„Basia” znad Naroczy

Wanda Bortkiewicz, z domu Czyżewska, ps. „Basia”, „Barbara Zakrzewska”, przeszła drogę „żołnierzy wyklętych”. Uczestniczka konspiracji antykomunistycznej, więziona w olsztyńskim więzieniu. Sanitariuszka, pielęgniarka, łączniczka. Po 1989 roku odmówiła przyjęcia jakichkolwiek apanaży dla kombatantów. Uznała, że inni są bardziej potrzebujący.

 

Dariusz Jarosiński

„Basia” znad Naroczy

„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia, i przysięgam, że będę wiernie i nieugięcie stała na straży honoru Polski, a o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć będę ze wszystkich sił moich, aż do ofiary mego życia” – słowa przysięgi wojskowej złożonej przez Wandę Bortkiewicz „Basię”.

nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
Zbigniew Herbert
Wilki

Wanda Czyżewska w dwa lata po wyjściu z więzienia. Sierpień 1949 rok

8 lutego 1951 r. wileńskie rojsty pokryte były kopiastym śniegiem. Gruba warstwa lodu skuła okoliczne jeziora, również jezioro Narocz, największe z polskich jezior II Rzeczypospolitej. Dzień był ciemny i krótki. W mateczniku wileńskich żołnierzy panowała cisza.

Tego dnia, wieczorem, w mokotowskim więzieniu prokurator Jakub Lubowski (Chaszesman) odczytał sekwencję wyroku śmierci wobec majora Wojska Polskiego, oficera 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich, dowódcy V Brygady Wileńskiej AK, dwukrotnego Kawalera Krzyża Virtuti Militari – Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, i zarządził egzekucję. Komunistyczni zbrodniarze zmusili majora, by się pochylił i dojrzał jeszcze przed śmiercią ciała zamordowanych przed chwilą trzech swoich kolegów: kpt. Henryka Borowego-Borowskiego „Trzmiela” (Okręg Wileński AK), ppor. Lucjana Minkiewicza „Wiktora” (dowódcy VI Brygady Wileńskiej AK), ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego” (komendanta Okręgu Wileńskiego AK). Dowódcy plutonu egzekucyjnego Adamowi Drejowi (seryjnemu mordercy, który do końca swoich dni pobierał emeryturę dla szczególnie zasłużonych) nawet nie drgnęła ręka. Miał już wyćwiczone strzały w potylicę. W protokole odnotowano, że wyrok został wykonany o godz. 20:15. W latach 1944–1956 tylko w więzieniu przy Rakowieckiej stracono ponad tysiąc polskich patriotów.

Na pożółkłych fotografiach uśmiechnięci chłopcy w polskich mundurach V Brygady Wileńskiej AK. Święcie wierzyli, że wywalczą Polskę niepodległą i „czystą jak łza”. O takiej Polsce śpiewali, marzyli, o taką się modlili. Żołnierze dwukrotnie zabici – najpierw przez oprawców komunistycznych, a później przez służalczych propagandystów tworzących ich czarną legendę.

Urzędniczka leczy chorych

Wanda Bortkiewicz, z domu Czyżewska, ps. „Basia”, „Barbara Zakrzewska”, przeszła drogę żołnierzy, których na początku lat 90. członkowie antykomunistycznej Ligi Republikańskiej nazwali „wyklętymi”. Była żołnierzem legendarnych oddziałów Polskiego Państwa Podziemnego – pierwszego oddziału partyzanckiego AK na Wileńszczyźnie dowodzonego przez „Kmicica”, a potem V Brygady Wileńskiej AK dowodzonej przez „Łupaszkę”. Uczestniczka konspiracji antykomunistycznej, więziona w olsztyńskim więzieniu. Sanitariuszka, pielęgniarka, łączniczka. Po 1989 r. odmówiła przyjęcia jakichkolwiek apanaży dla kombatantów. Uznała, że inni są bardziej potrzebujący.

Wanda Czyżewska pochodzi z kresowej rodziny ziemiańskiej, inteligenckiej, w chwili wybuchu wojny mieszkała z rodzicami w majątku Krynica (gm. Norzyca, pow. Postawy, woj. wileńskie). Była uczennicą IV klasy Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Święcianach. To m.in. z tej szkoły, ale i z wielu innych, chłopcy i dziewczęta z pobliskich zaścianków, wiosek, miasteczek poszli niemal prosto z ławek szkolnych do tworzących się oddziałów AK. To było pierwsze pokolenie wychowane w niepodległej II Rzeczypospolitej, dla którego obrona ojczyzny była sprawą oczywistą. Wanda należała przed wojną do Sodalicji Mariańskiej, do harcerstwa; oprócz rodziny, szkoły, takie organizacje, stowarzyszenia formowały patriotycznie polską młodzież na Kresach.

