„Ukryty” – najnowsza powieść Wildsteina (fragmenty)

20 września odbyła się promocja książki.
To opowieść o zagadce trzech śmierci, które wydarzyły się w artystycznym środowisku warszawskim w lecie 2010 roku. Próba ich rozszyfrowania to także odsłanianie kolejnych warstw III RP po tragedii smoleńskiej w cieniu walki o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu.

To opowieść o manipulacji, w której zatraca się realna rzeczywistość i o uniwersalności polskich zmagań o prawdę. W księgarniach – już 17 września. Książkę można kupić m.in. w księgarni Multibook: http://www.multibook.pl/

20 września w Warszawie w Traffic Club odbyła się promocja książki. Spotkanie, które prowadził Jacek Karnowski zgromadziło publicystów, ludzi kultury i polityków. Wśród nich znaleźli się: Antoni Krauze, Piotr Zaremba, Piotr Skwieciński, Tomasz Sakiewicz, Piotr Gociek, Paweł Lisicki, Piotr Gontarczyk, Antoni Dudek, Maria Dłużewska, Joanna Lichocka, Marcin Wolski, Paweł Szałamacha, Piotr Naimski, Adam Lipiński.

Uwaga! Film zawiera spoiler w 24-25 minucie! (niepożądaną informację o szczegółach zakończenia utworu literackiego).

Obszerna relacja >http://www.blogpress.pl/node/14363

CZYTAJ TAKŻE: Bronisław Wildstein wyrusza w trasę autorską po Polsce! Aż 11 miast! Sprawdź miejsca i daty

„Powieść „Ukryty”. Dzieje się przez tydzień na początku sierpnia 2010 roku w Warszawie. To „kryminał”, ale o poważnych ambicjach. Literatura opowiada o ludzkich losach i powinna ujawniać to co w nich najważniejsze. „Ukryty” pokazuje w zbliżeniu dramatyczny moment naszej najnowszej historii, ale to co dzieje się w Polsce, jakkolwiek specyficzne, jest także odbiciem głębszych procesów, które przeistaczają całą cywilizację. W tym co działo się na Krakowskim Przedmieściu dwa lata temu zobaczyć możemy jednak przede wszystkim uniwersalny dramat człowieka.” – Bronisław Wildstein

 

Bronisław Wildstein, „Ukryty”

fragment 1 

Prolog

[czwartek, 29.07.2010]

— Tak. Znałam człowieka, którego próbujecie zidentyfikować. To Rafał Maj, a ja nazywam się Sylwia Nawrot. — Kobieta bez uśmiechu spojrzała w oczy ofi cera sekcji zabójstw Komendy Stołecznej, młodszego aspiranta, Jerzego Tatara. Poczuł zmieszanie i zdziwił się, że ciągle mogą nachodzić go podobne uczucia.

Przez moment Nawrot prześwietlała go wzrokiem. Potem przesunęła spojrzenie, aby zatrzymać je na brudnym oknie nad jego ramieniem, a potem na zagraconym biurku nieobecnego aspiranta Marczuka. Za chwilę Tatar uzna, że szacowała go jak jeszcze jeden element wystroju gabinetu. Teraz myśli, że takie kobiety nie pojawiają się w tym miejscu ani w jego życiu. Takie, które ściągają męski wzrok, każą oglądać się za sobą i pamiętać swój obraz. Za moment ze złością przypomni sobie, że męski wzrok ściąga także Iza. Męski wzrok i nie tylko. A piękne kobiety w najrozmaitszych rolach trafiają także do Komendy Stołecznej.

Tatar nie wiedział nawet, czy Nawrot jest piękna. Spowodowała jednak, że nieomal zapomniał o sprawie, która bez widocznych powodów absorbowała go coraz bardziej, od kiedy opowiedział mu o niej prokurator, Czesław Wujcikiewicz, jego nieoficjalny partner.

Trzy dni wcześniej, niezapowiedziany, pojawił się w jego gabinecie, rozsiadł przy biurku i zaczął mówić.

— Śmierdzi mi to wszystko — podsumował swoją relację i z dezaprobatą rozejrzał się po gabineciku Tatara. Ciasne pomieszczenie dyszało w kolejnych podmuchach lipcowego upału wdzierającego się przez otwarte okno.

— Kiedy wreszcie awansujesz?

