Do Jana Lechonia

Spalili ci jak chciałeś łazienki w Warszawie
w kolumnach wydrążyli dziury na dynamit
świat nie usłyszał skargi żołnierzy szpitalnych
bo ich rozstrzelali nad Wąskim Dunajem
wysadzili w powietrze zgodnie z twym życzeniem
Kilińskiego mamiąc go czołgiem-pułapką

 

strona [2] Zofia Korbońska o Janie Lechoniu

***

Wojciech Wencel

Do Jana Lechonia

Spalili ci jak chciałeś łazienki w Warszawie
w kolumnach wydrążyli dziury na dynamit
świat nie usłyszał skargi żołnierzy szpitalnych
bo ich rozstrzelali nad Wąskim Dunajem

wysadzili w powietrze zgodnie z twym życzeniem
Kilińskiego mamiąc go czołgiem-pułapką
ale trupów nie mogli już wydobyć stamtąd
bo została z nich miazga i krew – i nic więcej

gdybyś wiedział poeto cóżeś nam wywieszczył
jak ranią ucho twoje skamandryckie rymy
po sześćdziesięciu pięciu latach głuchej ciszy
o tym kraju zabitym krojonym na ćwierci

ja nie chcę nic innego niech jeno mi płacze
powstańczych wierszy gędźba w zburzonej kantynie
a latem niech się budzą podziemne motyle
a wiosną niechaj Polskę skrzydlatą zobaczę

wiersz z tomu De profundis

***

Jan Lechoń – z cyklu „Errata do biografii”, film można obejrzeć też >TU

Współpraca reżyserska i lektor: Grzegorz Braun.

***

Jan LechońJan Lechoń, właściwie Leszek Serafinowicz (1899 – 1956) poeta, literat, krytyk teatralny. Współtwórca słynnej grupy poetyckiej, autor jej nazwy: Skamander; Spośród skamandrytów był bodaj najmniej skamandrycki. Nie odcinał się manifestacyjnie od przeszłości, nie zamierzał zrzucać z ramion płaszcza Konrada, przeciwnie, drapował go starannie i malowniczo [Roman Loth]. Jeden z najwybitniejszych poetów przedwojennej Polski, jedna z najciekawszych postaci bohemy warszawskiej, jeden z najbardziej manifestacyjnych przykładów odmowy, przykładów niezgody na nowy porządek rzeczy w Rzeczpospolitej, jeden z najtragiczniejszych polskich losów. Człowiek przełomu, świadek epoki. Sławę i pewne miejsce w kanonie poezji polskiej XX w. zapewniły mu już dwa pierwsze tomiki: Karmazynowy poemat(1920) i Srebrne i czarne (1924).

przeczytaj >Jan Lechoń: Matka Boska Częstochowska

***

Piotr Lisiewicz

Sen zapomnianego ryzykanta

„Bez złości – te wszystkie Bieruty powinny być kiedyś wygnane na zawsze z Polski, aby po prostu przywrócić ład w terminologii, aby wiedziano, że »zdrada« to „»zdrada« – pisał Jan Lechoń w swoim nowojorskim mieszkaniu. Król bohemy, dusza warszawskiej i paryskiej cyganerii, po wojnie emigrant, nieprzejednany wróg Sowietów. Dziś uznany, ale przypominany rzadko i oszczędnie.

Do dziś cytaty z jego wierszy odnaleźć można w pamiętnikach nastolatków albo na internetowych blogach. „Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną / Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno” – to chyba najbardziej znany. Albo ten, godny kontynuatora romantyków: „Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła / Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”.

W czasie szkolnych lekcji polskiego Lechoń pojawia się na chwilę, jako niekwestionowana, ale i niezbyt szczegółowo omawiana wielkość z przeszłości. Razem z wierszami, które napisał mając lat osiemnaście lub dwadzieścia parę.

Nie ma go prawie wcale w polskich dyskusjach o powojennej historii. Niewygodny jako twardy i błyskotliwy w polemikach antykomunista, przerażony naiwnością Zachodu, który nie docenia znaczenia komunistycznego zagrożenia. Skonfliktowany z Czesławem Miłoszem. Atakowany przez przyszłego noblistę i całą rzeszę innych jako literacki symbol zacofanej, reakcyjnej, przedwojennej Polski.

Ale, mimo konserwatywnych przekonań i religijnych wierszy, Lechoń nie nadaje się na wzór cnót dla prawicy – ze względu na homoseksualne skłonności i samobójczą śmierć.