Rodzice obawiali się, że Wanda może zostać wywieziona na roboty do Niemiec, więc wysłali ją do pobliskiego miasteczka Duniłowicze. Tam ojciec chrzestny Wandy prowadził szpital, do południa dziewczyna była urzędniczką, a po południu pielęgniarką. O buchalterii nie miała zielonego pojęcia i nie miała do niej serca, za to praca na oddziale, z chorymi dawała jej dużą satysfakcję. Mieszkała na stancji u pani Alicji Malec. Powoli szukała kontaktów z siatką konspiracyjną, bo docierały do niej wieści, że już się ona tworzy. – Trafić do konspiracji to był wielki zaszczyt, wyróżnienie, a nawet szczęście – mówi dzisiaj pani Wanda.

W końcu po wielu zabiegach dotarła do siatki konspiracyjnej. Tajnym punktem było pobliskie nadleśnictwo, organizował się oddział „Kmicica”, onegdaj ucznia święciańskiego gimnazjum. Przyszedł ten ważny dzień, kiedy złożyła przysięgę wojskową. Rotę przyjął Władysław Błażewicz „Świt”. Otrzymała pseudonim „Basia”.

Przez ogień nad jezioro Narocz „Basia” dostała pierwsze zadania – m.in. rozpoznanie sytuacji w policji w Duniłowiczach. Wkrótce okazało się, czemu miało ono służyć. W nocy z 1 na 2 sierpnia 1943 r. „Basia” wzięła udział w akcji na Duniłowicze tworzącego się oddziału „Kmicica”.

Akcję przygotowali bracia Błażewiczowie – „Świt” i „Budzik”. Atak na posterunek żandarmerii prowadził Mieczysław Kitkiewicz „Kitek”, późniejszy żołnierz „Łupaszki”. Zlikwidowano kilku Niemców i konfidentów. Zdobyto broń i zaopatrzenie. W czasie akcji rozmowy były prowadzone w języku rosyjskim, by uniknąć represji wobec ludności. Do Brygady „Kmicica” wstąpili prawie wszyscy policjanci, a także wielu pracowników nadleśnictwa, m.in. kolega „Basi” z gimnazjum, Jurek Lejkowski „Szpagat”.

Zadaniem „Basi” było zarekwirowanie narzędzi lekarskich z przychodni, materiałów opatrunkowych, aptekarskich. Nie miała z tym żadnego kłopotu, bo wszystko zostało już wcześniej spakowane. Z miasteczka uciekała furmanką prowadzoną przez jednego z partyzantów. Duniłowicze płonęły, płonął też drewniany most. Udało im się przejechać w ostatniej chwili, kiedy języki ognia ogarniały już furmankę. Nad jeziorem Narocz czekały na nich przygotowane partyzanckie bazy, jedna, w której mieszkali partyzanci, a druga, nieopodal, baza gospodarcza, medyczna. Rozległe lasy, niedostępne bagna, moczary w rejonie jeziora stwarzały doskonałe warunki do działalności partyzanckiej.

Niemal już drugiego dnia pobytu rozpoczęły się intensywne szkolenia sanitarne, medyczne, wojskowe. Przełożoną sanitariuszek była siostra zakonna Ptaszyńska. Oprócz „Basi” szkoliły się: Bronka Audycka „Bronka”, Grażyna Piekarska „Grażyna”, Lidia Lwow „Lala” (późniejsza narzeczona „Łupaszki”), „Danuta”, „Poziomka”. Szkoliła się Janka Wasiłojciówna „Jachna” (późniejsza żona legendarnego partyzanta Leona Smoleńskiego „Zeusa”). „Jachna” poszła do oddziału „Kmicica” razem z rodzicami, jej ojciec, Wiktor Wasiłojć, był szefem bazy gospodarczej. Dziewczęta mieszkały w namiocie wojskowym, dla rannych został zbudowany z drewnianych beleczek niewielki domek.