— Przecież wiesz — odpowiedział, a Wujcikiewicz z rezygnacją pokiwał głową. Ale Tatar, włączając wiatraczek, który z hałasem mozolnie usiłował wprawić w ruch tężejące powietrze, myślał już o czym innym. Zainteresowała go sprawa anonimowego mężczyzny znalezionego na wylotówce do Poznania dwa dni wcześniej. Czy już wtedy poczuł, jakie będzie miała dla niego znaczenie? Tatar wiedział, jakie figle potrafi płatać pamięć, jak myli zeznania nawet pełnym dobrej woli świadkom, a przecież nie mógł uwolnić się od myśli, że już gdy pierwszy raz usłyszał o sprawie, niespodziewanie przeczuł jej wagę. Wierzył w swoją intuicję i nawet zastanawiał się czasami, co się pod nią kryje, ale Wujcikiewicz powiedział mu chyba za mało, aby wprawić ją w ruch. Może zaraził go swoim niepokojem?

W sobotę o trzeciej nad ranem tir zdążył w ostatnim momencie wyhamować przed zwłokami tak, że przyczepa wpadła do rowu. Zablokował drogę na około godzinę, zanim udało się go na niej z powrotem ustawić. Człowiek na szosie zginął mniej niż godzinę wcześniej. Został rozjechany przez jeden, jak wyczytali ze śladów opon, terenowy samochód. Zmiażdżona noga, brzuch, klatka piersiowa, głowa i ręka. Skręcała się, jakby gość próbował się jeszcze zasłonić, zauważył Wujcikiewicz. Trafi ł do Tatara w poniedziałek. Sylwia Nawrot przyszła do komendy w czwartek.

Wujcikiewicza męczyła ta sprawa. Tatar mógł poznać to po prokuratorze, z którym drogi ich zetknęły się już osiem lat wcześniej. Pracowali ze sobą przy wielu śledztwach. Teraz Wujcikiewicz dzielił się z policjantem swoimi wątpliwościami.

Człowiek wyglądał, jakby ktoś ułożył go na drodze. Nasączony alkoholem spoczywał wzdłuż jej krawędzi. Przejechały po nim równiutko dwie opony jednej strony samochodu. „Wszystko możliwe: pijany gość zasypia na drodze, a ktoś rozgniata go precyzyjnie jak na pokazie i spokojnie jedzie dalej” — wyrażał powątpiewanie Wujcikiewicz. Jego wielki korpus kiwał się na krześle.

Poza tirem policjanci nie znaleźli żadnych śladów hamowania. W ogóle żadnych śladów. Przy zwłokach nie było nic, co pozwalałoby je zidentyfikować. Nie tylko dokumentów — nic osobistego, żadnej rzeczy. W kartotece nie było jego odcisków.

Dobrze ubrany i przede wszystkim świetnie zbudowany. Musiał regularnie ćwiczyć i dbać o siebie. Postawny chłop. Nic nie pozwalało go rozpoznać, również zmiażdżona twarz. Nikt go nie szukał. „Solidny chłop, a rozpłynął się, jakby go nie było” — podsumował Wujcikiewicz, który miał skłonność do poetyzowania.

Ciało miało jednak kilka nietypowych blizn: jedna na prawym ramieniu wyglądała jak ślad po kuli, a największa, która biegła przez całą lewą pierś, mogła być pamiątką po nożu albo podobnym ostrzu. Na lewej łopatce trup miał tatuaż. Niezbyt wyszukany: wąż oplatający się wokół sztyletu.

Minęły trzy dni, gdy dyżurny z portierni zadzwonił do Tatara: przyszła kobieta, która twierdzi, że wie, kto jest poszukiwany przez policję denatem. Młodszy aspirant niespodziewanie pomyślał, że tym razem złapie nitkę, za którą podąży w tajemnicę śmierci na poznańskiej szosie. Miał wrażenie, że zawsze rozpoznaje ten moment, gdy w śledztwie pojawia się coś ważnego.

Gdy jednak w drzwiach stanęła Sylwia Nawrot, przez moment wpatrywał się w nią, nie myśląc o niczym. Rutyna przywołała go do porządku.

— Zaczniemy od identyfikacji. Mogę pani okazać zdjęcia.

Ale wolałbym jednak, aby pani osobiście obejrzała zwłoki. Tylko że — zawahał się — są one w strasznym stanie, to znaczy zmasakrowane przez samochód.

— Wytrzymam — odpowiedziała chłodno.

— Na początku jednak pokażę zdjęcia.

Nawrot, nie zmieniając wyrazu twarzy, oglądała kolorowe fotografie, które rozsypał przed nią na biurku. Krótki dreszcz, który wstrząsnął ciałem kobiety, mógł być tylko złudzeniem.