Tymczasem, jak pisał o nim znakomity emigracyjny krytyk Tymon Terlecki: „Była to jedna z najświetniejszych, najbardziej zuchwałych, najbardziej ryzykanckich inteligencji swego pokolenia”.

Przeciw mędrkowaniu

Lechoń to jeden z wybitniejszych poetów polskich XX wieku, ale opinie, jakie wyraża w swoim „Dzienniku” są „iście furiackie” – tak widzi poetę jeden z publicystów „Gazety Wyborczej”. Czym „Dziennik” zasłużył sobie na tę opinię?

Trzy tomy zapisków poety emigranta powstały w Nowym Jorku w latach 19491956. Są kroniką spotkań towarzyskich, zmagania się poety z twórczą niemocą i odczuć Polaka rzuconego w amerykańską rzeczywistość. Zawierają też setki pisanych na gorąco komentarzy do politycznych wydarzeń. Pokazują stosunek poety nie tylko do komunizmu, ale i kapitulacji Zachodu wobec ofensywy Sowietów.

W „Dzienniku” Lechoń odnotowuje następujące wydarzenie: „Wczoraj widziałem w Central Parku bardzo zabawną scenę: Murzyn chciał sprzedać Biblię jakiemuś idiocie, który miotał się na to, powtarzając raz po raz wyuczoną bolszewicką lekcję: „The Bible is weapon against me”. Szkoda, że nie widział tego ktoś spod bolszewików”.
Opinie poety idą konsekwentnie pod prąd tego, co głoszą zafascynowane komunizmem elity. Gdy na świecie trwa histeria związana z procesem i wyrokiem śmierci wydanym na małżeństwo Rosenbergów, sowieckich szpiegów, którzy wykradli Ameryce tajemnicę bomby atomowej, Lechoń pisze: „Nie tylko jestem przeciwko karze śmierci, ale uważam legalne odbieranie życia za potworność. Skoro jednak ta kara istnieje, Rosenbergowie powinni umrzeć (…), a frazesowicze we Francji i Anglii – broniący tych właśnie potworów – to dowód zupełnej aberracji moralnej tak zwanej liberalnej Europy”.

Według autora „Dziennika” to dzięki zachodnim faryzeuszom tryumfować mógł Stalin. „Jego geniuszem było przeniknięcie słabości Zachodu i w rezultacie tego największy szantaż, jaki zna historia”.

Lechoń nie oszczędza także tych polskich emigrantów, którzy wpisują się w sposób myślenia europejskich elit: „Czasami odnoszę wrażenie, że «Kultura» redagowana jest specjalnie po to, aby mnie wprawiać w pasję”.

Albo: „Każda wiadomość o jakichś zbrodniach dziejących się w Polsce odbija się na mnie furią na «Kulturę». Bo «ordynarna zdrada» to sprawa jednoznaczna, określona i trudno mieć pretensję do złego, że jest zły. Ale po stronie wolnego świata, w «Kulturze» «nie może być mędrkowania, tylko bardzo prosta i bezwzględna moralność»”.

Przed Sowietami moralnie kapituluje nie tylko Europa, część polskiej emigracji, ale także hierachia kościelna: „Papież, mówiąc na wczorajszym konsystorzu o kardynale Wyszyńskim, wspominał o «noblest Polish nation», która tyle kart świętych zapisała w historii chrześcijaństwa. I zapisuje wciąż – z tą różnicą, że nikt ich już nie czyta”.

Iluzjon z dzieciństwa

W czasie, gdy Lechoń pisze te słowa, w kraju jest wykpiwany jako reakcjonista, oderwany od rzeczywistości prężnie budującego socjalizm społeczeństwa. M.in. przez Jana Brzechwę: „Wracać Panu nie radzę. Naprawdę nie radzę / Tu życie nie dla Pana. Bo czyż wiarę Pan da / Że gorzej tu niż głosi wasza propaganda”.

Dla piewców socrealizmu Lechoń to więcej niż przedstawiciel przedwojennej, zaściankowej Polski. To jej symbol. Nie przypadkiem.
Leszek Józef Serafinowicz na świat przyszedł w 1899 r. Dzieciństwo spędził w Warszawie, w domu przy ulicy Miodowej. Kamienica była własnością mecenasa Edwarda Grabowskiego, dziadka Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Kazimierza Tetmajera.

