Zbrodnia na Komandorach

Jest Pan jedną z niewielu osób, które czynnie walczyły o ekshumacje. – Ile osób leży tutaj, na Łączce, których dzieci i wnuki nie wiedzą o tym? Dlatego uważam, że powinnością państwa jest doprowadzenie tej zaległej sprawy ekshumacyjnej do końca. – mówi syn zamordowanego komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy Floty.

z lewej Stanisław Mieszkowski

Stanisław Mieszkowski  (ur. 17 czerwca 1903, zm. 16 grudnia 1952) – komandor i dowódca Floty.
Urodził się w Piotrkowie Trybunalskim w 1903 roku. Jako gimnazjalista brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W 1927 r. kończył Oficerską Szkołę Marynarki Wojennej w Toruniu. Służył w marynarce, dowodząc różnymi okrętami. Podczas wojny obronnej 1939 r. dowodził grupą kanonierek, broniąc gdyńskiego portu, a po wyokrętowaniu – Helu. Po powrocie z niewoli niemieckiej w 1945 r. dowodził flotyllą trałowców, następnie organizował Oficerską Szkołę MW na Oksywiu. W 1947 r. został szefem Sztabu Głównego MW, a w 1949 r. dowódcą Floty.

 

 

20 października 1950 został aresztowany przez funkcjonariuszy Głównego Zarządu Informacji MON. Udręczony w dwa lata trwającym brutalnym śledztwie, skazany został 21 lipca 1952 przez Najwyższy Sąd Wojskowy w procesie Sn.14-52 na podst. 86 §1,2 KKWP na karę śmierci .

Ławie sędziowskiej przewodniczył płk Piotr Parzeniecki. Wraz nim skazani zostali w tym samym procesie tzw.”spisku w wojsku”: kmdr por. Robert Kasperski, kmdr por. Zbigniew Przybyszewski, kmdr Jerzy Staniewicz, i Marian Wojcieszek. W całym tzw. „spisku komandorów” skazano pod fałszywymi zarzutami działalności szpiegowskiej na karę śmierci lub dożywotnie więzienie 7 oficerów Marynarki Wojennej, pomimo ich wycofania się w procesie z wymuszonych zeznań. Pozostałymi skazanymi byli kmdr por. Kazimierz Kraszewski oraz kmdr por. Wacław Krzywiec. Prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano w Więzieniu Mokotowskim w Warszawie 16 grudnia 1952.

Dokładne miejsce pochówku jest nieznane, pochowany symbolicznie na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w Kwaterze „Na Łączce”.

Decyzją z 24 kwietnia 1956 Naczelny Sąd Wojskowy wznowił postępowanie i uchylił wyrok z 1952, stwierdzając całkowitą niewinność skazanych. Raport Komisji Mazura. wymienia go z nazwiska jako bezzasadnie skazanego na śmierć.

http://pl.wikipedia.org/

***

23.08.2012

Z dr. Witoldem Mieszkowskim, architektem i urbanistą, synem komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy Floty, zamordowanego przez Informację Wojskową, rozmawia Zenon Baranowski [Nasz Dziennik]

Jest Pan jedną z niewielu osób, które czynnie walczyły o ekshumacje.

– Tak się złożyło. Najpierw działały żony ofiar. Ale gdzieś od 1956 r. – od momentu, kiedy zostały opublikowane nazwiska 19 straconych, w tym mojego ojca, o co też walczyliśmy – poczuwałem się do odpowiedzialności za tę sprawę. W znacznie gorszym położeniu były rodziny, które nie dostały tzw. decyzji rehabilitacyjnych i które nic nie wiedziały o sposobach popełnienia zbrodni. Ile osób leży tutaj, na Łączce, których dzieci i wnuki nie wiedzą o tym? Dlatego uważam, że powinnością państwa jest doprowadzenie tej zaległej sprawy ekshumacyjnej do końca.

