Widzenie

Marek Nowakowski

Opowiadanie „Widzenie” dzieje się w czasie stanu wojennego. Zbudowane na kanwie autentycznych przeżyć i doświadczeń prawnika, obrońcy Adama Michnika oskarżonego w procesie politycznym…

o występowanie przeciw władzy komunistycznej i osadzonego w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Tekst opublikowany w tomie „Dwa dni z Aniołem” przez Instytut Literacki w Paryżu w 1984 r. nabiera aktualnej wymowy w 2011 r., kiedy to prototyp bohatera opowiadania, Adam Michnik, wytacza proces Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi przed sądem.

Adam Michnik spędził całe lata w więzieniach PRL za wolne wyrażanie swych poglądów w mowie i piśmie. Był przeto więźniem sumienia. Teraz zaś wytacza Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi proces przed sądem za wyrażanie przez niego przekonań odmiennych od swoich. Sprawa wymaga głębszego zastanowienia. Tym bardziej, że Adam Michnik zyskał status osoby publicznej, strażnika naszej demokracji i powoduje to nierówność pozycji dwóch stron w procesie sądowym. Redaktor naczelny wpływowej „Gazety Wyborczej” koncernu Agora i emerytowany profesor, poeta z Milanówka!

Postanowiłem „Widzenie” zaprezentować dzisiejszemu Czytelnikowi, mając nadzieję, że pobudzi go do refleksji nad drogą, którą przebyli niektórzy z bojowników o wolną Polskę.

***

Nieprawdą jest, jakoby adwokaci obojętnie reagowali na atmosferę więzienia. Mylne to mniemanie wynika może z przekonania, że uprawianie zawodu, w którym wolność człowieka stanowi często treść ich zabiegów, oraz wielokrotne wizyty u aresztowanych klientów, muszą działać znieczulająco.

Niewątpliwie przekraczają ten próg między wolnością a niewolą, otwiera się przecież więzienna brama, ściślej mówiąc umieszczona w niej furtka, znajdują się więc już za murem. Dla młodego obrońcy, adepta tego zawodu, ów pierwszy raz jest bez wątpienia silnym przeżyciem. W grę wchodzi oczywiście stopień wrażliwości. Z czasem jednak rzeczywiście oswaja się ze specyfiką widzeń. Metaforyczny próg powszednieje w jego wyobraźni. Przypominać zaczyna progi innych urzędów – sądów, prokuratury, biur notarialnych, komend milicyjnych – które w ciągu swojej pracy wielekroć przekracza, wcale o nich nie myśląc.