— Jestem pewna, że to on. Trzydzieści sześć lat. Metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, około stu kilo mięśni, blizna po kuli na prawym ramieniu i od noża, tak mi mówił, na lewej piersi. Na plecach po lewej stronie wytatuowany sztylet i wąż. Możliwe, aby wszystko to powtarzało się u kogoś innego? Zresztą — nachyliła się nad zdjęciami zmiażdżonego korpusu i głowy przypominającej szmacianą lalkę, nad którą pastwiło się szalejące dziecko — ja go poznaję. Wiem, że to on.

— Skąd pani wie?

— Trudno odpowiedzieć. — Wzruszyła ramionami. — Pewne rzeczy się wie.

— Ale zdecyduje się pani obejrzeć zwłoki w prosektorium?

— Naturalnie — potwierdziła obojętnie, jakby chodziło o formalność.

* * *

Metalowa szuflada z głuchym dźwiękiem wysunęła się ze ściany. Prosektorium wydawało się akwarium wypełnionym białozielonym roztworem światła. Trzy postacie wolno zbliżyły się do blatu. Pielęgniarz teatralnym gestem poderwał prześcieradło, które okrywało postać, a raczej to, co z niej zostało. Noga, brzuch, lewa pierś… Reszta była kolorową miazgą. Miejsce głowy zajmowała nieforemna bryła ze sterczącymi, połamanymi kośćmi i zlepionymi pakułami brudnych włosów. Odór chemikaliów przenikał mdlący, słodkawy zapach. Nawrot drgnęła.

Na krótki moment jej twarz zmieniła się nie do poznania. Usiłowała się opanować, zacisnęła poruszające się bezwiednie wargi, spazmatycznie łapała powietrze nosem. Tatar zorientował się, że wraz z pielęgniarzem wpatrują się w nią bezwstydnie. Kobieta zamknęła oczy i z całej siły zacisnęła usta, które w świetle jarzeniówki posiniały jeszcze bardziej. Jej twarz przybrała ziemisty odcień. Otworzyła oczy i zagryzła wargi. Była już nieomal spokojna. Zrobiła jeszcze krok w kierunku szuflady z trupem i z wysiłkiem nachyliła się nad nią.

— To on. Jestem tego pewna.

W gabinecie Tatara Nawrot wyglądała znowu jak wcześniej. Odruchowo poprawiła włosy. Biała skóra wypełniała się życiem. Usiłował nie wpatrywać się w nią zbyt ostentacyjnie. Zadziwiała go swoim spokojem już w prosektorium, a nawet wcześniej, kiedy oglądała fotografie. Kobiety inaczej reagowały na widok zmasakrowanych zwłok swoich znajomych.

— Zacznijmy od pani. Kim pani jest i kim była dla denata? Jak go pani poznała?

Spojrzała na niego znowu prawie obojętnie.

— Jestem architektem wnętrz. Oto moja wizytówka.

— Tatar ostrożnie położył na biurku liliową karteczkę.

— Poznałam go na wernisażu Ksawerego Starowina. Rafał, Rafał Maj był jego przyjacielem, nieomal nieodstępnym. Tatar miał wrażenie, że otwierają się przed nim drzwi. To było dwa tygodnie wcześniej: dziwna śmierć kobiety w mieszkaniu plastyka, syna sławnego pisarza. Trudno było sobie wyobrazić, aby dziewczyna trzy razy wbiła sobie nóż w piersi w obecności swojego kochanka, do którego, jak mówiono, przyszła, aby z nim zerwać. Po jej śmierci on „w szoku” zdążył jeszcze dokładnie wytrzeć rękojeść noża. A jednak śledztwo zatrzymało się w martwym punkcie, jakby nikt nie chciał go kontynuować, a sprawa w sposób oczywisty zmierzała do umorzenia. Przejął ją prokurator Twardnicki, który wydawał się nie robić nic. Dawał do zrozumienia, że to tylko kwestia czasu, kiedy śmierć uznana zostanie za samobójstwo, a sprawa zamknięta. Pozycja Starowina, najgłośniejszego polskiego pisarza, właściciela domu, w którym rozegrała się tragedia, mogła być kluczowa dla takiego jej fi nału. Tego typu uwagi półgłosem wymieniali w komendzie. Wypytywał o to nawet Wujcikiewicza, ale prokurator zbywał go mruknięciami.

„Myślisz, że mi się to podoba?!” — warknął wreszcie, kończąc rozmowę. — Starowin, Starowin, coś mi to mówi…

— To jeden z głośniejszych polskich plastyków młodego pokolenia…

— Nie wydaje mi się, żeby moja wiedza w tej dziedzinie…

Po raz pierwszy uśmiechnęła się, jeśli tak można było nazwać jej nieznaczne skrzywienie warg.