Podczas prac na Łączce wydobyto już kilkadziesiąt szkieletów. Mogą wśród nich być również szczątki Pańskiego ojca.

– Dla mnie nie ulega wątpliwości, że ekipa kierowana przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN znajdzie te szczątki, mojego ojca i dwóch innych komandorów: Jerzego Staniewicza i Zbigniewa Przybyszewskiego. Oni się tam znajdą.

Konieczne będą identyfikacyjne badania genetyczne?

– Rozmawiałem z antropologami, którzy powiedzieli, że ustalenie DNA to kwestia tygodnia, ale pod warunkiem, że będą na to środki.

Zdaje się, że ich brakuje, ponieważ nie zawarto umowy na takie badania.

– Stoję na stanowisku, że środki na ten cel powinno dać państwo. Jeżeli ono jest niepodległe, jeżeli jest suwerenne, to powinno je być stać na to bardziej niż na jakieś wysokie wynagrodzenia prezesów spółek Skarbu Państwa.

Niektórzy proponują, żeby ogłosić zbiórkę publiczną na ten cel.

– Uważam, że żaden wdowi grosz nie powinien być na to przeznaczany. Jeżeli ma nastąpić mobilizacja opinii publicznej, to przecież nie na drodze upominania się o pieniądze!
Mam nadzieję, że ta 55-letnia walka o odzyskanie szczątków trzech komandorów zostanie uwieńczona ich godnym pochówkiem.

Jutro zakończy się pierwszy etap badań, ale wszyscy podkreślają, że konieczne są dalsze prace.

– Kończy się pierwszy etap prac, nie ma zlecenia na kolejny. Badania muszą być jednak kontynuowane. W jakimś procencie jest moją zasługą, że były one podjęte. To państwo odpowiada za te prace. Jestem zadowolony z ostatnich słów prezydenta Komorowskiego, że prace ekshumacyjne i identyfikacyjne powinny być dokończone. Tutaj, na Łączce, pod osłoną stanu wojennego złośliwie wprowadzono nowe pochówki. To jest dalszy ciąg zbrodni. Pochówki na miejscu, o którym wiele osób wiedziało, że grzebano więźniów Mokotowa, a sprawcy już na pewno. Wiemy, że władze cmentarne w tym czasie to były władze czysto ubowskie.

To był kolejny element strategii upokorzenia.

– Pod osłoną stanu wojennego władze komunistyczne dopuściły tutaj do pochówków. Bardzo często pochowani są tam ludzie, którzy nie powinni tam być, m.in. oficer śledczy mojego ojca.

Nie ma ustaleń, co stanie się z ekshumowanymi szczątkami?

– One powinny wrócić tu, na Łączkę, ponieważ w końcu to jest ich miejsce. To miejsce będzie nadal miejscem świętym. Ale ja chciałbym – podobnie jak rodziny dwóch pozostałych komandorów – przenieść szczątki naszych ojców i dziadków na cmentarz Oksywski na Wybrzeże, ponieważ uważamy, że tam jest ich miejsce.

Do kolejnych ekshumacji konieczne będzie przesunięcie pomnika?

– Musi być przesunięty, bo pod nim – zdaje się – chowano osoby zamordowane w 1950 roku. Przesunie się go prawdopodobnie na miejsce, które będzie wolne po ekshumacjach. Ale o tym powinien decydować autor pomnika wespół z IPN. Pomnik, który postawiliśmy już przeszło dwadzieścia lat temu, powinien tu pozostać.

Wiele osób powątpiewało, że w tym miejscu chowano ofiary terroru.