Pamiętać jednak należy, że odwiedzając swych podopiecznych, adwokaci poznają tylko przedsionek zakładu zamkniętego. Przekroczywszy zatem próg symbolizujący radykalną zmianę w zakresie ludzkiej swobody i możności decydowania o swoim losie, obrońca znajduje się w biurze przepustek, gdzie okazuje swoje zezwolenie na kontakt z uwięzionym klientem. Tam staje od razu przed kratą, która otwiera się po otrzymaniu przez niego przepustki. Następnie przemierza niewielką przestrzeń otwartą i dostaje się do budynku administracji. Wtedy widzi gruby ceglasty mur, za którym się znalazł. Mur ten najeżony jest kolczastym drutem i opatrzony w pewnych odstępach wieżyczkami strażniczymi. W dali, w oknach pawilonów, kraty i blachy. Po gwarze i ruchu miasta cisza i porządek, jakie tu panują, wydają się zwielokrotnione. Jednakże i w budynku administracji wciąż jeszcze mieszają się elementy wolności i niewoli. Znowu kontrast zostaje nieco zatarty. Wielu funkcjonariuszy służby więziennej nosi cywilne ubrania. Poza tym pojawiają się tu ludzie z zewnątrz – prokuratorzy, oficerowie dochodzeniowi i tym podobni. Z pokojów biurowych dochodzą sygnały telefonów, a nawet muzyka radiowa. W niektórych działach administracji, takich jak magazyn, księgowość czy ewidencja, zatrudnieni są już więźniowie, niemniej ich status różni się zasadniczo od statusu pozostałych, przebywających w głębi więziennego obszaru. Ci funkcyjni są swoistą arystokracją. Mają znaczną swobodę poruszania się: przemierzają korytarz, przechodzą z pokoju do pokoju, dosyć poufale rozmawiają z funkcjonariuszami więziennictwa, palą papierosy, parzą sobie herbatę, używając do tego celu maszynek elektrycznych lub grzałek. Również strój tych uprzywilejowanych więźniów ma rozmaite akcenty wolnościowe. A to koszula o delikatnym, prążkowym deseniu, a to kokieteryjna apaszka pod szyją, sweter, wygodne, miękkie buty. Odmienność ta w stosunku do obowiązującej tu szarej unifikacji rzuca się w oczy nawet nieuważnemu obserwatorowi. A więc w budynku administracji obrońca, posiadając przepustkę wydaną na podstawie odpowiedniego dokumentu z prokuratury lub sądu, uzyskuje widzenie ze swoim klientem. Zwraca się w tej sprawie do pracowników służby więziennej zatrudnionych w dziale czy referacie (obojętne jak to nazwać) tak zwanego „rozmieszczenia”. Pracownicy tego referatu wydają bowiem dyspozycje celem doprowadzenia wymienionego w pozwoleniu więźnia. Trwa to pewien czas. Adwokat może go spędzić na gawędzie z pracownikami działu rozmieszczenia. Zależy to oczywiście od chęci obu stron na taką rozmowę. Może również w milczeniu obserwować tych funkcjonariuszy lub przeglądać swoje notatki związane ze sprawą. Wreszcie, skierowany przez funkcjonariusza w mundurze, udaje się do jednego z pokoików przeznaczonych na rozmowy adwokatów z klientami. Tu należy nadmienić, iż rodziny osób uwięzionych odwiedzają swoich bliskich w zupełnie odmiennych warunkach – oddzieleni jedni od drugich szklaną taflą, mogą porozumiewać się tylko za pomocą słuchawek, w dodatku pod czujną kontrolą dyżurującego „klawisza”, jak zwykło się potocznie nazywać strażnika, i to ściśle określoną ilość minut. Takie widzenie często kończy się bolesnym grymasem na twarzach rozmawiających lub płaczem. Zaiste, bardzo to przykra forma obcowania człowieka z człowiekiem! Natomiast obrońcy na podstawie szczegółowych regulacji prawnych przysługuje o wiele swobodniejsza forma rozmowy ze swoim podopiecznym. Rozmowa toczy się w cztery oczy bez udziału osoby postronnej i może trwać przez kilka godzin. W tych pokojach widzeń adwokackich panuje na ogół atmosfera w miarę swobodna. Niepisaną, lecz tolerowaną przez władze więzienia regułą jest zwyczaj częstowania więźniów. Obrońcy przynoszą termosy z kawą i wiktuały niedostępne w więziennej kantynie. Więźniowie jedzą na zapas i na zapas też rozmawiają ze swoimi rzecznikami z wolnego świata. Tę swobodę ogranicza nieco konieczność ukrywania konwersacji w ściśle określonych granicach. Mówiąc prościej: nie należy mówić wszystkiego. Więźniowie i adwokaci w szczególnie istotnych dla sprawy kwestiach porozumiewają się za pomocą papieru i ołówka. Mniej doświadczonych adwokatów doświadczeni więźniowie ostrzegają wymownym gestem, pokazując ściany i sufit. Oswoiwszy się z tym wstępnym warunkiem, można traktować rozmowę w pokoju widzeń jako półwolnościową formę kontaktu człowieka z człowiekiem. Nieraz więc z tych pokoików usytuowanych w dość ciemnym korytarzu dochodzi gwar rozmów i śmiech jak z kawiarni czy domowego przyjęcia w ścisłym, przyjacielskim gronie.

W każdej chwili wszystko to może jednak ulec radykalnej zmianie, a wtedy zakres doświadczenia adwokata poszerza się znacznie i pogłębia.

Tak zdarzyło się w tym przypadku, który, w miarę możliwości piszącego, przedstawiony zostanie jak najdokładniej.

Tego zaskakującego, nieznanego jeszcze doznania doświadczyła właśnie kobieta w średnim wieku, od wielu lat sprawująca zaszczytny zawód obrońcy.