— Może pamięta pan jego ojca. Ze szkolnych lektur. Autor Księgi ślepców.

— No, tak, kontynuujmy.

— To było gdzieś w połowie czerwca. Kiedy poznałam Rafała.

Zostaliśmy kochankami — odpowiedziała na jego niepostawione pytanie.

— Nie sądzę, abym powinna się krygować. — Może zauważyła jego zaskoczenie. — Przecież będzie pan chciał poznać naturę naszych relacji. Czyż nie tak? A ja powinnam powiedzieć prawdę. Zdecydowałam się na nią, pojawiając się tu. No więc byliśmy parą, nie, może lepiej… kochankami jakieś trzy tygodnie. Zerwaliśmy gdzieś na początku lipca.

— Dlaczego?

Po raz pierwszy spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem.

— Nie pasowaliśmy do siebie.

— Proszę się nie dziwić, że będę pytał o wszystko. To jednak zabójstwo, być może nieumyślne spowodowanie śmierci, ale… Proszę traktować mnie jak spowiednika.

— Pan wybaczy… — zaśmiała się sucho. — Nie pasuje mi pan do tej roli.

— To niech będzie lekarz albo w każdym razie policjant. Proszę mi opowiedzieć o nim. Wszystko.

— Wszystko? To będzie trudne. Niby wiem o nim dużo… Myślałam, a teraz wydaje mi się… — Drgnęła gwałtownie i schowała głowę w dłoniach. Podniosła ją po chwili milczenia.

Zagryzała usta, ale twarz znowu wydawała się prawie spokojna.

— Rafał był specyficznym człowiekiem. Lubił budować wokół siebie aurę tajemnicy. Nigdy niczego nie mówił do końca. Prawie nigdy. Zresztą, z czasem miałam coraz więcej wątpliwości… Przestawałam mu wierzyć. Ale po kolei. Spróbuję panu zrekonstruować, co o nim wiem. Nie skończył studiów. Tak naprawdę nie wiem, czy rzeczywiście studiował. Twierdził, że był na prawie, potem na filozofii. Dziesięć czy więcej lat temu wyjechał z Polski i wstąpił do Legii Cudzoziemskiej. Kontrakt na pięć lat. Potem, wykorzystując swoje znajomości, przeniósł się do Afryki, bo bywał tam jeszcze jako legionista. Tak mi mówił. Wszystko to wiem od niego, niektóre rzeczy potwierdził mi Ksawery, Ksawery Starowin. No, ale i on był chyba skazany wyłącznie na relacje Rafała. Chociaż… Rafał w Afryce był jakieś parę lat, głównie w Kongo. Jego wersje były nie do końca precyzyjne i nie zawsze spójne. Miał być najemnikiem, ale takim ważnym, który organizował coś istotnego. Właściwie sugerował współpracę z jakimś wywiadem albo wywiadami… Handlował bronią. Brał udział w walkach. Wreszcie musiał uciekać i wrócił do Polski.

Tu podobno założył z jakimiś znajomymi agencję ochrony, ale ktoś go oszukał i Rafał został na lodzie. W sumie współpracował ze Światowidem, był ich konsultantem, ale miał także robić coś innego. Trudno było dojść co. I to chyba wszystko, co o nim wiem. Miał mieszkanie na Mokotowie, na ulicy Wiśniowej pięć.

— Jakim był właściwie człowiekiem? — Tatara zaskoczyła nagle głupota własnego pytania.

— Jakim? Dziwnym. A może wcale nie? Cynicznym. Pozował na twardziela, który pozbył się już wszystkich złudzeń. Zresztą złudzeń to chyba nie miał za wiele. Mówił z pogardą o świecie mieszczańskich wartości, o tchórzliwych hipokrytach, którzy wymyślają zasady, bo nie mają odwagi żyć. Potrafił być fascynujący, choć dość szybko stawał się irytujący. Lubił epatować…

— Nie pozostawił pani dobrych wspomnień?

— Niewiele. Chociaż — spojrzała na niego uważnie — potrafił być ujmujący. Był zresztą bardzo atrakcyjnym mężczyzną i… — przerwała. Po raz pierwszy wyczuł w niej coś jak zawstydzenie. Jej twarz zmieniła się, wydała się młodsza. Przez chwilę wyglądała jak dwudziestoletnia dziewczyna, aby za moment stać się znowu dojrzałą kobietą.

— O czym tu zresztą mówić. Nie ma go.

