Gestapo i trafił do KL Stutthof jako więzień nr 10525.

– Była to historia w dużej mierze typowa dla podziemnych struktur niepodległościowych i jej konspiratorów. Tajną Armię Polską rozpracowywało Gestapo. Ojciec wcześniej działał w Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, razem z kolegami z liceum Czackiego, harcerzami. W PLAN-ie była wsypa, a groby przyjaciół taty znajdują się w podwarszawskich Palmirach. Ojciec trafił najpierw na Pawiak, a na „badania” przewożono go w Aleję Szucha, na Gestapo. Opowiadał, że śledztwo było straszne. Niemcy skierowali go następnie do obozu przejściowego w Grudziądzu, a w końcu do KL Stutthof pod Gdańskiem. Najpierw dostał dodatkowe baty za inteligenckie pochodzenie, potem była karna kompania – 16 więźniów ciągnęło wielki folwarczny wóz wyładowany drzewem. Kto upadł, tego dobijano. Ojciec przeżył wielogodzinny apel, podczas którego cały obóz stał na mrozie po ucieczce dwóch więźniów. W końcu trafił do stolarni – przekonał kapo, że zna się na ciesielce. Za kradzież grochu oprawcy chcieli go utopić w korycie. Od śmierci został uratowany przez księdza Sylwestra Niewiadomego, przeora oo. Bernardynów w Warszawie. Najpierw tacie pomogli, potem on, z narażeniem własnego życia, pomagał innym. Pracując w esesmańskiej kuchni dostarczał współwięźniom dodatkowe porcje żywności. Szczególnie wdzięczne były mu za to kobiety przywiezione do KL Stutthof po Powstaniu Warszawskim.

Ojca taty – Wacława, kierownika publicznej szkoły powszechnej nr 93 w Warszawie Niemcy aresztowali za zorganizowanie obchodów rocznicy konstytucji 3 maja i zamordowali na Pawiaku 16 maja 1940 r. Dzięki staraniom rodziny wydali jego zwłoki. Został pochowany na starych Powązkach w Warszawie. Brata taty – Włodzimierza Niemcy rozstrzelali w ulicznej egzekucji na rogu ulic Grójeckiej i Wawelskiej w Warszawie 9 listopada 1943 r. Matka taty – Leokadia walczyła potem jako sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim.

Po czterech latach ojciec spotkał na Lagerstrasse (ulicy obozowej) komendanta Stutthofu. Ten spojrzał na numer więźnia i zdumiony spytał: „Und du lebst noch (Ty jeszcze żyjesz?)”. 9 maja 1945 r. tata był wolny. Stutthof był ostatnim niemieckim obozem koncentracyjnym na ziemiach polskich wyzwolonym przez Sowietów.

Gdzie udał się Tadeusz Płużański?

– „Wyzwolenie” Stutthofu przez Sowietów nie oznaczało wyzwolenia kraju. Szybko zrozumiał, że nie jest to Polska, o która poszedł walczyć w 1939 r. To powodowało sprzeciw, wolę walki. Ale z drugiej strony po pięciu latach piekła w niemieckim obozie chciał normalnie żyć. Wziął ślub, rozpoczął studia ekonomiczne w Poznaniu. W końcu nawiązał kontakt z Witoldem Pileckim, który był emisariuszem II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa. Żona Stanisława Płużańska też została członkiem „siatki szpiegowskiej” Pileckiego. Po latach opowiadała: „Mój mąż Tadeusz Płużański mówił mi, że Witold Pilecki jest człowiekiem wielkiej klasy, całkowitego oddania Polsce. Bardzo chciałam go poznać. Spotkaliśmy się w mieszkaniu u Makarego i Heleny Sieradzkich, gdzie Pilecki wynajmował pokój. Byłam zaszczycona, że mogłam z nim współpracować”. Z kolei po latach ojciec określił Pileckiego – swojego dowódcę mianem świętego polskiego patriotyzmu.