Początek był banalny i nie zapowiadał niczego nieprzewidzianego. Dzień wstał pogodny, słoneczny (to akurat było zaskoczeniem w owej szarej, dżdżystej i wynaturzonej zimie) i ulice o tej porannej porze pełne były ludzi podążających w różnych kierunkach. W jasnym, słonecznym świetle, pod niebieskim niebem, ludzie ci wydali się jej jacyś weselsi, bardziej kolorowi niż zwykle. Zauważyła wycieczkę harcerzy z prowincji, przechodzących jezdnię w pobliżu więzienia. Młodziutki drużynowy, przejęty swoją rolą, wykrzykiwał coś kogucim, załamującym się z powodu mutacji głosem. Szli wzdłuż więziennego muru. Zapewne nie wiedzieli, co jest poza nim. Ona już stała przy bramie.

Polubiła te widzenia, choć brzmi to paradoksalnie i niedorzecznie. Ale często, właśnie kiedy dzień zaczynał się niedobrze, bolała głowa lub dokuczało przykre uczucie smutku i beznadziejności, dopiero w więzieniu, podczas rozmowy z podopiecznym, poprawiało się jej samopoczucie, dochodziła do lepszej formy.

Zawsze myślała o nim z podziwem. Był to trzydziestokilkuletni mężczyzna, który przebywał w więzieniu już trzeci raz. Ten trzeci pobyt trwał ponad dwa lata. Jednakże, mimo tak długiego czasu spędzonego w ścisłym odosobnieniu, człowieka tego cechowała niespożyta siła i pogoda ducha. To on ją pocieszał, a nie ona jego. Optymistyczne prognozy wywodził niezwykle sugestywnie, argumentów dostarczała mu postna lektura tygodników i dzienników, umiał stamtąd wydobywać ukryte między wierszami treści. Jego chłonny, dociekliwy umysł pracował nieprzerwanie. Opowiadał jej wrażenia z lektur czerpanych z ubogiej biblioteki więziennej, ożywiając na nowo dawno przebrzmiałe dla niej dzieła klasyków, starych nudziarzy, jak ich sobie nazywała na swój prywatny użytek. Równie ciekawie relacjonował postępy w swej pracy doktorskiej z historii najnowszej (po długich staraniach pozwolono mu na kontynuowanie pisania tej rozprawy); tak samo zajmująco i lekko charakteryzował wreszcie, w dosadnych skrótach i obrazkach, swoje aresztanckie życie. Wiedziała przecież doskonale, jak ciężko i monotonnie musi ono wyglądać na co dzień. Nigdy jednak nie pozwalał sobie w jej obecności na więzienną beznadzieję, wyszukując zdarzenia jak rodzynki – błahe a efektowne. Toteż właśnie często on ją podtrzymywał na duchu, a nie ona jego, jak powinno by się zdawać.

Tytułem dygresji należy dodać, że człowiek ten był jednym z owych kilkunastu najważniejszych więźniów politycznych w kraju. Ciskano na nich gromy najcięższego kalibru i oskarżano o czyny najgroźniejsze, takie jak spisek i chęć obalenia przemocą istniejącego w państwie ustroju. Jednak z powodu wątpliwej jakości materiału dowodowego proces nie rozpoczął się dotąd; władza prawie jawnie sterująca w tym wypadku prokuraturą i sądem wyraźnie odwlekała ów moment. Jednocześnie ani myślała o wypuszczeniu ich na wolność. „Klincz!” mawiał jej podopieczny na określenie tej sytuacji. „Jesteśmy w zwarciu i sędzia ringowy nie wydaje żadnego polecenia”. Śmiał się przy tym kpiąco, mrużąc jasne, wyzywające oczy. Te oczy wciąż były młodzieńcze, niepokorne. Tego ranka pomyślała o tym wszystkim, parząc dla niego kawę i przelewając ją do pokaźnego termosu. Następnie starannie przygotowała kanapki.

