Pod znakiem sierpa i młota

dr Filip Musiał

Przeprowadzane w pierwszej dekadzie Polski „ludowej” procesy pokazowe  stanowiły specyficzną kategorię rozpraw politycznych. W procesach skazywano żołnierzy i przywódców niepodległościowego podziemia zbrojnego oraz politycznego.

 

 

Fragmenty książki

Pod znakiem sierpa i młota, red. F. Musiał, J. Szarek, Kraków 2006

Przeprowadzane w pierwszej dekadzie Polski „ludowej” procesy pokazowe, nazywane też publicznymi, stanowiły specyficzną kategorię rozpraw politycznych. Jak twierdził wysoki funkcjonariusz MBP ppłk Józef Światło: „Wszystkie pokazowe procesy polityczne i wszystkie ważne tajne procesy polityczne odbywały się w Polsce na bezpośredni rozkaz [Bolesława] Bieruta. Bierut kazał się informować o szczegółach dochodzenia, wydając bezpośrednie rozkazy. Wyznaczał ludzi pewnych z KC dla przygotowania aktu oskarżenia, który sam zatwierdzał. (…) Bierut przed rozprawą wydawał wyroki zarówno co do winy, jak i kary.

 

Sąd miał tylko za zadanie przeprowadzenie komedii wyreżyserowanego procesu i ogłoszenie wyroku, już przedtem wydanego przez Bieruta i jego moskiewską klikę”.

Wprowadzając bolszewicki system „jedności władzy państwowej”, komuniści faktycznie podporządkowali instytucje władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej kierownictwu partii. Rozprawy pokazowe były zawsze wpisane w logikę działań politycznych, którym podporządkowano najważniejsze tendencje polityki karnej. W najgłośniejszych procesach skazywano żołnierzy i przywódców niepodległościowego podziemia zbrojnego oraz politycznego, jak również działaczy zalegalizowanych przez komunistów partii – głównie Polskiego Stronnictwa Ludowego. Latem 1946 roku odbyły się głośne procesy, w których skazano dowódców formacji narodowych, m.in. Jerzego Kozarzewskiego, twórcę konspiracyjnej drogi łączności z Zachodem (tzw. proces „Brygady Świętokrzyskiej”).

W kolejnych miesiącach, w związku ze zbliżającymi się wyborami, przeprowadzono wiele „pokazówek”, w których osądzono m.in. Leona Mireckiego, jednego z przywódców podziemia narodowego, czy prezesa I Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” Jana Rzepeckiego. Wkrótce przed sądem stanęli m.in. przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej, a wśród nich Kazimierz Pużak – w czasie wojny przewodniczący Rady Jedności Narodowej (namiastki podziemnego parlamentu), sądzony wcześniej w moskiewskim procesie szesnastu; działacze Polskiego Stronnictwa Ludowego na czele z redaktorem naczelnym „Gazety Ludowej” Zygmuntem Augustyńskim, a także przywódcy opozycji niepodległościowej skupionej w Komitecie Porozumiewawczym Organizacji Demokratycznych Polski Podziemnej – z Wincentym Kwiecińskim i Włodzimierzem Marszewskim.

Po 1948 roku, kiedy rozbito już opozycję polityczną oraz podziemie niepodległościowe, skazywano księży katolickich – m.in. ordynariusza kieleckiego ks. bp. Czesława Kaczmarka, a w latach 1948-1954 także ofiary wewnątrzpartyjnej czystki – najgłośniejsze z nich związane były z tzw. spiskiem w wojsku – od nazwiska jednego z głównych oskarżonych, gen. Stanisława Tatara, nazywane „sprawami tatarowskimi”.

Oskarżany w procesie pokazowym stawał się niemal całkowicie bezbronny. Poddany wielomiesięcznemu śledztwu, w czasie którego posługiwano się zarówno przymusem fizycznym, jak i bardziej wyrafinowanymi metodami łamania psychicznego, często godził się na udział w propagandowym spektaklu, by wreszcie zakończyć wielomiesięczną torturę. Podejmując swą decyzję na podstawie tych informacji, które podawali oficerowie śledczy, najczęściej oszukiwany i mamiony obietnicami, które nigdy nie miały być spełnione, oderwany od jakiegokolwiek punktu oparcia, zawieszony w przestrzeni, której ramy wyznaczał aparat represji, najczęściej nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swojego wystąpienia na sali sądowej.