– Do połowy 1948 r. był to przeważnie Służew. A później Łączka. Wiemy to już na pewno. Oczywiście były wątpliwości co do miejsca pochówku konkretnej osoby. Nie mieliśmy żadnych danych poza przedziałem czasowym. Sam myślałem, że jeśli zaczęto wywozić zwłoki z Mokotowa samochodem, to można by wywieźć je do Rembertowa, gdzie byłyby jeszcze bardziej zakamuflowane. Jeżeli władzy zależało na tym, żeby te zwłoki nigdy nie zostały odnalezione, to obóz w Rembertowie, z którego Sowieci wywozili naszych do Związku Sowieckiego, byłby odpowiedniejszym miejscem.

23.08.2012, http://www.naszdziennik.pl/wp/

zobacz > Przebieg ekshumacji w kwaterze „Ł” na Powązkach (filmy)

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Zbrodnia na Komandorach

  1. anofrankowski pisze:

    szacunek dla pana za pamięć, za dzielenie się własnymi przeżyciami…………

  2. emka pisze:

    Ekshumacje uwierają – wywiad z synem komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy floty, zamordowanego w więzieniu mokotowskim

    Z dr. Witoldem Mieszkowskim rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

    Przychodzi Pan na Łączkę co drugi dzień, z pewnością widok odkrytych jam grobowych, gdzie mogą spoczywać szczątki Pana ojca, to przeżycie traumatyczne.

    – Z powązkowską Łączką jestem bliżej obeznany od 24 lat, od chwili odnalezienia tzw. protokołu Kosztirki. Mówię więc o czasie, kiedy staraliśmy się o te ekshumacje już po raz drugi, bo po raz pierwszy zabiegaliśmy o nie w 1956 roku. Wtedy zwróciliśmy się o ukaranie zbrodni sądowych, a także chcieliśmy się upewnić, że wyrok na trzech komandorach został rzeczywiście wykonany. Po radiowych enuncjacjach Józefa Światły raczej podejrzewaliśmy z matką, że Sowieci wywieźli ich z Polski, by wykorzystać ich fachową wiedzę. Wystąpiliśmy więc wówczas o ekshumację, lecz oczywiście nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Podobnie potraktowano nasze żądania postawienia przed sądem oprawców, którzy w 1956 r. zajmowali jeszcze swoje stanowiska w służbach śledczych, w sądownictwie i prokuraturze. Później nasze żądania jeszcze ponawialiśmy, ale zawsze spotykały się one z odmową. Niestety w III Rzeczypospolitej było dokładnie tak samo, nic tu się nie zmieniło.

    Jak Pan sądzi, dlaczego?

    – W 1990 r., w czasie gdy komitet społeczny wmurowywał akt erekcyjny pod budowę pomnika na Łączce, prowadziłem sprawę ekshumacji w Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Została ona umorzona, od czego oczywiście się odwołałem. Prokuratura apelacyjna stwierdziła, że nie podejmie tych prac, bo to nie jest jakoby sprawa publiczna, tylko… moja prywatna. Spowodowałem również ściganie Stanisława Zarakowskiego, naczelnego prokuratora wojskowego, odpowiedzialnego za wydawanie wyroków śmierci na oficerów. Wciąż odpowiadano jednak, że nie może się on zapoznać z wynikami śledztwa, gdyż jest niedysponowany. Wówczas z mec. Piotrem Łukaszem Andrzejewskim wystąpiliśmy o aresztowanie i osadzenie go w szpitalu więziennym, by tam zapoznał się z aktem oskarżenia. Wybronił go jednak obrońca komunistów, adwokat Witold Rozwenc, podpierając się lewymi zaświadczeniami lekarskimi z łódzkiej WAM. W ten sposób Zarakowski nawet nie zapoznał się z zarzutami, które postawiła mu Naczelna Prokuratura Wojskowa w osobie prokuratora mjr. Włodarczyka. Pół roku po jego zejściu z tego świata Włodarczyk zamknął sprawę w szafie pancernej.

    To ten sam Zarakowski, który pytał Pana po śmierci ojca, czy wierzy Pan w sprawiedliwość socjalistyczną?