Oddział „Kmicica” po akcji na Duniłowicze liczył już ponad 150 ludzi. Inne akcje przeprowadzone przez wileńskich partyzantów to m.in. rozbicie posterunku żandarmerii w Kobylniku, rozbrojenie garnizonu niemieckiego w Żodziszkach.

Sowieci okrążają obóz

Jakież było zaskoczenie 23 sierpnia 1943 r., akurat w dniu urodzin „Basi”, kiedy rano obóz został otoczony przez sowieckich partyzantów. Stał żołnierz przy żołnierzu z wymierzonym karabinem. Sowieci mieli swoją partyzancką bazę niedaleko polskiej, oddaloną o 3 km, zdarzały się wspólne akcje przeciwko Niemcom. Dowódcą sowieckiej 1. Wileńskiej Brygady Partyzanckiej był Fiodor Markow, kolega „Kmicica” ze Święcian (razem chodzili do gimnazjum, a później do seminarium nauczycielskiego), Rosjanin, przedwojenny komunista. Jak się później „Basia” dowiedziała, „Kmicic” był często przestrzegany przez dowództwo AK, m.in. majora Stefana Świechowskiego „Sulimę”, za nazbyt bliskie kontakty z Markowem, za zbyt daleko posunięte zaufanie. Sowieci pierwszą nadarzającą się okazję wykorzystali z premedytacją – zamordowali z zimną krwią prawie 80 polskich partyzantów, członków podziemia. Został także zabity „Kmicic”.

– Sowieci poinformowali nas – wspomina pani Wanda – że od tej pory nasz oddział będzie nosił imię Bartosza Głowackiego, że zostajemy podporządkowani Związkowi Patriotów Polskich w Moskwie, któremu przewodniczy m.in. Wanda Wasilewska.

Nie było dnia, aby z obozu nie uciekali polscy partyzanci. Wielu przyłączyło się do tworzącej się wówczas V Brygady Wileńskiej AK, zwanej też Brygadą Śmierci, mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. „Basia” z koleżankami sanitariuszkami też myślała nad sposobem ucieczki. W końcu powiedziały sowieckim bojcom, że nie mają ciepłej odzieży, a zbliża się jesień, więc muszą przynieść ją sobie z domów. Sowieci chyba nie wyczuli żadnego podstępu, bo wydali wszystkim sanitariuszkom przepustki – wąskie paski papieru z okrągłymi sowieckimi pieczęciami. Siostra zakonna Ptaszyńska dostała nawet na drogę krowę.

Ucieczka z cielętnika

„Basia” postanowiła jak najszybciej dotrzeć do Wilna i tam szukać kontaktu z podziemiem. Dziewczęta rozdzieliły się, by w grupie nie wzbudzać podejrzeń niemieckich i litewskich żandarmów. „Bronka” mieszkała niedaleko, więc skierowała się w stronę swojej rodzinnej wioski, „Lala” i „Jachna” już wkrótce trafiły do oddziału „Łupaszki”. Do „Basi” dołączyła „Grażyna”. Szybko miały okazję przekonać się, jak sprawnie działa w terenie siatka konspiracyjna AK. Łącznicy przekazywali sobie sanitariuszki, prowadząc je z jednej wioski do drugiej. Nocowały zazwyczaj u sołtysów, na dłużej zatrzymały się w majątku państwa Soroków.

Niestety, któregoś dnia zabrakło szczęścia. Zostały zatrzymane przez żandarmów litewskich wraz z podróżującymi wspólnie małżeństwem i studentem z Wilna. Litwini przekazali całą pięcioosobową grupę Niemcom w Miadziole. Po kilkudniowym areszcie „Basia” z „Grażyną” zostały zapakowane razem z liczną grupą Polaków do pociągu, którego odkryte wagony służyły do przewożenia bydła (tzw. cielętniki). Transport był pilnie strzeżony przez niemieckich żołnierzy. Kiedy pociąg zatrzymał się na jakiejś dużej stacji kolejowej towarowej, pełnej torowisk, dziewczęta zdecydowały się na ucieczkę. Szczęśliwie żaden ze strzałów oddanych w stronę uciekinierek nie okazał się celny. Wiele pomógł w ucieczce polski kolejarz. Stacja kolejowa okazała się przedmieściami Wilna. Po pewnym czasie dziewczęta zdecydowały się rozstać. „Basi” udało się odnaleźć w Wilnie ciotkę, która ulokowała ją w jakiejś stodole wypełnionej sianem. W międzyczasie została zawiadomiona wileńska siatka konspiracyjna.

