Ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej

Anna Zechenter

Dwie trumny przykryte biało-czerwonymi flagami spoczywają na gołej ziemi. Pod smoleńskim niebem zebrała się niewielka grupka polskich naukowców, którzy ukończyli w lasku katyńskim ekshumacje wymordowanych wiosną 1940 r. polskich oficerów.

NA STRONACH:
strona [2] Anna Zechenter, Zachód znał prawdę o Katyniu
strona [3] Anna Zechenter, Zamknąć usta Świadkom świadkom

zobacz film >Nie zabijaj – reż. Józef Gębski, prod. 1992, o pracach ekshumacyjnych w Miednoje i Charkowie w 1991 roku.

 

Ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej

Od 1991 r. musieli na każdym kroku przełamywać opór najpierw władz sowieckich, a później – z nazwy – rosyjskich. Ale rozkopali doły śmierci, uporządkowali ludzkie szczątki, pochowali je po chrześcijańsku. Widzieli rzeczy straszne: rozwarte w wiecznym krzyku usta czaszek; dłonie skrępowane sznurami z tyłu, oddzielone od ciał; zwłoki zachowane tak dobrze, że zobaczyć mogli rysy twarzy, i szkielety bez głowy. W tym wielkim przedsięwzięciu, na miarę historyczną przecież, pozbawieni zostali wsparcia i ochrony ze strony własnego państwa, pomocy Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy i MSZ pod kierunkiem kolejno Krzysztofa Skubiszewskiego, Andrzeja Olechowskiego i Władysława Bartoszewskiego.

Ludzie, którzy zakończyli swoją misję, czekają teraz, rankiem 7 września 1995 r., na przybyszy z Polski, by tam, w lasku katyńskim, odprawić nabożeństwo pogrzebowe generałów II Rzeczypospolitej, Mieczysława Smorawińskiego i Bronisława Bohaterewicza – dwóch z 14,5 tys. polskich jeńców wojennych zastrzelonych w Katyniu, Charkowie i Kalininie (Twerze). Na grobach staną drewniane krzyże przywiezione, tak jak trumny, z Polski. Tymczasem ani bliskich gen. Smorawińskiego, ani rządowej delegacji nie ma. Pociągiem przyjechali przedstawiciele Rodzin Katyńskich, na miejscu są też dalsi krewni generała i uczniowie ze szkoły jego imienia w Turku.

Wreszcie okazuje się, że oficjalna delegacja z kilkoma generałami i biskupem polowym Sławojem Leszkiem Głódziem nie przyleci. Bo władze zapomniały wystąpić w porę do Rosjan z prośbą o zgodę na lądowanie samolotu wojskowego – taka informacja dociera do Katynia. Z czasem okazuje się, że Sztab Generalny wiedział dzień wcześniej o braku zgody, ale mimo to na lotnisku w Warszawie urządzono komedię na użytek pasażerów: kazano im czekać na odpowiedź Rosjan, która nie miała nadejść.

Wśród obecnych w lasku katyńskim są Andrzej Przewoźnik – sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – oraz Stanisław Mikke – adwokat, uczestnik ekshumacji i redaktor naczelny miesięcznika „Palestra”.

Minie 15 lat i znów na przylot oficjalnej delegacji czekać będą zgromadzeni w Katyniu członkowie Rodzin Katyńskich, dziennikarze, harcerze. Tym razem w samolocie lecącym na Siewiernyj w Smoleńsku znajdą się ci, którzy w 1995 r. nadaremnie wyglądali przedstawicieli państwa polskiego: Stanisław Mikke i Andrzej Przewoźnik. Tym razem, w 70. rocznicę Zbrodni Katyńskiej, samolot rozpadnie się w powietrzu nad samym lotniskiem. Zginie prawie 100 osób, a wśród nich prezydent Lech Kaczyński i prezes IPN, generałowie i posłowie.

Zginie także wnuczka Mieczysława Smorawińskiego. Analizy niezależnych od władz naukowców jednoznacznie wskażą, że na pokładzie maszyny doszło do dwóch wybuchów „z udziałem osób trzecich”.