Rozprawa podporządkowana była logice napiętnowania „zbrodni” i „zbrodniarza”. W mediach i na sali sądowej niepodległościowe oddziały partyzanckie nazywano „bandami”, konfiskaty – „rabunkiem”, akcje likwidacyjne – „morderstwem”, wysyłanie informacji o sytuacji w kraju do środowisk emigracyjnych – „szpiegostwem”. Miało to służyć skompromitowaniu działalności niepodległościowej i zerwaniu więzów solidarności narodu z sądzonymi. Pohańbiony w ten sposób działacz niepodległościowy miał wyjść z sali sądowej jako pospolity przestępca, wśród gwizdów, potupywania i obelżywych okrzyków.

Towarzysz Bierut akceptuje

Akty oskarżenia konstruowano z dwóch wyraźnie odrębnych części. Pierwszą stanowiło wprowadzenie, które przesycone językiem propagandowym, przypominało bardziej artykuł publicystyczny niż dokument prawniczy. Na drugą część składały się konkretne zarzuty, którym przyporządkowywano „odpowiednie paragrafy”. W przypadku rozpraw pokazowych część „publicystyczno-propagandową” aktu oskarżenia przygotowywali ideologowie partyjni bądź funkcjonariusze UB. W najważniejsze angażowali się przedstawiciele najwyższych władz partyjnych.

W czasie przygotowania procesu przeciwko działaczowi narodowemu Adamowi Doboszyńskiemu, Jakub Berman – członek Komisji Biura Politycznego do spraw Bezpieczeństwa Publicznego – pisał do Romana Romkowskiego – wiceministra bezpieczeństwa publicznego: „Romku, przesyłam akt oskarżenia z jedną poprawką. T[owarzysz] Tomasz [czyli Bolesław Bierut] również nie ma zastrzeżeń. Warto popracować w tym kierunku, aby w toku przewodu sądowego jaskrawiej wystąpiła rola Watykanu, szczególnie proniemieckich kół w Watykanie i konkretne formy ich akcji – tak aby to było przekonujące dla wierzących katolików”.

Rola tzw. aparatu sądowo-prokuratorskiego była marginalna. Józef Światło twierdził, że „zadanie sądu sprowadza się do przeprowadzenia rozprawy według przewidzianego planu i do ogłoszenia wyroku. Nie słyszałem nigdy, aby aparat bezpieczeństwa miał jakieś trudności z sędziami”. W najważniejszych rozprawach nie pozostawiano sędziom dowolności w prowadzeniu posiedzeń, lecz przygotowywano im „pytajniki” – czyli spis pytań określający, o co i jak należy pytać w czasie procesu. Podobna dyscyplina obowiązywała prokuratora, który otrzymywał „listę pytań, które ma zadać na rozprawie oskarżonemu oraz świadkom i nie wolno mu wykroczyć poza wyznaczone ramy. Prokuratorzy są tak dobrani, że nie przychodzi im nawet do głowy sprzeciwiać się rozkazom bezpieki”.

Na sali sądowej byli obecni „obserwatorzy” z MBP, Zarządu Sądownictwa Wojskowego czy PZPR. Sędzia Roman Waląg mówił o prowadzonym przez siebie procesie w ramach „spraw tatarowskich”: „Przebieg rozprawy śledzony był przez wiceministra Bezpieczeństwa Publicznego, gen. [Romana] Romkowskiego, oraz kilku wyższych oficerów tego ministerstwa, m.in. płk. [Józefa] Różańskiego, którzy przysłuchiwali się rozprawie bądź to na sali rozpraw, bądź też przy głośniku radiowym zainstalowanym w gabinecie szefa Zarządu Sądownictwa Wojskowego [Oskara Karlinera] (…) W toku rozprawy spotykałem się z próbami nacisku i mieszania się do czynności sądu ze strony gen. Romkowskiego. Przed przesłuchaniem oskarżonego [Jerzego] Kirchmayera gen. Romkowski żądał, bym nie pozwolił Kirchmayerowi siedzieć w czasie składania przez niego wyjaśnień. Gdy zobaczyłem, że osk. Kirchmayer jest kaleką, do żądania tego się nie zastosowałem (…)”.