Po okazaniu dokumentu uprawniającego do wizyty w więzieniu otrzymała przepustkę i stanęła przed graniczną kratą. Wnet rozległ się charakterystyczny brzęczyk i krata otworzyła się gościnnie. Wkrótce już podążała korytarzem budynku administracji. Znalazła się w odpowiednim pokoju za drewnianą ladą przypominającą do złudzenia dawne lady w sklepach i szynkach, po swojsku starą i wypolerowaną od wieloletniego użytku. Zawiadujący tak zwanym rozmieszczeniem mundurowy funkcjonariusz służby więziennej, niemłody już mężczyzna, pochylony nadmiernie wskutek choroby kręgosłupa, nie był dziś usposobiony towarzysko. Małomówny i bardzo oficjalny. Potraktowała to jako wyraz wzmożonych dolegliwości jego układu kostnego i nic więcej. Zazwyczaj gwarzył z nią dosyć chętnie, prezentując swoisty, posępny humor typowy dla wysłużonego pracownika więziennictwa. Chyba darzył ją pewną sympatią. W jego bezbarwnych oczach zapalały się często kpiarskie iskierki. Tym razem nie uniósł nawet głowy znad papierów, ledwie odbąknąwszy na jej życzliwe powitanie. Przywołał drugiego funkcjonariusza i ten wskazał jej w ciemnym, ponurym korytarzu pomieszczenie przeznaczone na widzenie z więźniem. Pokonując tę drogę, polecił jej bezosobowo i z naciskiem, by nie dawano więźniowi żadnego pożywienia ani napoju. Wypowiedział tę kwestię odwrócony do niej plecami. Odchodził już; zatrzymał się jednak i dorzucił, że niewykonanie polecenia spowoduje przerwanie rozmowy.

Pozostała sama w niewielkim pokoju bez okna, ze stołem pośrodku, trzema krzesłami, metalową popielniczką na wysokiej nóżce i wieszakiem pod ścianą. Wnętrze oświetlone było mdłym światłem podłużnych jarzeniówek przymocowanych do ścian.

Była dosyć zdziwiona surowym upomnieniem funkcjonariusza. Przychodziła tu przecież już wielokrotnie i zawsze częstowała klienta obfitym posiłkiem i kawą. Na odchodnym zaś nieraz zdarzało się jej podarować mu paczkę papierosów przy milczącej aprobacie więziennej straży. Postępowała w ten sposób od początku swych wizyt; tak samo zresztą czynili wszyscy obrońcy więźniów politycznych.

W tym miejscu należy zrobić dygresję dotyczącą więźniów politycznych w naszym kraju. Potencjalnie więźniami politycznymi jest jakieś osiemdziesiąt procent wszystkich obywateli. Ci zaś, którzy siedzą w więzieniu, po prostu aktywnie wyrażają przekonania wyżej wymienionych osiemdziesięciu procent swoich rodaków i próbują skłonić panujących do rozmaitych ustępstw oraz do wprowadzenia pewnych reform mogących zagwarantować minimum demokracji, wolności czy jak nazwać tę potrzebę posiadania naturalnych, przyrodzonych człowiekowi praw. Za to właśnie władza zamyka ich w więzieniu, obarczając zarzutem zbrodni najcięższych, pomawiając z niezmiennym upodobaniem o służbę dla wrogich wywiadów i agentur.

Powiesiła płaszcz na wieszaku, siadła na twardym, skrzypiącym krzesełku i zapaliła papierosa. Nadal zastanawiała się nad surowym i oficjalnym poleceniem funkcjonariusza służby więziennej. Może zaszły jakieś nieprzewidziane wydarzenia? Coś zakołysało tym ściśle uregulowanym życiem? Wdarła się jakaś anarchia, zakłócenie porządku? Głodówka czy inny rodzaj zbiorowego protestu i w związku z tym zaostrzono rygory? Tak zdarza się czasem w tym hermetycznym świecie więźniów i ich nadzorców. Chyba nie bunt jednak. Bunty więzienne w tej części Europy zdarzają się raczej rzadko. Tak więc nie brała takich przypuszczeń zbyt poważnie. Owe zaostrzenia mogą być po prostu wynikiem zmian w zarządzie więzienia. Poza tym występują często bez powodu. To znaczy bez powodu zrozumiałego dla ludzi z zewnątrz. W tym specyficznym, szczelnie izolowanym królestwie reakcje zarówno jednej, jak i drugiej strony powodowane są często niepojętymi impulsami. „Szajba im odbiła”. Skorzystała z tego popularnego powiedzenia, używanego powszechnie na wolności. Słowa te wyrażają nasz stosunek do wielu dziwnych, niekiedy absurdalnych poczynań ludzi i urzędów, z jakimi stykamy się w tym osobliwym naszym świecie. Rychło w ogóle zaprzestała analizowania przyczyn sztywnego początku dzisiejszej wizyty i zapatrzyła się bezmyślnie w przeciwległą ścianę z łuszczącą się farbą u góry.

