Marcin Wolski: Post-Polonia (fragmenty)

4 czerwca w najnowszych dziejach Polski zajmuje miejsce szczególne. 4 czerwca 1989 r. odbyły się wybory wynikające z decyzji Kółka Graniastego Czworokanciastego, które dało początek Trzeciej Rzeczypospolitej. 4 czerwca 1992 roku upadł „rząd przełomu” mecenasa Olszy i skończyły się ambitne plany oczyszczenia sfery publicznej z agentów, …

tajnych współpracowników i innej nomenklaturowej swołoczy. W nowszych czasach tego dnia Republika Federalna wyszła ze strefy Euro, rok później rozbił się pod Jekaterenburgiem samolot prezydenta Rosji, a w 2019 roku doszło do objawień w favelach pod Rio Janeiro, gdzie grupie „dzieci ulicy” ukazała się Matka Boska, mówiąca takie rzeczy, że gdyby miały się spełnić w terminie, świat powinien zabrać się za swą moralną odnowę i to szybko.

W czwartek, 4 czerwca 2020 r. w Sejmie przy ulicy Wiejskiej panowało znaczne poruszenie, choć dla najbardziej nawet głupiego dziennikarza było jasne, że najważniejsze sprawy państwa załatwiane są gdzie indziej, a tu można co najwyżej spodziewać się klepnięcia. Rządząca samodzielnie Partia Obiecanek była w stanie przegłosować każdą ustawę. Jeśli więc tego dnia pojawiło się więcej dziennikarzy w gmachu przy Wiejskiej, wynikało to trochę z sensacji, jaką miała być wizyta w Wysokiej Izbie Królewskiej Pary ze Sztokholmu. Od pewnego czasu nasz kraj odwiedzali najwyżej trzeci zastępcy sekretarzy stanu czy pozbawieni znaczenia wiceministrowie państw Mitteleuropy. Prezydenci USA latali do Rumunii, czołowi Europejczycy do Czech, Rosjanie na Słowację. Do Polski nie latał nikt, bo po co? Nawet złoża łupków sprzedano bez targów za psią cenę jakiejś firmie z Cypru, należącej do ruskich Chińczyków czy raczej chińskich Rosjan z Irkucka. Inna sprawa, że odpowiedzialny za transakcję minister skarbu kupił sobie potem jakąś wysepkę na Polinezji, na którą uciekł z grupką znajomych urzędników-przekręciarzy i dopiero stamtąd przysłał kolegom z rządu pocztówkę z palmą i podpisem: „Łeb w łupki, głupki!” (…)
Wszyscy spodziewali się, że przywitania pary królewskiej dokona marszałek izby Janusz Moczypies, ale o głos w trybie pilnym poprosił Prezes Radu Ministrów.

Ronald Duck, charyzmatyczny przywódca Partii i Narodu, znany z tego, że z dziecinną łatwością wygrywa wszelkie wybory i jak żartowano po latach wygrałby nawet konkurs piękności na wystawie psów rasowych – nie wyglądał tego dnia najlepiej, a z pewnością różnił się od swoich licznych portretów wiszących po szkołach i urzędach. Chudy jakiś, przygarbiony i wyłysiały, stał pochylony z ręką opartą mocno na pulpicie, bo trzęsła mu się dziwnie, tak jakby miast futbolu całe życie przekoziołował w koszykówkę. Z dawnego Ronka Trampkarza pozostały jedynie oczy, które acz podkrążone z bezsenności, nadal płonęły wilczo.

– Korekcja! – syknął przewodniczący Krajowej Rady Poprawności Politycznej Lokajczyk, który osobiście nadzorował transmisję. Błyskawicznie włączył się program automatycznej naprawy wizerunku medialnego, który sylwetkę wyprostował, włosy zgęścił, usta rozchylił w uśmiech szczery i dobroduszny, zaś rękę wsunął do kieszeni w luzackiej pozie. I już teraz nikt nie uwierzyłby żadnym złośliwym plotkom, że pan premier nie rządzi, zdając się głównie na swych ministrów – defensywy Tomasza Limoniaka, spraw zagranicznych Radwana Wróbelskiego i krajowych, którymi zawiadywał Michał Pony, sam zaś otoczył się gronem szamanów heruspików, wróżów i jasnowidzów, z którymi strategie wymyśla i w mały bilard z grzybkiem pogrywa…
Zrazu wyglądało to jedynie na uroczyste przywitanie, wszelako Ronald nie poprzestał na komplementach wobec królewskiej pary, wyraźnie przypominając sobie o swym historycznym wykształceniu, cofnął się aż do zamierzchłych czasów I tysiąclecia, przypominając kulturotwórczą rolę Gotów w Polsce Centralnej i Waregów na kresach, wspomniał o skandynawskim rodowodzie Mieszka I, w istocie Wikinga Dagoberta, sławił unię kalmarską i wspaniałość domu Wazów. (…)

