Tadeusz Płużański: Z otchłani

okładka (detal)Powitanie we Wronkach i Stutthofie było podobne: bicie, kopanie, zimny prysznic. Po niemiecku nazywało się to „Einweihung” – inauguracja, wyświęcenie. Jednak Niemcy niszczyli przede wszystkim fizycznie, ubecja, prócz bardzo wymyślnych tortur gnębiła psychicznie – wspomina w wywiadzie Autor.
Rozmowa z Tadeuszem M. Płużańskim >strona [5]

NA STRONACH:
strona [2] Tadeusz M. Płużański o ojcu i „staliniętach”
strona [3] Prof. Tadeusz Płużański – biografia
strona [4] Tadeusz M. Płużański, Mój Ojciec, kurier Witolda
strona [5] Rozmowa z Tadeuszem M. Płużańskim (fragment książki „Z otchłani”)

***

Promocja książki

„Ojciec był osobą dosyć zamkniętą, szczególnie jeśli chodzi o jego przeżycia w okresie stalinowskim. Ze szczegółami opowiadał mi o pobycie w obozie, chociażby o tym, jak więźniowie na powitanie dostawali baty, czego wielu nie przeżyło, ale nie chciał mówić o tym, co było po wojnie. Sądzę, że to wynikało, z tego o czym mówił rtm. Pilecki, czyli że „Oświęcim przy tym to była igraszka”. Obaj mieli podobne przeżycia – w czasie wojny byli w obozach, a po wojnie trafili na Rakowiecką” – mówił Tadeusz M. Płużański, syn prof. Tadeusza Płużańskiego, podczas wieczoru premierowego książki autobiograficznej jego ojca „Z otchłani”. > Pełna relacja

 

Portal Rebelya.pl jest patronem medialnym najnowszego wydania książki „Z otchłani” Tadeusza Płużańskiego (wydawnictwo 2 Kolory)

Tadeusz Płużański fot. wyd. 2koloryTadeusz Płużański, (1920-2002) ps. Tadeusz Radwan, żołnierz Wojska Polskiego w czasie wojny obronnej 1939 roku, żołnierz podziemia w czasie okupacji niemieckiej (Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa, Tajna Armia Polska, Armia Krajowa) i żołnierz podziemia antykomunistycznego, więzień niemieckiego obozu KL Stutthof i więzień stalinowski, historyk filozofii, pisarz i pedagog, syn Wacława Płużańskiego, nauczyciela, którego Niemcy zakatowali na Pawiaku, bliski współpracownik rotmistrza Witolda Pileckiego. >Więcej

Ojciec Tadeusza M. Płużańskiego, znanego dziennikarza, autora książek „Bestie” i „Bestie 2” o zbrodniarzach komunistycznych i ich ofiarach

„Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb”. Rozmowa z profesorem Tadeuszem Płużańskim (Wywiad został przeprowadzony w 1996 roku)

We wstępie do pierwszego wydania wspomnień z 1996 roku napisał pan: „Nie jest to książka dla historyka, ani prokuratora. Przeznaczam ją szukającym odpowiedzi na pytania o wartości, które być może nie poddały się kataklizmowi wojny i podwójnej okupacji – a których potrzebę odczuwamy do dziś. Wolność… ale jaka? Godność… lecz czy ona się ostała w męczarniach śledztw, w dymach krematoriów? Miłość… ale ona, jak wiadomo, nie jedno ma imię. Przyjaźń… lecz jak ją w skrajnych przypadkach zachować…? Uczciwość wreszcie, wobec siebie, ludzi i Boga? Po zdaniu matury, jako dziewiętnastoletni chłopak poszedł pan na wojnę. Wspomnienia zaczyna pan słowami: „Pozwólcie mu spokojnie umrzeć. Trzeba się zająć tymi, co mają szansę”.