— Ale dobrze byłoby dowiedzieć się dlaczego.

— Ma pan rację, ale w tej sprawie chyba niewiele będę mogła
pomóc.

— Już mi pani pomogła. — Przyjrzała się mu z nagłą uwagą.

— Mówi pani, że od czterech tygodni nie mieliście ze sobą żadnych kontaktów?

— To raczej trzy tygodnie. Ale Rafał odzywał się do mnie i później. Chciał, żebyśmy kontynuowali naszą znajomość, to znaczy… — zawahała się — znajomość w naszym uprzednim kształcie, a ja… — przerwała.

— Pani nie chciała go znać — dokończył za Nawrot.

— Może nie aż tak. Nie chciałam być jego kochanką i… do pewnego stopnia ma pan rację. Nie miałam ochoty na spotkania z nim. No, ale ponieważ był tak związany z Ksawerym, siłą rzeczy musiałam na niego trafiać.

— Ale dlaczego tak bardzo odstręczał panią były… kochanek?

— Może nie od razu odstręczał, chociaż… może dobrze pan to ujął? — Spojrzała na niego, przekrzywiając głowę z czymś w rodzaju uśmiechu. — Chyba nie lubiłam go i nie chciałam oglądać.

— Ale dlaczego?

— Już mówiłam. Bo był pretensjonalny, nieprzyjemny i jeszcze za wszelką cenę chciał znowu zaciągnąć mnie do łóżka, jakby coś miał tym udowodnić. Zimny… — nie skończyła, ze złością potrząsając głową.

— No, ale jednak byliście razem trzy tygodnie… — Tatar zawiesił głos.

— No, tak. Dałam się uwieść. — Nawrot roześmiała się niechętnie.

— I pomimo że powinnam od razu się zorientować, z kim mam do czynienia, jakiś czas byłam z nim — wyrzucała z siebie z niechęcią kolejne zdania. — I pewnie dlatego znielubiłam go jeszcze bardziej. Bo wstydziłam się siebie! — dokończyła podniesionym tonem, zaciskając szczęki.

— No, tym razem zmusił mnie pan do wyznania. Nieomal powiedziałam, co myślę, myślałam o Rafale, ale on przecież nie żyje i chyba nie powinnam… — Złość ulotniła się. Dłoń Nawrot zacisnęła się na czarnej, lśniącej torebce, którą położyła przed sobą między nimi na biurku, jej twarz posmutniała.

— Z tego, co pani mówi, wynika, że zaczęła się pani wtedy dużo intensywniej spotykać z Ksawerym Starowinem.

— Ja coś takiego powiedziałam? Zupełnie sobie nie przypominam… chociaż… no, tak… — Spoglądała na niego z rodzącym się zainteresowaniem. — Poniekąd tak było.

— Czy chce pani powiedzieć, że wtedy związała się ze Starowinem? — Nic takiego nie powiedziałam! — Wyglądała na poirytowaną.

— Ale ja panią pytam.

— Chyba nie muszę odpowiadać. Co to ma wspólnego ze śmiercią Maja?

— Jeszcze nie wiem. Teraz muszę zebrać maksimum informacji, może wskażą mi jakieś tropy.

— Ale jaki związek ze śmiercią Rafała mają moje relacje z Ksawerym?

— Mogą mieć. Może jeden był o drugiego zazdrosny albo…

— Zazdrosny? Ksawery zabił Rafała z zazdrości o mnie? To jakiś nonsens! — Narastająca irytacja Nawrot przebijała z każdego gestu.

— Ja tylko zbieram informacje. To mój obowiązek i chciałbym, aby nie utrudniała mi go pani. Możliwe, że Maj padł ofiarą zabójstwa…

— Dobrze — westchnęła z rezygnacją. — Odpowiem. Krótko po rozstaniu z Majem związałam się z Ksawerym. Okazało się, że nie na długo — roześmiała się niewesoło.

— Po rozstaniu czy troszkę wcześniej? — zapytał ostrożnie Tatar.

— A jakie to ma znaczenie, parę dni wcześniej, parę później… No dobrze. — Zacisnęła usta. — Troszkę wcześniej.

— A kiedy… rozeszły się pani drogi ze Starowinem?

— Co to pana właściwie obchodzi?!

— Tatar nie odpowiedział. Milczenie przedłużało się. Nawrot uderzyła dłonią w torebkę na biurku.

— No dobrze… Jakieś dwa tygodnie temu.