Ojciec, człowiek praktyczny, zajmował się interesami. „Chodził jeszcze w cylindrze i zakrzywiona szczoteczka, którą go czyścił, była dla niego przedmiotem codziennego użytku” – wspomina Lechoń w „Dzienniku”. Za to matka od początku marzyła, by syn został „drugim Słowackim”. 5-letni Lechoń wydawał wspólnie z matką domową gazetkę, zaś przed ukończeniem 7 lat potrafił dobrze czytać.

Wspomnienia z dzieciństwa: „Pamiętam szał podziwu, kiedy na Polu Mokotowskim Utoczkin, lotnik rosyjski, latał przez dziesięć minut nad głowami widzów w aparacie otwartym i oczywiście przeznaczonym dla jednej osoby. Pamiętam, kiedy kino nazywało się bioskop albo iluzjon”. W gimnazjum – sława cudownego dziecka, którego dramat wystawiony został na scenie Teatru Pomarańczarni w łazienkach, z udziałem znanych warszawskich aktorów.

„Pamiętam szał podziwu, kiedy na Polu Mokotowskim Utoczkin, lotnik rosyjski, latał przez dziesięć minut nad głowami widzów w aparacie otwartym i oczywiście przeznaczonym dla jednej osoby. Pamiętam, kiedy kino nazywało się bioskop albo iluzjon”.

Powitanie wolności

A potem zaczęło się. W kawiarni kabaretu „Pod Pikadorem” 18-letni student zadeklamowa ł wiersz „Mochnacki”. Wspomnień opisujących to wydarzenie opublikowano po latach dziesiątki. Oto kilka z nich:

Mieczysław Grydzewski, późniejszy redaktor naczelny „Wiadomości Literackich”: „Lechoń, drżący i blady, skończył czytanie Mochnackiego. Zerwała się pierwsza w Polsce burza oklasków na cześć poezji”.

Antoni Słonimski: „Ten blady, wysoki młodzieniec, wygłaszający wzruszonym głosem swój wiersz w natłoczonej kawiarni, był jednym z najpiękniejszych widoków, jakie zdarzyło mi się oglądać”.

Według Juliana Tuwima, utwór ten stał się po tym wieczorze „wierszem pokolenia i wierszem dwudziestolecia”.
Studenta oklaskiwali pisarze o najbardziej uznanych nazwiskach – Żeromski, Berent, Staff, Leśmian, Nałkowska, Boy-Żeleński. Sprawozdania z wieczoru zamieściły warszawskie dzienniki.

Popularność i sława, jakie spadły po tym wystąpieniu na młodzieńca, przekroczy ły wszystko, co można sobie wyobrazić. W „Dzienniku” wspominał: „Starzyński, naonczas prezydent Warszawy, pisze miłym żartem «za Pana bytności w Warszawie będę prosił o audiencję»”.

Na czym polegał niepowtarzalny klimat tamtych wydarzeń? Kazimierz Wierzyński pisze: „W roku 1918 w Warszawie, z Przyrynku na Nowym Mieście, wyszedł na ulic ę młody człowiek i po raz pierwszy od stu lat zobaczył w Polsce wolność. Było to powitanie wolności, ciągnącej ulicami, kiedy spotkał ją wyszedłszy ze swego domu. Widok tego pochodu był wstrząsający i wyzwoli ł w nim najsilniejsze uczucie, któremu pozostał wierny do końca życia”.

Włóczenie się gromadne nocami po knajpach

Cukiernia „Ziemiańska”, własność niejakiego Albrechta. Właściciel zaproponował panom artystom „stolik na półpiętrze”. „Leszek w kilku susach wskoczył na półpiętro, usiadł na skórzanej kanapce i propozycję Albrechta przyjął” – tak wspominał początek literackiej instytucji II Rzeczpospolitej rysownik satyryczny Zdzisław Czermański.

Tam zaczęli spotykać się Skamandryci. Lechoń, Tuwim, Słonimski, Wierzyński, Iwaszkiewicz, Grydzewski, Baliński… I ich przyjaciele, wśród nich oczywiście Wieniawa Długoszowski.

Odnaleźli się jako studenci w kole polonistów na Uniwersytecie Warszawskim i w uczelnianym piśmie „Pro arte et Studio”. Pisano o nich różnie. „Goniec Poranny” z 24 marca 1918 r. w artykule „Młodzież uniwersytecka” tak informował o demoralizującej roli Skamandrytów: „Setki sfałszowanych matur, kradzieże w szatniach uniwersyteckich, włóczenie się gromadne studentów nocami po knajpach i po ulicach z głośnym śpiewem na ustach, niezwykle niski poziom umysłowy przy bezustannym wiecowaniu, protestowaniu i politykowaniu – wszystko to niezbyt pochlebne wydaje świadectwo o młodzieży uniwersyteckiej”.