Prof. Tadeusz Płużański: – 29 września 1939 r. zostałem ciężko ranny w bitwie pod Janowem Lubelskim. W szpitalu w Janowie lekarz spisał mnie już na straty. Uratowała mnie siostra Czerwonego Krzyża Janina Gociewicz. Potem była konspiracja w Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej i Tajnej Armii Polskiej. 11 listopada 1940 r. aresztowało mnie Gestapo. Siedziałem w Alei Szucha, na Pawiaku, potem w Grudziądzu. Stamtąd, w marcu 1941 r., trafiłem do obozu koncentracyjnego w Stutthofie koło Gdańska.

Obóz koncentracyjny, karna kompania, wielogodzinny apel na mrozie, topienie w korycie, a przede wszystkim wyniszczający głód. I tak przez prawie pięć lat. KL Stutthof był najdłużej działającym obozem na terenie Polski. 9 maja 1945 r. był pan wolny…

– Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli całą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: „Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti”.

Jakie były te pierwsze dni wolności?

– Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: „Śmierć bandytom z AK”, „Zaplute karły reakcji”. Odechciało nam się od razu wojska, bo to było jakieś inne wojsko. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów ze Stutthofu zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami. Pozostała tylko ponowna konspiracja. Przez znajomych nawiązałem kontakt z rotmistrzem Witoldem Pileckim, który w 1940 r. dobrowolnie poszedł do Auschwitz. Jako jego kurier przedostałem się przez zieloną granicę do II Korpusu Andersa we Włoszech. Po powrocie do kraju, dokładnie 6 maja 1947 r., zostałem aresztowany przez UB.

15 marca 1948 r. został pan skazany na karę śmierci.

– Dostałem dwa wyroki śmierci – za przygotowywanie zamachów na czołowe osobistości MBP (13 art. Małego Kodeksu Karnego) i szpiegostwo (7 art. MKK). Wyrok w naszym procesie, podobnie jak w innych, nie zapadł na sali sądowej. Cały tzw. wymiar sprawiedliwości był w tym okresie w rękach funkcjonariuszy MBP, wspieranych przez „doradców” z Moskwy. Prowadzący śledztwo płk Różański powiedział mi kiedyś wprost: „Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb i to będzie taka zwykła, ludzka śmierć”. Nawet moja obrończyni „z urzędu” Alicja Pintarowa wykonywała instrukcje Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Jej obrona polegała na stwierdzeniu, że wprawdzie jej klient jest przestępcą, ale należy wziąć pod uwagę jego młody wiek, zasługi w walce Niemcami, itd. Jedyne, co naprawdę miała mi do zaoferowania, to współpraca z władzami bezpieczeństwa.

Proces był pokazowy. Ówczesna prasa pisała: „sprawiedliwy sąd ludu pracującego nad wrażymi szpiegami z armii Andersa”. Kto wydał wyrok?

– Orzekał Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie. Przewodniczącym składu sędziowskiego był ppłk Jan Hryckowian, kapitan AK, za zasługi w walce z hitlerowskim okupantem odznaczony Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jego żona Stanisława Hryckowian pełniła funkcję adiutanta gen. Fieldorfa „Nila”, została odznaczona Krzyżem Virtuti Militari. Oskarżał prokurator wojskowy Naczelnej Prokuratury WP, mjr Czesław Łapiński, również oficer AK, do końca lat 80-tych ceniony adwokat.

Czy ci byli AK-owcy wiedzieli, że sądzą swoich dawnych kolegów organizacyjnych, w tym bohatera Auschwitz?

– Wiedzieli dobrze. Mimo to Łapiński domagał się dla nas – Witolda Pileckiego, Marii Szelągowskiej i mnie kary śmierci. Po procesie powiedział do matki Pileckiego: „Syn pani to wrzód, który trzeba wyciąć”. Jan Hryckowian w dniu wyroku, z własnej inicjatywy, wydał negatywną opinię w sprawie ewentualnego ułaskawienia skazanych: „Z uwagi na popełnione przez skazanych Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali (…) skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”.