Na nadmierne „gadulstwo” oskarżonych „receptą” okazywało się zachowanie sędziego i prokuratora. Sędzia Józef Waszkiewicz wspominał rozmowę z Oskarem Karlinerem z maja 1952 roku, w czasie której szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego powiedział: „Zwróćcie uwagę, jak pułkownik Widaj prowadził tę rozprawę. On nie da się oskarżonemu wypowiedzieć, tylko zadaje pytania, na które można odpowiedzieć ‚tak’ lub ‚nie’. Nie dopuszcza do jakichkolwiek dowolnych wyjaśnień. To bardzo dobry sędzia”.

Taktowny politruk

Wyrok ustalano przed rozprawą – był wynikiem politycznej kalkulacji. Sędzia Mieczysław Widaj w 1956 roku tak podsumował rolę składu sądzącego: „Co do szeregu spraw w tym trybie prowadzonych, muszę stwierdzić, że [szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego] tow. płk Karliner zawsze był taktowny. Zapytywał mnie, jak ja sprawę widzę, to jest jak oceniam winę i karę, gdzieś odchodził, a gdy przychodził o umówionej godzinie mówił, że tu a tu jest decyzja zgodna, a tu trzeba podwyższyć o dwa na przykład lata, a tu obniżyć o trzy lata itp”.

Podobnie po rozprawie dbano o ostateczny tekst wyroku, który był dopełnieniem kampanii propagandowej. W wielu wypadkach przepisywano obszerne fragmenty aktu oskarżenia, jednak ostateczna redakcja nie należała do sędziego prowadzącego rozprawę. Jak wspominał sędzia Widaj: „W pewnym momencie tow. płk Karliner rozpoczął pomaganie mi w redakcji wyroków, uczestnicząc w przerabianiu. Mozolna to była praca. Przerabialiśmy wielokrotnie, wspólnie inicjując ulepszenia. Utarł się nawet dowcip, że wyrok jest wtedy dobry, gdy po ostatniej wzmiance, najczęściej już drobnej, maszynistka pisze już większość wyroku z pamięci. Potem tow. płk Karliner wyrok zabierał według mego przekonania do towarzyszy z Biura Politycznego partii i przynosił z pewnymi poprawkami czy wstawkami. Poprawki dotyczyły politycznych zagadnień i rozmiarów”.

Pierwsze duże procesy pokazowe, starannie przygotowywane i koordynowane, przeprowadzono w 1946 roku. Stanisław Radkiewicz wydał wtedy okólnik wskazujący na niektóre elementy organizacji rozpraw, które miały być zapewnione w przyszłości: „a) zaznajomienie przedstawicieli prasy w przeddzień rozprawy z istotnymi momentami politycznymi procesu, b) wskazanie prasie w toku procesu na zbrodnicze i zdradzieckie oblicze przywódców reakcyjnego podziemia i jego członków oraz zgniliznę panującą w tym środowisku, co powinno znaleźć odbicie w sprawozdaniach prasowych, c) urządzenie procesu w dużej sali i zaproszenie na rozprawę aktywistów partii politycznych, organizacji młodzieżowych, Związków Zawodowych i Samopomocy Chłopskiej, d) wskazanie partiom politycznym na celowość urządzania wieców sprawozdawczych z procesu w większych zakładach pracy i w terenie, gdzie działali skazani, e) nagrywanie na płyty zeznań oskarżonych, względnie świadków szczególnie kompromitujących reakcję i podawanie ich przez radio”.

Największymi i najgłośniejszymi procesami pokazowymi w Krakowie były rozprawy przeciwko Franciszkowi Niepokólczyckiemu, Stanisławowi Mierzwie i ich współpracownikom – tzw. proces krakowski (11 VIII – 10 IX 1947 roku) oraz przeciwko ks. Józefowi Lelicie – tzw. proces Kurii krakowskiej (21-27 I 1953 roku). Obydwa stanowiły istotne elementy w polityce komunistów wobec narodu.

Proces krakowski służyć miał skompromitowaniu podziemia niepodległościowego i wykazaniu jego związków z PSL. W 1947 roku komuniści przeprowadzali szeroko zakrojoną akcję zmierzającą do ostatecznego przejęcia pełni władzy w kraju. Po sfałszowanym referendum z czerwca 1946 roku i wyborów ze stycznia 1947 roku w największym stopniu represjonowali dwa największe ugrupowania opozycyjne – działające jawnie PSL i pozostającą w konspiracji organizację poakowską – Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”.