Do najgorszych należał „zdegenerowany p. Tuwim, odsłaniający w najwyuzdańszych wyrazach ohydę brudów miasta”. A Lechoń „rozbawiony wypijał wszystko, co było do wypicia”.

W 1920 r. ukazał się debiutancki tomik poezji Lechonia „Karmazynowy poemat”. Był to z pewnością najgłośniejszy debiut niepodległej Rzeczpospolitej.

Zaskoczeniem był fakt, że Lechoń opublikował wiersze nie pasujące programem do tego, z czym do dziś kojarzą się potocznie Skamandryci – marzeniem o sztuce wyzwolonej z narodowych obowiązków, zgodnie z zawołaniem Słonimskiego o zrzucaniu z ramion „płaszcza Konrada”. Obok „Mochnackiego” był „Piłsudski”.

Kajetan Morawski, polityk i dyplomata II Rzeczpospolitej stwierdził: „Dla współczesnych i potomnych Piłsudski rzeczywistszy stał się w poemacie, w którym ani razu nie padło jego nazwisko, niż za kolumnami w białym Belwederze”.

Jest tylko Beatrycze

Po „Karmazynowym poemacie” marzenia matki o „drugim Julku Słowackim” przestały być tylko urojeniami. Wtedy przyszło – po raz pierwszy i nieostatni – załamanie psychiczne. Lechoń przyzna później, że jako 20-latek nie wytrzyma ł napięcia związanego z sukcesami. Poeta trafia do klinki w Orłowie, gdzie podczas wakacji opiekuje się nim Żeromski. Potem – do krakowskiej kliniki neurologicznej. W marcu 1921 r. próbuje się otruć. Kilkumiesięczna kuracja w krakowskiej klinice przynosi poprawę, ale w grudniu następnego roku Lechoń jest świadkiem zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza i na nowo trafia do kliniki.

Choroba jednak nie przeszkadza mu tworzyć. W 1924 r. ukazuje się tomik „Srebrne i czarne”. Całkiem odmienny od poprzedniego. Lechoń pisze o osobistych sprawach człowieka – życiu, miłości i śmierci. To z tego tomiku pochodzą słowa „Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła / Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Tomik spotyka się, co wydaje się wcześniej niemożliwe, z jeszcze większą popularnością niż „Karmazynowy poemat”. Nikt nie przypuszcza, że będzie to ostatni tomik Lechonia w Dwudziestoleciu.

Kompot. Może być śliwkowy

Po „Srebrnych i czarnych” poeta może być już pewny swojego miejsca w historii polskiej literatury. Marzenie matki prawie się urzeczywistnia. I wtedy przestaje pisać poezję.

Kazimierz Wierzyński: „Możliwe, że zacząwszy w najwyższych regionach poczuł, że się w nich nie utrzyma. Jego niezwykła inteligencja mogła go popychać do takiej kontroli”.

Lechoń niczego nie wyjaśnia w tej sprawie. Nagabywany odpowiada, że „woli życie od sztuki”. A z życia czerpie pełnymi garściami. Mimo że choroba trwa. „Mówisz, że czujesz się źle, a bawisz się znakomicie” – słyszy od przyjaciół. Odpowiada sentencją, którą usłyszał od wariata w krakowskiej klinice: „Może, ale prywatnie jestem bardzo nieszczęśliwy”.

Wpływy Skamandrytów i ich przyjaciół rosną. Wieniawa, na przykład, załatwia unieważnienie ślubu ważnemu politykowi. Do generała jezuitów, o. Ledóchowskiego, zwraca się słowami: „Najlepiej, żebyśmy to po prostu załatwili pomiędzy nami generałami”. Lechoń wozi małym córkom Piłsudskiego do Sulejówka lalki z gałganków.

Poeta pisze szopki polityczne, felietony i szkice literackie. W 1926 r. zaczyna wydawać swoje pismo satyryczne – „Cyrulika Warszawskiego”. Lechoń jest w „Cyruliku” dyktatorem – wymyśla nawet rysunki satyryczne. Czermańskiemu wysyła do Paryża telegram z pomysłem na rysunek zatytułowany „wojsko komputowe”: „Wieniawa. Beck. Kompot. Może być śliwkowy”.