73 dni spędził pan w celi śmierci, czekając na wykonanie wyroku.

– Któregoś dnia śniła mi się panna młoda: „Była piękna, cała w bieli, z długim trenem ciągnącym się po ziemi. Tylko zamiast bukietu niosła biały wieniec z dużych, rozwiniętych kwiatów”. Powiedziała do mnie: „Jestem najwierniejszym twoim przyjacielem. Stale myślę o tobie…Teraz muszę iść dalej. Ten wieniec biały jeszcze nie dla ciebie…” (*cały wiersz poniżej). 20 maja 1948 r. Bierut „ułaskawił” mnie, zmieniając karę śmierci na dożywotnie więzienie. 5 dni później wykonano wyrok na Pileckim. Mnie przeniesiono do Wronek, skąd wyszedłem 10 czerwca 1956 r. na skutek amnestii.

Ludzie, którzy znajdują się w sytuacjach ekstremalnych na ogół zbliżają się do Boga. W pana przypadku było odwrotnie. We wspomnieniach mówi pan ustami swojego literackiego bohatera Jerzego Radwana: „Jurek czuł, że ginie, ale wyobrażenie nieba z aniołami, z jego aniołem stróżem oddaliło się tak bardzo, że niemal przestało istnieć, pozostawiając po sobie pustkę. (…) Nie ma jednak poczucia, że to on porzucił wiarę. To raczej ona od niego odeszła, podsuwając obrazy, które czas pozbawił wartości”.

– Jako młody chłopak byłem ministrantem, matka była bardzo religijna. W pewnym momencie musiałem jednak zadać sobie pytanie: Czy gdyby Bóg istniał, pozwoliłby na takie masowe okrucieństwo i zbrodnie. To było przecież piekło na ziemi. Znam wielu, którzy szukali ucieczki w modlitwie, ja nie potrafiłem. Swój stan ducha starałem się oddać w wierszach.

Wybacz mi Boże

Skóra na grzbiecie
poorana batem
półżywa głowa
zanurzona w bagnie
we własnym gnoju
ginę i sromocie

Kto mówi o piekle w zaświatach?
tu się w ogniu smaży
ludzkie mięso
trupiego dymu swąd…

Ledwom czarnej uszedł śmierci
już „swoi”
w kajdankach wloką
do lochu ”zdrajcę”
na lata
wymyślnych tortur

W zaduchu cel
za kratami
z rozwaloną potylicą
ginie kwiat ludzki

Panie wszechmocny
i wszechdobry
jeśli jesteś –
po coś stworzył
te otchłanie
tę ludzką jatkę…?

Wybacz mi Boże
nie uwierzę w Ciebie
bo bym musiał
zaprzeczyć miłości Twojej
i dobroci
nie każ
Synowi Twemu
Schodzić między ludzi
On już zginął za nas
On się żalił biedny
W Ogrójcowym Sadzie…
Zamieniłeś Jego
cierniową koronę
na diadem ludzki
kolczastego drutu …

Mimo utraty wiary nie załamał się pan. Co utrzymało pana przy życiu?

– To była przede wszystkim próba charakteru. Jeśli wszystkie przesłuchania przechodziło się z godnością, człowiek wzmacniał się psychicznie i uodparniał. Jeśli się poddał, podpisywał dożywotni wyrok na własne sumienie. Poza tym żyłem pamięcią dziewczyny, którą w książce nazwałem Agnes. Miłość, nawet zza krat, stanowiła antidotum na cierpienie.

W więzieniach spędził pan łącznie 13 i pół roku życia, z tego 9 lat na Mokotowie i we Wronkach. Jak pan ocenia terror stalinowski i hitlerowski?

