Zbrodnia na Komandorach

images-6-150x150Przed 60 laty w piwnicach więzienia mokotowskiego zabito strzałami w tył głowy trzech komandorów:

Stanisława Mieszkowskiego, Jerzego Staniewicza i komandora porucznika Zbigniewa Przybyszewskiego.

strona [2] Wywiady z synem komandora Stanisława Mieszkowskiego

zobacz: „Łączka”: Odnalezieni bohaterowie

Piotr Szubarczyk

Zbrodnia na Komandorach

Wszystko odbyło się „zgodnie z prawem”, po „prawomocnych” wyrokach śmierci i po odmowie „łaski” przez „prezydenta” Bolesława Bieruta – sowieckiego namiestnika na Polskę. Dowodów na „szpiegostwo” dostarczyła Informacja Wojskowa – filia sowieckiego kontrwywiadu wojskowego w Polsce. O skuteczności „śledztwa” świadczy fakt, że jeden z oskarżonych komandorów trafił do szpitala psychiatrycznego. Nie nadawał się już na „świadka” w „procesie”, więc dali mu spokój. To uratowało mu życie, ale i tak umarł 6 lat później. Miał wtedy 49 lat.

Wszystkich zamordowanych chowano potajemnie nocą, w różnych miejscach w Warszawie, m.in. na Łączce, gdzie prawdopodobnie zakopano ciała ponad 400 więźniów. Ciała posypywano wapnem, by szybciej zniknął po nich ślad. Udeptywano ziemię, czasami sadzono maskujące miejsce krzaki. Tak było nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce. System był niemal doskonały. Nie zdarzyło się po roku 1990, by dawni więzienni funkcjonariusze lub członkowie ich rodzin zgłosili się z wiarygodnymi informacjami na temat miejsca „dołów kryjomych”. Trudno uwierzyć, że ludzi z taką wiedzą w Polsce nie ma! Wszyscy funkcjonariusze więzienni tamtych lat nosili w kieszeni legitymację UB. Więzienia podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, a nie Ministerstwu Sprawiedliwości. Tak było do grudnia 1954 roku. Byli klawisze należą dziś do najlepiej zorganizowanych grup emeryckich w Polsce. Spotykają się regularnie. Nie po to, by powspominać czasy młodości, lecz by się upewnić, że nikt nie puszcza pary z ust… Zabierają głos tylko po to, by ponarzekać na niesprawiedliwe ograniczenie ich emerytur. Wszak przez lata tłumaczono im, że zasłużyli się „w umacnianiu praworządności” w Polsce.

Gdzie jesteś, Ojcze…

Wśród odwiedzających rozkopaną Łączkę na wojskowych Powązkach, latem tego roku, niemal codziennie można było spotkać członków rodziny zamordowanego kmdr. Stanisława Mieszkowskiego – syna, synową, wnuczkę, prawnuczkę. Doktor Witold Mieszkowski jest architektem i urbanistą. Przed 60 laty był czternastolatkiem. Zdesperowana matka wysłała go do Warszawy, by się dowiedział, co z ojcem. Poszedł do gmachu, w którym urzędował jeden z największych zbrodniarzy tamtych czasów – naczelny prokurator wojskowy Stanisław Zarakowski. Przyjął chłopca i powiedział mu: „Wyrok został wykonany… Czy teraz wierzysz w sprawiedliwość socjalistyczną?”. Te okrutne słowa będą towarzyszyć Witoldowi przez całe życie. Dziś dr Mieszkowski nie wierzy ani w „sprawiedliwość socjalistyczną” (nigdy w nią nie wierzył, powiedział to wówczas Zarakowskiemu), ani w sprawiedliwość wolnej Polski. Ostatni uczestnicy kaźni na jego ojcu i innych oficerach Marynarki Wojennej zostali skazani na rok więzienia, z zawieszeniem na dwa lata… Tak samo jak kiedyś Maria Fieldorf-Czarska, córka generała „Nila”, marzy dziś tylko o jednym: by godnie pochować szczątki ojca. Podobnie myśli pewnie większość z tych, którzy przychodzili na Łączkę, by zapytać dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka, czy znalazł już szczątki ich bliskich. To jednak niełatwa sprawa. By nie popełnić błędu, trzeba przeprowadzić kosztowne badania porównawcze. Do dziś zidentyfikowano szczątki trzech ofiar terroru komunistycznego.