Proces krakowski był jednym z kluczowych przedsięwzięć, które miały skompromitować w oczach społeczeństwa oba ugrupowania. W przyszłości miał być pretekstem do nasilenia ataków na ludowców i ich prezesa Stanisława Mikołajczyka. Na ławie oskarżonych zasiedli działacze Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, wśród nich prezes II Zarządu Głównego płk Franciszek Niepokólczycki oraz członkowie PSL, ze Stanisławem Mierzwą, wiceprezesem Zarządu Wojewódzkiego w Krakowie – sądzonym wcześniej w procesie szesnastu przywódców polskiego państwa podziemnego w Moskwie.

Działaczy WiN oskarżano głównie o prowadzenie „działalności wywiadowczej na rzecz obcych mocarstw” oraz „terroryzowanie członków PPR”. Natomiast PSL-owcom zarzucano świadomą współpracę z „nielegalnym” podziemiem. Szczegółowo zaplanowany przebieg rozprawy, a następnie wyrok był w zasadzie potwierdzeniem zarzutów zamieszczonych w akcie oskarżenia. Prasa prześcigała się w napastliwych tytułach podkreślających „łączność PSL z podziemiem, ‚watażką’ Andersem i obcymi agenturami”, czy demaskując „WiN i PSL przy wspólnej robocie”. Reporterzy, świadomie przeinaczając wyjaśnienia składane w czasie procesu, starali się dowieść, iż „PODZIEMIE JEST WROGIEM NIE TYLKO RZĄDU, LECZ I CAŁEGO NARODU. Dlatego musi być unieszkodliwione”.

Groźni imperialiści

Proces „Kurii krakowskiej” przeprowadzono w 1953 roku w odmiennej sytuacji politycznej, w apogeum możliwości represyjnych komunistycznej dyktatury. Działalność niepodległościowa w dużej mierze koncentrowała się wówczas wokół utrzymywania łączności z polską emigracją polityczną z jednej strony, a z drugiej wiązała się z Kościołem katolickim, pozostającym jedyną zinstytucjonalizowaną siłą społeczną wciąż walczącą o zachowanie niezależności.

27 stycznia 1953 roku ogłoszono wyrok: z siedmiu oskarżonych osób trzy skazano na karę śmierci, a pozostałe na długoletnie więzienie. Dwa tygodnie po wyroku w sprawie ks. Lelity władze ogłosiły dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Osiem miesięcy później odbyła się głośniejsza od krakowskiej rozprawa publiczna przeciwko ordynariuszowi kieleckiemu ks. biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi, a następnie internowano Prymasa Stefana Wyszyńskiego.

W grudniu 1952 roku MBP zamknęło dwie wielkie operacje – „Cezary” i „Ośrodek”, obydwie wymierzone zarówno w resztki podziemia w Polsce, jak i skierowane na infiltrację emigracji politycznej oraz dezinformację wywiadów anglosaskich. Po likwidacji obu tych operacji zwielokrotniono antyamerykańską kampanię propagandową, oskarżając „kraje imperialistyczne” o szpiegostwo i dywersję na ziemiach polskich. Proces „Kurii krakowskiej” należy postrzegać jako jeden z najmocniejszych akcentów tej akcji oraz jako preludium do ostatecznej rozgrywki z Kościołem katolickim. Obydwu rozprawom pokazowym towarzyszyły intensywne kampanie propagandowe.

Nie istnieją wiarygodne dane pozwalające zobrazować faktyczny stosunek społeczeństwa polskiego do pokazowych spektakli. Przeprowadzono je w chwili, w której sytuacja opozycji niepodległościowej była dramatyczna. Stanowiło to konsekwencję wielu czynników, wśród których za najważniejsze należy uznać sfałszowanie wyników referendum i wyborów, zmęczenie wynikające z przedłużającego się okresu niepewności społecznej, niknące szanse na wybuch międzynarodowego konfliktu zbrojnego czy świadomość wyraźnie wzrastającej siły i skuteczności aparatu bezpieczeństwa.

Wszystko to sprawiało, że wielu ludzi zaczęło nie tyle akceptować nową rzeczywistość, co rezygnować z postawy jawnie opozycyjnej w przekonaniu, że jak pisał ideolog komunistyczny Roman Werfel – „władza demokracji ludowej w Polsce ugruntowana została NA STAŁE”. Kampanie propagandowe towarzyszące procesom należy jednak uznać za skuteczne. Niektóre ich wątki do dziś dominują w spojrzeniu na osoby skazane w procesach pokazowych.

przedruk z książki: Pod znakiem sierpa i młota, red. F. Musiał, J. Szarek, Kraków 2006

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=93358

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Lata PRL i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.