Tadeusz Gajcy, poeta czasu wojny

Zginął pod gruzami zbombardowanej przez Niemców kamienicy przy ul. Przejazd, 16 sierpnia 1944 roku, walcząc w Powstaniu Warszawskim. Tadeusz Gajcy walczył na Starym Mieście w grupie szturmowo – wypadowej porucznika Jerzego Bondorowskiego (ps. „Ryszard”). Ciało poety zostało ekshumowane przez rodzinę wiosną 1946 roku.

NA STRONACH:
strona [2] Wojciech Wencel, Linia wierności
strona [3] Tomasz Zbigniew Zapert, Poeta z etykietą faszysty

***

Dopiero wtedy ustalono, gdzie poległ. Sądząc z obrażeń, zginął na skutek uduszenia pod zwałami gruzu. Został pochowany w kwaterze powstańczej na wojskowych Powązkach.

Nogą ognistość przejdę
jak ptak przez obłok przechodzi,
aby pod brzozą zwęgloną
mrówkę pochować nieżywą –
I dłonie rzucę do wody,
aby nie mogły zapłonąć,
gdy przyjdzie spocząć pod krzyżem.

Gajcy obok Krzysztofa Kamila Baczyńskiego uważany jest za najwybitniejszego poetę pokolenia Kolumbów.

Matka Tadeusza Gajcego była położną, asystowała przy narodzinach Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Jego ojciec był ślusarzem w praskim Taborze Kolejowym. Tadeusz Gajcy uczęszczał do gimnazjum oo. Marianów na Bielanach. Chodził tam do klasy m. in. z Wojciechem Jaruzelskim.

Podczas niemieckiej okupacji mieszkał w Warszawie i kontynuował naukę na tajnych kompletach zorganizowanych przez oo. Marianów w legalnej Miejskiej Szkole Drogowej. Wiosną 1941 roku zdał maturę i rozpoczął studia polonistyczne na tajnych kompletach Uniwersytetu Warszawskiego.

Pod koniec 1941 roku został członkiem konspiracyjnej organizacji Konfederacja Narodu. Debiutował w 1942 roku na łamach „Sztuki i Narodu” wierszem „Wczorajszemu”. W 1942 roku został członkiem redakcji, w listopadzie 1943 roku, po śmierci poprzednika – A. Trzebińskiego, redaktorem. Drukował tam swoje wiersze, fragmenty prozy, artykuły i recenzje (pod pseudonimami Karol Topornicki, Roman Oścień).

Należał do AK, współpracował z referatem literackim Podwydziału Propagandy Mobilizacyjnej „Rój” Biura Informacji i Propagandy AK. Uczestniczył w konspiracyjnych wieczorach literackich, na których przedstawiał swoje utwory. W 1942 roku uzyskał II nagrodę w konkursie „Biuletynu Informacyjnego” na marsz żołnierski za wiersz „Uderzenie”, w 1943 roku nagrodę „Kultury Jutra” za wiersze „Śpiew murów” i „Rapsod o Warszawie”. Brał udział w zorganizowanej przez W. Bojarskego akcji składania kwiatów pod pomnikiem Mikołaja Kopernika 25 maja 1943 roku w 400. rocznicę śmierci uczonego. W 1943 zrezygnował z pracy zarobkowej i studiów, poświęcając się całkowicie pracy konspiracyjnej. Wiosną 1943 roku uczestniczył w Kursach Prasowych Sprawozdawców Wojskowych organizowanych przez Biuro Informacji i Propagandy AK.

Tomy poetyckie wydane w czasie wojny:

  • „Widma. Poemat”, Warszawa 1943 (pod pseudonimem Karol Topornicki)
  • „Grom powszedni”, Warszawa 1944 (pod pseudonimem Karol Topornicki)

Wydania wierszy po 1945:

  • Utwory zebrane. Poezje i dramat ‚Homer i Orchidea’, Warszawa 1952
  • Utwory wybrane. Wiersze – Poematy – Proza, przygotowanie, wstęp i posłowie: Lesław M. Bartelski, Kraków 1968
  • Pisma. Juwenalia – Przekłady – Wiersze – Poematy – Dramat – Krytyka i publicystyka literacka – Varia, przygotowanie, wstęp i posłowie: Lesław M. Bartelski, Kraków 1980

2 sierpnia 2009 prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył Gajcego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia w działalności na rzecz rozwoju polskiej kultury.

 

Tadeusz Gajcy

Do potomnego

Śpiew murów

Nocą, gdy miasto odpłynie w sen trzeci,
a niebo czarną przewiąże się chmurą,
wstań bezszelestnie, jak czynią to dzieci,
i konchę ucha t a k przyłóż do murów.