– Zaliż kiedykolwiek byliśmy większą potęgą niż wówczas, gdy dla szwedzko-polsko-litewskiej dynastii Bałtyk był morzem wewnętrznym – głos premiera nabrał wręcz tonów patetycznych. – Kiedy polskie chorągwie z woli postępowego odłamu społeczeństwa moskiewskiego powiewały z murów Kremla, a wojska Gustawa Adolfa w imię obrony tolerancji religijnej przecinały Niemcy jak masło?

Ozwały się spontaniczne brawa. Ale Duck zgasił je ruchem ręki.

– Dlatego, Wysoka Izbo, wasze królewskie moście, panie prezydencie, nie powinien dziwić was okrzyk, który wzniosę, okrzyk, który ucieleśnia nasze nadzieje, plany i aspiracje, który, wierzę, podzielą z nami miliony rodaków i wszystkich tych, który życzą sobie w środkowej Europie porządku, pokoju i dobrobytu: „Wiwat, Carolus Gustawus Rex, od dziś dnia miłościwie nam panujący!”.

– Wiwat! – podchwycił marszałek, sekretarze i paru liderów Partii Obiecanek z pierwszych ław poselskich… Jednak w reszcie izby zaległo milczenie tak głuche, że słychać było tylko cichy szum komputera służącego zliczaniu głosów.

– Czy my dobrze słyszym? – zawołał ubrany w galowy mundur strażaka Waldemar Kargul, były wicepremier. Ronald nie odparł nic, jeno zwrócił swój wzrok ku górze, na prezydenta Gomorrowskiego, który opuścił swój stolec z niechybnym zamiarem zabrania głosu.

– O szczegóły regulacji prawnych, które wprowadzają natychmiastowe połączenie naszych narodów pod wspólnym berłem w jeden organizm, proszę pana prezydenta Wronisława Gomorrowskiego, a gdy już zgodę da Bóg, jednomyślnie uchwalim wicekróla naszej wspólnej monarchii.

Braw wiele nie było, gwizdów takoż, ludzie byli zbyt zaskoczeni, zbyt oszołomieni, by zareagować. Nadto obecność szwedzkiego suwerena onieśmielała nieco i powstrzymywała możliwą pyskówkę. Zresztą, po ostatnich wyborach przeważali na sali ludzie odpowiedzialni, nieskorzy do awantur, po przykładzie Jarosława Indykiewicza (umieszczonego w Ośrodku Badania Schizofrenii Bezobjawowej na środku jeziora Wiagry) wiedząc doskonale, jak kontestacje mogą się skończyć.

Gomorrowski mówcą wielkim nie był, ale jego doradca Tomasz Obwarzan wystąpienie mu napisał precyzyjne – ergo odwołując się co i rusz do Boga i Historii, a także dialektycznej nieuchronności, czytał kolejne punkty traktatu – z których wynikało, że Korona Szwedzka długi polskie przyjmuje, najniższe płace gwarantuje, takoż zatrudnienie w sektorach państwowych podejmuje się utrzymać, a nawet zwiększyć. Autostrady miały być dokończone w lat pięć, szybkie pociągi wprowadzone w lat dziesięć, a standardy europejskie obowiązywać już od dziś. I jawiła się transformacja krainy w państwo miodem i mlekiem płynące, cudów pełne, w dodatku sprawnie i uczciwie, bo cudzą ręką zarządzane.

Przysłuchujący się z ław rządowych Karol Gustaw tylko łaskawie dłonią kiwał i uśmiechem pańskim kolejne aprobował. Potem odegrano oba hymny i szwedzka para oddaliła się wśród barw i wiwatów (w radiu i telewizji nadanych na wszelki wypadek z taśmy). Zgromadzeni nadal byli tak osłupieni, że nikt głośno nie protestował, przekonany, że w trakcie dyskusji z projektu pozostaną strzępy, a i te na długo ugrzęzną w komisjach.

Tymczasem ledwie prezydent umilkł, już marszałek Moczypies głosowanie zarządził.

– Chwileczkę, a dyskusja?! – zakrzyknęli posłowie z dalszych ław, niezależnie od barw politycznych.