— To ciekawe. Bo wie pani… Dwa tygodnie temu w mieszkaniu Ksawerego Starowina znaleziona została martwa kobieta, jego kochanka. Gospodarz twierdzi, że to samobójstwo, ale to dziwne samobójstwo. Trwa śledztwo…

Twarz Nawrot na moment zmieniła się, teraz w napięciu wpatrywała się w Tatara. Jej palce bezwiednie przesuwały się po torebce. Wciągnęła głęboko powietrze.

— Mówi pan o Lucynie Horwat. Tak, znałam ją i całą sprawę. Dziwny nawrót pamięci u kogoś, kto nie wiedział, kto to Starowin…

— Co pani sądzi o tej śmierci?

— Nic! To wy jesteście od sądzenia i śledztwa! — prychnęła ze złością.

— Dziwna sprawa — kontynuował niezrażony Tatar. — I mniej więcej wtedy pani rozchodzi się ze Starowinem. Czy przypadkiem te rzeczy nie mają ze sobą jakiegoś związku?

— A jaki mogłyby mieć? — rzuciła bez namysłu Nawrot, ale urwała i wzięła głęboki oddech. — To znaczy… powinnam się przyznać. Mają. Wtedy dowiedziałam się, że Lucyna była kochanką Ksawerego. Nie zerwał z nią również w trakcie naszej historii.

— I to pani wystarczyło?

— A to mało?

— Nie wiem. Mało wiem i dlatego pytam o tak wiele. Czy ostatnio nie spotkała pani Maja?

— Ostatnio? No tak, jakiś tydzień temu. Teraz dopiero uświadamiam sobie, że było to tuż przed jego śmiercią. — Znowu wzdrygnęła się i popatrzyła na Tatara innymi, nieco bezradnymi oczami.

— Tak niedawno. Znowu bombardował mnie telefonami, używał innych numerów, bo na jego nie odpowiadałam, i wreszcie zgodziłam się, żeby ostatecznie powiedzieć mu, że to koniec. Rozmawialiśmy krótko w ogródku w „Szpilce”, na placu Trzech Krzyży. Szybko odjechałam.

— I nie powiedział nic ciekawego?

— Nie przypominam sobie.

***

fragment 2

Jest 10 kwietnia 2012 roku

Był zaskoczony, że wiadomość o katastrofie smoleńskiej tak nim wstrząsnęła. Nad swoją reakcją zaczął zastanawiać się później. Na początku przełączał kanały telewizyjne i nie do końca rozumiał, co się stało i co dzieje się z nim. Czuł wzruszenie i smutek, chociaż nie znał osobiście żadnej z ofiar katastrofy. Właściwie nie wiedział, dlaczego pojechał na Krakowskie Przedmieście. Przesuwał się w milczącym tłumie przed Pałacem Prezydenckim i wpatrywał w migoczące w szkle płomyki.

Sam kupił parę zniczy i wiązankę kwiatów. Znicze rozlewały się, filowały wśród stosów przesłaniających bruk kwiatów. Tłum gęstniał, wypełniał już całe Krakowskie Przedmieście. Ludzie stali w milczeniu. Wiedział, że odczuwają ten sam żal. Byli mu bliscy. Dzwonił do Ewy, ale miała wyłączony telefon. Siedział na tylnej ławce w kościele. Nie wiedział, jak tam trafił. Ludzie modlili się i zapalali świece. Zapomniał modlitw, które odpłynęły od niego wraz z dzieciństwem i rodzinną atmosferą. Nie za bardzo wiedział, jak zachować się w kościele, ale czuł wraz z innymi, że to jest właściwe miejsce dla rozmyślania o tym, co się stało, miejsce przeżywania i próby zrozumienia śmierci.

Przestawał myśleć o sobie. Przestrzeń prowadziła w górę, w półmrok, w szept na skraju słyszalności. Trwał tak, nie wiedząc jak długo. Zaczęła się msza. Przez moment myślał, żeby zostać i uczestniczyć w niej. Poczuł jednak niepewność i zmęczenie.

Wyślizgnął się z kościoła. Postanowił zadzwonić do Ewy, ale po włączeniu telefon rozdzwonił się, a potem rozkrzyczał głosem Przybysza.

— Co ty, kurwa, wyprawiasz? Czemu się nie odzywasz? —usłyszał po drugiej stronie wściekły i przestraszony ton.

W takim stanie Rosa nie widział go nigdy wcześniej. Polityk biegał po swoim biurze, aby zatrzymywać się niespodziewanie, patrząc z wyrzutem na Rosę.

— Czemu nie odpowiadałeś?! Coś ty właściwie robił?

