Portrety

Artur Oppman urodził się 14 sierpnia 1867 r. w Warszawie, na ul. Leszno, w domu pod numerem 4. Był synem Artura i Florentyny z Sierosławskich. Ojciec brał udział w powstaniu styczniowym, a dziadek w listopadowym. Nazwisko Oppman było niemieckie i pochodziło od przodka, który w 1708 r. przybył do Polski z Turyngii.

 

Piotr Lisiewicz

Schadzki z Dziadem

Bolesław Prus uważał Or-Ota za lepszego poetę od Juliusza Słowackiego, na skutek czego Bolesław Leśmian nazywał go „Or-otomanem”. Artur Oppman, bo tak naprawdę się nazywał, swoimi prostymi wierszykami stworzył legendę starej Warszawy. „Rozkochawszy się w dziecinnych latach w Starym Mieście, które wtenczas zamieszkiwali różni weterani w czamarach, pijani szewcy i pyskate przekupki, zdołał poezją swą uczynić z nich świat odrębny, prawie mityczny” – pisał o nim Jan Lechoń.

Leśmian w satyrycznej scence tak parodiował spotkanie Or-Ota z panną czytającą jego poezję:

Panna
Rzekłam w dni wiosny pierwsze,
Iż głupie są twe wiersze,
Z początkiem zasię zimy
Nie lepsze tworzysz rymy.
Or-Ot
Zemdlałaś, białogłowo,
Wyrzekłszy ono słowo,
Dla mojej satysfakcji
Zemdlałaś mi w redakcji…

Panna
Zemdlałam od niechcenia
Z zbytniego ugrzecznienia.
Wodą mnie opryskano
Z twych wierszy pompowaną!
Or-Ot na długo obrazić się nie mógł. Leśmian w dedykacji swego tomiku nazywał go bowiem najlepszym przyjacielem, a poświęcał mu go „na pamiątkę cudownych i całonocnych – aż do świtu – rozmów o poezji… na podwórzu starej kamienicy na Lesznie”. Sam Or-Ot o pannach z warszawskiego Starego Miasta pisywał na przykład tak:

Figlarne loczki nad zgrabnym czółkiem,
Przy piersiach więź jaśminu.
Czyś ty diabełkiem, czyś ty aniołkiem,
Panienko z magazynu?

Bez nich nie mógł obyć się także wiersz poświęcony staromiejskim strychom:

A gdy szesnaście miałem lat,
Kochając pierwszy raz po cichu,
Pasemko włosów, list i kwiat
Schowałem w jakiś kąt na strychu.

W złej chwili pukiel, list i kwiat
Zmieszałem – dzieciak – ze śmieciami –
Bo tak się stało w biegu lat
Z wszystkimi serca pamiątkami.

Cały Or-Ot i stara Warszawa jest w jego opisie puszczania wianków na Wiśle: „Wisła płonęła od tysięcy świateł; szeregi udekorowanych łodzi, galarów i kryp w różnobarwnych lampionach, z ukostiumowanymi paniami na pokładzie, przepływały przed siedzącą na specjalnych estradach i zgromadzoną na brzegu publicznością; na falach unosiły się wianki, częstokroć ozdobione płonącymi świeczkami, orkiestry grały na statkach, a nad tym wszystkim unosił się skrzydlatym wspomnieniem duch przeszłości”.

Warszawa nie była wolna, więc i wianki były częścią jej odmowy poddania się rosyjskiemu zaborcy. „Moskale nie lubili »Wianków«, jak zresztą nie lubili wszystkiego, co Warszawie przypominało dawne, swobodne lata” – pisał Or-Ot. Dlatego w czasie święta:

Wzrok się barwą karmi.
Grzmią okrzykiem brzegi…
Kręcą się żandarmi
I czyhają szpiegi.

Wszystko to stawało się u Or-Ota wielkim teatralnym widowiskiem, obserwowanym przez publiczność: „Amfiteatralnie wzniesione Stare Miasto z domków swych pradawnych, jak z jaskółczych gniazd, przypatrywało się »Wiankom«… Cieszyli się młodzi, ale bardziej jeszcze radowali się starzy, że obyczaj nie zanika, że przybiera piękniejsze formy i zapada w duszę narodu, aby w niej pozostać na długo, na zawsze”.