Do piwniczki z „Gałązką” na plecach

Do Wilna przywożeni byli ranni partyzanci z terenu, którzy wymagali specjalistycznej opieki lekarskiej, medycznej, a nie tylko doraźnej pomocy sanitarnej. Rannych umieszczano w prywatnych domach, mieszkaniach. Zazwyczaj po południu zajmowały się nimi dziewczyny – studentki. Byli też tacy, którzy potrzebowali całodobowej opieki, „Basi” powierzono właśnie takich chorych. Najpierw, w połowie marca 1944 r., trafiła do państwa Maliszewskich, pierwszym jej pacjentem był mjr Stefan Świechowski „Sulima”. Został postrzelony w płuco. Przyjeżdżał do niego doktor Jan Janowicz, późniejszy lekarz w Olsztynie. Wybitny chirurg, urolog. Powoli „Sulima” zaczął wstawać i z pomocą „Basi” chodzić. Któregoś dnia na ulicy przed domem pojawili się żandarmi.

– Krzyknęłam tylko: policja! I każdy z domowników robił to, co do niego należało – wspomina tamtą historię była partyzancka sanitariuszka. Nikt nie wpadał w panikę. W domu znajdowało się przecież łóżko rannego, opatrunki, narzędzia, należało jak najszybciej wszystko to ukryć przed ewentualnymi nieproszonymi gośćmi.

„Basia” wzięła „Sulimę” pod ramię i wyszli razem przez rzadko używane drzwi ganku na ulicę. Wmieszali się w tłum przechodniów, po czym poszli nad Wilię. Tutaj, daleko od domu, przesiedzieli na ławce nad rzeką niemal cały dzień. Major „Sulima” był poetą, dwa ze swoich wierszy poświęcił „Basi”. Zachowała je do dzisiaj. Dopiero o zmroku udali się na miejsce kontaktowe. „Sulima” pozostał w nowym punkcie, a „Basię” przeniesiono do dzielnicy Piaski. Tutaj opiekowała się rannym partyzantem „Gałązką”, prawdopodobnie był to Eugeniusz Pogorzelski, żołnierz szwadronów „Łupaszki”. W nocy przyjechał doktor Janowicz, „Gałązka” gorączkował, jego stan był ciężki. „Basia” po raz pierwszy asystowała lekarzowi przy wyjmowaniu kuli rannemu.
Kilka razy kobieca intuicja ratowała życie jej i bliskich – tak też było któregoś wieczoru na wileńskich Piaskach. Coś ją tknęło – odchyliła zasłonę w oknie. Dom był otoczony. W ciemnościach pobłyskiwały światełka latarek. „Basia” dała sygnał rodzinie. Ojciec stanął przy drzwiach wejściowych, rozmawiał z tymi, którzy chcieli wejść do domu, matka z córką likwidowały ślady po rannym partyzancie. „Basia”, niewiele zastanawiając się, wzięła rannego na plecy i powoli zeszła z nim po wąskiej i stromej drabinie do piwnicy. – Do dzisiaj zastanawiam się, skąd miałam wtedy tę siłę i energię, by znieść ciężko chorego po szczebelkach drabiny – mówi ze wzruszeniem. – Tam była już wcześniej przygotowana jedna piwniczka z łóżkiem. Ciocia świecą oświetlała mi drogę, żebym mogła wejść z rannym. Przy drzwiach do piwniczki stała szafa, którą ciocia na koniec dosunęła. Słyszałyśmy na górze tupot buciorów, w końcu i w piwnicy zadudniły kroki. Przeszukali cały dom. Dopiero kiedy z hukiem trzasnęły drzwi wejściowe domu i zapadła cisza, odetchnęłam z ulgą.

Kilka dni „Basia” przesiedziała przy „Gałązce” w piwnicy. Po pewnym czasie, kiedy ranny zaczął wracać do zdrowia, „Basię” przeniesiono do innego, ubogiego domu. Sień założona była od dołu do góry drewnem do palenia. W jednej izbie mieszkało kilka osób. Pewnego dnia, gdy sanitariuszka siedziała przy rannym na krześle, do domu zaszli żandarmi, ale kiedy zobaczyli sień zawaloną drewnem i wąziutkie jedynie przejście, ubogie wnętrze, szybko  się wycofali. Stamtąd „Basia” została zabrana na Antokol i zamieszkała u siostry o dziwnym pseudonimie „P.O”.