Stanisława Płużańska (z domu Skłodowska), w momencie aresztowania 11 maja 1947 r. była studentką III roku medycyny w Poznaniu. W grupie Pileckiego zbierała informacje m. in. o zakładach im. Cegielskiego, połączeniach kolejowych, nastrojach panujących w harcerstwie, co komuniści uznali za szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu. „To nie były informacje tajne, tylko ogólnie dostępne. Nie prowadziłam żadnej działalności wywiadowczej” – wspominała Stanisława Płużańska.

Jak Pan wspomniał wcześniej, Pański ojciec znał się już z Witoldem Pileckim. Ponownie rozpoczęli współpracę. Tadeusz Płużański zaczął wykonywać misje kurierskie.

– To nie była „tylko” działalność kurierska. Zadaniem grupy Pileckiego było zbieranie informacji z terenu kraju i przekazywanie ich sztabowi Andersa. Krótko mówiąc, chodziło o zbadanie stopnia sowietyzacji społeczeństwa polskiego przez tak zwanych wyzwolicieli. Była to cała gama informacji o życiu w kraju: polityczne, społeczne, gospodarcze. Grupę Pileckiego interesowało np., jak wiele polskich surowców naturalnych Sowieci wywieźli na wschód. W kręgu obserwacji była również kultura – komuniści zrabowali znaczną liczbę dzieł sztuki. Pilecki i jego współpracownicy zdobywali wiedzę o podziemiu zbrojnym, niezależnych grupach politycznych, młodzieży, harcerstwie. Sprawdzali, jak bardzo stłamszony jest polski naród i jakie są możliwości oporu.

W ramach misji kurierskich ojciec podróżował ze zdobytymi wcześniej informacjami z Warszawy, przez „zieloną granicę”, docelowo do włoskiej Ankony.

Czy chciał pozostać za granicą?

– Pewnie chciał. Nie raz po opowiadał mi o Ankonie, zabytkach, ludziach, którzy normalnie tam żyją… Ale w kraju była przecież żona, matka. Faktem jest, że za granicą nie został, choć przecież miał taką możliwość. Oficerowie Andersa proponowali ojcu emigrację. Proponował sam Pilecki. Rotmistrz sam miał nie tyle propozycję, co rozkaz wyjazdu z kraju, ale się nie podporządkował. Gen. Anders wiedział, że jest to straceńcza misja, od początku był wobec niej sceptyczny i przewidywał, że prędzej czy później zakończy się tragicznie. Ojciec podzielał jednak opinię Pileckiego, swojego dowódcy, że miejsce patriotów jest w kraju: „ktoś tu musi trwać bez względu na konsekwencje”. Na początku 1947 r. nastąpiły aresztowania (…)

Jaki tortury UB stosowało wobec Pańskiego ojca?

– Można na ten temat dużo mówić. Powołam się na słynnego wywiadowcę AK, Kazimierza Moczarskiego, który wymienił 49 metod śledczych stosowanych wobec niego przez ubeków na Rakowieckiej. Większość stosował wspomniany już przez dr Łukasza Kamińskiego Eugeniusz Chimczak. On i pozostali ubecy bili gdzie popadnie i czym popadnie: pięścią, butem, metalowymi przedmiotami, prętami, gumami, rzucali o ścianę. Przypalali, na przykład zapalniczką, różne części ciała, również miejsca intymne. Ojciec mówił, że Chimczak sadzał go na nodze odwróconego stołka, co było ogromną katuszą. Wyrywał tacie włosy, także w różnych częściach ciała. Pileckiemu wyrywano paznokcie. Oprócz tortur fizycznych były również tortury psychiczne. Przez to, że aresztowani członkowie grupy Pileckiego nie chcieli zeznawać, a obciążali jedynie samych siebie, stale ich zastraszano. Chyba najboleśniejszy był szantaż dotyczący członków rodziny – że zostaną aresztowani, zabici.

11 maja 1947 r. aresztowana została żona Tadeusza Płużańskiego, Stanisława Skłodowska-Płużańska.

– Też trafiła na Mokotów. Śledczy Eugeniusz Chimczak mówił do taty: „My wiemy, że ty masz twardą dupę. Ale obok mamy kogoś, kto nam wszystko wyśpiewa”. W podobny sposób groził też Stanisławie – że jeśli nie będzie zeznawać, zabiją jej męża. (…)

3 marca 1948 r. rozpoczął się pokazowy proces grupy Pileckiego. Jaki był skład sędziowski, kto był prokuratorem?