Wagary przeciw rusyfikacji

2 czerwca 1979 r. Jan Paweł II na placu Zwycięstwa w Warszawie wołał: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi!”. Chwilę wcześniej, upominając się o pamięć o Polakach walczących o wolność, cytował słowa Or-Ota: „Gdzie są ich groby, Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej – i Bóg wie na niebie!”. Trudno się temu dziwić – polski papież należał do jednego z pokoleń, które na Or-Ocie się wychowało.

Artur Oppman urodził się 14 sierpnia 1867 r. w Warszawie, na ul. Leszno, w domu pod numerem 4. Był synem Artura i Florentyny z Sierosławskich. Ojciec brał udział w powstaniu styczniowym, a dziadek w listopadowym. Nazwisko Oppman było niemieckie i pochodziło od przodka, który w 1708 r. przybył do Polski z Turyngii, jednak, jak pisał młodopolski poeta Zdzisław Dębicki w książce „Portrety”, krwi niemieckiej było w Or-Ocie „tyle co nic”.

Artur Oppman ojciec był właścicielem niewielkiej fabryki, co oznaczało, że stać go było na wykształcenie syna. Uczęszczał on do II Gimnazjum w Warszawie, mieszczącym się przy ul. Jezuickiej. Napisze o nim w wierszu „Wagary”:

Zgraja chłopaków, psotnych jak licho,
Krzyczy, chichocze, śpiewa, jak ptaki.
Kto by tam siedział chmurnie i cicho:
Trzeba gimnazjum dać się we znaki!

Dyrektorem gimnazjum był słynny rusyfikator Trockij. Or-Ot szkolną  atmosferę opisywał następująco: „Starsi cichutko rozprawiali o sztuce i polityce – spiskowali; byli to czytelnicy »Prawdy«, wielbiciele Świętochowskiego i Mariana Bohusza; młodsi pędem wypijali mleko i połykali kajzerki, aby zdążyć jeszcze do »gołębiarskiego« sklepiku, aby napatrzyć się na niesłychanych »fajfrów« i na tkliwie gruchające turkawki”. A na wagary zabierano tomiki Mickiewicza i Słowackiego…

Jak pisze Dębicki, Oppman należał w szkole do „najbardziej przeciw niej zbuntowanych elementów. Toteż nie dotrwał do końca nauki gimnazjalnej”. Przeniósł się do Szkoły Handlowej im. Kronenberga.

Diabli nadali z tymi poetami

„Piętnastoletniemu Arturowi O. Prosimy o zgłoszenie się do redakcji”– taka informacja pojawiła się w lipcu 1883 r. w „Kurierze Warszawskim”. „Świat zawirował mi przed oczyma, a do głowy buchnęła fala krwi gorącej jak ukrop” – wspominał Oppman.

Kilka dni wcześniej wrzucił do skrzynki redakcyjnej, przeżegnawszy się uprzednio trzy razy, zeszyt w kilkoma swoimi wierszami, co uczynił „w głębokiej tajemnicy nie tylko przed rodziną i kolegami, ale nawet przed pewną szafirooką panienką”.

– Będzie chleb z tej mąki, kawalerze, będzie na pewno – tymi słowami powitał 15-latka Władysław Sabowski, znany pisarz, poeta i redaktor „Kuriera”.
– Nowy poeta – zarekomendował kolegom. – Diabli nadali z tymi poetami – usłyszał głos Bolesława Prusa. „Byłem olśniony, wniebowzięty – i ogłupiały doszczętnie” – wspominał Oppman. Kiedyś napisze o tym w wierszu:

Świat, co bajką jest, snem i marzeniem,
Dziwny i odrębny świat,
Tak jak miłość, wita go się z drżeniem, –
Gdy się ma piętnaście lat.