Uratowało ją Wilno

W czerwcu 1944 r., w czasie akcji „Burza”, trafiły z siostrą „P.O” do majątku Onżadów. Tutaj, w tzw. Czołówce Sanitarnej nr 1, czyli ruchomym chirurgicznym szpitalu polowym, który mógł być rozwinięty w każdym miejscu, w zależności od sytuacji na polu walki, opiekowała się rannymi partyzantami. W lipcu zmieniono miejsce polowego szpitala. Przywożeni byli ranni żołnierze z akcji „Ostra Brama”. W połowie lipca przyszedł rozkaz mobilizacyjny. Wszyscy żołnierze mieli się stawić 17 lipca na koncentracji w Miednikach Królewskich w Puszczy Rudnickiej. „Basia” zabrała się razem z partyzantami 3. Brygady AK por. Gracjana Froga „Szczerbca”, którzy ochraniali szpital polowy. Jechała jednym z wozów, na które załadowano sprzęt wojskowy. Kiedy dostrzegła drogowskaz z napisem Wilno, bez wahania zeskoczyła z furmanki. I znowu uratowała ją kobieca intuicja, a może opatrzność Matki Boskiej Ostrobramskiej, do której często się modliła – później dowiedziała się, że polscy żołnierze AK wraz z niemal całym dowództwem okręgu wileńskiego zostali aresztowani i rozbrojeni w Miednikach przez Sowietów. Ci, którzy nie zgodzili się wstąpić do armii Berlinga, utworzonej przez Stalina, zostali wywiezieni do Kaługi, do łagrów, w głąb Związku Sowieckiego. Wielu zostało zamordowanych, nie powróciło z nieludzkiej ziemi. Jedynie „Łupaszko” nie dał się zwieść podstępowi Sowietów – nie poświęcił żołnierzy w walkach o Wilno, nie pojechał też z żołnierzami V Brygady na koncentrację oddziałów wileńskich AK. Wiedział, że Sowietom, komunistom nigdy nie należy ufać.

„Basia” pieszo dotarła do Wilna. Miała dużo szczęścia, bo trafiła na przedmieście miasta, gdzie mieszkała matka przyjaciół z Duniłowicz, rodzina profesora Siedlara, rozstrzelanego przez Sowietów na oczach całej rodziny. W domu przebywało dużo różnych wojennych rozbitków, uciekinierów, nie było gdzie spać. Ona znalazła miejsce na krawędzi łóżka. Większym jednak problemem był brak jedzenia. Pani Siedlarowa cudem zdobywała mąkę, piekła chleb.

Rannym śpiewały piosenki

Wkrótce „Basia” zaangażowała się w pracę w wileńskim Szpitalu Czerwonego Krzyża przy ul. Mostowej. Tutaj po likwidacji szpitali polowych trafiali ranni żołnierze z oddziałów AK. Dyrektorem placówki był słynny chirurg, dr Zdzisław Kieturakis, późniejszy profesor Akademii Medycznej w Gdańsku. (W latach 60. krążyło w Gdańsku powiedzenie: „jak ci przyłożę, to nawet cię Kieturakis nie poskłada”.) W nocy odbywały się operacje, z którymi w terenie nie można było sobie poradzić, po zabiegach odsyłano żołnierzy na rekonwalescencje do prywatnych domów w Wilnie. Doktor Kieturakis skierował „Basię” od razu na oddział, o nic nawet nie pytając. Pełniła, tak jak inne pielęgniarki, dyżury, jej umiejętności nabyte w czasie ostatnich miesięcy nie różniły się od działań zawodowych pielęgniarek – robiła zastrzyki, opatrunki, asystowała przy operacjach.

– Jednym z najtrudniejszych dni w szpitalu był dzień bombardowania Wilna, dworca kolejowego w Wilnie

– nie kryje wzruszenia jeszcze po latach pani Wanda.

– Lżej ranni zeszli do piwnic, a tym ciężko rannym śpiewałyśmy piosenki, musiałyśmy dodawać im odwagi i otuchy, udawać, że się nie boimy, ale sytuacja była mało wesoła.

