Państwowiec. Wspomnienie o śp. Władysławie Stasiaku

Wiele osób pytanych o Władysława Stasiaka odpowiadało: państwowiec. Słowo, które za komuny zupełnie straciło na znaczeniu, bo wszyscy towarzysze byli państwowcami. Po 1989 roku słowo to znów zaczęło coś znaczyć. Dzięki takim właśnie ludziom, jak przyszły Szef Kancelarii Prezydenta. – pisze Paweł Przychodzeń

 

Paweł Przychodzeń

Powązki 1 sierpnia. Wraz z najbliższymi oddaję hołd Bohaterom Powstania Warszawskiego. Później, co jest tradycją ostatnich dwóch lat, odwiedzamy kwatery smoleńskie, wśród nich miejsce pochówku Władysława Stasiaka. Tego dnia, pamięć o Nim nabiera szczególnego znaczenia. Bo jak o mało kim, właśnie o Władysławie Stasiaku można powiedzieć, że postępował zgodnie z ideami tamtego, najpiękniejszego pokolenia Polaków.

Nie mam ambicji pisać przyczynku do biografii Władysława Stasiaka. Nie byłem Jego bliskim współpracownikiem, nie spotykaliśmy się na co dzień. Po tysiąckroć lepiej predysponowana do tej roli jest Żona, Barbara, a także Jego najbliżsi współpracownicy: Darek, Paweł, Bartek, Pan Jarek.

Już dziś robią naprawdę wiele, by pamięć o Nim nie zgasła i jestem przekonany, że dzięki ich zapałowi powstanie kiedyś biografia godna tej wybitnej postaci (od kilku miesięcy działa strona internetowa http://wladyslawstasiak.pl/ ).

Tym niemniej czuję się w obowiązku wspomnieć człowieka, który wywarł na mnie ogromny wpływ i, któremu wiele zawdzięczam. By skreślić, może niezdarnie i nazbyt grubo rysującym piórem, kilka zdań, Jego portret. Wspomnienie. Choć tyle z mojej strony.

Znałem…

Władysława Stasiaka spotkałem pierwszy raz 10 lat temu, w czasie samorządowej kampanii wyborczej, po której Prezydentem Warszawy został Lech Kaczyński. Z tym wiązała się pewna ciekawostka, a mianowicie nasz bohater był jedynym kandydatem na Wiceprezydenta Warszawy, który został oficjalnie wskazany przez Lecha Kaczyńskiego jeszcze w trakcie kampanii wyborczej. Miał się zajmować szeroko rozumianymi sprawami bezpieczeństwa. Pamiętam, jak przed konferencją prasową, na której miał być przedstawiony, koledzy ze sztabu wyborczego nerwowo dopytywali, kto to jest? Gdzieś ktoś słyszał, że pracuje w NIK-u, ale generalnie niewiele było wiadomo. Także Lech Kaczyńskie był akurat w tej sprawie dość tajemniczy, było więc nieco nerwowo. Wtedy z dumą mogłem oznajmić – ja wiem. Bo choć kandydata na Wiceprezydenta nie znałem osobiście, to już dużo o Nim wiedziałem. Cieszył się bowiem ogromnym szacunkiem w moim macierzystym środowisku Ligi Republikańskiej. A entuzjastyczne opinie takich ludzi jak Mariusz Kamiński były dla mnie wystarczającą rekomendacją. Dlatego kiedy w trakcie kampanii pojawiła się Jego kandydatura, miałem przekonanie, że mogę powiedzieć, choć nieco na kredyt, że wiem kto to jest. I istotnie, wkrótce się poznaliśmy. Zaraz potem zlecił mi wykonanie jakiś ekspertyz, a po kilkunastu dniach zaprosił mnie, już jako Wiceprezydent, i złożył propozycję współpracy. Tak się ówcześnie złożyło, że nie mogłem jej przyjąć, choć miałem przekonanie, że straciłem coś bardzo cennego. Zresztą do dziś mam.

Potem spotykaliśmy się wielokrotnie, a w 2009 r. kiedy to musiałem odejść z Kancelarii Premiera jeszcze tego samego dnia otrzymałem informację (Darku, dzięki), że Pan Minister – ówczesny Zastępca Szefa Kancelarii Prezydenta RP – zaprasza mnie ponownie (po siedmiu latach) do współpracy, tym razem w Kancelarii Prezydenta. Ostatecznie trafiłem tam kilka miesięcy później, ale przychodziłem już do Kancelarii, której Władysław Stasiak był Szefem. To zresztą był czas, kiedy instytucja ta funkcjonowała najefektywniej, co zaczęło odzwierciedlać się w notowaniach Pana Prezydenta. I bez cienia przesady mogę stwierdzić, że ogromna była w tym zasługa Władysława Stasiaka (choć nie możemy zapominać też o innych, świeżo wtedy nominowanych osobach z kierownictwa Kancelarii: Pawle Wypychu i Jacku Sasinie).