Pierwszy jego wiersz miał ukazać się z podpisem „Ar-Op”, czyli dwiema pierwszymi literami imienia i nazwiska. Jednak wskutek niewyraźnego pisma nastolatka zecer pomyłkowo zmienił podpis na „Or-Ot”. Tego pseudonimu używał już przez całe życie.

Wspomnienia pełną pijąc szklanką

To w tych latach młody Or-Ot poznawał Warszawę. „Chodził w niedzielę na Rynek, na Freta, na Krzywe Koło, na Bugaj, na Wąski Dunaj, na Kamienne Schodki, Rybaki. Chodził i marzył. O tym, jak to żyli tu ludzie dawniej, wtenczas jeszcze, kiedy gubernialne jego miasto było stolicą państwa” – wspominał poeta Tadeusz Hiż, znana postać warszawskiej cyganerii.

Jak pisał Dębicki, ul. Leszno, przy której Oppman mieszkał, była wówczas jedną z najpiękniejszych w Warszawie. Położona była „w przekopie”, to znaczy jezdnia znajdowała się znacznie niżej od poziomu domów. Jezdnię łączył z nimi cały szereg kamiennych mostów, ozdobionych sfinksami i lwami, nadającymi ulicy stylowy charakter.

Kilkaset metrów od domu Or-Ota mieścił się klasztor karmelitów, w którym w 1830 r. Rosjanie zorganizowali więzienie dla listopadowych powstańców.

To przy tej okazji powstał słynny wierszyk:

Kto powiedział, że Moskale
są to bracia dla Lechitów
Temu pierwszy w łeb wypalę
przed kościołem Karmelitów

„Ledwo słońce kwietniowe przygrzało, zaroiły się publicznością, przeważnie młodszą, parki i ogrody miejskie i podmiejskie. W Łazienkach, w Mokotowie, w Królikarni, w Morysinku i w Gucinie snują się pary, najczęściej tylko pary właśnie, i szukają skwapliwie w miękkim, puszystym kobiercu wiosennej zieleni pierwszych, najmilej pachnących fiołków” – pisał Or-Ot w „Mojej Warszawie”. Pojawia się tam pomnik Kopernika, miejsce spotkań młodych:

Błyska z obłoków ranna godzina
Złotym promykiem,
Dżdżysty jesienny dzień się zaczyna
„Pod Kopernikiem”

Młode dziewczęta miały jednak u niego konkurencję, gdy chodzi o schadzki, o której pisał:

I nieraz milej niż z kochanką,
Biegły mi chwile ze starym dziadem,
Wspomnienia pełną pijąc szklanką,
Szedłem zwycięskich orłów śladem.

Nie brakowało na Starym Mieście weteranów powstań styczniowego i listopadowego, stałego elementu krajobrazu. Jak wspominał Lechoń, Stare Miasto było wówczas brudne i zaniedbane, a zamieszkiwali je „weterani w czamarach, pijani szewcy i pyskate przekupki”.

Araczek do herbatki i surdut tabaczkowy

W 1890 r. Or-Ot wyjechał do Krakowa, gdzie studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim język i literaturę XV wieku. Jak pisze Dębicki, okres ten pociągał go „wspaniałym rozkwitem państwowości i kultury polskiej”. Był to początek zdobywania wiedzy o kulturalnej przeszłości Polski, z której słynął. „Zdaje się, że nie ma z tego zakresu dzieła naukowego, pamiętnika, a nawet artykułu, któryby nie przeszedł przez ręce Or-Ota” – stwierdzał Dębicki.

Studiów jednak nie skończył. Przerwał je, gdy ożenił się z Władysławą Trynkiewiczówną, z którą będzie miał trójkę dzieci – córkę i dwóch synów. Po ślubie poeta wrócił do swojej Warszawy. Zaczął wydawać kolejne tomiki wierszy. W 1889 r. ukazał się tom „Poezje”, w 1893 r. „Ze Starego Miasta”, w 1895 r. „Wiosenne kwiecie”, a w 1902 r. „Monologi i deklamacje”.

