Pióro. Autobiografia literacka (fragmenty książki)

Marek Nowakowski: Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – radzą ludzie wyrachowani. W moim przypadku trudno było zachować harmonię tej dwulicowości. Studia rozsypywały się jak domek z kart. Pisanie brało górę. Pierwszy druk w tygodniku literackim to były ostrogi.
strona [2] Recenzja Wojciecha Wencla

 

Marek Nowakowski  >Errata do biografii – cykl dokumentalny na stronie TVP lub >TU

***

Wyjątkowa rozmowa z Autorem 

***

Fragmenty książki: Pióro. Autobiografia literacka

Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – radzą ludzie wyrachowani. W moim przypadku trudno było zachować harmonię tej dwulicowości. Studia rozsypywały się jak domek z kart. Pisanie brało górę.

Pierwszy druk w tygodniku literackim to były ostrogi. Ruszyłem z kopyta za uderzeniem. Złożyłem kolejne opowiadania w innych miejscach.Pierwszy druk doczekał się pozytywnego echa. W opublikowanej na łamach opiniotwórczej gazety dyskusji o młodej prozie wspomniano moje nazwisko, kilka życzliwych słów poświęcono opowiadaniu. Znawcy zauważyli. Nie jeden przecież. Dwóch tak uważało. Trzeci nie zaprzeczył. Potrzebowałem zachęty. Pojawiłem się znikąd. Nikt do pisania mnie nie zachęcał. Nie miałem żadnego protektora. Nic nie drukowałem nigdy. Uznanie, choćby zdawkowe, od razu podniosło mnie na duchu. Ale zarazem, jak każdego początkującego, szarpały mną wątpliwości. Czy mam coś do powiedzenia? Czy umiem opowiadać? A może to jednorazowy wybryk wyobraźni? Huśtawka nastrojów od negacji, absolutnego zwątpienia, po euforię. Nauczyłem się na pamięć tych kilku zdawkowych zdań pochwały o pierwszym w życiu wydrukowanym opowiadaniu pod tytułem Kwadratowy. Powtarzałem w nocy niby modlitwę. Nie miałem przecież żadnej pewności. Czaiła się głęboko schowana obawa przed narodzinami grafomana, niepohamowanego maniaka zaczerniania papieru pustą gęstwą niepotrzebnych słów. Biednego, żałosnego opętańca wystawionego na okrutne żarty, kpiny. Tego obawiałem się najbardziej.

Oczywiście, pochwaliłem się rodzicom pochlebną opinią autorytetów. Opowiadanie już przeczytali. Ojciec chrząkał, co oznaczało w jego zachowaniu brak zdecydowanego zdania. Matka milczała.

– Jednak wolałbym trochę bardziej w stylu Żeromskiego – pierwszy odezwał się ojciec. – Bardziej podniośle, szlachetnie… – dobierał z trudem słowa – żeby podnieść czytelnika na duchu, pokazać mu właściwą drogę.

– Za dużo wulgarności – wreszcie zabrała głos matka. – Łobuzeria, przestępcy, żadnych porządnych ludzi. Tylko matki żal w tym opowiadaniu. Straciła syna.

W pewien sposób byli zadowoleni. Sam fakt publikacji stanowił argument. Ale zachowali własne zdanie. Nie pretendowali do kompetencji w dziedzinie literatury. Liczyli się więc z opinią znawców. Powściągliwie, zachowując dystans.

>Przeczytaj cały fragment 

***

Znacznie zacieśniła się moja znajomość z Adamem Pawlikowskim. Wąska, blada twarz i lekko zmrużone, uważne oczy, zawsze lekko znudzony. Chodził gończym, posuwistym krokiem, maniery miał nienaganne. Był cynicznie dowcipny, oczytany, wykształcony po dyletancku. Prowadził tryb życia nieustabilizowany, cygański, niedobór gotówki łatał tłumaczeniami z włoskiego, angielskiego, artykułami na tematy muzyczne, amatorskim aktorstwem w filmach. Błysnął jako partner Zbyszka Cybulskiego w „Popiele i diamencie”. W innym filmie zagrał rolę złodzieja hotelowego. Najlepsza kreacja. Jeden z pierwszych w Polsce nosił dżinsowe spodnie. W bylejakości i marnocie ubiorów, workowatych spodni, sztywnych, nieforemnych marynarek o watowanych ramionach wyróżniał się jako smukły, lekki wędrowiec nie stąd.

Skutecznie uwodził ładne dziewczyny. Czynił to od niechcenia, mimochodem. Był mistrzem absurdalnych dykteryjek podszytych makabrycznym humorem, sam wiele wymyślał. Przyjaźnił się z osobistościami różnych profesji, niekoniecznie poczciwych, i znosił do Wilka Macha plotki i sensacyjki z artystyczno-dygnitarskiej warszawki. Sprawiał wrażenie człowieka, którego mało co dziwi i wiary w cokolwiek zachował niewiele. To nie były czasy na jego miarę.