To nie była pomyłka

„Proces komandorów” – tak w literaturze historycznej nazywa się zbrodnię popełnioną przed 60 laty. To wyrażenie samo w sobie jest dramatycznie nieprawdziwe! Ci oficerowie nie mieli bowiem żadnego „procesu” w takim znaczeniu, jakie temu słowu przypisuje się w cywilizowanym świecie czy też – jak to się dziś mówi – „w państwie prawa”. Polska lat 1950 – 1952 – gdy trwało „śledztwo” i gdy zapadał „wyrok” w sprawie komandorów (obydwa słowa równie nieprawdziwe, jak to pierwsze) – nie była suwerennym bytem. Była dominium sowieckim, pozbawionym suwerenności nie tylko w sprawach związanych z polityką zagraniczną, ale również w sprawach wewnętrznych. Wszechwładnymi instytucjami były w tym czasie wojewódzkie, powiatowe i miejskie agendy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, utworzonego przez Związek Sowiecki w Polsce do kontrolowania na naszym terytorium interesów sowieckich oraz do przeprowadzenia rewolucji typu bolszewickiego.
Na czym ta rewolucja polegała? Wybitny sowiecki dysydent i przyjaciel Polaków Władimir Bukowski zdefiniował to następująco: „Od razu, obojętnie gdzie komuniści obejmują władzę – niech to będzie w Rosji, w Polsce, na Kubie, w Nikaragui, w Chinach – na początku niszczą około 10% populacji. Jest to stosowane nie tylko po to, by wyniszczyć wrogów (…). To jest »inżynieria społeczna«. Najwybitniejsi intelektualiści, najlepsi pracownicy, inżynierowie – zabiliby ich wszystkich. Dopiero wtedy spróbują ponownie zorganizować »nowe społeczeństwo«” (wypowiedź z filmu dokumentalnego „The Soviet story”).
Ta ogólna uwaga wybitnego opozycjonisty i człowieka, który jak mało kto wniknął w istotę zbrodniczego systemu sowieckiego komunizmu, powinna nam towarzyszyć w refleksji nad tragedią komandorów oraz ich rodzin, ponieważ wszelkie próby racjonalnego dochodzenia do prawdy i pytania w rodzaju: Może to była pomyłka? Może rzeczywiście byli trochę winni, bo się w coś wplątali? – prowadzą nas na manowce i upokarzają rodziny zamordowanych oficerów. Równie niebezpieczne i upokarzające są rozważania, dlaczego zamordowano tych, a innych oficerów, także wykształconych w II RP, jednak oszczędzono? Perfidia sowieckiego systemu zbrodni polegała na tym, abyśmy sobie takie pytania zadawali i przez to, by nikt nikomu nie ufał. Obowiązywała stara imperialna zasada divide et impera („dziel i rządź”). Zatomizowane, sterroryzowane i bezradne społeczeństwo łatwiej było opanować i łatwiej było prowadzić kolejne kampanie kłamstw.

„Spisek Komandorów”