Jego wiersze ukazywały się w licznych pismach – „Biesiadzie Literackiej”, „Bluszczu”, „Kłosach”, „Tygodniku Mód i Powieści” oraz „Wędrowcu”.
W „warszawskich” wierszach opisywał nie tylko znane miejsca, ale i te mniej reprezentacyjne. Oraz ich mieszkańców i bywalców. W wierszu „Zaułki” czytamy:

Lubię was krętych ulic korytarze,
Stare domy zaułków, szare i posępne,
Godziny na zamkowym bijące zegarze
I odwiecznych kościołów wieże wniebowstępne

Poznajemy też miejsca mniej „wniebowstępne”:

Obok kościoła Bernardynów,
Ku Wiśle mając lico,
Tkwiła wiadoma z sławnych czynów
Kawiarnia „Pod dzwonnicą”.
Czyny te pamięć zapisała,
Wypadek był to rzadki:
Ona jedyna w mieście miała
Araczek do herbatki.

Dowiadujemy się, jak wyglądali mieszkańcy Starego Miasta, choćby nauczyciel Baltazar Podbipięta:

Pan Baltazar ma w pogardzie
Nowoczesny strój światowy,
Nosi spodnie z strzemiączkami
Oraz surdut tabaczkowy. […]

Kto odziewa się inaczej,
Nie ma w głowie krzty oleju –
Tak powiada Podbipięta,
Mości panie dobrodzieju!

Ani jednej nie ustąp pamiątki
Jednak powiedzieć, że Or-Ot po kronikarsku sportretował Stare Miasto, to nie powiedzieć nic.

„Żadne miasto nie posiada takiego poety i takiej poezji…” – pisał Zdzisław Dębicki. Bo „Or-Ota obchodzi nie »martwa natura« miasta, ale dusza miasta i – dla umiejących czytać – czytelna w murach historia tej duszy na przestrzeni wieków. Nie kto inny też, tylko Or-Ot zaludnił Warszawę duchami… dzięki jego poezji duchy Skargi, Małachowskiego, Kilińskiego, Sułkowskiego, Dąbrowskiego, żołnierzy legionowych i napoleońskich i w ogóle duchy tych wszystkich, którzy – umarli – nie przestały nigdy rządzić narodem”. W wierszu „Pięciu poległych” napisze o tym:

 

To, co przeżyło jedno pokolenie,
Drugie przerabia w sercu i pamięci:
I tak pochodem idą cienie… cienie…
Aż się następne znów na krew poświęci!
Wspomnienie dziadów pieśnią jest dla synów,
Od Belwederu do śniegów Tobolska,
I znów przez wnuków grzmi piorunem czynów…
Pieśń, Czyn, Wspomnienie – to jedno: to Polska!

Dębicki stawia tezę dla odbioru twórczości Oppmana kluczową: „Or-Ot, jak mało który z poetów na przełomie naszej niewoli z wolnością, rozumiał, że ten »rząd dusz« w ręku bohaterów, mających prawo obywatelstwa w pamięci pokoleń – to droga do niepodległości”.

Pracował dla niej świadomie, rozumiejąc, że jego zadanie to „wśród najczarniejszej nocy niewoli, kiedy wszystkie tradycje rwały się i szły ku zagładzie – wiązać te porwane nici w tkaninę wzorzystą i piękno jej rzucać przed oczy, odwykłe już od światła i nie umiejące rozeznać się w tym, co i dlaczego posiada wartość”.

Or-Ot podkreślał, że zadaniem poety nie jest szukanie awansów. Może za to zasłużyć na o wiele ważniejszą nagrodę:

Broń po rycersku dziadów swych puścizny
I ani jednej nie ustąp pamiątki,
Bo wielkie serce wielkiej twej Ojczyzny
Tak samo kocha Dziś, jak Wczora szczątki.

Zwiąż to, co było, z tem, co będzie,
Uczyń z tej trójcy wieczystą modlitwę,
A choć odejdziesz za grobu krawędzie,
Pieśń w czyn się zmieni, a czyn: wygra bitwę!