– Powitanie we Wronkach i Stutthofie było podobne: bicie, kopanie, zimny prysznic. Po niemiecku nazywało się to „Einweihung” – inauguracja, wyświęcenie. Jednak Niemcy niszczyli przede wszystkim fizycznie, ubecja, prócz bardzo wymyślnych tortur gnębiła psychicznie. Śledztwo było rozłożone w czasie. W celach nie wolno było nic robić, żadnych gazet, książek, materiałów piśmiennych. Kompletne rozbicie, otępienie. Oba systemy miały jednak wiele wspólnych cech – łączyło je przede wszystkim ludobójstwo i nihilizm. Jedyna, prawdziwa wartość, która przetrwała te lata, to obozowa i więzienna przyjaźń, chyba największa, jaka może się zdarzyć.

Przez prawie czterdzieści lat nie chciał pan ani myśleć, ani rozmawiać o wojnie, a szczególnie latach stalinowskich.

– Odpowiem panu fragmentem z książki: „Jest rok 1957. Jurek czuje się kompletnie wyjałowiony, oduczony myślenia przez dziewięć lat… Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko zapomnieć, zapuścić zasłonę możliwie szczelnie, żeby żaden koszmar się nie przedostał (…) Kurtyna niepamięci miała go bronić przed obozowo-więziennym „syndromem”, uniemożliwiającym normalne życie”.

W wieku 36 lat poszedł pan na studia. Wybrał pan filozofię, dlaczego?

– W więzieniu znalazłem się na samym dnie ludzkiej egzystencji – byłem numerem, niewolnikiem, po prostu nikim. Filozofia była rodzajem sprzeciwu i jednocześnie wyzwolenia od przeszłości. Dzięki niej poznałem nową prawdę o człowieku.

Jak gdyby…

Pamięci Błażeja Pascala

Cisza przestrzeni nieskończonych
to śmierć
siła rozumu
to trzcina na wietrze
lecz innej nie masz
więc żyj jak gdybyś
miał osiągnąć Boga
chociażby nawet i Jego nie stało
żyj tak jak gdyby
był jednym z aniołów
inaczej zginiesz
dręcząc się lękiem
któremu nie sprostasz
sam się skarzesz
za winy własne i współbraci
i sam się spalisz
samobójczym ogniem
z ocalałych okruchów
buduję własny dom
nad drzwiami wywieszam szyld
jak gdyby raj
w nim spędzę resztę
swego jakby gdyby życia

W końcu zdecydował się pan jednak na napisanie wspomnień. Co pana do tego skłoniło?

– W 1990 r. musiałem wrócić do tych spraw. Naczelna Prokuratura Wojskowa podjęła rewizję naszego procesu.

Podstawą rewizji był niewłaściwy skład sądu, który wydał wyrok. Brakowało jednego ławnika.

– Z prawnego punktu widzenia był to powód wystarczający, ale nie miał nic wspólnego z wagą sprawy, w której zapadły trzy wyroki śmierci, z czego jeden – na Witoldzie Pileckim został wykonany. Naczelna Prokuratura Wojskowa mówiła o umorzeniu postępowania, z uwagi na przedawnienie sprawy. W dalszym ciągu traktowani byliśmy jak „płatni szpiedzy”, „zdrajcy narodu polskiego”. Dopiero w październiku 1990 r. sąd, pod wpływem nacisków politycznych, uznał, że umorzenie sprawy nie wystarczy i uchylił nam wyroki w całości. Mimo tego nie odzyskałem zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Po raz kolejny okazało się, że prawo jest uzależnione od polityki.

Jednak nie poszedł pan na proces Humera?

– Kolejny sąd to byłoby już za dużo. Kiedyś, w latach 70-tych zobaczyłem na Nowym Świecie mojego śledczego Eugeniusza Chimczaka. Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale nie zrobiłem tego. Teraz miałbym go znowu oglądać? Zresztą ten proces to była tragifarsa. Ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite.