– Oskarżał mjr, później ppłk Czesław Łapiński, wyjątkowo dyspozycyjny prokurator. Przewodniczącym składu sędziowskiego był ppłk Jan Hryckowian, jednocześnie prezes Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie – jednego z najkrwawszych trybunałów śmierci w stalinowskiej Polsce. Obaj byli wcześniej oficerami AK. Drugim sędzią był kpt. Józef Badecki, a ławnikiem Stefan Nowacki, oddelegowany z Informacji Wojskowej. Hryckowian zatwierdził przynajmniej 16 wyroków śmierci na polskich patriotów, krwawe żniwo Badeckiego było jeszcze większe – 29 kar śmierci. Jak stwierdzono w III RP skład sędziowski – jeden sędzia i jeden ławnik, był niezgodny nawet z ówczesnym „prawem”. Tylko dlatego IPN mógł oskarżyć Łapińskiego o podżeganie sądu do mordu na Pileckim. 12 maja 2003 r., obrońca stalinowskiego prokuratora, mec. Jerzy Tracz, złośliwie wniósł o sprawdzenie prawidłowości składu sądu. Groził prokuratorowi IPN… Wszystko po to, aby podważyć wiarygodność instytucji, która domaga się elementarnej sprawiedliwości.

Jak się skończył proces Łapińskiego?

– Łapiński – podobnie jak wszyscy inni stalinowscy prokuratorzy – nie poniósł żadnej kary za zbrodnię na rotmistrzu i innych żołnierzach niepodległości. Jego sprawa ciągnęła się tak długo, że zmarł w trakcie procesu. Dziś jest już przed innym sądem. Podobnie jak wszyscy pozostali mordercy sądowi, nigdy nie skorzystał z możliwości powiedzenia prawdy o tamtych czasach i swoim udziale w stalinowskiej machinie zbrodni. Bo przecież nie o to chodzi, aby zamykać dziś tych staruszków do więzień. Chodzi o to, by złożyli relację. Dla historii, dla wiedzy następnych pokoleń. A jeśli ich na to stać, przeprosili. Czekają na to przede wszystkim rodziny ofiar… Na to niestety tych komunistycznych morderców nie stać. Jedynie przypadek sprawił, że mjr/ppłk Czesław Łapiński zmarł w szpitalu przy ul… Witolda Pileckiego.

15 marca 1948 r. zapadły wyroki.

Witold Pilecki – kara śmierci.

Maria Szelągowska – kara śmierci (zamieniona na dożywocie).

Tadeusz Płużański – dwie kary śmierci (zamienione na dożywocie).

Ryszard Jamontt-Krzywicki – 8 lat więzienia.

Maksymilian Kaucki – 12 lat więzienia.

Witold Różycki – 15 lat więzienia.

Makary Sieradzki – dożywotnie więzienie.

Jerzy Nowakowski – 5 lat więzienia.

Jak Pański ojciec wspominał pobyt w więzieniu?

– Po wyroku spędził ponad dwa miesiące w celi śmierci. Kiedy karę śmierci „prezydent” Bierut zamienił ojcu na dożywocie, trafił do ciężkiego więzienia we Wronkach. Tam dalej trwało śledztwo, a wielu więźniów zamordowano. Ostatnio dowiedziałem się, że Lech Kowalski – biograf Wojciecha Jaruzelskiego widział w archiwach dokumenty agentów celnych (kapusiów w celi), którzy we wronieckiej katowni notorycznie donosili na mojego ojca.

Kiedy wyszedł na wolność?

– 10 czerwca 1956 roku.

Jakie były dalsze losy Pańskiego ojca?