Zaledwie westchniesz, a już cię doleci
z samego dołu pięter klawiaturą
w szumach i szmerach skłębionej
zamieci minionych istnień bolesny głos chóru.

„Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz
pniemy się nocą na dachy i sen,
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz,
nucąc wrześniami żałobny nasz tren.” –

Biegłam rankiem po chleb do piekarni
(a chleba dotąd czekają tam w domu),
a ja leżę z koszykiem bezradnie,
tuż za rogiem, nie znana nikomu… –

Właśnie ręką chwytałem za granat,
żeby czołgi przywitać nim celnie,
ziemia była spękana, zorana –
nagle świat mi się zaćmił śmiertelnie… –

Myśmy obie wyniosły na noszach,
jeszcze kocem okryły mu nogi,
bo krzyczeli dokoła, że pożar…
Ja na świstku pisałam: „Mój drogi…”

„Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz
pniemy się nocą na dachy i sen,
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz,
nucąc wrześniami żałobny nasz tren.”

Słuchaj tych głosów żałosnych żarliwie,
nim brzask poranny uciszy je w niebie
i nowe miasto w napiętej cięciwie
dni tryumfalnych na nowo pogrzebie.

Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie
ocalon został w tragicznej potrzebie,
byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej
i żył za tamtych i za siebie lepiej.
*
Jak nie kochać strzaskanych tych murów,
tego miasta, co nocą odpływa,
kiedy obie z greckiego marmuru –
i umarła Warszawa, i żywa.

 

1942. Noc wigilijna

Wieczorny szatan monetę zimną
ważył na dłoni…
Parzyła izby zamieć świeczek,
kiedy śmieszne figurki zatargały jak w dzwonnicach sznurkiem,
uniosły stopy na bojaźliwy centymetr –
nie mogły odlecieć.

Wplatał lepkie palce w oczy śnieg,
no i szeptał, uporczywie szeptał;
szatan załkał w szubienicę jak w flet
i rozwiesił płacz w drzewie jak szkiełka.

Więc choinka. – A na sznurku pajacyk,
kolędować Małemu, niech krzepnie,
pójdź – złóż dary – nie wystarcza popatrzeć –
drzewko smutne, a u ciebie świece.

Lulajże w powrozie, lulajże na haku,
niech się wyśni obrus biały i błyszcząca jodła.

Szept przygarnął – z tego szeptu twój opłatek
i ojczyzna ciemniejąca w nagłych gwiazdach z ognia.

 

Przejście

Za grotem mej dłoni – tam przestrzeń wiecznie blada,
w której przejrzysty księżyc jest
jak fragment białej chmury albo anioła sandał
zgubiony na powietrzu. Nieść
cierpliwie trzeba obraz kończący się u wrót
nikłego horyzontu – lecz dłoń przegina ciężar
i ciało błyska trwożnie, kiedy obłoczny strój
opada bez szelestu i dana jest wiedza
tym dłoniom, które niosą,
tym ciałom, które drżą:
nie przejdziesz cienia ręki powietrzem niby mostem
i w obraz się zamienisz twych ojczystych stron.

Więc włosy będą – płomień lub ognisty krzak.
A ręka, która światło zbierała jak owoc,
odrośnie nagłym słupem i głąb fioletową
roztrąci dzwoniąc w okna, za którymi ręce,
człowiecze ręce w płomień zanurzone świecą.
I jak źródełko rtęci w twej piersi będzie serce
pulsować krwawym łukiem spadającym w wieczność.
Więc stopy będą kamień u pielgrzymiej drogi,
która początku nie ma, nieznany jej kres,
lecz oczom jest jak piorun w schyleniu pokornym
zmęczonej ciężkiej głowy. A nad nią księżyc jest
jak fragment białej chmury albo anioła sandał
w przestrzeni zawieszonej do palców, których cień
rysuje krzyż radosny i nad głową splata.

 

Kantyczka wołania pełna

Gwiazdy niejasnej prowadzony wzorem
po napój sięgam i jadło.
Który ognistą koronę
na czoło sczerniałe kładziesz,
nad rąk pochyłością senną
innego nie buduj domu,
jeśli nie zdołasz z kamienia
głosu ludzkiego wydobyć.
Który przeczuty choć ciemny
nad wodą dymiącą stałeś
nie schylaj nieba ku ziemi
jak ptaka schylasz nad gałąź,
nie wódź nas dźwiękiem
i rzeczą i barwie pióro świecące
odejmij – jeśli twa wieczność
łunę zapomni i pocisk.
Po napój sięgam i jadło,
który daleki niebu
znaki tajemne kładę
i kamień dzielę od chleba,
zabierz mi snów kwiecistość
i w węgiel zamień mą pracę,
jeśli jak gwiazda kosmiczny
wiekiem niewdzięcznym pogardzę.