Pogrzeb obu generałów w 1995 r., zamykający czas przygotowań do budowy w Katyniu, Miednoje i Charkowie polskich cmentarzy wojennych, odbył się „daleko od wolnej przecież, ale jakby obojętnie milczącej Ojczyny – pisał Stanisław Mikke. – Czyżby zapomniała o swoich bohaterach? Uczestnicząc w tej uroczystości z garstką rodaków, trudno odsunąć od siebie myśl, że oto jesteśmy znoszeni przez prąd historii. Cichy, przypominający wiejski pochówek, pogrzeb najlepszych polskich żołnierzy. Przez to bardziej jeszcze wstrząsający”. I przemilczany przez media – dodajmy.

„Tu zaczyna się Golgota”…

A był taki czas, kiedy za prawdę o zbrodni NKWD ludzie płacili życiem – jak zamordowany w Krakowie przez NKWD w 1945 r. płk Antoni Hniłko „Bomba”, szef Oddziału V (Łączności) Krakowskiego Okręgu AK. Według zachowanej relacji jego brata Józefa, „Bomba” schował skrzynie z przedmiotami odkopanymi przy zwłokach w kościołach, klasztorach, nawet w wejściach do kanałów.

Do tajnych aresztów NKWD trafili dr Jan Zygmunt Robel, szef zespołu w Oddziale Chemicznym Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki w Krakowie, ratujący od 1943 r. dowody z dołów śmierci, i dr Marian Wodziński, patolog, uczestnik pierwszej, niemieckiej, ekshumacji w 1943 r.

Lata w więzieniu spędził dr Henryk Münch, który aż do wpadki w 1947 r. ukrywał część zapisków ofiar między papierami w Archiwum Akt Dawnych w Krakowie.

Najpierw infamią i pomówieniem o zdradę władze Polski Podziemnej ukarały dwóch pisarzy, Józefa Mackiewicza i Ferdynanda Goetla – członków delegacji PCK zaproszonej przez Niemców w 1943 r. do Katynia. Dowództwo Armii Krajowej za wroga numer jeden uważało III Rzeszę, a zarazem nie rozumiało sytuacji podziemia na Kresach, za mało wiedziało o bolszewickich metodach, nie dostrzegało zagrożenia ze Wschodu. Ludzi, którzy narażali dobre stosunki z prosowieckimi wówczas aliantami, uważano za wrogów polskiego interesu – również za sprawą sowieckiej agentury, która przeniknęła do krajowych i londyńskich elit.

Zarzuty o kolaborację z Niemcami wysunęli przeciwko obu pisarzom po wojnie także moskiewscy rządcy, którzy weszli na ziemie polskie u boku Armii Czerwonej. Za Goetlem prokuratura rozesłała listy gończe, więc musiał w grudniu 1945 r. uciekać do Ankony we Włoszech, do 2. Korpusu gen. Andersa, gdzie został oczyszczony z zarzutów.

Józef Mackiewicz, powróciwszy w 1943 r. z Katynia, dał – za zgodą władz Polski Podziemnej – wywiad gadzinowemu „Gońcowi Codziennemu” w Wilnie. „Był chłodny dzień i nad Smoleńsk, od strony frontu, ciągnęły szkwałowe chmury, zlewając deszczem okoliczne ruiny domów – mówił. – Ludzie obyci twierdzili, że jest to pogoda najodpowiedniejsza. Zimno i deszcz, wiatr rozpędza swąd trupi, no i nie ma much. Można zatem wytrzymać. W pewnym miejscu szosa przekracza szyny kolejowe i biegnie wśród wyrębów. »Tu – powiedział ktoś – zaczyna się ta Golgota«… To znaczy od stacji Gniezdowo. Stąd tylko cztery kilometry do lasku katyńskiego”.

Pierwsze wrażenie było porażające: „Straszliwy odór przyprawił mnie w pierwszej chwili o mdłości, zanim całym wysiłkiem woli zdołałem się opanować. Poszliśmy ścieżką usianą wydobytymi już rzędami trupów i tam, za grubą sosną, za wałem świeżo wykopanego piasku, spojrzałem w dół. Straszne. Jeden, dwa, trzy trupy ludzkie robią już ciężkie i przygniatające wrażenie. Proszę sobie wyobrazić ich tysiące, tysiące, i wszystkie w mundurach oficerów polskich… Kwiat inteligencji, rycerstwo Narodu! Tworzą warstwy w głąb, warstwy ciał ludzkich jedne na drugich. (…) Obnażyliśmy głowy i stali nieruchomo, jakieś ptaszki ćwierkały na sośnie. Deszcz akurat przestał padać, błogosławiony wiatr odegnał na przeciwną stronę grobu odurzający swąd. I nawet na chwilę wyjrzało słońce. Był to moment, którego nie zapomnę nigdy, bo promienie tego słońca padły i zabłysły nagle na złotym zębie czyichś tam, w głębi, na wpół otwartych ust. Odchyliłem głowę, by zmienić kąt odbicia i nie patrzeć na te słoneczne igraszki”.