    – Dokładnie ten sam. Starałem się także, by przeprowadzono ekstradycję innego oprawcy, Antona Skulbaszewskiego. Niestety nie było żadnej odpowiedzi. Przez lata tłumaczono, że nie ma odpowiedniego prawa. Co to za prawo i Konstytucja, które nie potrafią osądzić ewidentnych morderców? Potem przez 4 czy 5 lat III Rzeczypospolitej udowadniano mi – powołując się na jakieś bzdurne przepisy – że niewinność i brak dowodów winy to rzekomo to samo. Wytoczyłem nawet proces prokuraturze wojskowej, który wówczas przegrałem. To jakiś nonsens.

    Ale wreszcie po wielu latach przynajmniej doszło do ekshumacji.

    – Myśli pan, że bez naszych wysiłków można by było je przeprowadzić? Tu nie ma się co radować czy nie radować, to trzeba doprowadzić do końca, a że to jest 65 lat za późno, to jest inna sprawa.

    Co Pan czuje, gdy stoi nad tymi dołami?

    – Mam świadomość, że w każdym dole, który się tu otwiera, może leżeć ojciec. Są pewne wskazania, że w jamie grobowej, którą otwarto kilka dni temu, mogą spoczywać osoby zamordowane w 1952 roku. Oczywiście prof. Krzysztof Szwagrzyk nie powie tego na głos, póki nie zostanie to dokładnie zbadane. W momencie, gdy modlono się na Łączce za dusze tych 117 osób odgrzebanych w sierpniu zeszłego roku, powiedziałem do modlących się, że kto wie, czy na tym miejscu, na którym stoję – a stałem właśnie na rozebranej ostatnio alejce asfaltowej, pod którą odkrywane są kolejne pochówki – nie ma zwłok mojego ojca i komandora Przybyszewskiego. Ostatnie odkrywki są właśnie gdzieś w tym rejonie. Czy to przeczucie? Ja po prostu znam zdjęcia lotnicze z 1951, 1953, 1955 r., na których widać, gdzie rozkopywano ziemię w poszczególnych okresach. Oczywiście nie dysponowaliśmy tymi zdjęciami w 1990 r., bo przecież zawsze ten cmentarz trzymali UB-owcy i ich zastraszeni poplecznicy. Jeżeli cokolwiek teraz można tutaj zrobić, to tylko dlatego, że oni już wymierają. Wcześniej powinni jednak odpowiadać za te nocne barbarzyńskie grzebania, tak samo jak powinni być wreszcie osądzeni ci, którzy zamordowali księdza Stefana Niedzielaka.

    Gdyby żył, mógłby powiedzieć coś na temat odkrywanych dziś pochówków?

    – On na pewno więcej wiedział, niż my dzisiaj wiemy czy usiłujemy dojść na podstawie zdjęć lotniczych. Nam przyszła dziś z pomocą nie tzw. wola polityczna, tylko nauka, georadar, badania genetyczne i garstka dobrych i sprawnych ludzi. I to jest jedyna pozytywna rzecz w tym całym 65-leciu, że jeżeli te wykopki z jakichś powodów mogłyby się wcześniej zacząć, to moglibyśmy wówczas nie dojść całej prawdy. Jeżeli więc mam mieć dzisiaj satysfakcję z wbicia na tym terenie łopaty, to tylko dlatego, że światli ludzie wymyślili identyfikację według kodu genetycznego. Nic za to nie zawdzięczam w tym kraju władzy politycznej.

    Jak reagowali politycy w czasie, gdy zabiegał Pan o te wykopaliska, nie spotkał się Pan z przychylnością?