 

Odszedł za wcześnie

Zginął tragicznie 10 kwietnia towarzysząc Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu w pielgrzymce do Katynia. Miejsca szczególnego, gdzie ludobójczy system komunistyczny próbował strzałem w tył głowy zniszczyć i pogrzebać Polskę, gorliwie wspierając w eksterminacji naszego narodu drugiego barbarzyńcę. To oczywiste, że w tej, jak się okazało ostatniej drodze, Pan Prezydent miał obok siebie jednego z najlojalniejszych, a na pewno najwybitniejszych współpracowników. I jest coś tragicznie symbolicznego w tym, że Władysław Stasiak zginął jadąc oddać hołd pomordowanym przedstawicielom elity polskiej, którzy oddali swoje życie przedwcześnie, często u progu dobrze rozwijających się karier. Tak właśnie jak On, który też odszedł za wcześnie zostawiając nas w przekonaniu, że Jego przyszłością było realnie decydować o losach całego kraju. Pochowany zaś na wojskowych Powązkach, gdzie spoczęli Powstańcy 1944 r., kwiat warszawskiej młodzieży, druga tak tragiczna rata strasznego szatańskiego szlema, rozgrywanego przez najeźdźców. Tak oto Jego śmierć objęła symboliczną klamrą najbardziej tragiczne losy ówczesnego pokolenia.

Państwowiec

Wiele osób pytanych o Władysława Stasiaka odpowiadało: państwowiec. Słowo, które za komuny zupełnie straciło na znaczeniu – jak zresztą wiele innych – bo wiadomo, wszyscy towarzysze byli państwowcami, i tak ciężko pracowali dla państwa, że zostawili je w zupełnej nędzy. Po 1989 roku słowo to znów zaczęło coś znaczyć. Dzięki takim właśnie ludziom, jak przyszły Szef Kancelarii Prezydenta.

Władysław Stasiak obok Pary Prezydenckiej

Kuźnią państwowców stała się, przynajmniej w pierwszych latach funkcjonowania, Krajowa Szkoła Administracji Publicznej. I zapewne dlatego była przedmiotem ciągłych ataków ze strony postkomunistów, którzy zdawali sobie sprawę, że nowa wykształcona i fachowa kadra urzędnicza może być skuteczną przeciwwagą dla ich zachłanności, destruującej i tak słabe państwo. Absolwentem pierwszej promocji KSAP był Władysław Stasiak. Po szkole zaś trafił do Najwyższej Izby Kontroli, gdzie jej ówczesny Prezes Lech Kaczyński budował zespół, młodych i fachowych urzędników słusznie upatrując w nich przyszłą elitę administracji państwowej. To tam właśnie ciężką pracą nasz absolwent KSAP mógł udowodnić na czym polega służba dla państwa, co znaczy być państwowcem. Tam w praktyce zaczął udowadniać, że praca w administracji może być zaszczytną służbą, i to jest właśnie droga do budowania sprawnego, a przez to nowoczesnego państwa. Dla bardzo wielu osób wtedy – a i niestety dziś – były to niebezpieczne herezje.

Obowiązki polskie

Znany był z ogromnej wręcz admiracji dla Józefa Piłsudskiego. Ale do opisu Jego postawy idealnie wręcz nadają się słowa innego wybitnego Polaka, Romana Dmowskiego, skądinąd wielkiego adwersarza Marszalka: „jestem Polakiem, więc obowiązki mam polskie”. I taki był Władysław Stasiak: kustosz pamięci Marszałka, świetny znawca jego koncepcji rozwoju Polski, a z drugiej strony, w pierwszym szeregu ciężkiej organicznej pracy, niczym adresat dzieł Dmowskiego czy kontynuator pracy Balickiego. Ale nie było w tym żadnej sprzeczności, wręcz przeciwnie, jako znawca II RP doskonale rozumiał, że jedną z przyczyn klęski wrześniowej była niechęć ówczesnych elit do skutecznego wypracowania modelu rozwoju państwa, będącego syntezą tego co najlepsze w programach najważniejszych sił politycznych. Dlatego o sprawach Polski był gotowy rozmawiać z każdym; prawie z każdym. To było zaś powodem powszechnej sympatii, a nawet szacunku, jakim się cieszył także u przeciwników politycznych.

II RP generalnie była dla Władysława Stasiaka nieustającym źródłem inspiracji. Słusznie podnosił wielkie sukcesy, jakie stały się udziałem ówczesnej Polski, w tym bodaj sukces największy – wychowanie najwspanialszego pokolenia Polaków. Pokolenia, które chciało pracować dla Polski, ale które w chwili próby stanęło do walki o wolność. Dlatego uważał, że ciąży na nim ogromny obowiązek walki o pamięć i uczciwą ocenę ówczesnej Polski i tamtego pokolenia. Stąd w każdej instytucji pod Jego kierownictwem kładziono ogromny nacisk na politykę pamięci albo jak kto woli, politykę historyczną. Znał przecież słowa Tukidydesa z Aten „narody tracąc pamięć, tracą życie”.Więc walczył o pamięć i z całą stanowczością przeciwstawiał się zjawisku nazywanemu „pedagogiką wstydu”. To dlatego też był autentycznie kochany przez kombatantów, także za to, że dla Nich był w stanie znaleźć zawsze czas, nie chował się za splendor swoich urzędów. Kombatanci zaś wielokrotnie wyrażali opinię, iż to właśnie Władysław Stasiak jest – obok Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – kontynuatorem tamtego pokolenia. I to On był wskazywany, jako symboliczny wykonawca testamentu pokolenia AK. Jestem przekonany, że swoją opinię formułowali nie tylko z wdzięczności za dbałość o pamięć i szacunek dla Nich, ale także doceniając Jego ogromny dorobek pracy dla Ojczyzny. Bo to On powtarzał po wielokroć: dla Polski warto pracować.