Rząd Jego Królewskiej  Mości kłamie jak z nut

Po zajęciu Polski przez Sowiety uciekł do Włoch, gdzie zdjęto z niego odium współpracy z hitlerowcami. Przez dziesiątki lat odnotowywał poszlaki podrzucane przez Moskwę, punktując najdrobniejsze elementy dezinformacji w dwóch książkach „Zbrodnia Katyńska w świetle dokumentów” z 1948 r. oraz „Mordercy z lasu katyńskiego” z 1951 r., a także w setkach artykułów na emigracji.

Unaoczniał cynizm Zachodu dyktowany interesem politycznym i militarnym. „Przez cały dzień 14 kwietnia [1943 roku] trwa, po stronie Aliantów, kłopotliwe milczenie – wspominał pierwsze dni po ujawnieniu przez Niemców sensacji katyńskiej. – Ale w czterdzieści osiem godzin po ogłoszeniu rewelacji niemieckich rząd sowiecki, ten sam rząd sowiecki, który w przeciągu całego roku nie mógł dać jakiejkolwiek usprawiedliwionej wskazówki, gdzie się podzieli zaginieni jeńcy, ten rząd sowiecki, którego dyktator Stalin, jego ministrowie, szefowie policji politycznej NKWD, komendanci obozów i wszyscy inni funkcjonariusze olbrzymiego państwa, rozkładali tylko ręce i wzruszali ramionami, nagle teraz, za pośrednictwem urzędowej agencji Tass, podaje, jako o rzeczy notorycznie znanej: Jeńcy polscy, o których mowa, osadzeni byli w okolicy Smoleńska w specjalnych obozach i zatrudnieni przy budowie szos. Nie zdążono ich ewakuować w chwili zbliżania się wojsk niemieckich, toteż wpadli w ich ręce. Skoro obecnie znalezieni zostali jako pomordowani, to znaczy, że ich zamordowali Niemcy, a w celach prowokacji rozpuszczają oszczerczą wiadomość, że to zrobiły władze sowieckie”.

To oświadczenie sowieckie polecił rozpowszechnić Rząd Jego Królewskiej Mości. Rankiem 15 kwietnia z rozgłośni BBC padły te słowa: „Radio moskiewskie oficjalnie i kategorycznie zaprzeczyło dziś wiadomościom rozpuszczanym przez Niemców o rozstrzelaniu przez władze sowieckie oficerów polskich. Te kłamstwa niemieckie wskazują, jaki los spotkał tych oficerów polskich, których Niemcy zatrudniali w r. 1941 przy budowach, w tamtych okolicach”.

„Od tej chwili – podsumowuje Mackiewicz – wersja sowiecka, powtarzana przez radio i prasę moskiewską ustala się”.

Miesiąc później, w maju, Owen O’Malley, brytyjski ambasador przy Rządzie RP na Uchodźstwie w Londynie, składa w swoim MSZ raport, w którym stara się przekonać zwierzchników: „Dysponujemy obecnie znaczną liczbą świadectw negatywnych, które zebrane razem każą wątpić w rosyjską wersję co do odpowiedzialności za Katyń”.