Wdzianko radcy

W 1930 r. Lechoń zaskakuje przyjaciół po raz kolejny. Porzuca Warszawę. Podejmuje decyzję o wyjeździe do Paryża. Zostaje attaché kulturalnym polskiej ambasady. Artur Rubinstein, słynny pianista, paryski przyjaciel Lechonia: „Wyrobił sobie wielki mir u poetów i pisarzy francuskich. Komediopisarz Marcel Achard przylgnął do Leszka od razu”. Wśród paryskiej bohemy czuje się tak samo jak w warszawskich kawiarniach. Jako dyplomata najbardziej nadaje się do wygłaszania płomiennych przemówień.

Antoni Wasilewski, który odwiedził Paryż z zespołem „Lwowskiej fali”: „Wdzianko nie leży na nim jak na radcy MSZ lub Becku – tylko jak na – poecie”. Wojna zastaje Lechonia w Paryżu. Docierają tam uciekinierzy z Polski. Lechoń pomaga zakładać Uniwersytet Polski za Granicą. Gdy do Paryża dociera Grydzewski, powstają „Wiadomości Polskie Polityczne i Literackie”. A poza tym staje się cud: Lechoń zaczyna znów pisać wiersze.

„Walka z wszelkimi formami totalizmu”

W „Wiadomościach” ukazuje się nawiązujący, jakżeby inaczej, do Słowackiego, „Grób Agamemnona”.
Wierzyński: „Przy wielkim nieszczęściu Polski musiały zmaleć zastrzeżenia co do siebie samego, a wobec tragicznej rzeczywistości ocknąć się musiały wszystkie siły ratownicze”.

Po klęsce Francji Lechoń ucieka do Lizbony. Francję żegna „Pożegnaniem Marsylianki”:„ Jeszcze chwilę popatrzę na Luwr i Sekwanę / i tobie, jakże grzesznej, niech powiem: Dziękuję”.

21 lipca 1940 r. Lechoń z Tuwimem płyną do Brazylii na statku „Angola”. W Rio de Janeiro Lechoń pisze „Pieśń o Stefanie Starzyńskim”. I czeka na wizę do Stanów Zjednoczonych.

Do Nowego Jorku przyjeżdża 11 sierpnia 1941 r. Docierają tu też jego przyjaciele, Wierzyński i Wittlin. Na miejscu są już polscy artyści – Artur Rubinstein, Jan Kiepura, Artur Rodziński, Bronisław Kaper.

Lechoń rzuca się w wir walki o polskie sprawy. Rubinstein: „Znaleźliśmy się znów w stolicy świata, ale my w niej byliśmy już inni niż w Paryżu… Nie pora była poddawać się rytmowi wielkiego miasta i chłonąć beztrosko jego wrażenie”.

W Nowym Jorku Lechoń nawiązuje współpracę z Komitetem Narodowym Amerykanów Polskiego Pochodzenia, stawiającym sobie za cel przeciwdziałanie „prosowieckiej działalności polskich komunistów”.

Wielki wpływ ma na poetę legenda polskiego Podziemia. W czasie wojny ukazują się dwa tomiki. W roku 1942 – „Lutnia po Bekwarku”, a w 1945 – „Aria z kurantem”. Artysta pisze: „Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu / Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu, / Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu / I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu. / Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty / I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy. / I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę, / Matko Boska Częstochowska pod Twoją obronę”.

Razem z Wierzyńskim zaczynają wydawać „Tygodnik Polski”. Jego cel to: „nieustępliwa walka z wszelkimi formami totalizmu”. Nie wszystkim podoba się linia tygodnika. W 1944 r. minister emigracyjnego rządu Stanisław Kott cofa tygodnikowi swoje poparcie. Wkrótce Kott zgodzi się zostać ambasadorem PRL w Londynie.

Futerały po wierszach

Dla Lechonia i Wierzyńskiego szokiem jest powojenny powrót do Polski Tuwima i Słonimskiego. Ostateczną decyzję o zerwaniu kontaktów z dawnymi przyjaciółmi podejmują po ujawnieniu zbrodni katyńskiej. Zdruzgotany Lechoń napisze potem w „Dzienniku”: „Wszystko między mną i Tuwimem zerwane na zawsze oprócz poezji”.

Od 1949 r. pisze swój „Dziennik”. Nie brak w nim gorzkich uwag na temat postawy dawnych przyjaciół. Gdy w warszawskim radiu Słonimski wzywa Lechonia i Wierzyńskiego do powrotu do kraju, Lechoń pisze: „To wezwanie, gdy się pomyśli, co się za nim kryje, budzi wstręt wyjątkowy, celem jego bowiem jest w najlepszym razie zlikwidowanie emigracji jako idei”.