Nie wiadomo dlaczego przypomniała sobie bardzo dawne odwiedziny w innym więzieniu, gdzieś na prowincji. Prowadziła wtedy sprawę, która zakończyła się bezwzględnym sukcesem w postaci efektownego uniewinnienia aresztowanego klienta. Z odpowiednim dokumentem udała się do naczelnika tamtego więzienia. Nie czynił żadnych przeszkód, więc już cieszyła się na myśl o nagłym pojawieniu się jej klienta, na pewno wyszarzałego i po aresztancku zmarniałego, a jednocześnie szczęśliwego z odzyskania utraconej od sześciu miesięcy wolności. Tymczasem w administracji funkcjonariusz w mundurze podoficera od razu oblał ją zimną wodą. Był to chudy mężczyzna o wyglądzie żołądkowca; stary, zrutynizowany klawisz po prostu. Obejrzał nakaz zwolnienia, niedbale odłożył na stół i oświadczył: „Nie wiem, czy dziś da radę zdążyć. Teraz przyjmuję „wolność”. W jego żargonie znaczyło to tyle, iż w pierwszej kolejności będzie odbierał z transportu ludzi skierowanych do więzienia. Później dopiero nastąpi czynność zwalniania aresztowanych. Nie miał najmniejszego zamiaru odstępować od tego porządku. Zapamiętała stamtąd żółte, piaskowego koloru mury i krzyk jakiegoś więźnia przylepionego do krat okna na pierwszym piętrze. „Wolność”, powtórzyła półgłosem.

Spojrzała na zegarek. Już przeszło pół godziny trwało oczekiwanie.

W tym momencie drzwi się uchyliły i w progu ukazał się nieznany jej dotąd funkcjonariusz służby więziennej.

– Proszę za mną – powiedział urzędowym głosem. ? Widzenie odbędzie się gdzie indziej.

– Dlaczego? – zdziwiła się.

– Nie wiem – odparł oficjalnie i chyba szczerze. – Takie otrzymałem polecenie.

Był najwyraźniej z innej służby, nie z tej urzędującej w budynku administracji. Skupiony i sprężysty. Tamci są bardziej rozluźnieni i niedbali, bliżsi cywilnemu życiu.

Podążyła za nim. Zdążyła jeszcze przytomnie zapytać, czy będą musieli opuścić ten budynek i udać się na zewnątrz. Była trochę przeziębiona. Potwierdził. Włożyła płaszcz.

Powędrowali korytarzem do wyjścia na więzienny podwórzec. Stamtąd do kilkupiętrowego szarego bloku zamykającego widok naprzeciw. Zauważyła rzędy okienek przesłoniętych blachą. Wyglądały jak oczy zasnute bielmem. Pod stopami zgrzytał żwir. Po przejściu niewielu kroków znalazła się we wnętrzu tego kilkupiętrowego bloku.

Ogarnęła ją inna niż dotąd atmosfera. Kraty zamykające korytarze. Pokryte siatką ochronną galeryjki i schody. Zgrzyt rozsuwanych krat. Posuwali się ciągle w głąb. Następnie z dołu do góry: z parteru na piętro. Stukot kroków po gładkiej, pokrytej ciemną wykładziną podłodze. Jakby donośniejszy. Bure ściany. Mętna szarość sztucznego światła. Ta droga przypominała kadry z filmu „Przesłuchanie”, który tutaj właśnie kręcono. Czuła mocno, wręcz fizycznie oddalanie się od tej pierwszej, jakże prostej strefy świata więziennego i usilnie pragnęła zapamiętać tę drogę w nieznane. Był to instynktowny odruch, by zapewnić sobie możliwość odwrotu. Labiryntem bowiem zaczęło się jej wydawać to wszystko i coraz natarczywiej powtarzała się myśl o powrocie. Szybko jednak zgubiła się w tej topografii, kolejność skrętów w lewo i w prawo całkowicie się pomieszała. Spostrzegła równocześnie, że jej pojawienie się tutaj wywoływało pewne zaskoczenie kluczników czuwających przy kratach. Niby w milczeniu i całkiem mechanicznie otwierali przed nią i jej przewodnikiem te wierzeje złożone ze stalowych prętów, a następnie równie rutynowo zamykali je za nią, a jednak gdy tylko przeszła kilka kroków, odwracali za nią głowy i odprowadzali długim spojrzeniem pustych, nieruchomych oczu.