— Ja… — zdziwił się Rosa. — Byłem na Krakowskim Przedmieściu… w kościele…

— Odwaliło ci? — Przybysz wpatrywał się w niego w osłupieniu. — Nawrócenie przeszedłeś?!

— Nie, tylko ci ludzie i ta katastrofa…

— Przestań się mazać i narodowo rozczulać. Nie podejrzewałem cię o takie stadne odruchy. Nie rozumiesz, w jakim momencie jesteśmy? Nie zdajesz sobie sprawy, jak jesteśmy zagrożeni?

Rosa zawstydził się. Przybysz miał rację. Nowa sytuacja wprowadzała nowe dane i niebezpieczeństwa. Trzeba zmienić strategię.

— I co mamy teraz robić? — pytał bezradnie Przybysz.

— Teraz nic. — Mózg Rosy zaczął działać. — Trzeba przyjrzeć się rozwojowi sytuacji.

Jak głębokie poruszenie wywołała katastrofa. I przygotować się na tę okoliczność. Zmienić taktykę, a na razie przyczaić się. Zniknąć. Niech zapomną o tobie. Dopiero potem zaczniemy się przypominać. Chociaż nie. Tylko ty, czas jakiś, musisz pozostać w ukryciu, ale trzeba działać już od dziś. Dyskretnie, pomału i, przede wszystkim, nie możesz robić tego osobiście.

Rosa zastanawiał się chwilę. Czuł, że odnajduje właściwy trop. Kolejne sekwencje przedsięwzięcia odsłaniały się już same.

— Ta tragedia jest groźna dla całej wierchuszki, całego naszego kochanego status quo. Może wywołać trzęsienie ziemi i, kto jak kto, ale ci na górze to rozumieją. Musisz z nimi uzgodnić strategię. I to oni powinni podjąć się jej realizacji. Teraz panuje nastrój powszechnej zgody. Trzeba to wykorzystać. Można porozumiewać się nawet z krytycznymi dziennikarzami. W każdym razie trzeba znaleźć pośredników. Nie na samym świeczniku, ale blisko. Z Kancelarii Prezydenta czy Premiera. To oni, w absolutnym sekrecie, zobowiązując rozmówców do pełnej tajemnicy, powinni zwierzać się im ze swoich rozterek. Muszą tłumaczyć wybranym osobom, jak trudną mają sytuację. Są w posiadaniu dokumentów, rozumiesz, dokumentów, których ujawnienie będzie kompromitacją dla nas wszystkich, dla państwa, ale przede wszystkim dla ofiar. Nietrzeźwy prezydent wymuszał lądowanie, już wcześniej były niesnaski między nim i jego ludźmi a pilotami. Mamy nagrania rozmów, świadectwa.

Bez względu na to, jaki mieliśmy stosunek do prezydenta, był on jednak głową państwa. Jego kompromitacja będzie fatalna dla całego kraju. Nikt tego, oczywiście, nie chce, ale spotęgowanie żałobnej egzaltacji, a w konsekwencji naciski na ujawnienie wszystkiego doprowadzić muszą do upublicznienia tych faktów. Tak więc lepiej jak najszybciej sprawę wyciszyć i zakończyć żałobę. Takie powinny być wnioski z rozmów, bo w żadnym wypadku nie stwarzać wrażenia nacisku czy nawet bardziej ostentacyjnej sugestii.

To ma być pełny obywatelskiej troski namysł odpowiedzialnych ludzi, co w takim wyjątkowo trudnym momencie należy robić. Tylko konkluzje muszą być jednoznaczne. Jak najmniej o tragedii. Niech śledczy ją badają, a my jak najprędzej zakończmy żałobę. Trzeba tę wiedzę sączyć powolutku. Kropelka po kropelce. Ale coraz szerzej. Należy sugerować, że rozpamiętywanie ofiar musi prowadzić do upublicznienia niemiłej o nich prawdy. Lepiej dla nich, jeśli szybciej zapomnimy. Trzeba mieć w zanadrzu anonimowych świadków jakichś awantur na lotnisku przed startem. Puszczać w obieg fragmenty rozmów: zaproponuję ci je już jutro. Przecież wiemy, że większość tych ze „Słowa” czy „ABC” chętnie uwierzy we wszystko.

Przestraszone teraz medialne pajacyki szukają gruntu pod nogami. I to my im go zapewnimy.  A kiedy już te poufne rozmowy zaczną przeciekać do mediów, gdy staną się szeptaną prawdą, można będzie przejść do aktu drugiego, ale dopiero wtedy. Wtedy zaczniemy kurację śmiechu.