    – Z przychylnością? Pierwszą osobą, która dała mi nadzieję na cokolwiek, był prof. Krzysztof Szwagrzyk. Przedtem było tylko „sypanie piaskiem w szprychy”, brak przesłuchania Turczyńskiego i Frenkla, później odmowy prokuratury, pokrętne przebąkiwania stołecznego IPN, że może tu, a może tam etc. Ktoś tu wciąż walczył o swoją skórę, bo zbrodniarz zawsze będzie utajniał i zamazywał swą zbrodnię, nawet w drugim pokoleniu. Wracając do zdjęć lotniczych, na tych z 1953 r. wyraźnie widać, gdzie jest rozgrzebana ziemia i świeże wówczas pochówki. Porównanie tych zdjęć daje dzisiaj pewien obraz i panowie Szwagrzyk z Ossowskim i ze swoim wspaniałym zespołem z Wrocławia i ze Szczecina nie muszą kopać zupełnie na oślep. Niemniej karygodną sprawą jest, że warszawska dyrekcja czy zarząd cmentarza nic nie wiedzą o dokumentacji projektowej, choćby z momentu przyłączenia komunalnej Łączki do cmentarza Wojskowego. Nawet nie wiedzą o tym, że pod asfaltową alejką leży… rura wodociągowa (!). Jeżeli profesor Szwagrzyk wpuszcza tu koparkę do odkrywek, to powinien dostać odpowiednią dokumentację cmentarza, a tej… jakoś dziwnie… nie ma.

    Jest duże prawdopodobieństwo, że z odkrytych ostatnio jam wydobyto szczątki oficerów Marynarki Wojennej zamordowanych po tajnym procesie siedmiu komandorów.

    – Oczywiście. Ojciec pewnie leży z komandorem por. Zbigniewem Przybyszewskim, a stosunkowo niedaleko może leżeć komandor Jerzy Staniewicz, bo innego dnia został stracony niż oni dwaj. W sąsiedztwie z pewnością leżą inni zabici w tym czasie. Wystarczy wziąć do ręki listę straconych z datami. Przypadkowość tych pochówków może być jednak dzisiaj przeanalizowana i z tego wyciągnięte wnioski. I to właśnie robi ta ekipa, która ciągle nie ma odpowiedniego wsparcia. Ona jest ciągle sama. Dzisiaj ma być tutaj minister sprawiedliwości wraz z szefem IPN. Oby nie skończyło się to jedynie na pustych gestach.

    Twierdzi Pan, że te ekshumacje nadal uwierają, niewiele mówi się o nich w mediach. Dlaczego?

    – A dziwi się pan temu? Zawsze były niewygodne. Wiadomo jest, że komunizm nie kończy się na jednym pokoleniu. Monstrualne dziedzictwo – tak o komunizmie mówił Vaclav Havel. Ono trwa nadal i to nie tylko personalnie, choć wiadomo, że wielu dzisiejszych polityków miało tatusiów w UB, w Informacji Wojskowej, w sądownictwie i w innych zbrodniczych agendach totalitarnego kondominium.

    Jest Pan pewny, że odnajdzie tutaj ojca?

    – Mam taką nadzieję i wierzę, że stanie się to już niedługo, że nie trzeba będzie czekać na III etap tych prac. Nie mam jednak stuprocentowej pewności, że zostanie on odnaleziony pod asfaltową alejką. Wiemy, że kaci „położyli się” na ofiarach, i na części dawnego pola więziennego stoją dziś nagrobki niektórych komunistycznych oprawców. Po ostatnich wykopkach wygląda na to, że nie tylko pod osłoną stanu wojennego, ale także konsekwentnie w późniejszych latach chowano ich na tym obszarze, który w protokole Kosztirki wskazał Władysław Turczyński, grabarz zatrudniony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. Oczywiście nie Turczyński kopał te doły, on przywoził i zrzucał zwłoki. Co najwyżej, jeżeli przywiózł ich więcej, a te nie mieściły się w dole, to ubijał je buciorami. Parę dni temu znaleziono tu jamę, w której znajdowało się kilka czaszek w nieładzie, noga zgięta w kolanie, piszczel złamany, co świadczy o tym, że ciała ugniatano, by zmieściły się w za wąskim grobie. To jest właśnie to monstrualne dziedzictwo. Uczucia wyższe były tym ludziom obce. Wielu dziwi się, dlaczego przychodzę tu ze swoją wnuczką i pokazuję jej rozkopane groby. Mówią o niej „biedne dziecko”. A co, ma z niej wyrosnąć ślepy, lewacki leming? Gdy będzie już pełnoletnia, ma nie wiedzieć, co to jest komunizm? Przecież ta straszna idea się nie skończyła, jesteśmy tylko mamieni tym, że tak jest. Nie tylko ludzie zostali, ale i przyzwyczajenia albo ucieczka programowa – mówienie, że „historia nas nie interesuje”. Współczesny hedonizm, kurza ślepota i wszystkie tak dotkliwe dla naszej cywilizacji i kultury kolorowe ruchy lewackie tylko temu sprzyjają.