Co pewien czas „Basia” chodziła modlić się do Ostrej Bramy. Dużo ludzi wtedy tam przychodziło. Jakaż była wielka radość, kiedy spotkała tam modlącą się matkę. Kobieta przyjechała do Wilna szukać córki. Pojechały razem do Święcian. Jakiś czas „Basia” pracowała w Święcianach w szpitalu. Rodzina była szczęśliwa, że udało się wszystkim odnaleźć, mimo strasznej zawieruchy wojennej, dziejowej.

Sytuacja na Kresach stawała się nie do zniesienia. Każdego dnia można się było spodziewać aresztowania, wywiezienia do łagru. Czuło się wszechogarniający terror, strach. W końcu rodzina postanowiła z ciężkim sercem opuścić rodzinne strony. Zdecydowali się wyjechać.

„Wandziu, nie jedź do mojej siostry”

Jesienią 1945 r. z przygodami dotarli do Olsztyna. Ktoś z rodziny poszedł zorientować się, co to za miasto, reszta czekała na dworcu. Ostatecznie zdecydowali się pojechać do pobliskiego Morąga, gdzie zamieszkał kolega brata „Basi” z rodziną. Zamieszkali w domu, w którym na dole mieścił się Państwowy Urząd Repatriacyjny. Największym marzeniem „Basi” było kontynuowanie nauki, nie wyobrażała sobie, że może wykonywać inny zawód niż pielęgniarki. Wyjechała do Gdańska, zamieszkała w akademiku Akademii Medycznej. Podjęła naukę w szkole pielęgniarsko-położniczej.

W Gdańsku spotyka przyjaciół z partyzantki od „Kmicica” i od „Łupaszki – „Szpagata”, „Żelaznego”, „Zagończyka”. Dowiedziała się, że konspiracja nadal działała. Bez wahania przystąpiła do pracy konspiracyjnej. Została łączniczką V Brygady Wileńskiej AK „Łupaszki”. Codziennie zjawiała się o trzeciej w kaplicy akademickiej w Gdańsku przy ul. Marii Curie-Skłodowskiej. Był to punkt kontaktowy żołnierzy „Łupaszki”. „Basia” przenosiła różne materiały, grypsy.

Po trzech miesiącach dostała nowe zadania od organizacji – wróciła do Morąga. V Brygada zamierzała rozszerzać swoją działalność bojową, operacyjną na Powiślu, na terenie byłych Prus Wschodnich, Mazurach, Warmii, w związku z tym partyzanci musieli otrzymać wsparcie w postaci punktów kontaktowych. Owe punkty stanowiły dla organizacji wileńskiej ogniwa sieci łączności, punkty sanitarne, lokale noclegowe dla kurierów, także wsparcie finansowe. Wiosną 1946 r. „Basia” utworzyła taki punkt w Morągu. Inne tworzyli m.in. ppor. Zygmunt Selmanowicz „Zagończyk”, Regina Żelińska „Regina”, wachm. Wacław Beynar „Orszak”, „Czarny Wacek”.


Więzienny prezent dla Mamy od Wandy

„Basia” pracowała w morąskim szpitalu, większość personelu stanowiły osoby związane jeszcze niedawno z AK. Do „Basi” docierali partyzanci wymagający pomocy medycznej. 23 czerwca przyjechał do niej Jurek Lejkowski „Szpagat” z potwornym bólem ręki – w czasie akcji szpicel uderzył w nią jakimś narzędziem, że pękły w niej kostki. Na zapleczu morąskiego szpitala założono mu na rękę gips i temblak. Noc z 23 na 24 czerwca „Szpagat” spędził w mieszkaniu państwa Czyżewskich w Morągu. Rannym pociągiem pojechał do Olsztyna. 24 czerwca poszedł do państwa Selmanowiczów, rodziny „Zagończyka”, gdzie kurował swoją rękę. 6 lipca ubecy założyli w mieszkaniu Selmanowiczów kocioł. Wygarnęli wszystkich przychodzących. Ponieważ „Szpagat” zostawił u „Basi” cały pakiet dokumentów, które miała zawieźć najpierw do Ostródy, a z Ostródy do Starych Jabłonek – tu miał być punkt kontaktowy – partyzant zrobił rzecz niewiarygodną – przez ubeka przesłał „Basi” z aresztu gryps: „Wandziu, nie jedź do mojej siostry”. Był pewien, że „Basia” właściwie zrozumie tę zakamuflowaną wiadomość – dziewczyna rzeczywiście domyśliła się, że nie może nigdzie jechać. 8 lipca ubecy założyli kocioł w mieszkaniu państwa Czyżewskich w Morągu. W ciągu trzech dni wygarnęli prawie 30 osób, w tym księdza proboszcza, ojca Muzykę. W mieszkaniu zrobili kipisz, odnaleźli jedyny majątek rodziny Czyżewskich, jaki ocalał z wojennej pożogi – zaszyte w pasach złote carskie rublówki. Ocalała jedna i kiedy „Basia” w 1950 r. wychodziła za mąż, ta moneta stanowiła jej posag.