Tak nazwali komuniści swoje „śledztwo” prowadzone w latach 1950-1952 wobec siedmiu wysokich rangą oficerów Marynarki Wojennej przez Główny Zarząd Informacji (GZI). GZI był organem kontrwywiadu wojskowego, działającym w Polsce w latach 1944-1957, organizatorem niewyobrażalnych zbrodni popełnionych na oficerach i żołnierzach wojska „ludowego”, Armii Krajowej, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, także na ludności cywilnej, opierającej się sowietyzacji kraju. To była najbardziej zbrodnicza instytucja sowiecka „utrwalająca władzę ludową” w Polsce. Do sierpnia 1944 r. 100 procent obsady kadrowej GZI stanowili Sowieci – oficerowie zbrodniczego Smierszu – kontrwywiadu wojskowego armii sowieckiej. W sumie w GZI „pracowało” 750 funkcjonariuszy sowieckich! Dopiero w sierpniu 1944 r. oficerami GZI zostało pierwszych 17 Polaków. Trudno zresztą nazywać ich bez zastrzeżeń Polakami. O takich, jak oni wywiad AK-WiN pisał w meldunkach do władz RP na uchodźstwie, że są POP-ami (pełniącymi obowiązki Polaków…).
Wybitny polski sowietolog prof. Paweł Wieczorkiewicz powiedział: „Informacja Wojskowa, czyli kontrwywiad wojskowy tak naprawdę, czyli UB do kwadratu! (…) Ludzie, którzy przeszli przez więzienia UB (a byli tacy) i więzienia Informacji, modlili się, żeby trafić do UB, mimo że tam był osławiony pułkownik Różański. Wszystko było lepsze niż Informacja Wojskowa! Tam naprawdę siedzieli sadyści. Było się czego bać!” (wypowiedź z filmu dokumentalnego „Towarzysz Generał”).
Możemy sobie tylko wyobrazić, jak w tej sytuacji wyglądało „śledztwo” przeciwko komandorom! 18 września 1950 r. wojskowa bezpieka aresztowała kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego – zastępcę szefa Wydziału Marynarki Wojennej Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, legendarnego już wtedy obrońcę Helu z 1939 roku! To był początek tragedii. 20 października 1950 r. aresztowano kmdr. Stanisława Mieszkowskiego – dowódcę Floty! 5 lutego 1951 r. – kmdr. por. Roberta Kasperskiego – szefa Sztabu Floty, 7 maja 1951 r. – kmdr. por. Wacława Krzywca z Głównej Bazy Marynarki Wojennej, 7 grudnia 1951 r. – kmdr. Jerzego Staniewicza – szefa Wydziału Marynarki Wojennej Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, 11 grudnia 1951 r. – kmdr. por. pil. Kazimierza Kraszewskiego z Wydziału Marynarki Wojennej Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, 12 grudnia 1951 r. – kmdr. por. Mariana Wojcieszka – szefa Sztabu Głównego Marynarki Wojennej.
Wszyscy byli oficerami wypromowanymi jeszcze przed wojną w okresie II Rzeczypospolitej. To ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia ich „winy”. Wszyscy aresztowani bronili w roku 1939 Helu przed Niemcami. Wszyscy spędzili okupację w niemieckich oflagach, skąd dobrowolnie wrócili do kraju, by służyć polskiej Marynarce Wojennej niezależnie od sytuacji politycznej. Wreszcie wszyscy – jako oficerowie o najwyższych kompetencjach – zajmowali najwyższe stanowiska w siłach morskich Polski pojałtańskiej.
Postawiono im zarzuty szpiegostwa i dywersji. Byli okrutnie przesłuchiwani, a człowiek jest tylko człowiekiem i ma granice wytrzymałości – zwłaszcza w konfrontacji z sowieckimi „fachowcami”, którzy jeszcze przed wojną szkolili potajemnie kadry niemieckiej gestapo, wówczas dopiero raczkującej! Niektórzy z aresztowanych przyznali się do „winy”, jednak podczas „procesu” natychmiast wycofali te zeznania jako wymuszone. Zresztą czynili to wielokrotnie. „Proces” był ich ostatnią szansą. Niestety „procesy sądowe” w państwach realnego sowieckiego komunizmu były tylko przedłużeniem „śledztwa”.
Wyrok w sprawie komandorów zapadł przed Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie. Nie był to ani „sąd”, ani „najwyższy”, ani „wojskowy”, a już na pewno nie „polski”. Dyspozycje co do „wyroków” wydawała sowiecka policja polityczna. „Sądowi” przewodniczył płk Piotr Parzeniecki – sowiecka kreatura, klasyczny POP, już wcześniej podpisujący wyroki śmierci na polskich oficerów.
Wyrok wydano 21 lipca 1952 roku. To nie była przypadkowa data! Dzień później zaczynała się Polska Rzeczpospolita Ludowa – z konstytucją zatwierdzoną (po odręcznych, zachowanych poprawkach!) przez Stalina! Parzeniecki i GZI „uczcili” wyrokami śmierci na komandorów powstanie państwa „ludowego”!
Na karę śmierci zostali skazani komandorzy: Robert Kasperski, Stanisław Mieszkowski, Zbigniew Przybyszewski, Jerzy Staniewicz, Marian Wojcieszek.
Na kary dożywotniego więzienia skazano komandorów Wacława Krzywca i Kazimierza Kraszewskiego.
19 listopada 1952 r. Bolesław Bierut – przedwojenny sowiecki agent NKWD, używający bezprawnie tytułu „prezydent” (!) od czasu sfałszowanych w styczniu 1947 r. wyborów do Sejmu – „ułaskawił” komandorów Kasperskiego i Wojcieszka, odmówił „ułaskawienia” Mieszkowskiego, Przybyszewskiego i Staniewicza. Ubecki zbir zamordował ich strzałami w tył głowy w piwnicy więzienia mokotowskiego.
Komandor Jerzy Staniewicz został zabity 12 grudnia 1952 roku, zaś komandorzy Stanisław Mieszkowski i Zbigniew Przybyszewski 16 grudnia 1952 roku.
W roku 1956 wszyscy zamordowani i więzieni komandorzy zostali przez „państwo ludowe” „zrehabilitowani”. Nie uznano ich jednak wprost za niewinnych. Po prostu stwierdzono „brak dowodów winy”. To praktycznie uniemożliwiało dochodzenie sprawiedliwości. „Państwo ludowe” wyznaczyło od razu granice swojej łaskawości. Żaden z uczestników śledztwa, oskarżenia i żaden z sędziów w sprawie komandorów nie stanął przed prawdziwym sądem i nie odpowiedział za popełnione zbrodnie.