Teraz Rosa patrzył na oblepioną ciemnością grupę pod krzyżem. Wcześniej planował, jak ich ośmieszyć. Jak doprowadzić do tego, aby drewniany znak pod pałacem stał się obiektem publicznego zgorszenia, a ludzie broniący go jawili się jako zagrożenie.

Żeby stali się odrażający i śmieszni. Wspólnie przeprowadzili tę operację perfekcyjnie, tak że on, jej pomysłodawca i reżyser, mógł być tylko dumny. A jednak, nie wiedzieć czemu, czuł teraz niesmak, a może coś gorszego, czego nie potrafił nazwać. Tylko czy to naprawdę on wymyślił to przedsięwzięcie i puścił w ruch jego mechanizm? Przybysz pytał, jak pacyfikować niebezpieczne nastroje, ktoś sugerował mu, że to dobry moment, aby rozpocząć antykatolicką krucjatę. Jaką rolę odgrywał w tym on, Rosa?

Grupki krążyły wokół modlących się, wykonując obsceniczne gesty, krzyczały w ich kierunku. Skrzywieni w nienawiści chłopcy grozili im ułożonymi w rogi palcami, któryś spuścił spodnie i przy dopingu otaczającej go grupy wypiął w kierunku krzyża nagie pośladki. Rosa poczuł mdłości. Odwrócił się i ruszył w noc. Z daleka słyszał kroki swojego prześladowcy. Chciał uciec przed nimi tak, jak oderwać się od tych obrazów, zapomnieć o nich i nie zastanawiać się nad swoją rolą. Przypomniał sobie Ewę, którą spotkał parę dni po katastrofie. Była niezwyczajnie smutna.

— To tragiczne, ale katastrofy się zdarzają. Na szczęście nie był to nikt z naszych bliskich — usiłował przywrócić jej dystans do rzeczywistości. Tym razem nie udawało się tak łatwo.

— Czuję inaczej. Jakby byli bliscy, jakby mnie tam reprezentowali i coś we mnie zginęło razem z nimi. Sama nie do końca rozumiem swoje emocje. Może najlepiej, kiedy się modlę.

W każdym razie wtedy jestem z nimi pogodzona — mówiła nietypowo dla siebie, wolno i z namysłem. Uznał, że musi przeczekać. I rzeczywiście, już niedługo Ewa była albo w każdym razie wyglądała radośnie jak wcześniej.

W mieszkaniu odruchowo popatrzył na zegarek. Minęła północ. Wyłączył klimatyzację i otworzył okno. Wychylił się. Za-nurkował w gorące powietrze. To tylko trzecie piętro, zagadało coś w nim. Potem niespodziewanie przypomniał sobie kobietę na moście. „Nigdy nie jest za późno” — mówiła. Co za głupie słowa. Od teraz zawsze już będzie za późno, słyszał w głowie zdartą płytę. Nic nie będzie miało znaczenia, a zwłaszcza on sam. Czy kiedykolwiek miał dla kogokolwiek znaczenie? Przechylił się i huśtał na parapecie okna. Dlaczego pamięta tę kobietę na moście? Mówiła, że nie jest za późno na zrozumienie. Zrozumienie czego? Teraz wszystko jest mu obojętne. Czy wszystko?

„Czy jest panu obojętne, że będą chodzili bezkarni?”— ktoś powiedział to dzisiaj do niego. Nie, nie jest mu obojętne, aby ci, którzy zamordowali Ewę, którzy oderżnęli jej głowę, pozostawali bezkarni. Czy ktoś będzie się tym zajmował, kiedy jego nie będzie? Zsunął się na podłogę. Czuł na sobie ciężar martwego spojrzenia.

źródła: http://wpolityce.pl/http://bronislawwildsteinukryty.salon24.pl/http://wpolityce.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Eseje i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Ukryty” – najnowsza powieść Wildsteina (fragmenty)

  1. Popowicz-Watra pisze:

    Szanowni Panstwo, Sz. Panie Bronislawie,
    czy moge liczyc na odpowiedz: kiedy ksiazka Ukryty znajdzie sie na stronach Internetowych pod postacia e-booka ew. audiobooka?
    Dla wielu ludzi jest to w chwili obecnej najwygodniejsza forma zamowienia i czytania ksiazek.
    A swoja droga to dziwie sie, ze do Polonii Kanadyjskiej nie przyjechal do tej pory Pan Bronislaw Wildstein, ktory jest tu nadzwyczajnie ceniony i szanowany.
    Prosze o kontakt z Sz. Panem Bronislawem, a moze namowie go na spotkania autorskie w Kanadzie.
    Lacze wyrazy naleznego szacunku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.