 

Przesłanie

Wywiodę noc wiosenną przed zwalony dom –
a nad nim biała stoi Niedźwiedzicy struna
jak dymu wędka piękna albo kształt pioruna –
i bieg ciepłego nieba otworzę pod rąk
promieniem pełnym łaski. Przez pejzażu próg
odejdę rózgi olszyn zginając jak pasterz
na traw spokojny deseń, jezior sady płaskie,
tam kwiat ukośny błyska jak krzemienny zdrój.
Opowiem wszystkie dzieje raz jeszcze wargą pełną,
przywrócę ogień ścianom, ziemi rozpacz ciał
i łzę jak krwi kruszynę zawieszę pod powieką,
jak On planety bryłę w księżyca zmienił kształt.
Byście na niebo patrząc poznali ognia szyszkę
i ziemię z nim spojoną, i twarz człowieczą w nim,
i rąk muzykę niemą jak strun rozbitych skrzypiec,
gdy ołów w serce mierzył jak topór srebrny w pień.
Byście przymknięciem oczu mówili: właśnie tutaj,
gdzie namiot sosny burej i ornat wąskich rżysk,
łamali siwą młodość łagodni tak i smutni
w płomieniu dom budując jak szafot albo krzyż. –
Nie my, samotni w czasie, ujmiemy w rękę twardą
obłoków kontur cenny i ziemi ufnej kwiat,
jak rzeźba wpół-złamana, ale miażdżąca prawdą
jest trudne słowo nasze i krótki męski płacz.
Wywiodę ton ostatni w tej wiosennej nocy
pod Niedźwiedzicy posępnej sercem,
byście mówili: narodzeni z miłości nie chcemy więcej.

 

Noc

Czy we śnie daremnym, w przypomnieniu
leżę pod światłem, co jak koral
stacza się prędko? Oto pora,
gdy cienie kwiatów w fali wartkiej
pływają ciężkie niby karpie
w księżycu srebrne. Owad równy
jest człowiekowi, ptak zwierzęciu,
gdy niebo budząc nas jak struny
albo ściszając swym dotknięciem
odchodzi ciemne pod powiekę.

Żebym pamiętał: równy jestem
łunie różowej, która przestrzeń
w drzewo kolorów nagłych zmienia.
Żebym rozumiał: nawet salwie,
gdy przez powietrze idzie lekkie
jak dzwon od chłodnych drzwi milczenia.
I żebym mówił: równy jestem
sarn sobie leżąc w śnie jak wyspa,
gdy niebo białe jest jak papier,
a ziemia wciąż nierzeczywista
i zarys kwiatów dnem przechodząc
tężeje w kamień, w kość woskową;
a ja w daremnym przypomnieniu
dzieciństwa kształt przybliżam jasny:
obłoków góra, nad nią księżyc
i wiatr gołębi ponad lasem, woda wesoła,
szelest ryby wśród lilii wodnych. Przecież wiem:
daremny serca strumień jest,
przebytym snom nie będę równy.

Lecz noc mnie czeka wciąż podobna
do tamtych nocy, kiedy koral
światła się zniżał. Cień w obłokach
jest cieniem moim jak olbrzyma,
a przecież ręka jest pokorna
i ciało kruche leży płasko.
Żebym pamiętał: jest ojczyzna
w gałązce dymu, w ogniu blasku,
a ja nakryty śniegiem chmury
ziemi tej skąpej jestem równy.

 

Groteska bardzo smutna

Niby kosmiczny delfin
niebem, które nazywasz różnie,
przebywa ziemską przestrzeń
apokalipsy ciało duże.

Zaiste, straszne jest,
gdy w oko spojrzy nagle
i jak twój głos i cień
wytrwałym pójdzie śladem.

Gdy ręką dotknie zimną
blasku chwiejnego pełną…
na próżno mówisz: siło,
niech ci otworzę niebo,

przepadnij, zostaw nas
u rzek niebieskich ściegu,
nie chcemy twoich gwiazd
i ognistego wieku.

Powracaj. Kiedyś w książce
na liter strojnym łańcuchu
stałaś grożąca jak Mojżesz
z gromem napiętym na łuku…

Czytelnik srebrny pod drzewem
święty – jak mówi pismo –
kruszył w śpiewaniu wersety
i wzywał: apokalipso.

Teraz – ty w górze straszna, my – nisko,
ty nas nie odczytasz, my ciebie
i wspólne nasze nazwisko
ku jakiej drodze nas wiedzie?