Podobnie jak Dębicki patrzyła na jego twórczość Maria Konopnicka: „Or-Ot nie śpiewa, byle śpiewać. Nie jest błędnym rycerzem, trubadurem pieśni. On ma Rzecz swoją do narodu swego i Rzecz tę z trybuny pieśni wypowiada”. Wprawdzie ma na sztandarze „jedno tylko słowo: »Warszawa«. Ale ze słowa tego widna Polska cała”. Według Konopnickiej Warszawa Or-Ota to nie tylko miasto, ale i „uczuciowa zasada narodowej ciągłości, narodowego trwania”. Owszem, to „barykada wzniesiona może trochę bezładnie, z materiałów, jakie się znalazły pod ręką, ale na której szczycie stoi krzepko Kiliński w mieszczańskiej rogatywce”.

W wierszu „Kiliński” Or-Ot pisze o rosyjskim ambasadorze:

Ambasador: mać jego tatarska!
Wali w szpadę i gniewem zaparska:
„Jakem matki carowej jenerał.
Będę Lachów ze skóry obdzierał,
Zbuntowaną sknutuję Warszawę,
A Kościuszkę psom cisnę na strawę!”.

Tymczasem lud warszawski porwany przez Kilińskiego nie zamierza mu na to pozwolić:

Grzmi, jak orkan, i ryczy, jak lwica,
Do swobody lecąca ulica!
A królewskim zastyga krew rajcom:
Przedawczykom, rajfurom i zdrajcom!
Od zaułków, od starych zakątów
Miga szkarłat pochodni i lontów,
Zemsta ludu w kąpieli czerwonej
Pcha armaty krwawemi ramiony,
Pod kulami płomieniem się pali
I, jak burza, tratuje Moskali!

Jak stwierdzał Dębicki, poezja Or-Ota była „najpopularniejszą poezją epoki, trafiała tam, dokąd nie mogli trafić inni poeci – do suteren i na podstrysza, do owych »facjatek«, gdzie gnieździła się najuboższa, a jednocześnie może najbardziej polska, najbardziej do tradycji narodowych przywiązana ludność stolicy”. Krytyk Kazimierz Czachowski stwierdzał zaś, że Or-Ot należy do tych „niewielu poetów, których utwory popularnością swoją równać się mogą chyba z bezimienną pieśnią ludową”.

Czyngischańskich znaki hord

Przez 15 lat – od 1905 do 1920 r. – Or-Ot pracował w „Tygodniku Ilustrowanym”. W tym czasie w jego domu przy ul. Kanonia bywali najbardziej znani ludzie jego epoki – Władysław Reymont, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Wojciech Kossak, Włodzimierz Perzyński… Duchowe szlachectwo gości nie przekładało się na finanse. „W domu Or-Ota nie przelewało się właściwie nigdy…

Or-Ot urządzał się z zasady tak, że zawsze był bez grosza” – pisał żartobliwie Dębicki.

Najlepiej zarabiał na wierszach dla dzieci i młodzieży, których zbiorki do dziś można znaleźć w księgarniach. „Pisać dla młodzieży to bodaj bardziej wyrafinowana sztuka niż tak zwana wielka literatura. Bo trzeba być naiwnym bez wygłupiania, moralnym bez morałów, mieć fantazję godną młodzieży – czyli być poetą” – oceniał tę jego twórczość w swym „Dzienniku” Jan Lechoń.

Jak pisał Antoni Bogusławski, w latach I wojny światowej

Or-Ot swą twórczością pełnił służbę wojskową bez munduru: „Zmilitaryzował naród, który zaczynał zapominać o broni i o wojsku. Nie był ptakiem śpiewającym sobie i ludziom z dopustu Bożego, ale podżegaczem serc, choćby zapomnieć miano kiedykolwiek jego strof, nic nie zdoła zmienić faktu, że był dla Polski werbownikiem jej przyszłych żołnierzy”. W 1917 r. ukazały się jego „Pieśni o sławie”, w 1918 r. „Pieśni o belwederskim powstaniu”, „Pieśni o księciu Józefie” oraz „Kiliński”.