    http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/33905,ekshumacje-uwieraja.html

  3. emka pisze:

    Witold Mieszkowski: Przyszedłem tu ze swoimi wnukami. To nie dla mnie, ale dla nich prof. Szwagrzyk i jego ekipa to robią
    – powiedział syn zamordowanego w 1952 roku komandora Stanisława Mieszkowskiego, który także dzisiaj wrócił do normalności. Ekipa profesora Szwagrzyka wyrwała go dołom hańby w Kwaterze „Ł” Powązek Wojskowych w Warszawie. […]

    http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-marcina-wiklo/75424-jestem-pewien-ze-mauzoleum-na-laczce-bedzie-miejscem-narodowej-dumy-a-nie-tragedii-za-te-pewnosc-dziekuje-ekipie-prof-szwagrzyka

  4. janusz pisze:

    zbrodnie na naszych komandorach wydawal stalin a wykonywali to p z p r moze to rozszyfruje platni zdrajcy pacholki rosji

  5. emka pisze:

    Planowany na sobotę w Gdyni pogrzeb trzech komandorów prezydent traktuje jako zadośćuczynienie za popełnioną na nich zbrodnię komunistycznych władz – mówi PAP szef BBN Paweł Soloch. Na przyszły rok BBN planuje sprowadzenie prochów ich zwierzchnika, dowódcy obrony Wybrzeża adm. Józefa Unruga – dodał.
    W sobotę w Gdyni prezydent Andrzej Duda weźmie udział w państwowym pogrzebie „Trzech Komandorów” – podkomendnych ostatniego dowódcy polskiej Floty i obrony wybrzeża z 1939 r. admirała Józefa Unruga.”Kontradmirałowie Stanisław Mieszkowski, Jerzy Staniewicz oraz komandor Zbigniew Przybyszewski zostali straceni przez komunistyczne władze po sfingowanym procesie w grudniu 1952 roku. Prezydent chce, aby państwowe pogrzeby i przywrócenie pamięci o bohaterach przedwojennej floty były zadośćuczynieniem za przestępstwa popełnione przez komunistyczny reżim” – powiedział Soloch PAP.Podkreślił, że „godny pogrzeb komandorów to też spełnienie ostatniej woli admirała Unruga, który przebywając na uchodźstwie we Francji, domagał się pełnej rehabilitacji swoich podkomendnych”. „Było to też warunkiem sprowadzenia do Polski jego prochów” – zaznaczył szef BBN.”Sprowadzenie szczątków admirała Unruga z Francji planujemy w 2018 r., czyli w setną rocznicę odzyskania niepodległości i setną rocznicę odtworzenia Marynarki Wojennej” – zapowiedział.Jak dodał szef BBN prace nad przygotowaniem pogrzebu „Trzech Komandorów” oraz sprowadzeniem szczątków admirała Unruga rozpoczęto na początku 2016 r.
    DALEJ:
    http://www.pap.pl/aktualnosci/news,1212401,szef-bbn-pogrzeb-trzech-komandorow—zadoscuczynieniem-za-popelniona-na-nich-zbrodnie.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.