Jego słowa wywołują natychmiastową reakcję pracownika Foreign Office, Williama Denisa Allena: „O’Malley podejmuje się czegoś, co jak sam przyznaje – jest »czasami fragmentaryczną i oczywiście niepełną« rekonstrukcją tego, co mogło się wydarzyć w Katyniu, prowadzącą do ostatecznej, upiornej wizji Stalina skazującego Polaków na rzeź. Wydaje się, że ten fragment służy wyłącznie rozbudzeniu u czytelnika antyradzieckich namiętności i uprzedzeń. Drogą krętnej argumentacji o przenikaniu moralności do międzynarodowej polityki [O’Malley] zaleca wprowadzenie równowagi do naszego myślenia oraz niedopuszczenie do zapomnienia o radzieckiej zbrodni w Katyniu w naszych przyszłych stosunkach ze Związkiem Radzieckim. Tak naprawdę stosunki z Rosjanami powinny być w przyszłości podporządkowane moralnej konieczności »obrony ducha tych dzielnych, nieszczęśliwych ludzi i usprawiedliwienia żyjących przed martwymi«. W istocie O’Malley nakłania nas do postępowania zgodnie z przykładem, który Polacy są, niestety, skłonni nam dawać, byśmy w naszej dyplomacji pozwolili sercu rządzić głową”.

Prawda nikomu niepotrzebna

Ówcześni polscy sojusznicy znali ponad wszelką wątpliwość prawdę o Katyniu – a przynajmniej dysponowali poważnymi materiałami, każącymi brać polską wersję pod uwagę. Przecież grupa wywiadowcza ZWZ/AK dotarła pod Smoleńsk jesienią 1940 r., gdzie znalazła groby i rozkopała jeden z nich; przecież w lutym 1942 r. pierwsze informacje na ten temat dostał ambasador USA w Moskwie, admirał William H.S. Stanley, a jego doniesienie trafiło do Waszyngtonu; przecież John F. Carter, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Roosevelta, przekazał mu ustny raport, w którym potwierdził na podstawie zebranych przez siebie informacji, że mord w Katyniu został popełniony przez bolszewików. Ale prezydent nakazał mu zachowanie tej sprawy w najściślejszej tajemnicy. Wreszcie, w maju 1945 r. ppłk John Van Vliet, jeniec wojenny zawieziony przez Niemców do Katynia, opowiedział w departamencie obrony USA o tym, co widział podczas ekshumacji 1943 r. Nakazano mu zachowanie milczenia, a jego meldunek opatrzono gryfem „top secret”.

Prawdę ogłoszono na Zachodzie dopiero wtedy, kiedy była potrzebna w zimnowojennej rozgrywce z Sowietami. W 1951 r. Izba Reprezentantów Kongresu USA powołała Komisję pod kierownictwem Ray’a Johna Maddena – ogłoszony w grudniu 1952 r. raport wskazywał jednoznacznie na winę Sowietów. Czy mogło to jednak mieć jakiekolwiek znaczenie dla Kremla? Moskwa szła w zaparte: zarzuciła władzom amerykańskim „zohydzenie Związku Sowieckiego i rehabilitację hitlerowskich zbrodniarzy”. Wtórowali im warszawscy komuniści, ogłaszając, że „naród polski od początku nie miał żadnych wątpliwości, że potworna zbrodnia katyńska jest dziełem zbirów hitlerowskich. Kłamstwa propagandy hitlerowskiej zostały ostatecznie przygwożdżone przez dowody nagromadzone i niezbicie ustalone w obecności przedstawicieli polskich przez radziecką »Komisję Specjalną dla ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania jeńców wojennych, oficerów polskich przez niemieckich najeźdźców faszystowskich« – czyli osławioną komisję Nikołaja Burdenki, która ogłosiła w styczniu 1944 r. to, co kazało jej ogłosić NKWD.

W latach 70. zasady détente, a potem kodeks poprawności politycznej nakazywały udawać, że nigdy nie było oświadczenia komisji Maddena. Kiedy w 1971 r. w Londynie angielsko-polski Fundusz Budowy Pomnika Katyńskiego z deputowanym do Izby Lordów lordem Barnby na czele zapowiedział budowę pomnika katyńskiego, podniosła się wrzawa. Oburzony był sowiecki ambasador w Wielkiej Brytanii, protesty słali sekretarz KPZS Breżniew i szef KGB Andropow. A przecież w skład Funduszu weszli tacy ludzie jak lord St. Oswald i posłowie do Izby Gmin, Airey Neave oraz Toby Jessel, i brytyjski pisarz Louis FitzGibbon, i wysocy wojskowi, i wnuk brytyjskiego premiera Winstona Churchilla. Sowieci wysłali przeciwko nim „nieznanych sprawców”: żonę FitzGibbona skatowano i uczyniono kaleką, rodziny inicjatorów budowy pomnika dostawały telefony z groźbami, żonę jednego z zaangażowanych w sprawę pomnika otruto w nieznanych, rzecz jasna, okolicznościach. Pomnik, który stanąć miał na jednym z placów, umieszczono w 1976 r. za sprawą nacisków władz na cmentarzu Gunnersbury. Na uroczystości odsłonięcia zabrakło zaproszonych przedstawicieli laburzystowskiego rządu premiera Jamesa Callaghana, który nie wyraził zgody nawet na udział brytyjskiej asysty wojskowej. Dopiero w 1979 r., kiedy premierem została Margaret Thatcher, pod pomnikiem pojawiać się zaczęli delegaci rządu.