W 1920 r., mając 53 lata, zaciągnął się do polskiego wojska w stopniu szeregowca. Skierowano go do służby w dziale oświatowym. Powierzono mu redagowanie pisma „Żołnierz Polski”. Zajął się tym z pełnym zaangażowaniem. W wierszu „Marsz Hallera” pisze o 1920 r. i Rosji:

Cios uderza w pierś narodu,
Co za wolność ginąć zwykł:
Barbarzyńskie hordy Wschodu
Niosą topór, knut i stryk!

Nie miał wątpliwości co do tego, czym była, jest i będzie Rosja:

Znamy, wrogu, szlak twój krwawy,
Czyngischańskich znaki hord,
Od Kijowa do Warszawy
Trup i żagiew, krew i mord!

Opór Polaków wobec Sowietów, bez względu na podziały klasowe, były dziełem, do którego się przyczynił. Autorem pracy na temat poezji Or-Ota był ksiądz Ignacy Skorupka, poległy pod Radzyminem…

Molestowanie Or-Ota

Od 1921 r. był redaktorem naczelnym „Żołnierza Polskiego”, którego łamy zapełniała poezja wojskowa. Otrzymywał kolejne wojskowe awanse, do stopnia pułkownika. Odzyskanie niepodległości zmieniło postrzeganie twórczości Or-Ota przez niektóre środowiska. „W zalewie jednodniówek, rocznic, akademii, inauguracji molestowano Or-Ota o uroczyste i stosowne wiersze, które płodził w oczekiwanej tonacji” – wspominał reżyser Henryk Szletyński, współpracujący z reżimem PRL. Przez to, pozostając jedną z najpopularniejszych postaci Warszawy, poeta stawał się obiektem drwinek.

 

Karol Wiktor Zawodziński pisał, że stosunek do Or-Ota „przekroczył granicę koniecznego oddania sprawiedliwości”.

W 1925 r. ukazał się jego tom „Hymn wolności”, a w 1930 r. „Śpiewy historyczne”. Wiele wierszy poświęcił marszałkowi Piłsudskiemu.

W 1927 r. do Polski sprowadzone zostały prochy Juliusza Słowackiego. Był to pomysł Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego. W czerwcu trumnę przewieziono statkiem do Gdyni, a następnie Wisłą do Warszawy. Ustawiono ją w Katedrze świętego Jana. „W czasie żałobnej podróży do stolicy eskortę honorową trzymali dwaj poeci: Lechoń w tużurku oraz Artur Oppman »Or-Ot« w mundurze majora wojsk polskich” – wspominał Tadeusz Wittlin w książce „Szabla i koń. Gawęda o Wieniawie”.

Dębicki podkreślał, że Oppmanowi udała się jeszcze jedna rzadka rzecz: tworząc legendę Starego Miasta, przyczynił się do awansu tej zaniedbanej dzielnicy. „Przemiana ta dokonała się w naszym pokoleniu, a przewodnikiem serc naszych po dzielnicy staromiejskiej  była niewątpliwie poezja Or-Ota” – pisał w 1927 r.

Pod koniec życia Or-Ot na nowo odszedł od patosu. W redagowanym przez Lechonia „Cyruliku Warszawskim” zaczęły się ukazywać jego „groteski liryczne”, pełne świeżości, tak, że młodsze pokolenie nie mogło uwierzyć, że pisze je poeta w latach II RP kojarzący się z patriotycznymi akademiami.
Lechoń wspominał tę jego drugą młodość w swym „Dzienniku”: „Poezja to wieczna młodość, wieczna młodzieńczość – choćby była już poezją wspomnień… wszystko jest w tych wierszach takie same, młode, rozkochane, czułe na wszystkie blaski, kolory, szarości… raz po raz odzywa się poezja »dziewczyny ulicznej«, nie przeklętej przez społeczeństwo, ropiejącej ranami »społecznymi« dziwki… ale dziewczyny, piękniejszej od wystrojonych lalek, wcielenia zmysłów, poezji zmysłów. To był prawdziwy poeta Or-Ot i przez to zawsze młody, chciałoby się powiedzieć: coraz młodszy!” Zmarł w 1931 r. W jednym z wierszy pisał o własnym pogrzebie i dzwonach warszawskich kościołów:

Ukochaną od dziecka swą melodią śpiewną
Niech mi się dzwon po dzwonie srebrnie rozkołysze.
A Bóg da, że na mgnienie ocknę się na pewno
I tę pieśń pożegnalną w trumnie swej usłyszę…

Został pochowany w Alei Zasłużonych na Powązkach.
Wszyscy chórem „Warszawiankę”!