Męczennicy

Wśród aresztowanych w sprawie komandorów znalazł się także kmdr Adam Rychel. Postać wyjątkowo piękna i zarazem tragiczna. Ukończył Szkołę Podchorążych MW w Toruniu (1928-1931) z pierwszą lokatą! Został promowany na podporucznika MW 15 sierpnia 1931 roku. Skierowany na kurs aplikacyjny marynarki francuskiej odbył rejs dookoła świata na krążowniku „Joanna d’Arc”. W czasie wojny został dowódcą 33. Baterii Artylerii Nadbrzeżnej, wchodzącej w skład Dywizjonu AN, ostrzeliwującego niemieckie trałowce, które próbowały zbliżyć się do Helu. Po kapitulacji Helu 2 października 1939 r. przebywał w niewoli niemieckiej. 5 stycznia 1945 r. został skierowany do służby w Marynarce Wojennej. Był komendantem Oficerskiej Szkoły MW w Gdyni Oksywiu i zastępcą szefa Sztabu Głównego MW.
Aresztowany 12 grudnia 1951 r. przez Okręgowy Zarząd Informacji Wojskowej w Gdyni. Odrzucił propozycję składania fałszywych zeznań, obciążających aresztowanych komandorów. Osadzony w areszcie śledczym Informacji w Warszawie, został poddany nieludzkiemu śledztwu. Torturami doprowadzono go do stanu obłąkania, kwalifikując komandora do leczenia w szpitalu psychiatrycznym. Przebywał na „wolności” od maja 1954 r., pracował najpierw jako robotnik w Porcie w Gdańsku, a w latach 1956-1958 jako oficer nawigacyjny w Kapitanacie Portu w Gdańsku. Umarł przedwcześnie 3 listopada 1958 roku. W chwili śmierci miał dokładnie tyle lat (49), co zamordowani w roku 1952 komandorzy Mieszkowski i Staniewicz…
O tym, jak wyglądało śledztwo, wiemy od tych, którzy przeżyli. Komandor por. Marian Wojcieszek wspominał: „Pod koniec miesiąca [po aresztowaniu] dolne kończyny, siedzenie, oczy, gardło, struny, głosowe, język, a przede wszystkim umysł przestały normalnie funkcjonować. Nogi nabrzmiałe od opuchlizny, nabrzmiałe gruczoły w gardle. Zmęczenie wzroku takie, że przed sobą widziałem nie istniejące w świecie przezroczyste rośliny i walące się na mnie wszystko, co mnie otacza. W głowie szum, ucisk i takie ogłupienie, że na zrozumienie najprostszych zdań potrzebowałem czasu. Stać bez oparcia nie mogłem, gdyż prądy bezsenności zwalały mnie z nóg”.
Komandor por. Wacław Krzywiec umarł w wieku 48 lat na „przepustce” z więzienia. Przed śmiercią pozostawił wstrząsające świadectwo: „W okresie najcięższym w moim życiu, będąc zupełnie załamanym, wyniszczonym moralnie i fizycznie utraciłem wiarę w sprawiedliwość, praworządność, uczciwość; wiarę w ludzi i samego siebie. Zostałem doprowadzony do stanu skrajnego upodlenia, skoro zeznawałem na innych i samego siebie same kłamstwa, bzdury sugerowane, perfidnie mi podpowiadane w czasie »śledztwa«. Pod naciskiem śledczych powstawała historia, która nigdy nie miała miejsca”.
Jak byli przesłuchiwani zamordowani komandorzy Mieszkowski, Przybyszewski i Staniewicz? Kapitan Tadeusz Jędrzejkiewicz, który przeszedł przez śledztwo Informacji Wojskowej i przeżył, choć przez 7 miesięcy i 20 dni przebywał w celi śmierci, oczekując każdego dnia na wywołanie i egzekucję, pisał w książce „Cela śmierci” (2000) o metodach: „Bicie po głowie, bicie pałką, bicie batem, bicie innymi przedmiotami w zasięgu ręki oprawcy, wlewanie nocą wody do celi, kopanie po nogach, wyrywanie włosów z głowy, rozgniatanie palców nóg butami, sadzanie na nodze od stołka, bicie pałką w pięty, smaganie pejczem, miażdżenie palców rąk, bicie pięścią po twarzy, kopanie leżącego więźnia, przypalanie papierosem okolic oczu i ust, karcer z wodą, nieustanne budzenie w nocy przez wiele dni, przetrzymywanie nago w celi z otwartym oknem w zimie i polewanie wodą, całonocne stójki przez kilkanaście dni, wielomiesięczna izolacja i zakaz wychodzenia z celi, pozorowanie wykonania wyroku śmierci, konwejer – śledztwo non stop dzień i noc przez kilka dni, uderzanie głową o ścianę, obelgi i wyzwiska pod adresem więźnia i jego rodziny, szantażowanie zabiciem najbliższych, fałszywe informowanie o tym, że żona wystąpiła o rozwód, pozbawienie wody i jedzenia przez kilka dni”.
Przypomnijmy, że rtm. Witold Pilecki – uznany przez angielskiego oficera wywiadu i pisarza historycznego Michaela Foota za jednego z sześciu najodważniejszych uczestników konspiracji antyniemieckiej w okupowanej Europie, dobrowolny więzień i uciekinier z KL Auschwitz – powiedział swojej żonie na widzeniu po „śledztwie”: „Oświęcim to przy tym igraszka”…