Nigdy nie mówił o wojnie, okupacji. Dowiedziałem się przypadkiem od poety Jerzego Ficowskiego, że w jednym plutonie walczyli w powstaniu warszawskim. Adam został ciężko ranny, odznaczony Krzyżem Walecznych za odwagę. Po powstaniu przebywał w obozie jenieckim, wyzwolili go Anglicy. Chart – tak nazywał go Janusz Szpotański, zwany przez przyjaciół Szpotem, z którym Adam pozostawał w bliskich stosunkach. Szpot był niskim, chudziutkim człowieczkiem o trójkątnej twarzy i bystrych, złośliwych oczkach. Jego głos brzmiał rechotliwie, jakby szyderczo. Typowy inteligencik, okularnik. Erudyta, znawca filozofii i literatury niemieckiej, szachista, koneser muzyki klasycznej. Obaj z Adamem słuchali godzinami nagrań z kolekcji płyt, które kupowali za ostatnie pieniądze. Sesje muzyczne odbywały się na Saskiej Kępie przy Berezyńskiej, gdzie mieszkał Adam z matką. Obaj ze znawstwem oceniali jakość nagrań i wirtuozerię dyrygentów. Adam w przerwach wygrywał melodyjki na egzotycznych piszczałkach i fletach z Indii; był to prezent od Wilka Macha. Z tej muzyki stworzył niepokojący podkład muzyczny do filmu „Kanał”.

Moja znajomość ze Szpotem stawała się coraz bliższa. Był naprawdę wolny. Studia rozpoczęte za Stalina przerwane zostały z hukiem, powodem była jego nieprawomyślność polityczna wyrażana głośno i dosadnie. Do studiów powrócił w okresie październikowego rozluźnienia obręczy. Miał zadatki na błyskotliwego naukowca, literaturoznawcę, eseistę. Dorywczo pracował nad jakimiś tekstami z historii literatury dla wydawnictwa, opracowywał pisma Irzykowskiego, swego ulubionego krytyka literackiego z międzywojnia. Coś tłumaczył z niemieckiego. Był instruktorem szachowym w domu kultury, grał w szachy na pieniądze. Zapowiadał się jako wybitny talent w tej dziedzinie.

Najpełniej wyżywał się w rymowanych pamfletach, kupletach i satyrach o partyjnych bonzach, bezpieczniakach i wysługujących się władzy artystach, których nazywał gęgaczami. Utwory recytował z pamięci. Jednych przestraszały, innych zachwycały. Była to twórczość nigdzie niedrukowana, przekazywana w ręcznych odpisach lub maszynopisach. Piętnował ubecką przemoc, chamstwo, moralną degrengoladę sługusów władzy. Wściekle reagował na służebną rolę wobec systemu sporej części elit intelektualnych, ubierających swą uległość w szaty wyższych racji. Dla niego były kłamliwe brednie, zasłona dymna. Zniewalały jeszcze bardziej społeczeństwo, które brało przykład z luminarzy. Nazwał ów odłam elity dosadnym epitetem: „białe gnidy na czerwonej szmacie”.

Literacki gatunek, który uprawiał – pamflet, satyra polityczna – wcale nie porywał mnie jako wzór do naśladowania. Miałem zupełnie inne upodobania literackie, inaczej chciałem posługiwać się słowem i co innego nim wyrażać. Ale jego pisanie było ważne, wyrażało wprost istotę systemu. Słuchając skrzekłiwych recytacji Szpota, odczuwało się rozkosz niewolnika, za którego ktoś artykułuje skrywaną niechęć, wrogość, sprzeciw wobec ciemiężców. Działały jak terapia. Najwspanialej wychodziły mu w stanie wskazującym na spożycie alkoholu.

Przypadkowo spotkanego Szpota zaciągnąłem kiedyś do Kameralnej. Piliśmy w towarzystwie fundatorów z prywaciarskiego stanu, cwaniaków robiących interesy w szczelinach państwowej gospodarki, mistrzów korumpowania urzędników ze skarbówki i gliniarzy z wydziałów przestępczości gospodarczej. Lubili popisywać się zamożnością w stylu mocno prostackim. Szpot popijał z nami i milczał skromnie. Nagle wstąpił w niego demon. Sprężył się w sobie i wygłosił monolog wyraźnie skierowany do biesiadników. O bydlęcej chciwości, zadufaniu i braku wyższych lotów, fantazji. Nazwał ich nieodrodnymi dziećmi Polski niewolnej, zsowietyzowanej, gnojnikami żywiącymi się rozkładem. W części drugiej wystąpienia przeszedł do apoteozy przedwojennych oszustów, farmazonów i naciągaczy, w rodzaju głośnego niegdyś mistrza tej profesji, który sprzedał wieśniakom kolumnę Zygmunta czy miejskie tramwaje. Jego zdaniem oszuści mieli wtedy więcej fantazji, pomysłowości, bezinteresownego czaru i przede wszystkim ogłady.