– O czym tu dyskutować? Porozumienie zawarte, a izba może je jedynie przyjąć bądź…– marszałek uśmiechnął się szelmowsko –… odrzucić.

– Głosujmy, głosujmy! – zaczęli wołać na wyścigi posłowie Partii Obiecanek, choć w przeważającej liczbie po równi z opozycją zaskoczeni, jednak z dawna do podejmowania podobnych decyzji przygotowani. Jak by nie było od dekady blisko przemądre media i gazety jednym głosem sławiły ów rząd za europejskość, postęp oraz internacjonalizm, wbijając w otwarte głowy, że pojęcia takie jak patriotyzm, ojczyzna czy suwerenność to archaiczne dyrdymały, szkodliwe zabobony, przeszkadzające ich rodakom stać się rzeczywiście wolnymi obywatelami świata.

Niestety, nastrój cokolwiek wymuszonej zgody nie trwał długo. Już poderwał się poseł Antoni Macierenko, który jakimś cudem jeszcze się w Wysokiej Izbie uchował, i krzyczeć począł wielkim głosem, że to zdrada oczywista i suwerenności kraju zatrata. Wsparła go posłanka Anna Przysługa (kiedyś od spraw zagranicznych minister), która rzuciwszy się na próg, suknię rozdarła, pierś wielce nieopaloną ujawniając. Poderwali się i inni, w tem i koalicjanci – jak Eugeniusz Sromotek z Partii Kmieciów Polnych i Jarosław Prawin – wielki statysta z Krakowa, a nawet sędziwy Leszek Killer dziwnie na starość sporządniały. Do protestujących dołączył też, chyba przez pomyłkę, legendarny profesor Stefan Nieśmiałowski, co szczególnie musiało zaboleć pana premiera, bo go jak własnego ojca szanował.

I słowa „zdrada, zdrada” poczęły zataczać kręgi coraz szersze, nawet dopotąd posłusznym deputowanym w głowach mącąc.

Tumult się uczynił wielki – próżno marszałek laską walić zaczął, aż ta w rekach mu pękła, tak pechowo, że palec serdeczny, w który drzazga mu weszła, ssać musiał.

Szczęściem, całej tej sromoty nie oglądał ni kraj, ni świat, bo szczególnym trafem, ledwie się Macierenko zerwał, w programach telewizji publicznej pojawiła się plansza „przepraszamy za usterki”, a w kanałach prywatnych zrobiono przerwę na reklamy.

Tymczasem aktyw PO żywy mur wokół mównicy uczynił, przystępu do mikrofonów broniąc. Widząc, że wszelkie prośby o udzielenie głosu nie skutkują, Macierenko w dramatycznym geście swą legitymację poselską dobył i na stół marszałkowski cisnął. Zarazu uczynili tak inni i Joachim Czyściński, i Michał Kaufman, i Adam Ochot – niegdysiejszy spoin doktor, i Przysługa, i Sromotek, i Killer, i Prawin…

I sypały się owe karty magnetyczne jak deszcz…

A marszałek Moczypies tylko okiem do Ronalda mrugał, jakby chcąc powiedzieć: „Świetnie, sami się immunitetów pozbawiają”.

A w słuchaweczkach, jakie funkcjonariusze straży marszałkowskiej i BOR-u w uszach mieli, rozkazy poczęły się rozlegać surowe, acz oczywiste, zakończone wezwaniem: „czyńcie swoją powinność” (…)

Marszałek zdążył jeszcze przerwę zarządzić i wakacje parlamentarne ogłosić. Konsternację wywołując powszechną.

– A głosowanie? – wołali pospołu nieomal wszyscy.

Ów ramionami tylko wzruszył i na tablicę wielką pokazał, która naraz ożyła, przekazując transmisję za TKM–24. Widać było na niej, podobnie jak na telewizorach w kraju i na świecie, las rąk poselskich, a dolnym podpaskiem szła informacja, że Sejm Rzeczypospolitej przyjął traktat z królestwem szwedzkim przez aklamację.

Książka „Post-Polonia” ukazała się 11 maja 2012 r. nakładem Wydawnictwa M.

http://www.gazetapolska.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Eseje, Historia, III RP i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Marcin Wolski: Post-Polonia (fragmenty)

  1. Jerzy pisze:

    Nic ująć nic dodać- sztuka satyry w najlepszym wydaniu Mistrza Wolskiego. Kiejdany Radziwiłłowskie i Sejm III RP, ten sam duch i ludzie. Dałby Dobry Bóg aby ta Partia Obiecanek razem z całym swoim aktywem, szybko znalazła się na śmietniku historii. Tam jest jej miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.