Perfekcyjna rozgrywka w Smoleńsku 2010

W Katyniu NKWD-owska komisja Burdenki użyła podrobionych dowodów. W Smoleńsku systematycznie cięto wrak samolotu na kawałki, jakby chciano, żeby nie został jakiś ślad przeczący rosyjskiej wersji wydarzeń.

Wyniki ogłoszone przez komisję Burdenki oparte były na fałszerstwie – tak samo było z raportem Anodiny, o czym świadczą wnioski niezależnych ekspertów z USA, Australii i Polski.

W sprawie Zbrodni Katyńskiej Komisja Kongresu USA przeprowadziła niezależne od Sowietów śledztwo i przedstawiła raport uznający za winnego ZSSR. Władze sowieckie w 1952 r. zaprzeczały dowodom Komisji Maddena, a na Zachodzie szybko o nich zapomniano.

Katastrofą smoleńską również zajęli się amerykańscy uczeni i polscy eksperci zespołu sejmowego Antoniego Macierewicza. Zrekonstruowali przebieg ostatnich sekund lotu – wiele wskazuje na to, że na pokładzie maszyny doszło w powietrzu do dwóch eksplozji. Takie wnioski przedstawili niezależnie od siebie amerykańscy i polscy specjaliści na marcowej konferencji w Parlamencie Europejskim. Potwierdził je 4 kwietnia dr Grzegorz Szuladziński, precyzując, że, jego zdaniem, pierwszy wybuch urwał skrzydło, drugi zaś zniszczył kadłub.

Według Kazimierza Nowaczyka, fizyka i profesora na uniwersytecie w Maryland, żadnego zderzenia z brzozą nie było – tak jak, dodajmy, nigdy nie było niemieckich egzekucji w Katyniu. Prof. Wiesław Binienda, kierownik Wydziału Inżynierii Cywilnej na uniwersytecie w Akron w Ohio oraz członek grupy ds. badań katastrof lotniczych NASA, twierdzi, że nawet gdyby skrzydło samolotu zahaczyło o drzewo, to uderzenie nie mogło spowodować utraty równowagi przez samolot.

Obalono zatem oficjalną wersję katastrofy mówiącą, że Tu-154 zaczepił o brzozę, stracił fragment lewego skrzydła, po czym obrócił się i spadł na ziemię.

Władze III RP uznały niezależne wyniki rekonstrukcji ostatnich sekund lotu za nieistotne, Kreml zaś je ignoruje.

zobacz >Smoleńsk: Przebieg ustaleń i nowe fakty

W Katyniu zbrodniarze sadzili drzewa, by zatrzeć ślady po dołach śmierci – na Siewiernym Rosjanie pospiesznie ścinali drzewa. Czy szło o to, żeby nie dało się odtworzyć drogi, jaką na ziemi przebyły szczątki samolotu? Z brzozy pozostał niewysoki pieniek.

Stalin ogłosił Niemców za winnych mordu na Polakach, zanim jakakolwiek komisja podjęła prace – w 2010 r. Rosjanie wiedzieli już kilkadziesiąt minut po rozpadnięciu się Tu-154, że winni byli piloci, a wszystkie polskie media głównego nurtu powtarzały to za nimi.

W Smoleńsku było wielu świadków, ale milczą – jak to w Rosji. I nic w tym dziwnego: przez całe lata po wojnie milczeli też mieszkańcy Gniezdowa, którzy wiedzieli, co działo się w lesie katyńskim w 1940 r., skoro sami pokazali Niemcom w 1943 r. groby Polaków.