Ale nie sposób urwać tu opowieści o Or-Ocie. Pokoleniom wychowanym na jego wierszach przyszło przeżyć utratę niepodległości, obozy, wywózki i wygnanie. Zrównano z ziemią jego Warszawę. Józef Czapski, autor książki „Na nieludzkiej ziemi”, wspominał, że w łagrach „naiwna” poezja Or-Ota robiła wstrząsające wrażenie.

Nie przypadkiem to jego cytował Jan Paweł II. W PRL dorobek Or-Ota był z przyczyn ideologicznych bagatelizowany. Na wygnaniu w Ameryce Jan Lechoń napisał jednak jeden ze swych najpiękniejszych powojennych wierszy: „Naśladowanie Or-Ota”. Patrząc na ośnieżony Nowy Jork, wspominał zimową, starą Warszawę:

Słyszysz zegar na ratuszu,
I zza murów się wyłania
Szewc, przekupka, stary wiarus
Z dawnych książek do czytania.

Świeci drzewko, chłopcy z szopką,
A nad nimi gwiazda złota,
Wszystko dawne, śmieszne, rzewne,
Jak naiwny wiersz Or-Ota!

Lechoń pisał, że postawa warszawiaków w godzinie próby dowiodła, że Or-Ot opisał ich, wbrew sceptykom, prawdziwie. Znał ich lepiej niż twórcy wierszy mniej „naiwnych”:

O! ty cieniu z dobrych czasów,
Nie jest rzecz to bez znaczenia,
Żem w dalekim, gęstym mroku
Właśnie twego szukał cienia.

I choć szumne umiem słowa,
Znam poezji wielkiej dymy,
Gdy dziś piszę o Warszawie,
Naśladuję twoje rymy.

W nich to bowiem, w tej piosence,
Która uśmiech rzewny budzi,
Jest zaklęty duch Warszawy,
O! poeto prostych ludzi!

Tyś ich poznał: takich samych,
Kiedy na śmierć pewną biegą,
Kiedy idą do ataku
I „wstępują na jednego”.

„Nic na to nie poradzę. Or-Ot był świetnym poetą. Nie wielkim, ale świetnym i prawdziwym. Miał oburzające łatwizny, ale też trafności cudowne, iskry poezji, strzelające czasem z zetknięcia się dwóch słów najprostszych… Poezja Or-Ota ma w swej małej skali coś z tej prawdziwości, którą wstrząsnęła wielka poezja Mickiewicza. Uczucie, prawda robią poezję z jego bardzo prostych, nieraz do znudzenia wciąż powtarzanych słów” – stwierdzał Lechoń.

 

To w tych prostych wartościach opisywanych przez Or-Ota, a zarazem zaszczepianych przez niego wśród ludu, widział szansę na przetrwanie, bo:

To są tylko próby Boże,
Szewców z Piwnej i bab z Rynku,
Gazeciarzy nic nie zmoże!

A pan Artur gdzieś z zaświatów,
Wznosząc teraz w górę szklankę,
Woła do nas: „Już niedługo!
Wszyscy chórem „Warszawiankę”!

Piotr Lisiewicz

Nowe Państwo, numer 5 (75)/2012

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Historia, Wiersze i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Portrety

  1. Jerzy pisze:

    Or-Ot, bo takiego pseudonimu używał Artur Oppman, to także autor Abecadła Wolnych Dzieci. Broszurki pisanej wierszem dla dziatwy polskiej, która uczy patriotyzmu i przybliża bohaterów i historyczne dzieje Polski. Warto aby ta broszurka znalazła się wraz z elementarzem w każdym domu polskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.