Poeta czyta wiersze przedwojennych znajomych. O Gałczyńskim pisze: „Te wiersze były jakby futerały po prawdziwych, jakby ktoś z nich krew wypuścił”.

W Wolnej Europie wygłasza podniosłe życzenia świąteczne dla uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego. Dziś najczęściej przypomina się ostre słowa Lechonia wypowiedziane pod adresem emigrującego na Zachód Miłosza (w krytyce obaj poeci nie pozostają sobie dłużni). Lechoń pisze: „Miłosz brał reżymowe pieniądze wtedy, kiedy rozstrzeliwano najlepszych Polaków, i jeszcze teraz urąga i daje moralne nauki”.

Wśród paryskiej bohemy czuje się tak samo jak w warszawskich kawiarniach.

Słów tych nie można wyrywać z historycznego kontekstu. Taki był wówczas stosunek do Miłosza głównych postaci londyńskiej emigracji, mimo iż większość z nich wywodzi ła się z tradycji pepeesowskiej.

Dla Lechonia kąśliwe uwagi pod adresem Miłosza to także odpowiedź na krytyk ę wobec siebie – jako klasyka i przedwojennego inteligenta.

Piąta kolumna bolszewizmu

Wśród przyjaciół Lechonia jest wielu rzuconych do Ameryki polskich Żydów. Poświęca im sporo miejsca w „Dzienniku”. „Jak w Polsce, tak i tutaj kulturę polską popierają przede wszystkim Żydzi. Tutaj, gdzie mają teatr amerykański i najbardziej spęczniały rynek książki świata – cisną się na polskie piosenki i odczyty”.

Z Żydami odczuwa wspólnotę tragedii. „Świat, który przeżył Buchenwald i Katyń – niczego już nie czuje. Może ktoś znów nakazać współczucie, przepisać żałobę, zapłakać po umarłych. To wielka, najwyższa sprawa. Jeśli się to nie stanie – to znaczy, że bolszewizm już podeptał to, co było podstawą chrześcijańskiego czucia, i już jego piąta kolumna jest w naszych duszach”.

W „Dzienniku” nie brak też żydowskiego poczucia humoru, wynikającego z nostalgii za minionym. „Admirał izraelski angażuje jakiegoś warszawskiego Żydka do marynarki. – Pływać umiecie? – Co to, już okrętów nie macie?”

W stolicy imperium

Ameryka to dla Lechonia świat inny od Warszawy, ale i Paryża. Świadczy o tym chociażby taki zapisek: „Nowy Jork na pusto jest trudny do zniesienia. Hałas w nim – to jego urok, jak żadnej innej stolicy. Mury Paryża, nawet Warszawy marzą i mówią. Manhattan pusty – milczy złowrogo”. Artysta chłonie nastrój najpotężniejszego imperium świata. „Nowy Jork jest jedynym dziś miastem na świecie przypominającym dawne stolice imperiów. Mimo wszystkich milionów, ale jest tak naprawdę. Ile razy jestem na Wall Street, zawsze myślę o Florencji. O Pittich i Strozzich. Takie musiały być Włochy, gdy były krajem wielkich bankierów. Nie chodzi tu o architekturę, ale o atmosferę, prawie poezję tej dzielnicy.”

Ameryka to także jedyna nadzieja na pokonanie komunizmu. Lechoń kibicuje najbardziej antysowieckim amerykańskim politykom. I zapisuje aktualne do dziś zdanie: „Są pewne granice cierpliwości, poza którymi ten wspaniały naród działa jak wielkie narody przeszłości”.

Czegom nie powiedział

Lechoń publikuje teksty publicystyczne, żyje polskimi sprawami. Zdaniem niektórych przyjaciół – za bardzo. Ta myśl dręczy i jego samego. „Prześladuje mnie myśl, zarazem megalomańska i pełna pokory, że mogłem być tak wielkim poetą jak – nie powiem kto, ale na to powinienem był inaczej zupełnie urządzić się w życiu, nie zawracać sobie głowy jakimiś ambasadami, Tygodnikiem, żadną polityką”. Nie potrafił. W Ameryce daje o sobie znać nigdy nie wyleczona do końca choroba poety. W „Dzienniku” pojawia się często nazwa „dexamyl” lub zielona tabletka, która pozwala mu lepiej wypaść podczas radiowych wystąpień.