– Po wyjściu z więzienia podjął pracę jako ślusarz, którego to zawodu nauczył się w Stutthofie. Później został dziennikarzem w Agencji Robotniczej. Ale ten zawód go nie satysfakcjonował. W 1957 r. rozpoczął studia na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Tytuł magistra uzyskał w 1961 r., w 1964 r. zrobił doktorat, a pięć lat później habilitował się. Tytuł profesora otrzymał w 1979 r. Pracował w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, w latach 80-tych wykładał również gościnnie w Instytucie Religioznawstwa UJ. Od 1995 r. był kierownikiem katedry filozofii Wyższej Szkoły Handlu i Prawa w Warszawie. Dopiero w latach siedemdziesiątych, po latach starań, udało mu się doprowadzić do zatarcia faktu skazania.

Była inwigilacja ze strony SB?

– Tak jak większość „politycznych” był cały czas inwigilowany. Na UW, a potem w Polskiej Akademii Nauk. Mówił mi, że to trwało przynajmniej do 1990 r. Jeden z kolegów ojca, filozof wytoczył nawet ojcu proces za to, że nazwał go esbeckim kapusiem. Tata wygrał proces. (…)

A jak przyjął zmiany w Polsce po 1989 r.?

– Stosunek do wydarzeń 1989 roku obrazuje pewna historia. Gdy byłem bodaj na drugim roku historii Uniwersytetu Warszawskiego, zaczął się mną interesować Urząd Ochrony Państwa. Powiedziałem wtedy tacie, że może niegłupim pomysłem byłoby się tam zatrudnić, w końcu mamy wolną Polskę. Ojciec powiedział stanowcze „nie”, argumentując, że te służby są takie same, jakie były kiedyś. Wtedy jeszcze nie za bardzo wiedziałem, o co tacie chodzi. Dopiero później zrozumiałem, że ta „transformacja”, „bezkrwawa rewolucja” to jedno wielkie oszustwo. Sprawa z UOP-em była jedyną rzeczą, jakiej mi ojciec w życiu zabronił. Tu dochodzimy do drugiego powodu, dlaczego nie opowiadał mi o czasach stalinowskich. Po prostu chciał mnie chronić, abym z powodu jego przeszłości też nie miał kłopotów. Gdy już zacząłem badać te sprawy i opisywać je w prasie, niepokoił się, że moje artykuły są – jak twierdził – zbyt ostre, że podaję personalia ubeków, również tych żyjących. Uważał, że tak jak jemu, mnie też nie odpuszczą. Oni i ich rodziny.

Jest Pan autorem książek „Bestie: mordercy Polaków”, „Bestie 2”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”. Skąd Pana zainteresowanie „bestiami”.

– Wtedy – po wizycie w sądzie w 1990 roku – zacząłem badać sprawę rotmistrza i taty. Mówiąc krótko: kto chciał go zamordować. Jacy „oficerowie” śledczy, sędziowie, prokuratorzy. Musiałem poznać ich wszystkich. Z imienia i nazwiska. Te same osoby pojawiały się też w innych sprawach politycznych stalinizmu, mordach sądowych. Doszedłem do wniosku, że to nie był przypadek, margines, ale zorganizowany na wielką skalę proceder mordowania najlepszych synów tej ziemi, wielka fabryka śmierci. I tak zaczęły powstawać artykuły, w końcu książki. O bohaterach, ale też, a może przede wszystkim o oprawcach, bestiach. (…)

Wystąpił Pan do IPN o teczkę swojego ojca?

– Wystąpiłem po śmierci taty. Chciałem się dowiedzieć, jak wyglądała inwigilacja ojca po wyjściu w 1956 roku z więzienia we Wronkach. To nie była teczka, ale 22 tomów akt. Gdy zasiadłem do tego, okazało, że ja to wszystko znam. Te 22 tomy to były po prostu akta śledcze i procesowe grupy Pileckiego. Żadnego śladu późniejszej inwigilacji ojca, gdy pracował na UW, czy w PAN. Nawet nie mogłem wystąpić o odtajnienie nazwisk donosicieli, bo ich tam po prostu nie ma. Ponad 30 lat obserwacji i nic się nie zachowało. Wszystko zostało wyczyszczone. A agentura działająca w środowisku naukowym do dziś nie została zbadana i opisana…

Kiedy zmarł Pański ojciec?

– 16 sierpnia 2002 roku w Warszawie. Jest pochowany na Powązkach w Warszawie, w grobie rodzinnym. Został pożegnany z honorami wojskowymi.