15.12.2012 http://www.naszdziennik.pl/

Prezydent RP Lech Kaczyński 90. Rocznica  zaślubin z Morzem

2009 Puck i Wejherowo

DALEJ

strona [2] Wywiady z synem komandora Stanisława Mieszkowskiego

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Zbrodnia na Komandorach

  1. anofrankowski pisze:

    szacunek dla pana za pamięć, za dzielenie się własnymi przeżyciami…………

  2. emka pisze:

    Ekshumacje uwierają – wywiad z synem komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy floty, zamordowanego w więzieniu mokotowskim

    Z dr. Witoldem Mieszkowskim rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

    Przychodzi Pan na Łączkę co drugi dzień, z pewnością widok odkrytych jam grobowych, gdzie mogą spoczywać szczątki Pana ojca, to przeżycie traumatyczne.

    – Z powązkowską Łączką jestem bliżej obeznany od 24 lat, od chwili odnalezienia tzw. protokołu Kosztirki. Mówię więc o czasie, kiedy staraliśmy się o te ekshumacje już po raz drugi, bo po raz pierwszy zabiegaliśmy o nie w 1956 roku. Wtedy zwróciliśmy się o ukaranie zbrodni sądowych, a także chcieliśmy się upewnić, że wyrok na trzech komandorach został rzeczywiście wykonany. Po radiowych enuncjacjach Józefa Światły raczej podejrzewaliśmy z matką, że Sowieci wywieźli ich z Polski, by wykorzystać ich fachową wiedzę. Wystąpiliśmy więc wówczas o ekshumację, lecz oczywiście nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Podobnie potraktowano nasze żądania postawienia przed sądem oprawców, którzy w 1956 r. zajmowali jeszcze swoje stanowiska w służbach śledczych, w sądownictwie i prokuraturze. Później nasze żądania jeszcze ponawialiśmy, ale zawsze spotykały się one z odmową. Niestety w III Rzeczypospolitej było dokładnie tak samo, nic tu się nie zmieniło.

    Jak Pan sądzi, dlaczego?