Lider

Swoją ciężką pracą w NIK, ale i zupełnie nową filozofią podejścia do pracy w administracji i wykonywania obowiązków zwrócił na siebie uwagę przełożonych i wielu kolegów. Dostrzeżono w Nim potencjał do budowania zespołu. A ludzie lgnęli do Władysława Stasiaka widząc nie tylko kompetentnego urzędnika – co oczywiście jest zawsze ważne – ale uczciwego i, tak zwyczajnie, prawdziwego człowieka. Bo On zdawał się być niemal ucieleśnieniem znanej z Ewangelii Św. Mateusza zasady: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie”. Te cechy i umiejętności tak bardzo zaowocowały w kolejnych miejscach pracy: magistracie warszawskim, w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, Biurze Bezpieczeństwa Narodowego i wreszcie w Kancelarii Prezydenta RP. A wokół Niego zaczęli gromadzić się inni, dla których stał się z jednej strony autorytetem, liderem, a z drugiej kimś bardzo bliskim, niemal przyjacielem – „Władkiem”, jak Go nazywali, choć przecież z większością do końca był na „pan”. Do tego był obdarzony ogromnym poczuciem humoru, erudycją i wielką kulturą osobistą, którymi w połączeniu z naturalną skromnością ujmował wielu, a zwrot „dobrodziejko łaskawa” będzie w mojej pamięci już na zawsze zarezerwowany dla Pana Ministra (polecam krótki filmik zmontowany przez TVN24 zamieszczony na wyżej wspomnianej stronie internetowej http://wladyslawstasiak.pl/node/108).

Nie wiem, czy Władysław Stasiak miał ambicję budować środowisko skupione wokół Niego, znając Jego skromność mam pewne wątpliwości, ale wiem, że takie środowisko powstało w sposób naturalny bo… musiało powstać. Ktoś obdarzony taką energią i niezwykłą siłą osobowości, ale fundowaną na wyłącznie pozytywnych emocjach, musiał gromadzić wokół siebie innych. Bo On do końca, będąc już przecież Ministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji czy Szefem Kancelarii Prezydenta RP, był prawdziwy, a nawet śmiem twierdzić, prostolinijny. Nie odnajdował się w personalnych gierkach. Doskonale wyczuwał fałsz czy próby pozerstwa, a wtedy potrafił być asertywny. Myślę, że wiem coś o tym, bo i mnie zdarzyło się być sprowadzonym do pionu przez Ministra, a proszę wierzyć potrafił to zrobić skutecznie, choć bez brutalności czy arogancji, typowej dla wielu innych prominentów.

Tu jeszcze odnotuję jeden fakt. Jak już wspomniałem, Władysław Stasiak z ogromnym szacunkiem traktował postać Józefa Piłsudskiego. Z tego tytułu Jego kolejne jego gabinety zdobiły popiersia i cytaty Marszałka. Tyle tylko, że w Jego gabinecie to nie były gadżety, ornamentyka, którą wypadało przystroić miejsce pracy i chwalić się komu popadło. Każdy z gości wiedział, że tam myśli Marszałka to część życia gospodarza, tak naturalne jak zdjęcia najbliższych, które przecież tak wielu z nas stawia w miejscu pracy (rzecz jasna nasz bohater pamiętał i o swoich najbliższych). Bo w Ministrze Stasiaku nie było nic z typowej dla wielu polityków pozy zdobienia się w piękne piórka i nie było też tak powszechnego w polityce „ja”, jak już to „my”, a przede wszystkim – Polska.

10 kwietnia 2010 r. Polska straciła wielu wybitnych obywateli. Wszyscy mieli tak dużo jeszcze do zrobienia. Poczucie straty jest więc ogromne i mam czasem wrażenie, że z każdym dniem jest większe. Dlatego warto wsłuchiwać się w to co mieli do przekazania i spojrzeć co po sobie zostawili. I warto o Nich pamiętać.

Część ofiar Katastrofy Smoleńskiej pochowana jest na warszawskich wojskowych Powązkach. Od dwóch lat każdy mój i mojej żony pobyt na tej nekropolii kończy się właśnie przy kwaterach smoleńskich. Staramy się pamiętać o wszystkich, tylu tam wspaniałych Polaków, ale zawsze pierwszą lampkę zapalamy Władysławowi Stasiakowi.

Panie Ministrze, dziękujemy za wszystko…

http://wpolityce.pl/artykuly/33774

Zdjęcia dodane przez redakcję HKP

***

Byłam pewna, że Władek przeżył i ratuje innych

Z Barbarą Stasiak, żoną ministra Władysława Stasiaka, szefa Kancelarii Prezydenta RP, który zmarł tragicznie w katastrofie rządowego samolotu Tu-154M niedaleko Katynia, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler [naszdziennik.pl]

Nie miałam żadnych złych przeczuć. 9 kwietnia obchodziłam swoje urodziny. Spędziliśmy je z mężem miło i wesoło. Mój mąż miał być w sobotę wcześniej niż zwykle w domu, powiedział mi, że będzie już po 17.00.