Gryps, który „Basia” otrzymała od Reginy Żelińskiej-Mordas
ps. „Regina” w olsztyńskim więzieniu

Sweterek dla Deca

„Basia” została zabrana w eskorcie ubeków samochodem do Olsztyna. Jak groźny bandyta całą drogę spędziła, leżąc na podłodze samochodu. „Witaj, Basieńko, pół roku na ciebie czekałem” – została przywitana przez śledczego w areszcie. Przez pierwsze trzy doby trwało intensywne śledztwo, zmieniali się tylko funkcjonariusze. Nie podawali jej żadnego posiłku. Cały czas pytali o „papiery”. W końcu chyba już sami śledczy mieli dość, bo dziewczyna milczała jak zaklęta. „A może spaliłaś te papiery?” – podsuwał jej odpowiedź zniecierpliwiony ubek.

Przez trzy miesiące przebywała w izolatce na męskim oddziale. Nie dała się zmiękczyć, nikogo z kolegów, koleżanek nie wsypała. Później została przeniesiona do celi kobiecej, tutaj spotkała się m.in. z siostrami Selmanowiczównami. Nie zapomni do końca życia sytuacji, kiedy któraś z kobiet w celi rodziła. Waliły w drzwi, krzyczały, prosiły o pomoc, nikt jednak nie reagował. W celi siedziało pięć– sześć kobiet.

Nadzorcą klawiszy był niejaki Dec. Kiedy dowiedział się, że sweterek, który „Basia” miała na sobie, zrobiła sama, przyniósł włóczkę, druty i poprosił o podobny dla żony. Kilka razy prosił o zrobienie jakichś swetrów. „Basia” cieszyła się, bo miała zajęcie i szybciej płynął czas. Do dzisiaj pani Wanda nie potrafi zrozumieć motywów zachowania Deca, ale bywało, że kazał strażnikom pozostać na korytarzu, a sam podrzucał ukradkiem kostkę masła, kawałek wędliny, a nawet chleb z grypsami od kolegów.

Rozprawa sądowa trwała tydzień, odbywała się w ratuszu miejskim. 9 maja 1947 r. ogłoszony został wyrok. „Basia” została uniewinniona. Jeszcze dzisiaj brzmią pani Wandzie w uszach słowa sędziego: „Wprawdzie sąd nie daje wiary oskarżonej, ale z powodu braku dowodów jest uniewinniona”. Był to największy proces grupowy Wojskowego Sądu Rejonowego w Olsztynie – dotyczył siedmiu członków i dziewięciu współpracowników V Brygady Wileńskiej AK „Łupaszki”. Tylko trójka z oskarżonych: Jerzy Lejkowski „Szpagat”, Tadeusz Majewski „Tadek” i Józef Stolnik „Skiba” brała udział w akcjach bojowych szwadronów „Łupaszki”. Dwie osoby zostały uniewinnione, wobec dwóch postępowanie karne umorzono, sześciu osobom orzeczone kary poniżej pięciu lat darowano na podstawie amnestii z 22 lutego 1947 r. Trzy osoby, po zastosowaniu ustawy amnestyjnej, skazano na kary zasadnicze trzech lat pozbawienia wolności. „Szpagat”, „Tadek” i „Skiba” skazani zostali na karę śmierci oraz utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze. Na mocy wspomnianej ustawy o amnestii wyrok zmniejszono do 15 lat więzienia.

Nie dane jednak było „Basi” 9 maja 1947 r. od razu znaleźć się w domu w Morągu. Po odczytaniu wyroku kobiety zostały przewiezione do poniemieckiego, zaniedbanego mieszkania. Musiały je wysprzątać, uprać bieliznę i dopiero wieczorem któryś z ubeków warknął: „Jesteście wolne”.