    – W 1990 r., w czasie gdy komitet społeczny wmurowywał akt erekcyjny pod budowę pomnika na Łączce, prowadziłem sprawę ekshumacji w Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Została ona umorzona, od czego oczywiście się odwołałem. Prokuratura apelacyjna stwierdziła, że nie podejmie tych prac, bo to nie jest jakoby sprawa publiczna, tylko… moja prywatna. Spowodowałem również ściganie Stanisława Zarakowskiego, naczelnego prokuratora wojskowego, odpowiedzialnego za wydawanie wyroków śmierci na oficerów. Wciąż odpowiadano jednak, że nie może się on zapoznać z wynikami śledztwa, gdyż jest niedysponowany. Wówczas z mec. Piotrem Łukaszem Andrzejewskim wystąpiliśmy o aresztowanie i osadzenie go w szpitalu więziennym, by tam zapoznał się z aktem oskarżenia. Wybronił go jednak obrońca komunistów, adwokat Witold Rozwenc, podpierając się lewymi zaświadczeniami lekarskimi z łódzkiej WAM. W ten sposób Zarakowski nawet nie zapoznał się z zarzutami, które postawiła mu Naczelna Prokuratura Wojskowa w osobie prokuratora mjr. Włodarczyka. Pół roku po jego zejściu z tego świata Włodarczyk zamknął sprawę w szafie pancernej.

    To ten sam Zarakowski, który pytał Pana po śmierci ojca, czy wierzy Pan w sprawiedliwość socjalistyczną?

    – Dokładnie ten sam. Starałem się także, by przeprowadzono ekstradycję innego oprawcy, Antona Skulbaszewskiego. Niestety nie było żadnej odpowiedzi. Przez lata tłumaczono, że nie ma odpowiedniego prawa. Co to za prawo i Konstytucja, które nie potrafią osądzić ewidentnych morderców? Potem przez 4 czy 5 lat III Rzeczypospolitej udowadniano mi – powołując się na jakieś bzdurne przepisy – że niewinność i brak dowodów winy to rzekomo to samo. Wytoczyłem nawet proces prokuraturze wojskowej, który wówczas przegrałem. To jakiś nonsens.

    Ale wreszcie po wielu latach przynajmniej doszło do ekshumacji.

    – Myśli pan, że bez naszych wysiłków można by było je przeprowadzić? Tu nie ma się co radować czy nie radować, to trzeba doprowadzić do końca, a że to jest 65 lat za późno, to jest inna sprawa.

    Co Pan czuje, gdy stoi nad tymi dołami?

    – Mam świadomość, że w każdym dole, który się tu otwiera, może leżeć ojciec. Są pewne wskazania, że w jamie grobowej, którą otwarto kilka dni temu, mogą spoczywać osoby zamordowane w 1952 roku. Oczywiście prof. Krzysztof Szwagrzyk nie powie tego na głos, póki nie zostanie to dokładnie zbadane. W momencie, gdy modlono się na Łączce za dusze tych 117 osób odgrzebanych w sierpniu zeszłego roku, powiedziałem do modlących się, że kto wie, czy na tym miejscu, na którym stoję – a stałem właśnie na rozebranej ostatnio alejce asfaltowej, pod którą odkrywane są kolejne pochówki – nie ma zwłok mojego ojca i komandora Przybyszewskiego. Ostatnie odkrywki są właśnie gdzieś w tym rejonie. Czy to przeczucie? Ja po prostu znam zdjęcia lotnicze z 1951, 1953, 1955 r., na których widać, gdzie rozkopywano ziemię w poszczególnych okresach. Oczywiście nie dysponowaliśmy tymi zdjęciami w 1990 r., bo przecież zawsze ten cmentarz trzymali UB-owcy i ich zastraszeni poplecznicy. Jeżeli cokolwiek teraz można tutaj zrobić, to tylko dlatego, że oni już wymierają. Wcześniej powinni jednak odpowiadać za te nocne barbarzyńskie grzebania, tak samo jak powinni być wreszcie osądzeni ci, którzy zamordowali księdza Stefana Niedzielaka.

    Gdyby żył, mógłby powiedzieć coś na temat odkrywanych dziś pochówków?