Sprawą znaną przyjaciołom, a dziś wyciąganą coraz częściej w publikacjach, są homoseksualne skłonności poety, choć w „Dzienniku” pojawiają się często kobiety, w tym Ewa Curie, co do której – Lechoń sugeruje – mógłby mieć poważne plany. Szereg domysłów wzbudza postać wspominanej często „najdroższej osoby”.

Do Lechonia zaczynają przyznawać się dziś internetowe strony gejowskie. Jak pisa ł parę lat temu Rafał Ziemkiewicz, niesłusznie. Bo Lechoń był zaprzeczeniem „geja”, afiszującego się ze swymi upodobaniami. Przeciwnie, homoseksualne skłonności były dla niego powodem wewnętrznej walki. I, oczywiście, nie chciał mówić o tym publicznie.

W jego wierszach i prozie pojawia się wielokrotnie pewność istnienia Boga i przywiązanie do polskiej religijnej tradycji. I wyrzuty sumienia.
Dobroć Lechonia, o której piszą przyjaciele, przejawia się w podejściu do zwierząt. Na spacerach zaczepiał znajome psy. Miał kota o imieniu Mustafa, któremu, ku zgorszeniu domowników, potrafił wybaczyć nawet „wyjedzenie” kieszeni drogiego palta: „Poklepywał tylko ręką dziurę palta i łepek kota”.

Niedługo będzie pani na moim pogrzebie

W 1954 r. ukazuje się ostatni tomik Lechonia „Marmur i Róża”. „Skupiony, tak oszczędny, tak celny, tak umiejący zamknąć liryczną albo – przeważnie – dramatyczną treść w jednym słowie” – recenzował Zygmunt Nowakowski, emigracyjny pisarz i publicysta.

13 marca 1955 r. poeta publikuje w „Wiadomościach” wiersz „Erynie”, sygnał zbliżającego się końca: „Stracone, choćby jeszcze dni przyszły łaskawsze, / Pogrzebane, stracone, stracone na zawsze”. Niespełna rok później mówi do znajomej: „Muszę pani powiedzieć, że pani niedługo będzie na moim pogrzebie.”

Ostatni zapis w „Dzienniku” pochodzi z 30 maja 1956 r.: „Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu, coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę z sobą – jest tylko modlitwa.” Tydzień później, 8 czerwca, Lechoń skacze z dachu nowojorskiego wieżowca.
Dlaczego? Piszą różnie. O chorobie, o historii miłosnej, o tęsknocie za Polską.

Józef Wittlin: „Wszystko, co chcieliśmy powiedzieć o życiu i twórczości Lechonia, zniekształciła nam jego śmierć”.

Zygmunt Nowakowski napisał tuż po śmierci poety: „Istotne przyczyny jego śmierci nie są bynajmniej zagadką, a zatrute strzały, które znalazły jego serce, godzą i w nas – i nie jemu się dziwić – że odszedł, ale raczej nam – że żyjemy…”.

Za tą ostatnią tezą świadczy obsesja powrotu do Warszawy, ciągle przywoływana w „Dzienniku”: „Sen, jak nie raz w różnych odmianach prześniony. Że byłem w Warszawie, byłem poznany, i lada chwila mieli mnie schwytać”.

Poeta pochowany został na cmentarzu w dzielnicy Queens. Miejscu, o którym pisa ł ironicznie, że sterczą tam zimne kamienne tablice bez drzew, gdyż Amerykanie „skurczybyki nie sadzą ich, bo im szkoda miejsca, a na dodatek bez kwiatów i zniczy, bo nie wolno śmiecić” (relacja autorki wstępu do książki „Lechoń nowojorski” – Beaty Dorosz).

Nie został tam na zawsze. Do Polski wrócił w 1991 r. Prochy jego złożono na cmentarzu w Laskach pod Warszawą, u boku rodziców.
„Na walkę z sobą – jest tylko modlitwa”.

Nowe Państwo 1/2006 NGP

W dorobku poetyckim Jana Lechonia znaleźć można piękny, patriotyczny wiersz (a właściwie opowieść wierszem ) dla dzieci. Wiersz powstał pod koniec II wojny światowej i został opublikowany przez Wydawnictwo Światowego Związku Polaków z Zagranicy w Londynie w 1946 roku. Książeczkę pięknie ilustrował Wojciech Jastrzębowski. Tomik wpisuje się w imponującą tradycję wydawniczą polskiej emigracji. Po zakończeniu wojny podobne inicjatywy mnożyły się, jak grzyby po deszczu i świadczą o wielkim przywiązaniu polskich uchodźców do historii i Ojczyzny, zniewolonej po “wyzwoleniu” pod sowieckim butem. Także ta fala emigracji, do której należeli Lechoń, Wierzyński i Andrzej Bobkowski zasługuje na miano “wielkiej”. marszpolonia.com