Skręciwszy po raz nie wiadomo już który, natknęli się nagle na więźnia ze szczotką wykonującego czynności porządkowe. Ubrany był w szary strój, włosy miał krótko ostrzyżone. Ten nawet nie krył swego zdumienia. Choć podążał w przeciwną stronę, zatrzymał się raptownie i intensywnie zapatrzył na przechodzących. W jego wzroku czuło się przede wszystkim zainteresowanie kobietą – kimś rzadkim w jego tutejszym życiu. Po chwili otrząsnął się wreszcie z zaskoczenia i ruszył w swoją stronę. Był to na pewno więzień uprzywilejowany. Mógł przecież swobodnie poruszać się po korytarzu.

Znów stało się pusto i cicho. Gdzieś daleko tylko zgrzyt i chrzęst rozsuwanych lub zasuwanych krat.

Jej przewodnik cały czas milczał i tylko uprzejmym gestem wskazywał drogę. Był barczysty, średniego wzrostu. Jego mundurową kurtkę obciskał błyszczący pas.

Stanęli przed jeszcze jedną kratą. Klucznik, wymieniwszy krótkie spojrzenie z jej opiekunem, wpuścił ich na następny oddział. Znów rząd identycznych drzwi obitych blachą, opatrzonych żelaznymi ryglami i judaszami. Mętne światło rozpełzające się po ścianach i podłodze. Nad głową miała siatkę ochronną, a przez nią widok na podobny korytarz piętro wyżej. Dawno już zagubiła się w tej wędrówce przez więzienny gmach. O odtworzeniu w pamięci drogi powrotnej nie było mowy. Zapamiętała jedynie ilość przekraczanych krat. Tylko tyle.

Odniosła wrażenie, że w tych trzewiach więziennego świata absolutnie nie ma życia. Całość skonstruowana jak precyzyjna maszyneria, wyzuta z wszelkich naturalnych odruchów. Doskonale naoliwiona, pracująca w ciszy. Stale pieczołowicie konserwowana. Taką wydała się jej kosmologia więzienia. I nagle poczuła, że tryby tej machiny niezauważalnie zaczynają ją wciągać. Dokąd mnie prowadzą, zadała sobie pytanie i wtedy właśnie, wyszedłszy z najbliższych drzwi, wyrósł przed nią wysoki mężczyzna w cywilnym ubraniu.

– Dalej ja panią mecenas poprowadzę – powiedział cichym, grzecznie brzmiącym głosem. Na jej poprzedniego cerbera nawet nie spojrzał.

Tamten zaraz zawrócił.

Przyjrzała się dokładnie cywilowi. Szczupły blondyn w szarym garniturze. Twarz miał pociągłą, gładkie, zaczesane w przedziałek włosy i niebieskie, jasne oczy. Przystojny. W oczach tych jednak nie było żadnego wyrazu.

– Proszę za mną – skłonił się lekko. Ruszyli. Tym razem ledwie kilkanaście kroków.

Zatrzymali się przy niegłębokiej, ściennej niszy. Tu znajdowały się drzwi. Otworzył. Mała ciasna winda. Stanęli naprzeciw siebie i już nie było miejsca. Patrzył ponad jej głową na ścianę. Ona w klapę jego szarej marynarki. Nie pytała już o nic. Tak postanowiła. Starała się trzymać w ryzach swą twarz. Niech będzie naturalna, obojętna. W tej windzie (przypominała raczej klatkę) tylko jeden guzik. Pojechali. Krótką chwilę. Zatrzymali się. Otworzył drzwi. Przepuścił ją pierwszą.