Katyń-Smoleńsk-1940-2010-Rajmund-Gałecki

Kiedy w Smoleńsku zginęła cała czołówka dowódcza państwa natowskiego, politycy zachodni z miejsca uznali moskiewskie zmyślenia o brawurze pilotów za prawdziwe. A w 1944 r. przełknęli gładko bolszewickie kłamstwa, choć Rząd RP na Uchodźstwie dowodził im, że oficerowie sojuszniczej armii zginęli od sowieckich strzałów.

Kłamstwo katyńskie żyje i ma się dobrze. W 2011 r., 20 lat po przyznaniu się ZSSR do wymordowania polskich jeńców, Kreml otworzył kolejny rozdział jego dziejów, usuwając z lotniska Siewiernyj tablicę poświęconą ofiarom katastrofy smoleńskiej. Informację o tym, że polska delegacja „zginęła w drodze na uroczystości upamiętnienia 70. rocznicy sowieckiej zbrodni ludobójstwa w lesie katyńskim”, zastąpiło stwierdzenie: „zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem”.

A były prezydent III RP Lech Wałęsa dziwi się, że Putin jeszcze „nie wkurzył się i nie pokazał prawdy o tym, kto jest sprawcą i jak to się naprawdę stało”. Tylko czekać, aż osobiście zwróci się do pułkownika KGB Putina z prośbą o położenie kresu nieodpowiedzialnym wybrykom Polaków.

za: http://www.gazetapolska.pl/

DALEJ

strona [2] Anna Zechenter, Zachód znał prawdę o Katyniu
strona [3] Anna Zechenter, Zamknąć usta Świadkom świadkom

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Eseje, Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Po 1980 i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej

  1. Majka S. pisze:

    Tragiczne potwierdzenie słów, że historia lubi się powtarzać. Czytając ten tekst, można dostrzec upiorną prawidłowość: jest zbrodnia dokonana przez Rosjan, a świat milczy lub udaje, że wierzy w sowieckie kłamstwa. I tak wciąż od nowa…

  2. Jerzy pisze:

    Zachód znał doskonale prawdę o Katyniu.Zakłamanie sięgało tak głęboko, że dopiero w 1992 roku na cmentarzy londyńskim przy pomniku katyńskim pojawiła się tablica o winie ZSRR za mord katyński.

  3. thorner pisze:

    Niestety, tak jak pospolici bandyci potrafią terroryzowac wieś, ulice, czy miasteczko z powodu zastraszenia ludności, która nie ma odwagi się im sprzeciwic, tak samo dzieje się w większej skali.
    Bandytyzmu nie da się zwalczać persfazja, dyplomacja, czy dobrymi uczynkami i słowami…
    Trzeba to robić takimi samymi środkami, a może nawet jeszcze bardziej bezwzglednymi od tych jakie stosuje przeciwnik, żeby myśleć o sukcesie w tej walce… No tak, ale teraz kto ma niby ta brudną robotę wykonac, kiedy każdy chciałby odgrywać bardziej szlachetna role. A w obecnych czasach każdy chciałby być bohaterem, ale bez narażania się, zjeść ciastko i ciągle to ciastko mieć… Obawiam się, że dopóki mentalność współczesnego społeczeństwa nie ulegnie zmianie, dopóty będzie jak jest…
    Prawdziwych mężów stanu się gnoi, a ofermy się promuje na sam szczyt.
    Świat przerabial już wszystko i sądzę, że to co jest obecnie nie jest żadnym szczytowym osiągnięciem jeśli chodzi o stosunki społeczne i międzynarodowe…

    • marat pisze:

      @thorner Masz rację jestem tego samego zdania,ale pozwól że zacytuję fragment Twojego komentarza,który jest słuszny .Ale w następnym zdaniu
      piszesz, że to jest brudna robota:”Bandytyzmu nie da się zwalczać persfazją, dyplomacja, czy dobrymi uczynkami i słowami…
      Trzeba to robić takimi samymi środkami, a może nawet jeszcze bardziej bezwzględnymi od tych jakie stosuje przeciwnik, żeby myśleć o sukcesie w tej walce” Otóż ja uważam,że bardziej bezwzględne środki stosowane w obronie
      nie można nazywać brudną robotą.Brudna robota,to właśnie jest bandytyzm .Pzdr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.