    – On na pewno więcej wiedział, niż my dzisiaj wiemy czy usiłujemy dojść na podstawie zdjęć lotniczych. Nam przyszła dziś z pomocą nie tzw. wola polityczna, tylko nauka, georadar, badania genetyczne i garstka dobrych i sprawnych ludzi. I to jest jedyna pozytywna rzecz w tym całym 65-leciu, że jeżeli te wykopki z jakichś powodów mogłyby się wcześniej zacząć, to moglibyśmy wówczas nie dojść całej prawdy. Jeżeli więc mam mieć dzisiaj satysfakcję z wbicia na tym terenie łopaty, to tylko dlatego, że światli ludzie wymyślili identyfikację według kodu genetycznego. Nic za to nie zawdzięczam w tym kraju władzy politycznej.

    Jak reagowali politycy w czasie, gdy zabiegał Pan o te wykopaliska, nie spotkał się Pan z przychylnością?

    – Z przychylnością? Pierwszą osobą, która dała mi nadzieję na cokolwiek, był prof. Krzysztof Szwagrzyk. Przedtem było tylko „sypanie piaskiem w szprychy”, brak przesłuchania Turczyńskiego i Frenkla, później odmowy prokuratury, pokrętne przebąkiwania stołecznego IPN, że może tu, a może tam etc. Ktoś tu wciąż walczył o swoją skórę, bo zbrodniarz zawsze będzie utajniał i zamazywał swą zbrodnię, nawet w drugim pokoleniu. Wracając do zdjęć lotniczych, na tych z 1953 r. wyraźnie widać, gdzie jest rozgrzebana ziemia i świeże wówczas pochówki. Porównanie tych zdjęć daje dzisiaj pewien obraz i panowie Szwagrzyk z Ossowskim i ze swoim wspaniałym zespołem z Wrocławia i ze Szczecina nie muszą kopać zupełnie na oślep. Niemniej karygodną sprawą jest, że warszawska dyrekcja czy zarząd cmentarza nic nie wiedzą o dokumentacji projektowej, choćby z momentu przyłączenia komunalnej Łączki do cmentarza Wojskowego. Nawet nie wiedzą o tym, że pod asfaltową alejką leży… rura wodociągowa (!). Jeżeli profesor Szwagrzyk wpuszcza tu koparkę do odkrywek, to powinien dostać odpowiednią dokumentację cmentarza, a tej… jakoś dziwnie… nie ma.

    Jest duże prawdopodobieństwo, że z odkrytych ostatnio jam wydobyto szczątki oficerów Marynarki Wojennej zamordowanych po tajnym procesie siedmiu komandorów.

    – Oczywiście. Ojciec pewnie leży z komandorem por. Zbigniewem Przybyszewskim, a stosunkowo niedaleko może leżeć komandor Jerzy Staniewicz, bo innego dnia został stracony niż oni dwaj. W sąsiedztwie z pewnością leżą inni zabici w tym czasie. Wystarczy wziąć do ręki listę straconych z datami. Przypadkowość tych pochówków może być jednak dzisiaj przeanalizowana i z tego wyciągnięte wnioski. I to właśnie robi ta ekipa, która ciągle nie ma odpowiedniego wsparcia. Ona jest ciągle sama. Dzisiaj ma być tutaj minister sprawiedliwości wraz z szefem IPN. Oby nie skończyło się to jedynie na pustych gestach.

    Twierdzi Pan, że te ekshumacje nadal uwierają, niewiele mówi się o nich w mediach. Dlaczego?

    – A dziwi się pan temu? Zawsze były niewygodne. Wiadomo jest, że komunizm nie kończy się na jednym pokoleniu. Monstrualne dziedzictwo – tak o komunizmie mówił Vaclav Havel. Ono trwa nadal i to nie tylko personalnie, choć wiadomo, że wielu dzisiejszych polityków miało tatusiów w UB, w Informacji Wojskowej, w sądownictwie i w innych zbrodniczych agendach totalitarnego kondominium.

    Jest Pan pewny, że odnajdzie tutaj ojca?