Po wyroku śmierci odmówił pan podpisania prośby o ułaskawienie. Czy zwracał się pan kiedyś do władz o rehabilitację?

– O ułaskawienie i rehabilitację może się zwracać ktoś, kto ma poczucie winy. Nie byłem żadnym szpiegiem Andersa, działałem w interesie Polski. Rehabilitacja to sprawa państwa, które chce się oczyścić od zarzutu niesprawiedliwych wyroków. Dziś podstawowym problemem jest wina osób zatrudnionych w czasach stalinowskich w bezpiece, sądownictwie. Bez ich rzetelnego osądzenia nie może być mowy o państwie prawa.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marek Radwan

 

Panna młoda

Była śliczna, cała w bieli, z długim trenem do ziemi. Zamiast bukietu niosła
biały wieniec z szarfą z dużych rozwiniętych róż, równie pięknych, jak nietrwałych.
Płynęła długim, miękkim krokiem w rytm dobrze znanych dźwięków…
Przecież to marsz żałobny Chopina! Ona taka młoda, wspaniała, a tu żałobny marsz…?
Przystanęła nad nim i wtedy podziwiał jej urodę, cichą, spokojną,
na pół czarodziejską, a na pół anielską. Uwodziła wzrokiem, a jej oczy nie grzały, tylko przenikały chłodem, aż do dna istnienia…
W dodatkowym wymiarze utkwił w nim jakby mały sopelek lodu. Zamiast topnieć, powiększał obszar zimna…
Nie bój się, jestem córką przeznaczenia…
– Ale co to znaczy? Taka piękna, a groźna, wiosenna, a smutkiem głębokim nabrzmiała.
Jestem najwierniejszym twoim przyjacielem. Stale myślę o tobie…
Teraz muszę iść dalej. Ten wieniec biały jeszcze nie dla ciebie. Twój będzie taki sam, może jeszcze piękniejszy.
Tymczasem nie czekaj. Ja za ciebie pamiętam o przyszłym spotkaniu.
Czasem tylko zatęsknij za mną. Tak bardzo pragnę ludzkiego uznania. Uszanuj mnie.
Gdy przyjdę, zabiorę wszystkie twoje troski i sny niedobre, i męki rozstania. Tylko ja mogę ci dać, czego tak bardzo pragniesz… nieskończonego trwania. Ono jest we mnie, bezbolesne, ciche…
Ale powiedz mi wreszcie otwarcie…
Jestem spełnioną wolnością, wolnością od wszystkiego,
co zasmuca twoje serce, co jest źródłem twojego cierpienia. Więc pokochaj mnie, jak kochasz wolność.
Ktoś powiedział, że człowiek jest cały wolnością. Ale to wolność mordercza, wybór między złem i gorszym, to nieustanne zabijanie wartości, gdy się spośród wielu wybiera jedną, a inne porzuca. Płacisz za to cenę samoudręczenia. Ja cię od tego uwolnię.
Jestem spełnieniem twojego szczęścia. Bo czyż nie jest szczęściem brak cierpień w wieczności…?
Czy ty jesteś wiecznym życiem?
Raczej przeskokiem z doczesności w wieczność. Życia starszą i dojrzalszą siostrą. Co ono zbroi, ja naprawić muszę. Ono przekornie nie wie, co to prawość, sprawiedliwości nie zna. Tylko we mnie wszyscy jesteście równi.
Czyś ty boginią doskonałości?
Tak, bo tylko nicość ma prawo tak określać siebie. A ja jestem boginią nicości.
Gdy przyjdę do ciebie, pożegnasz ukochaną i bliskich… Oni wkrótce podążą za
tobą… Czy to nie szczęście…?
Więzień ocknął się, jakby zerwany z zapaści. Następnego dnia odczytali mu wyrok śmierci.

za: rebelya.pl

zobacz też:

DALEJ

strona [2] Tadeusz M. Płużański o ojcu i „staliniętach”
strona [3] Prof. Tadeusz Płużański – biografia
strona [4] Tadeusz M. Płużański, Mój Ojciec, kurier Witolda
strona [5] Rozmowa z Tadeuszem M. Płużańskim  (fragment książki „Z otchłani”)

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Wiersze, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Tadeusz Płużański: Z otchłani

  1. Probus pisze:

    stalinięta to już nie krwiożercze bestie, tylko potulne, beczace owce.Czy tych starców należy ścigac i dac im bobu? Ciekawe na ta ten temat ma do powiedzenia Leszek Bubel.Jak by mi katował ojca to chyba bym pokazał, nawet staruchowi gdzie raki zimują, ale to jest gdybanie. stalinięta liczy się w tysiącach więc zamiast kosztownych procesów sądowych może kara obligatoryjna dla wszystkich taka sama np. ujawnienie nazwisk i portretów staliniąt w mediach.

    • yuhma pisze:

      Jakoś zbrodniarzy hitlerowskich wciąż stawia się przed sądami.
      Zgadzam się jednak z Tobą z jednego powodu – gdyby nagle zrobić procesy wszystkim stalinistom, to polskie sądy, i tak już kompletnie niewydolne, padłyby.
      Więc przynajmniej degradacja do stopnia szeregowca i nowe emerytury dla wszystkich pracowników UB, KBW, IW z lat 1944-1956. Odebranie dodatków i przywilejów emerytalno-pracowniczych wszystkim pracownikom służb do 1989 roku.
      To takie pomysły na gorąco, szczeguły oczywiście wymagałyby dopracowania.

  2. Majka S. pisze:

    @Probus-skąd taki pomysł, aby nazwać tych ludzi „potulnymi, beczącymi owcami”? To bezwzględne i cyniczne osoby utwierdzone /bezkarnością swych ojców / w przekonaniu, że nie ma w Polsce takiej dziedziny życia, której by nie można zawłaszczyć.

  3. Jerzy pisze:

    Tam nie było odruchów ludzkich. Nie może też byc zapomnienia. Ogłosic nazwiska i wyjąc z pod prawa. Wtedy tych bydlaków można by zabic bez kary, pałą na ulicy. Może paru rakarzy = czyścicieli znalazłoby się wśród społeczeństwa polskiego ?

  4. Wk.bardzo pisze:

    Zapewniam, wystarczy ,,dożywocie”, dla ich ,,wynagrodzeń”. Bez kasy i znajomości z tego wynikających nic nie znaczą. To na początek ale kto to w sejmie przegłosuje ? POPiS ?

  5. marat pisze:

    Nie bardzo rozumiem zawiłości publikacyjne HKP.Artykuł Tadeusz Płużański:Z otchłani
    ma datę publikacji 1 kwietnia 2014 autor: emka,a pierwsza odpowiedź 15 miesięcy wcześniejszą?.Może należałoby zapisać,że jest to druga,lub kolejna publikacja?.
    Trudno się odnieść do pierwszej odpowiedzi,jeżeli nie wiadomo,czy ta osoba kontynułuje swoje wpisy na tym portalu. Byłbym wdzięczny Redakcji za udzielenie mi odpowiedzi w tej sprawie,

    • emka pisze:

      @marat
      To jest kontynuacja poprzedniego wpisu. Wątek jest ten sam – bohaterstwo ojca i odważna walka syna o prawdę.

      • marat pisze:

        @emka
        Napewno zgodzisz się ze mną,że bardziej stosowne byłoby okreslenie ‚Kontynuacja’ zamiast ‚Opublikowano’.Tym bardziej,że
        wątek jest ten sam.Wybacz,to taka moja drobna uwaga,Którą
        ośmieliłem się zamieścić.
        Pozdrawiam

  6. emka pisze:

    Mój Ojciec, kurier Witolda – dodałam wzruszające wspomnienie syna na stronie [4]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.