Rozmawiał Kajetan Rajski

*Pisarz, publicysta, szef działu Opinie „Super Expressu”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, prezes Fundacji „Łączka”, walczącej o powrót Żołnierzy Wyklętych-Niezłomnych do zbiorowej świadomości Polaków. Portal Rebelya.pl jest patronem medialnym najnowszego wydania książki „Z otchłani” (Wydawnictwo 2 Kolory).

Cały wywiad czytaj w książce „Z otchłani”.

za: rebelya.pl

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Wiersze, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Tadeusz Płużański: Z otchłani

  1. Probus pisze:

    stalinięta to już nie krwiożercze bestie, tylko potulne, beczace owce.Czy tych starców należy ścigac i dac im bobu? Ciekawe na ta ten temat ma do powiedzenia Leszek Bubel.Jak by mi katował ojca to chyba bym pokazał, nawet staruchowi gdzie raki zimują, ale to jest gdybanie. stalinięta liczy się w tysiącach więc zamiast kosztownych procesów sądowych może kara obligatoryjna dla wszystkich taka sama np. ujawnienie nazwisk i portretów staliniąt w mediach.

    • yuhma pisze:

      Jakoś zbrodniarzy hitlerowskich wciąż stawia się przed sądami.
      Zgadzam się jednak z Tobą z jednego powodu – gdyby nagle zrobić procesy wszystkim stalinistom, to polskie sądy, i tak już kompletnie niewydolne, padłyby.
      Więc przynajmniej degradacja do stopnia szeregowca i nowe emerytury dla wszystkich pracowników UB, KBW, IW z lat 1944-1956. Odebranie dodatków i przywilejów emerytalno-pracowniczych wszystkim pracownikom służb do 1989 roku.
      To takie pomysły na gorąco, szczeguły oczywiście wymagałyby dopracowania.

  2. Majka S. pisze:

    @Probus-skąd taki pomysł, aby nazwać tych ludzi „potulnymi, beczącymi owcami”? To bezwzględne i cyniczne osoby utwierdzone /bezkarnością swych ojców / w przekonaniu, że nie ma w Polsce takiej dziedziny życia, której by nie można zawłaszczyć.

  3. Jerzy pisze:

    Tam nie było odruchów ludzkich. Nie może też byc zapomnienia. Ogłosic nazwiska i wyjąc z pod prawa. Wtedy tych bydlaków można by zabic bez kary, pałą na ulicy. Może paru rakarzy = czyścicieli znalazłoby się wśród społeczeństwa polskiego ?

  4. Wk.bardzo pisze:

    Zapewniam, wystarczy ,,dożywocie”, dla ich ,,wynagrodzeń”. Bez kasy i znajomości z tego wynikających nic nie znaczą. To na początek ale kto to w sejmie przegłosuje ? POPiS ?

  5. marat pisze:

    Nie bardzo rozumiem zawiłości publikacyjne HKP.Artykuł Tadeusz Płużański:Z otchłani
    ma datę publikacji 1 kwietnia 2014 autor: emka,a pierwsza odpowiedź 15 miesięcy wcześniejszą?.Może należałoby zapisać,że jest to druga,lub kolejna publikacja?.
    Trudno się odnieść do pierwszej odpowiedzi,jeżeli nie wiadomo,czy ta osoba kontynułuje swoje wpisy na tym portalu. Byłbym wdzięczny Redakcji za udzielenie mi odpowiedzi w tej sprawie,

    • emka pisze:

      @marat
      To jest kontynuacja poprzedniego wpisu. Wątek jest ten sam – bohaterstwo ojca i odważna walka syna o prawdę.

      • marat pisze:

        @emka
        Napewno zgodzisz się ze mną,że bardziej stosowne byłoby okreslenie ‚Kontynuacja’ zamiast ‚Opublikowano’.Tym bardziej,że
        wątek jest ten sam.Wybacz,to taka moja drobna uwaga,Którą
        ośmieliłem się zamieścić.
        Pozdrawiam

  6. emka pisze:

    Mój Ojciec, kurier Witolda – dodałam wzruszające wspomnienie syna na stronie [4]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.