Już nie ma kto nosić sztandaru AK

Po wyjściu z więzienia pani Wanda ukończyła szkołę dla pielęgniarek i położnych w Białymstoku. W 1950 r. wyszła za mąż za doktora Ludwika Bortkiewicza, ślub dawał im ojciec Muzyka. W posagu od mamy otrzymała wspomnianą już złotą rublówkę, pamiątkę po ojcu. W 1961 r. przeprowadzili się z mężem do Ostródy. Wspólnie wychowywali czworo dzieci, wszystkim zapewnili dobre, wyższe wykształcenie. W 1984 r. umarł mąż pani Wandy, bardzo szanowany i ceniony lekarz.

W 1985 r. pani Wanda nawiązała pierwsze kontakty z dawnymi przyjaciółmi od „Kmicica” i „Łupaszki”. Spotykały się przynajmniej raz w roku w kościele św. Brygidy w Gdańsku u ks. Henryka Jankowskiego. Odżywały wspomnienia. Utrzymywała szczególnie serdeczne stosunki z „Jachną”, z Grażyną Cisz, z którymi była u „Kmicica”. Bardzo cieszyły ją rozmowy ze „Szpagatem”. Przed śmiercią w 1992 r. (miał raka płuc) pisał do pani Wandy: „Całe życie byłem prawicowcem, a umieram na lewe płuco”. Dawny partyzant „Kmicica” i „Łupaszki” do końca swoich dni nie tracił dobrego humoru. Dzisiaj pani Wanda czuje się coraz bardziej osamotniona. Nie żyje „Grażyna”, półtora roku temu zmarła w Szczecinie „Jachna”. Choć upłynęło wiele lat, to nadal używa pseudonimów przyjaciół, a nie ich prawdziwych imion. Po 1989 r. pani Wanda przystąpiła do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Ostródzie, a także do Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego. Martwi ją, że nie ma już komu nosić sztandaru AK w czasie uroczystości państwowych, kościelnych. W Gdańsku już nie spotykają się żołnierze por. „Kmicica” i mjr. „Łupaszki”. Odchodzą w smugę cienia najodważniejsi z odważnych znad Naroczy.

Pani Wandzie Bortkiewicz trudno jest ciągle uwierzyć, że sprawczynią wsyp w 1946 r. w Olsztynie i w wielu innych miejscowościach, w tym w Morągu, u niej samej, była jedna z najbardziej zaufanych osób „Łupaszki”, jego łączniczka Regina Żelińska-Mordas „Regina”.

To przez nią na przełomie czerwca i lipca 1946 r. zostali aresztowani przez UBP m.in.: Antoni i Adam Możejko, Jerzy Lejkowski „Szpagat”, Halina, Bogumiła i Norbert Szymanowiczowie, Tadeusz Majewski „Tadek”. „Basia” została aresztowana w Morągu 8 lipca. „Regina” wydała na śmierć kilkudziesięciu żołnierzy „Łupaszki”, w tym m.in. sanitariuszkę Danusię Siedzikównę „Inkę”.

***
Pani Wanda ma duże wątpliwości, czy wartości, o które walczyli i za które ginęli żołnierze „Kmicica”, „Łupaszki”, są dzisiaj w Polsce doceniane. Ze smutkiem obserwuje, jak walczy się z Kościołem katolickim, z krzyżem, jak szydzi się z polskości, z patriotyzmu, a niepodległość zastępuje się jakimiś frazesami kosmopolitycznymi. Było mi przykro zostawiać panią Wandę z jej rozterkami o Polsce. Nie potrafiłem też nic sensownego powiedzieć, kiedy już żegnając się, powiedziała: – Proszę mi dać nadzieję, że w Polsce się zmieni.

_________
Przy pisaniu artykułu korzystałem z książek: Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, „Łupaszka”, „Młot”, „Huzar”. Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944–1952), Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2002; Piotr Niwiński, Okręg Wileński AK w latach 1944–1948, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1999.

Nowe Państwo, numer 5 (75)/2012

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Sylwetki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „„Basia” znad Naroczy

  1. Tomasz Pogorzelski pisze:

    W tym artykule jest wiele nieścisłości dotyczących mojego ojca Eugeniusza Pogorzelskiego. Mój ojciec został ranny w okolicy Węgrowa, skąd po trzech dniach trafił do warszawskiego szpitala Praskiego, gdzie był leczony jako chory na zapalenie płuc. Kuli, która go trafiła, nigdy mu nie usunięto, pozostaje w jego ciele do dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.