Tuż po katastrofie smoleńskiej winą za złą organizację wizyty obarczano m.in. Kancelarię Prezydenta RP. Mąż dzielił się z Panią wiedzą na temat przygotowań do tego lotu?

– Organizatorem takich lotów jest kancelaria premiera, natomiast inne Kancelarie: Prezydenta, Sejmu i Senatu, są zleceniodawcami. Reguluje to specjalne porozumienie zawarte między tymi instytucjami. Dużo już o tym, co było przed 10 kwietnia, opowiedzieli urzędnicy Kancelarii Prezydenta RP m.in. w filmie „Mgła”. Myślę, że oni wiedzą więcej na ten temat.

Lot na uroczystości z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej był ważny dla Pani męża?

– Tak, mąż pierwszy raz miał być w Katyniu. Zamysł był taki, żeby oddać hołd tym wszystkim, którzy tam polegli. Mojemu mężowi zależało na tym, by podkreślić, że państwo polskie jest jedno i że wszyscy się jednoczą w tym samym celu. Wierzę, że na pokładzie tego samolotu byli wszyscy, którzy chcieli tam być właśnie ze względu na szlachetny cel. Gdyby nie to, że nie było miejsca, poleciałabym z mężem. Był taki moment, że wszyscy chcieli lecieć, zresztą to są znane historie, jak kilka osób oddało swoje miejsca komuś innemu. Widząc, co się dzieje, przestałam się domagać, żeby lecieć. Nie byłabym przecież w składzie delegacji, tylko jako osoba towarzysząca.

Katyń to miejsce kaźni polskich oficerów, ale również symbol Polski, która wierna była dewizie: Bóg, Honor, Ojczyzna. Te wartości od początku były Państwu bliskie.

– Oczywiście. Obydwoje pochodzimy z rodzin patriotycznych. Dziadek męża, Augustyn Stasiak, był legionistą Józefa Piłsudskiego, wieloletnim komendantem „Strzelca”. W marcu 2010 r. Władek powiedział o tym młodemu historykowi związanemu ze „Strzelcem” i Związkiem Piłsudczyków. Obecnie robi on kwerendę akt Augustyna Stasiaka, śledzi jego służbę wojskową. Pod koniec lat 20. XX wieku Augustyn Stasiak był dowódcą Westerplatte. Potwierdził również fakt jego ucieczki przez Karpaty z obozu internowania, który zachował się w opowieściach rodzinnych. W czasie II wojny światowej cała rodzina była w Armii Krajowej, w rodzinnym majątku Józefów – Patków na Podlasiu powstały pomysły wielu akcji. Dziadek Augustyn brał również udział w obronie Warszawy w 1939 roku. Myślę, że Władek, gdyby się wcześniej urodził, też byłby w AK.

Również słynny pisarz Józef Konrad Korzeniowski, na którym wychowało się pokolenie AK-owców, związany był z Państwa rodziną...

– Tak. Dowiedziałam się tego przez przypadek w sposób charakterystyczny dla męża. Władek nigdy mi o tym nie wspominał, dopiero gdy oglądaliśmy razem film o życiu Józefa Korzeniowskiego, powiedział mi o tym. Był taki moment w tym filmie, kiedy Narcyz Korzeniowski został zesłany na Syberię, a wraz z nim pojechała jego żona Eliza z Bobrowskich wraz z małym Józefem Korzeniowskim. Z powodu kłopotów ze zdrowiem wkrótce stamtąd wróciła i zatrzymała się w majątku swojego brata Tadeusza Bobrowskiego. Miał on dwie córeczki, które w tym filmie grały urocze dziewczynki. W pewnym momencie Władek rzekł do mnie, wskazując na jedną z nich: „Popatrz, to moja prababcia”. Nie mogłam uwierzyć, że powiedział to dopiero wtedy! Warto też wiedzieć, że Stefan Bobrowski, brat Elizy z Bobrowskich Korzeniowskiej, był pierwszym przywódcą Powstania Styczniowego. Władek, gdy był w podróży w Kijowie, udał się specjalnie do Ławry Peczerskiej, bo historia mówi, że Stefan Bobrowski drukował tam konspiracyjne ulotki.

Pani mąż, który piastował ważne urzędy państwowe, wykonywał swoją pracę z wielkim zaangażowaniem.

– Uważam, że „cywilizował” Warszawę, w ogóle całe życie publiczne. Razem z nim pojawiały się w danym miejscu najważniejsze wartości, przede wszystkim troska o dobro wspólne, rzetelność, wiedza, uczciwość, profesjonalizm, ale też pewien polot, wdzięk i poczucie humoru. Miał szlachetny sposób bycia, który sprawiał, że ludzie robili się lepsi, on dodawał wszystkim ducha. Zwracali na ten fakt ludzie już za jego życia, podkreślają to również teraz nawet ci, którzy nie podzielali jego poglądów. Mówili, że jego czar emanował.