Jeśli nad ciałem gromnicznym
wołać nam wolno i ręce
składać na kolbę i krzyżyk,
czas kamienować niewdzięcznie –

nie daj, strzegący kresu,
by potem w kraju pszenicznym
nasze rumiane dzieci
bawiły się w apokalipsę.

 

Na progu

Już jutro może nie ostygłym
od łuny okiem będę musiał
ogarnąć świat i spojrzeć wprost
na nieba lot i tęczy most; –
już jutro może dym jak widły
zapachnie chlebem, ognia rózga
wysokim kwiatem w ogród spadnie,
a ptak, co w smutku miał mieszkanie,
odmiennym szeptem zamknie sen.

I kiedy będę musiał dotknąć
miłosną ręką drzew tych samych,
położę na nich gniewną pięść.
A kiedy nad mą samotnością
przyjdzie mi słowa jak kolana
radośnie zginać, sercu ufać
i słuchać echa, w którym głos
jak broń oddzwania albo kość,
warga otworzy się jak lufa.

Jak jabłoń obłok w oknie stanie
i szepnie – śpiewaj, szepnie – wróć.
Niech głos wysmukły drży jak łódź,
bo to odmienne jest kochanie.
Już jutro może kwiaty grube
pochłoną cię i czas zapomni,
gdy nad twą wiosną tęczy supeł
nad spiż wspanialszy i nad pomnik.

I w dłoni ciepłej twarz ukryta
zacięży nagle, kropla ust,
jakbym na wardze łunę niósł,
zabarwi sen wśród ptasich gitar,
stwardnieje kora pod dotknięciem
czerwonych palców. Lekka kość
jak dziewann żółtych wonny włos
uśmiechem pozna mnie męczeńskim.

I szepnie – śpiewaj, szepnie – idź.
Nie tobie lekkim słowem kochać,
lecz stać nad czasem tym jak krzyż
i znaku czekać znów w obłokach.
Bo jestem tutaj płodnym pyłem,
by miłość rosła, kiedy runą,
i trwoga wielka, gdy zabijać
będą wpatrzeni w zbrojne jutro.

 

Wstecz

Nad tych kwiatów wysokich sierścią
grom cieniutki, a jednak stuka
i w widnokrąg jak w strzechę lub w pierścień
wpływa zwięzły jak chłodna jaskółka.
Rąk złożonych wygasło już gniazdo,
odkąd sercem zmarszczonym czekam
pod tym gromem jak wieża lub klasztor,
na tych kwiatach jak ciemna kolebka.

Tak być musi, tak będzie do kresu.
Znów potoczę przed sobą dźwięk,
ale łuny cielistej brzeszczot,
mowę broni przypomni mi sen…
I nad walki skupionej tęczą,
w drzew kolumnach i wodzie czarnej
echo małą żelazną piosenką
w młodość wróci po zrudziały laur.

Jaki ton unieść mocno, by ślad
wołań tamtych pozostał pusty.
Pod obłoków jaskrawych wypluskiem
grom pogodny opada jak kwiat,
i nad słowem mierzonym męsko,
w którym dym szeleszczący ostygł –
tak być musi – oznajmia – do kresu
twego żalu i śmiesznej miłości.

Nigdy dalej niż jawa i sen.
Nigdy więcej. Nad kwiatów orszakiem
rozchylonych płomieniem trojakim
stoję czujny. Ptaka płynny weń
wprost weselny – wita słowo pierwsze,
gdy wpatrzony w malejący pocisk
snu zbrojnego – unoszę
Jak serce chmurny pejzaż upartej młodości.

 

O nas

Niebo zmalałe w łunie
na ciebie i na mnie czeka
jak kubełek srebrny u studni
albo o zmierzchu twa ręka.

Gdy ognia porusza kaskiem
błyszczącym i białym jak puzon,
serce jak światło na maszcie
w piersi kołysze się pustej.

Modlimy się dłonie łącząc
o pamięć otwartą jak pejzaż,
niech dźwiga nas dalej młodość,
choć z ognia, głodu, powietrza.

Kiedy ognista kropla
spłynie zachodem jak liściem,
niebo jak ścieżka ogrodu
wróci nas sercu i przyjmie.

Wtedy się łuna tętniąca
pod brwią nieruchomą przyśni
i sen jak głęboki krajobraz
piorun otworzy tygrysi.

na podstawie źródeł: http://wpolityce.pl/, http://www.culture.pl/, http://requiem1944.bloog.pl/

DALEJ

strona [2] Wojciech Wencel, Linia wierności
strona [3] Tomasz Zbigniew Zapert, Poeta z etykietą faszysty

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Wiersze i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.