 

Jan Lechoń

11 listopada

Kiedy nocą śpi scena, śnią maszyny huczne
I umilkły pioruny, burze, deszcze sztuczne,
Kiedy teatr bez widzów, jak kościół bez wiernych,
Jest tylko świętym domem tajemnic niezmiernych
Ci, co słońcem zrobili blask ramp migotliwy
I świat stworzyli bardziej niż życie prawdziwy,
Których wiecznie trwać będą miłość i cierpienie,
Schodzą się jako duchy i stają na scenie.
Was wzywam! Nasze bowiem słowa są ułomne
I nie dosyć są wielkie, i za mało skromne,
Nie dość żeśmy cierpieli, za mało walczyli,
Byśmy mogli cośkolwiek powiedzieć w tej chwili.
Ale ty, któryś poszedł za granicę świata
Wezwać pomsty na przemoc, co naród przygniata,
I słowa znalazł takie, żeś temi samemi
Od nas mówił do nieba, od nieba do ziemi,
I ty coś nie znał ziemskich pożądań marności,
Tylko cuda początku i słońce przyszłości,
Coś nad w grobie leżącą stał jak anioł złoty
I krew i łzy jej wszystkie przemieniał w klejnoty –
Wy mówcie! Ty, o którym nie wierzymy sami,
Jak to? On żył naprawdę i był między nami,
Ty, który w czas bez wiary i na wszystko głuchy
Przyszedłeś dać świadectwo, że są jeszcze duchy,
Patrz! Mroki się rozpierzchły i w otchłani giną,
Jakaś ręka spuszczoną targnęła kurtyną,
Konrada jakaś postać prowadzi bezgłosa.
Kto to? Może robotnik albo dziewka bosa.
We wszystkich domach światła rozbłysły wśród nocy.
Uradujcie się w grobach, wolności prorocy!
Gdzie kat zaciskał stryczek wkoło dumnej głowy,
gdzie stała szubienica, jest krzyż Chrystusowy!
Płyniesz teraz przeszłości niewstrzymana falo!
Oto się nad Krakowem złote blaski palą,
Król Zygmunt milcząc patrzy, jak Wisła się wije,
I wtedy dzwon uderzył! Ten sam, co dziś bije!
Bij! I porwij nas w swoje chyboty ogromne,
Wołaj: „Bądźcie jak tamci, to was nie zapomnę,
A wtedy ci, co przyjdą, gdy się wiek wasz prześni,
O was także pomyślą, słuchając mej pieśni,
A Ty, który jedyny możesz stać w tym dźwięku
I w Tobie jednym serce nie zadrży od lęku,
Bo kiedyś Ty go słuchał – to nienadaremno
I sam jeden powstałeś w niewoli noc ciemną,
Budź ospałych: niech głosem Twoim mówi cały
Tysiąc lat krwi i potu, i tej ziemi chwały,
I marzenia poetów, mogiły żołnierzy!”.
Niech więc głowę pochyli, kto w cuda nie wierzy,
Ten, który umiał cierpieć, a radość go trwoży,
Kto nie stargał na szyi niewoli obroży,
I kto chce przyszłość wstrzymać, i kto przeszłość plami,
Niechaj wyjdą tą nocą. Bo dziś pod gwiazdami
Jakieś cienie po polach, po mieście się snują
I wśród płaczu padają. I ziemię całują.

Modlitwa

Gwiazd siewco i księżyców, co w eterze wiszą,
O, Panie nad deszczami i Panie nad skwarem,
Porównaj nas, zmęczonych, z milczącym obszarem,
Niebiosa ku nam nachyl i napój nas ciszą.

O! utop nas w Twych światów bezmiernej głębinie,
Posrebrzaj nas jak gwiazdy, rozpuszczaj jak morze,
Nalewaj nas powietrzem w błękitne przestworze,
Nastrajaj nas jak echo i słuchaj jak ginie.

Bladym uczyń nas rankiem, wschodzącym na niebie,
Obłokiem, co w południe leniwo przepływa,
Woalem czarnej nocy, co ziemię nakrywa.
Oswobodź nas od duszy i wybaw od siebie!

lipiec 1921

DALEJ

strona [2] Zofia Korbońska o Janie Lechoniu

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Eseje, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Wiersze i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.