Podczas prezentacji strony internetowej w Warszawie poświęconej Władysławowi Stasiakowi podkreśliła Pani, że nawet Donald Tusk doceniał Pani męża.

– Donald Tusk powiedział, że nie znał nikogo, kto by nie lubił i nie szanował Władysława Stasiaka. Przytoczyłam słowa premiera o mężu jako przykład tego, że szanowali go też ludzie, którzy mieli inne zdanie i poglądy na wiele tematów. Cenili go za rzetelny i uczciwy sposób debatowania o sprawach publicznych, używanie argumentów merytorycznych i szacunek dla każdego człowieka.

Wiele rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej skarży się na złą atmosferę, jaka panuje między rodzinami, na to, że są one sztucznie dzielone.

– Nie odczuwam tej atmosfery. Wśród rodzin czuję życzliwość i wsparcie. Ze wszystkimi właściwie osobami, z którymi się spotykam, mam dobre relacje, pomagamy sobie, starając się wzajemnie ująć sobie bólu. Nie spotkałam się z jakimś złym czy nieodpowiednim zachowaniem.

Nie martwi Panią fakt, że rząd polski oddał śledztwo Rosjanom i nie mamy na nie większego wpływu?

– Nie wyobrażam sobie, żeby nie dołożono wszelkich starań, by wyjaśnić prawdę o katastrofie, po prostu sobie tego nie wyobrażam. Oczywiście mam swoje zdanie na ten temat, ale nie chcę wdawać się teraz w żadne dyskusje, wolę poczekać na efekt finalny. Wtedy może będę bardziej skłonna do oceny tego śledztwa.

Nie uczestniczyła Pani w pielgrzymce do Smoleńska, którą zorganizowała w ubiegłym roku żona prezydenta Komorowskiego. Nie mogła Pani czy nie chciała?

– Nie chciałam jechać tam w zgiełku medialnym, który temu towarzyszył. Przeszkadzała mi cała ta oprawa, to, że wszyscy byli tam właściwie celem, na którym chcieli się skupić dziennikarze. Myślę, że kiedyś pojadę do Smoleńska, bo to jest ostatnie miejsce na ziemi, w którym nasi bliscy byli żywi. Chciałabym tam jednak udać się prywatnie, w ciszy i spokoju, żebym mogła bez fleszy pomodlić się tam i zadumać. Myślę, że dużo rodzin ma taką samą potrzebę, dlatego wszystkim do gustu przypadł od razu pomysł państwa Januszko, żeby 10 kwietnia odbyła się wspólna modlitwa rodzin na lotnisku, żebyśmy byli tam sami, bez mediów i publiczności. Nie spotkałam osoby, która by była temu przeciwna. Będę uczestniczyć w tej modlitwie na lotnisku.

Generał Janusz Brochwicz-Lewiński powiedział, że stale czuje obecność Władysława Stasiaka, że on wciąż jest obecny wśród nas, chociaż nie fizycznie. Ma Pani podobne wrażenie?

– Wiem, że jest blisko mnie. Wiele osób czuje może podobnie, bo był dla nich kimś ważnym. Cechą charakterystyczną mojego męża było bowiem to, że potrafił porywać ludzi, zbierać ich wokół siebie i jednoczyć wokół jakiejś idei, miał mocne zdolności przywódcze. Cenił filmy z Johnem Waynem, bo uważał, że w przystępny sposób pokazują to, co się powinno dziać w społeczeństwie. Że jest jakiś szlachetny szeryf, jak np. w Rio Bravo, który potrafi zebrać wokół siebie drużynę – wydawałoby się nieudaczników i jakichś życiowych straceńców – i robić z nich ludzi dzielnych, zmieniając przy tym całe miasto na lepsze. Mąż mówił, że czuł często na sobie surowe, silne i wspierające spojrzenie swojego dziadka Augustyna. Cała rodzina wiedziała, że Władek był taką nadzieją swojego dziadka. Dziadek uważał, że Władek osiągnie wielkie rzeczy i że dla Polski zrobi bardzo dużo. Ocenił już to, gdy on był chłopcem. Dziadek zobaczył w nim cechy charakteru, które uznał za predestynujące go do rzeczy wielkich, rozpoznał go jako tego, który jest silny, prawy.

Pani mąż był bardzo szanowany przez współpracowników.

– Wierzył w ludzi, dla niego każdy człowiek stanowił wartość. W każdym widział coś dobrego, ciekawego, każdy człowiek był dla niego zagadką, wyzwaniem. Miał niesamowitą umiejętność pozyskiwania ludzi. Wszyscy podkreślali, że w jego obecności wszystko było inne, lepsze, że z nim uda się rozwiązać najtrudniejsze sprawy. Jego współpracownicy wspominali, że mówił: „Panowie, damy radę” – i dawali radę. Cokolwiek by się działo, jakkolwiek rzeczy by były trudne, on je brał na siebie. Miał cechę niezwykłą w dzisiejszych czasach, że nie przejmował się tym, co powiedzą inni. Jak uważał, że trzeba coś zrobić, to po prostu to robił, nawet jeśli to było trudne, ciężkie, jeśli wymagało dużo pracy. Kiedyś mi powiedział: „Wiesz, zauważyłem ciekawą rzecz, że niektórzy ludzie, jak jest jakaś przeszkoda, to się zniechęcają. Wyobrażasz sobie?”. On się nigdy nie zniechęcał. Miał silny charakter. Po jego śmierci zrozumiałam, że nic nie będzie już takie, jak było.