    – Mam taką nadzieję i wierzę, że stanie się to już niedługo, że nie trzeba będzie czekać na III etap tych prac. Nie mam jednak stuprocentowej pewności, że zostanie on odnaleziony pod asfaltową alejką. Wiemy, że kaci „położyli się” na ofiarach, i na części dawnego pola więziennego stoją dziś nagrobki niektórych komunistycznych oprawców. Po ostatnich wykopkach wygląda na to, że nie tylko pod osłoną stanu wojennego, ale także konsekwentnie w późniejszych latach chowano ich na tym obszarze, który w protokole Kosztirki wskazał Władysław Turczyński, grabarz zatrudniony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. Oczywiście nie Turczyński kopał te doły, on przywoził i zrzucał zwłoki. Co najwyżej, jeżeli przywiózł ich więcej, a te nie mieściły się w dole, to ubijał je buciorami. Parę dni temu znaleziono tu jamę, w której znajdowało się kilka czaszek w nieładzie, noga zgięta w kolanie, piszczel złamany, co świadczy o tym, że ciała ugniatano, by zmieściły się w za wąskim grobie. To jest właśnie to monstrualne dziedzictwo. Uczucia wyższe były tym ludziom obce. Wielu dziwi się, dlaczego przychodzę tu ze swoją wnuczką i pokazuję jej rozkopane groby. Mówią o niej „biedne dziecko”. A co, ma z niej wyrosnąć ślepy, lewacki leming? Gdy będzie już pełnoletnia, ma nie wiedzieć, co to jest komunizm? Przecież ta straszna idea się nie skończyła, jesteśmy tylko mamieni tym, że tak jest. Nie tylko ludzie zostali, ale i przyzwyczajenia albo ucieczka programowa – mówienie, że „historia nas nie interesuje”. Współczesny hedonizm, kurza ślepota i wszystkie tak dotkliwe dla naszej cywilizacji i kultury kolorowe ruchy lewackie tylko temu sprzyjają.

    http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/33905,ekshumacje-uwieraja.html

  3. emka pisze:

    Witold Mieszkowski: Przyszedłem tu ze swoimi wnukami. To nie dla mnie, ale dla nich prof. Szwagrzyk i jego ekipa to robią
    – powiedział syn zamordowanego w 1952 roku komandora Stanisława Mieszkowskiego, który także dzisiaj wrócił do normalności. Ekipa profesora Szwagrzyka wyrwała go dołom hańby w Kwaterze „Ł” Powązek Wojskowych w Warszawie. […]

    http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-marcina-wiklo/75424-jestem-pewien-ze-mauzoleum-na-laczce-bedzie-miejscem-narodowej-dumy-a-nie-tragedii-za-te-pewnosc-dziekuje-ekipie-prof-szwagrzyka

  4. janusz pisze:

    zbrodnie na naszych komandorach wydawal stalin a wykonywali to p z p r moze to rozszyfruje platni zdrajcy pacholki rosji

  5. emka pisze:

    Planowany na sobotę w Gdyni pogrzeb trzech komandorów prezydent traktuje jako zadośćuczynienie za popełnioną na nich zbrodnię komunistycznych władz – mówi PAP szef BBN Paweł Soloch. Na przyszły rok BBN planuje sprowadzenie prochów ich zwierzchnika, dowódcy obrony Wybrzeża adm. Józefa Unruga – dodał.
    W sobotę w Gdyni prezydent Andrzej Duda weźmie udział w państwowym pogrzebie „Trzech Komandorów” – podkomendnych ostatniego dowódcy polskiej Floty i obrony wybrzeża z 1939 r. admirała Józefa Unruga.”Kontradmirałowie Stanisław Mieszkowski, Jerzy Staniewicz oraz komandor Zbigniew Przybyszewski zostali straceni przez komunistyczne władze po sfingowanym procesie w grudniu 1952 roku. Prezydent chce, aby państwowe pogrzeby i przywrócenie pamięci o bohaterach przedwojennej floty były zadośćuczynieniem za przestępstwa popełnione przez komunistyczny reżim” – powiedział Soloch PAP.Podkreślił, że „godny pogrzeb komandorów to też spełnienie ostatniej woli admirała Unruga, który przebywając na uchodźstwie we Francji, domagał się pełnej rehabilitacji swoich podkomendnych”. „Było to też warunkiem sprowadzenia do Polski jego prochów” – zaznaczył szef BBN.”Sprowadzenie szczątków admirała Unruga z Francji planujemy w 2018 r., czyli w setną rocznicę odzyskania niepodległości i setną rocznicę odtworzenia Marynarki Wojennej” – zapowiedział.Jak dodał szef BBN prace nad przygotowaniem pogrzebu „Trzech Komandorów” oraz sprowadzeniem szczątków admirała Unruga rozpoczęto na początku 2016 r.
    DALEJ:
    http://www.pap.pl/aktualnosci/news,1212401,szef-bbn-pogrzeb-trzech-komandorow—zadoscuczynieniem-za-popelniona-na-nich-zbrodnie.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.