– Nawet Nikodem Dyzma był lepszy – zauważył.

Słuchali go z rozdziawionymi gębami.

– Co to za czub? – zapytał jeden.

– Wybitny filozof – odparłem.

Szpot po alkoholu osiągał apogeum formy. Pamiętam, jak schwytał w pułapkę wybitnego poetę, szanowanego klasyka. Najpierw chwalił jego dokonania z czołobitną atencją. Wymienił przedwojenny debiut poetycki, pierwszą prozę, eseje o symbolistach, nadrealistach i innych. Niezauważenie, niby boa dusiciel, przeszedł do powojennej aktywności poety, nagle przeistoczonego w wojującego marksistę, niosącego kaganek jedynie słusznej ideologii na obszar kultury. Wybuchł skandal. Widowisko godne utrwalenia. 1 ten skrzekliwy, szyderczy głos Szpota: – Dlaczego?

Nie zliczę jego krasomówczych popisów. Ośmieszył głupawego, tępego gliniarza służbistę. Wdał się w dyskurs światopoglądowy ze spotkanym profesorem swojej przerwanej rusycystyki, którego pamiętał jako zatwardziałego stalinowca. I rozniósł adwersarza w proch. Zwykle po takich uniesieniach zapadał się; jeżeli scena rozgrywała się w knajpie, to wspierał głowę łokciami i zasypiał. Zdarzało się, że zsuwał się pod stół, a będąc nikłej postury, mościł się w pozycji embrionalnej na podłodze i zapadał w twardy sen. Bywał gościnnie u nas na Okólniku. Czarnowłosą, ze względu na jej profil z nosem o lekkim garbku, nazywał Chopinem, mnie zaś po prostu – Mareczkiem, wymieniając to zdrobnienie pieszczotliwie, kpiącym tonem, serdecznie lub szyderczo, zależnie od nastroju.

Znał wielu adwokatów. Miał słabość do tej profesji zapewne dlatego, że jego ojciec był przed wojną znanym mecenasem. W doborze przedstawicieli palestry stosował wysokie kryteria; musieli być mu bliscy światopoglądem. Tacy jak Jan Olszewski, którego nazywał Naczelnikiem, Stanisław Szczuka, zwany Kciukiem. Byli to późniejsi znani obrońcy w procesach politycznych robotników z Ursusa i Radomia, działaczy KOR-u, opozycji niepodległościowej, przywódców „Solidarności”. Zaprzyjaźnieni prawnicy przydali się zresztą samemu Szpotowi, kiedy recytując swoją operę „Cisi i gęgacze” na Smolnej, w mieszkaniu przyjaciela Andrzeja Platera, w efekcie donosu jednego czy dwóch z obecnych został aresztowany i oskarżony o wrogą działalność przeciw państwu i szkalowanie jego najwyższych władz. Rozsierdzony pierwszy sekretarz Gomułka w przemówieniu do aktywu partyjnego nazwał go „człowiekiem o mentalności alfonsa z rynsztoku”. W tekście „Cichych i gęgaczy” Szpot nie oszczędził towarzysza Wiesława (nazwał go Gnomem) i, recytując utwór, świetnie przedrzeźniał charakterystyczną wymowę Władysława Gomułki.

Bronił go przed sądem mecenas Olszewski. Spędził Szpot w więzieniu ponad dwa i pół roku. Pod celą na Mokotowie doskonalił grę w szachy z zastępcą szefa gestapo na dystrykt warszawski podczas okupacji niemieckiej, skazanym bodaj na dożywocie. Szlifował w rozmowach z nim język Kanta i Goethego. Ale to już muzyka przyszłości. Ale wiąże się z tym pewien przykry zbieg okoliczności. Jednym ze świadków oskarżenia w procesie Szpota był… Adam Pawlikowski. Dopadła wolnego ptaka bezpieka na jego szlakach wędrówek po mieście. Szantażowali? Przymusili? Zawarł pakt z diabłem? Tego dokładnie nie wiemy. Dręczyły później Adama wyrzuty sumienia. Szukał oparcia w Bogu, wierze. Chodził do dominikanów na Freta, czytał księgi Ojców Kościoła, św. Augustyna i św. Tomasza. Spotykałem go często. Jeździł rowerem. Zatrzymywał się i zwierzał ze swoich udręk szeptem ściganego. W oczach miał mękę i szaleństwo. Zakończył życie samobójczą śmiercią. Ale to muzyka jeszcze dalszej przyszłości. Na razie nic nie zapowiadało tak dramatycznych zwrotów akcji.

źródła:
http://www.teologiapolityczna.pl/
http://www.gazetapolska.pl/

DALEJ

strona [2] Recenzja Wojciecha Wencla

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Po 1980, Sylwetki, Teatr TV, film, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.