Co dodaje Pani sił w zmaganiach z nową rzeczywistością?

– Wiara jest powietrzem, którym oddycham, a nie rośliną, którą podlewam. Nie twierdzę oczywiście, że nie mam jakichś buntów, myślę, że każdy je ma. Wiara nie jest jednak tylko po to, żeby pomagać, dla mnie to zupełnie inna płaszczyzna. Wierzę, że Bóg miał jakiś plan, choć zupełnie nie potrafię sobie tego planu wytłumaczyć, nie przychodzi mi do głowy żaden sens. Niektórzy tłumaczyli, że może ta katastrofa zdarzyła się po to, żeby ludzie się wreszcie zjednoczyli, inni mówili, że teraz wszyscy ludzie będą wiedzieli o Katyniu. Wydaje mi się, że każdy taki wymyślony sens jest zbyt mały, zbyt banalny. Ktoś powiedział mi rzecz wzruszającą, że może było tak jak w Niniwie, że Bóg na tym pokładzie samolotu znalazł 96 sprawiedliwych, którzy zgodzili się oddać życie, by przedłużyć istnienie świata, odsuwając jego koniec.

Nie jest łatwo. Ale chyba nie taki był plan, żeby było łatwo, od początku miało być trudno. Zresztą, raczej nie boję się tego, że będzie trudno. Na dłuższą metę każdy powinien być przygotowany na wszystko, chociaż nigdy tak naprawdę nie jesteśmy na to przygotowani. Okazuje się, że w końcu zawsze jesteśmy zaskoczeni.

Jak wyglądało Państwa pożegnanie 10 kwietnia?

– Nie miałam żadnych złych przeczuć. 9 kwietnia obchodziłam swoje urodziny. Spędziliśmy je z mężem miło i wesoło. Na dodatek mój mąż miał być w sobotę wcześniej niż zwykle w domu, powiedział mi, że będzie już po 17.00. W jego rozkładzie dnia to było wcześnie, bo zwykle bywał później. Mieliśmy więc poczucie, że to jest luźny dzień, który go czeka. Często miał zajęte soboty i niedziele jakimiś uroczystościami, które gdzieś się odbywały, lub sprawami medialnymi, właściwie ciągle był w pracy. Wiedziałam więc, że sobota, 10 kwietnia, będzie dla nas wolniejsza pod tym względem, że wyskoczył do pracy tylko na chwilę i zaraz wróci. Planowaliśmy pójść po jego powrocie na jakiś obiad, nie żegnaliśmy się więc w żaden wyjątkowy sposób, tylko tak jak zawsze. Nie lubiłam, gdy latał, martwiłam się, lecz 10 kwietnia wydawało mi się, że cel tego lotu jest tak szlachetny, że nic złego stać się nie może.

Ktoś z rządu powiadomił Panią o katastrofie?

– Nie, dowiedziałam się o niej z mediów. Z tego, co wiem, nie było żadnych telefonów, wszyscy dowiedzieli się o katastrofie z mediów. Szybko otrzymałam jednak pomoc z Kancelarii Prezydenta RP. Miałam zresztą od razu wokół siebie rodzinę, znajomych, wszyscy koczowali u mnie w mieszkaniu, prawie cały czas ktoś do mnie przychodził.

Bez wahania poleciała Pani do Moskwy?

– Bardzo chciałam tam lecieć, nie wyobrażałam sobie, że mogę tego nie zrobić. Na początku nie miałam jednak poczucia, że Władek nie żyje. Mój mąż był bardzo silnym, mocnym i dzielnym człowiekiem, który dużo od siebie wymagał, nie wierzyłam w to, że mogło mu się coś stać. Raczej wyobrażałam sobie, że on w tym Smoleńsku ratuje innych, były bowiem wieści, że trzy osoby przeżyły. Każdy oczywiście uważał, że przeżył ktoś z jego rodziny. Byłam pewna, że wśród tych trzech osób jest Władek. Myślałam więc, że z tej Moskwy może pojadę do Smoleńska i tam będę mu pomagać, bo jest ranny, nie brałam pod uwagę innej możliwości.

Gdy dotarło do Pani, że mąż nie żyje, miała Pani siłę na jego rozpoznanie?

– Tak. Myślę, że nikomu nie należy zabraniać czegoś takiego, a nas zniechęcano do tego. Wszyscy mówili zarówno przed wylotem, jak również na miejscu: „My to za państwa zrobimy, wy nie idźcie, jak nie musicie, jesteście w szoku, będziecie w jeszcze większej traumie”. Myślę, że chcieli dla nas jak najlepiej. Ale też widzę, że teraz w lepszej sytuacji są ci, którzy tam poszli, zobaczyli i pożegnali swoich bliskich, niż ci, którzy tego nie zrobili. Z Moskwy przywiozłam portfel Władka i kilka drobiazgów, które miał przy sobie.

Miała Pani zastrzeżenia do samej procedury identyfikacji?

– Byłam w Moskwie z dwoma współpracownikami męża, którzy bardzo chcieli jechać. Czułam tam życzliwość, wsparcie, pomoc. Miałam wrażenie, że wszyscy, łącznie ze śledczym rosyjskim, który przesłuchiwał nas bardzo długo, chcą dobrze. Dziś z pewnością można sobie wyobrażać, że można było zrobić to lepiej, ale wtedy miałam wrażenie, że ludzie robili, co mogli, co im serce i rozum dyktowały. Trudno teraz z pewnej perspektywy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tego czy tamtego nie zrobiono, bo dziś przecież wiemy, że wielu rzeczy nie zrobiono. Dlatego nie chcę wchodzić w te kwestie, bo nie mam na ten temat wszystkich danych. A jeśli nie wiem wszystkiego, to nie chcę tego oceniać. Natomiast można z pewnością stawiać pytania. My stawiamy je bezustannie prokuraturze, rządowi i premierowi.

Uczestniczyła Pani w spotkaniach rodzin z premierem Tuskiem. Na jakie pytania nie uzyskała Pani odpowiedzi?

– Pewnie chciałabym dowiedzieć się tego, co wszyscy – jak było naprawdę, dlaczego tak się stało. Dla wielu osób, z którymi rozmawiam, najbardziej przygnębiającą wersją jest wersja splotu wielu nieszczęśliwych okoliczności i ogólnie panującej „bylejakości”. Przeświadczenie, że być może było tak, że ktoś czegoś nie zrobił, a mógł. I wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej… Ktoś nawet powiedział: „Wolałabym chyba, żeby to był zamach, a nie taka bylejakość”.

Prokuratura nie wykluczyła ostatecznie kwestii zamachu.

– To prawda. Jest to jeden z rozpatrywanych wątków. Obowiązkiem państwa jest dołożenie wszystkich wysiłków, żeby wyjaśnić prawdę o tej strasznej katastrofie. Tu chodzi również o obronę honoru i prestiżu państwa polskiego.

Uważa Pani, że rząd bronił tego honoru, gdy w świat poszła podana przez MAK informacja o rzekomo pijanym generale, który rozbił samolot z prezydentem, zmuszając pilotów do lądowania we mgle?

– W przypadku generała Andrzeja Błasika i załogi tupolewa uważam, że zabrakło tu pewnej powściągliwości i zbyt łatwo zaczęto ferować wyroki. A przecież nie wolno tego robić, zanim nie ustali się wszystkich faktów. Spotykam się z rodzinami, wiem, jak to przeżywają i jak ciężko im obronić się przed niesprawiedliwymi atakami, gdy pojawiają się zarzuty, gdy nie ma ku temu powodów. Wydaje mi się, że nie jestem w tej ocenie odosobniona. Przecież kilka miesięcy temu rodziny podpisały list z prośbą do wszystkich, a w szczególności do mediów i polityków, by nie ferować wyroków i zanim wszystko nie będzie wiadome – nie oskarżać załogi. Sama podpisałam ten list. Czekam na raport Jerzego Millera, który też ma podać przyczyny katastrofy. Jeszcze raz pragnę mocno podkreślić: nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek polski funkcjonariusz państwowy nie zrobił wszystkiego, żeby tę katastrofę wyjaśnić. Jeden z prokuratorów, który prowadzi śledztwo, powiedział mi, że jest to dla nich śledztwo życia, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby poznać prawdę. Ja w to wierzę.

Powiedziała Pani, że najważniejsze dziś w Polsce jest to, żeby się zjednoczyć. Rządzący jednak w tym nie pomagają, o czym świadczy usunięcie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.

– Solidarność w Narodzie po 10 kwietnia była bardzo widoczna, dziś mi jej brakuje. Jestem przekonana, że gdyby mój mąż żył, znalazłby sposób na to, żeby negocjować i pogodzić zwaśnione strony. Często rozmawialiśmy z mężem o tym, że rządzący w Polsce nie wypracowują długofalowej strategii, że wszystko jest reakcją, a nie kreacją, od wyborów do wyborów. W tym kontekście myślę, że cały czas brakuje nam pewnego wytyczenia celów, co będzie za dwadzieścia lat, gdzie chcemy być wtedy jako państwo. Mąż o tym myślał.

Pani mąż wierzył w to, że uda się te dalekosiężne cele wytyczać z tymi ludźmi, którzy byli i są dziś w rządzie?

– Mój mąż nie koncentrował się na różnicach i przeszkodach, lecz brał rzeczywistość taką, jaka jest, i starał się stworzyć coś dobrego z tego, co jest. On nie był człowiekiem, który podkreślałby jakieś niemożności, narzekałby, nigdy na czymś takim nie skupiał uwagi. Zawsze patrzył w przyszłość, co można zrobić dobrego. Z każdym starał się znaleźć jakiś wspólny cel, punkt, w którym można się było porozumieć.

Jakie myśli towarzyszą oczekiwaniu na rocznicę katastrofy?

– 10 kwietnia 2010 roku był ostatnim dniem, który zaczął się normalnie. Chciałabym, żeby był dniem, w którym wszyscy godnie przeżyjemy rocznicę tej tragedii. Może fakt, że te obchody rozpisane są na cały dzień, pomoże nam przeżyć ten czas. Uważam, że przedstawiciele władz powinni brać udział w tych uroczystościach, bo ich powinnością jest upamiętnienie i uczczenie tych, którzy zginęli, pełniąc misję publiczną. Dla mnie osobiście te obchody są ważne.

Strony internetowa poświęcona mężowi: www.wladyslawstasiak.pl

22.03.2011, Nasz Dziennik

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, III RP, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Państwowiec. Wspomnienie o śp. Władysławie Stasiaku

  1. las artes pisze:

    Zmiana na stanowisku szefa prezydenckiej kancelarii, choć spodziewana, i tak odbiła się głośnym echem. Głównie dlatego, że wyścig o fotel po Piotrze Kownackim wygrał nie faworyt Aleksander Szczygło, a wieloletni współpracownik Lech Kaczyńskiego Władysław Stasiak. Powoli dowiadujemy się dlaczego.

  2. Jerzy pisze:

    Tak. Ten człowiek- państwowiec odszedł za szybko. Dla mnie była to ostać urzędnika – patrioty. Człowiek o cechach przyszłego dostojnika państwa polskiego; rozum, prawość i charakter twardego gracza politycznego z jasnym celem i myślą o wielkości Polski. Szkoda ,że tak zakończyła się jego droga życiowa. Blotki zostają . Tuzy giną, bo są niewygodne. Boże widzisz i nie grzmisz !!!

  3. emka pisze:

    15 marca (piątek) o godz. 19:00 w kościele św. Anny na Placu Zamkowym w Warszawie odbędzie się msza święta w intencji śp. Władysława Stasiaka.

  4. emka pisze:

    Jutro w niedzielę 9 czerwca 2013 r. w Płocku w kościele Świętego Aleksego odbędzie się msza święta za duszę śp. Władysława Stasiaka, który zginął w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.
    Obok kościoła w Parku Pamięci znajduje się 96 dębów oraz kamieni z tabliczkami, na których widnieją nazwiska ofiar smoleńskiej tragedii.
    Płocki Park Pamięci „Katyń-Smoleńsk 2010” poświęcił bp Piotr Libera. Każdą osobę, która zginęła w Smoleńsku objął specjalną modlitwą inny z parafian.

  5. emka pisze:

    W Panteonie Bohaterów w Sanktuarium Narodowym w Ossowie przy Kaplicy Matki Boskiej Zwycięskiej stanęło popiersie śp. Władysława Stasiaka. Panteon jest od trzech lat tworzone pod patronatem Arcybiskupa Henryka Hosera, Ordynariusza Diecezji Warszawsko-Praskiej oraz Jarosława Kaczyńskiego.

    Popiersie śp. Władysława Stasiaka jest trzynastym pomnikiem wystawionym w Panteonie.

    Władysław Stasiak kierował pracą Biura Bezpieczeństwa Narodowego i Kancelarii Prezydenta RP śp. Lecha Kaczyńskiego. Był również wiceministrem, a potem ministrem spraw wewnętrznych i administracji.

    Pomnik odsłoniła wdowa po śp. Władysławie Stasiaku, Barbara Stasiak. – Władysław Stasiak w każdej chwili swojego życia dawał świadectwo wartościom moralnym. Jeśli teraz szukamy wzorców w życiu publicznym, potrzebujemy ludzi, którzy będą pracowali dla Polski, proszę pamiętajmy o Władysławie Stasiaku. Był on dla wielu osób wzorem człowieka, który pracuje w służbie publicznej – powiedziała podczas uroczystości.

    Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji reprezentował Łukasz Kudlicki, Szef Gabinetu Politycznego ministra Mariusza Błaszczaka, płk. Andrzej Pawlikowski, Szef Biura Ochrony Rządu oraz insp. Irena Michalak, Zastępca Komendanta Głównego Policji. W uroczystości udział wzięli m.in. Arcybiskup Henryk Hoser Ordynariusz Diecezji Warszawsko-Praskiej, Bartłomiej Misiewicz, Szef Gabinetu Politycznego ministra Antoniego Macierewicza oraz Paweł Soloch, Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

    W Panteonie Bohaterów w Ossowie w kwietniu 2012 r. odsłonięto pomnik Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. W ciągu ostatnich trzech lat postawiono także popiersia Biskupa Polowego WP Gen. Tadeusza Płoskiego, Prezydenta RP Ryszarda Kaczorowskiego, Gen. Franciszka Gągora, Gen. Andrzeja Błasika, Gen. Wojciecha Lubińskiego, Marszałka Macieja Płażyńskiego, Biskupa Polowego WP Kościoła Prawosławnego Mirona Chodakowskiego, Anny Walentynowicz, Janusza Kurtyki, Gen. Bronisława Kwiatkowskiego i Stefana Melaka.

    Po uroczystości delegacja MSWiA oraz MON złożyła także wieniec pod pomnikiem śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
    http://telewizjarepublika.pl/pomnik-sp-wladyslawa-stasiaka-w-panteonie-bohaterow-w-ossowie,31878.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.