Korytarz tego oddziału był kontrastowo odmienny od pozostałych. Jasne, seledynowe ściany, drzwi także jasne, z metalowymi gałkami zamiast klamek. Żadnych judaszy i rygli. Nie widziała też krat. Było to trzecie piętro. Okna wychodziły na podwórze. Docierało więc światło dzienne. Pogodny, czysty korytarz. Równie dobrze mógł być korytarzem nowoczesnego szpitala lub sanatorium. Przez okno zobaczyła następny pawilon, oddzielony od tego budynku niewielką przestrzenią, otoczoną wysokim betonowym murem. Zapewne miejsce spacerów.

Mężczyzna w cywilnym garniturze wskazał jej dalszą drogę. Jasne drzwi, drugie. Zatrzymali się przy trzecich. Zwyczajne drzwi. Wolnościowe. Tak pomyślała. Takie widuje się w rozmaitych urzędach i biurach.

– Proszę – powiedział cywil. ? Tu odbędzie się widzenie. ? Cicho zamknął za nią drzwi.

Znalazła się w obszernym, przyjemnym pokoju. W oknie firanka. Kraty za nią jakby mniej wyraźne. Stół z jasnego drzewa, wygodne krzesła. Nad stołem żarówka umieszczona pod sufitem. Świeżo i czysto. Znacznie lepszy pokój od tych brudnawych, pozbawionych okien pomieszczeń przeznaczonych na widzenia adwokackie w budynku administracji. Tak lustrując to wnętrze dostrzegła z zaskoczeniem podłogę z jasnych drewnianych klepek. Parkiet!

Nie zdążyła jeszcze ochłonąć i uporządkować swoich wrażeń, gdy do tego wytwornego pokoju wprowadzony został jej podopieczny. Też był podniecony. Od kilku dni w jego celi odbywają się nieustające „kipisze”, odbierają mu i przeglądają wszelkie notatki, numerują i dziurkują papiery. Dziś zaś, przed widzeniem, poddany został skrupulatnej rewizji osobistej. Tak dokładnej, że aż humorystycznej.

– Nie będę mówił o intymnych doznaniach – oświadczył.

Następnie doświadczonym okiem rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na żarówce w kloszu umocowanej w suficie nad stołem. Ostrożnie siadł z samego brzegu stołu. Ona przysunęła się do niego. W ten sposób znaleźli się poza kręgiem widzenia lampy.

Więzień mrugnął do niej figlarnie i patrząc do góry, tak oświadczył dobitnym głosem:

– Tu, w pokojach służących zazwyczaj do przesłuchań, zamontowane są podsłuchy, dowiedziałem się o tym od osób doskonale zorientowanych; narusza to w sposób zasadniczy moje prawo do obrony. Dlatego też nie będziemy dziś rozmawiać na temat sprawy, bo może to być wykorzystane przez stronę przeciwną… Mówmy o czymś innym, neutralnym dla sprawy. ? Wypowiedziawszy tę kwestię, zaczerpnął powietrza i od razu począł opowiadać ze swadą o swoim spotkaniu przed latu z kardynałem Wyszyńskim w Rzymie. Spotkanie wyznaczone zostało na siódmą rano w kaplicy rzymskiej rezydencji prymasa. Przybył tam na czczo, wysłuchał mszy, a potem w kolejce mężczyzn i kobiet czekał na kardynała, który majestatycznie przesuwał się przed nimi. Kolejno całowano go w pierścień i odbywała się krótka, oficjalna rozmowa. On nie pocałował eminencji w kardynalski pierścień. Kardynał spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.

Prawie bez pauzy przeszedł do swoich ostatnich lektur historii. Wpadło mu do głowy kilka pomysłów interpretacyjnych związanych z dwudziestoleciem międzywojennym. Mogą być kluczem do pewnych skomplikowanych wydarzeń tamtego czasu. Nosi się także z zamiarem napisania w przyszłości szkicu o polskiej poezji romantycznej. Zaczął z zapałem recytować fragmenty poematu Słowackiego o Beniowskim. Niektóre partie pełne są wciąż aktualnych znaczeń.

– Ile tu urody, prawda?

Przytaknęła, lecz nie słuchała wcale poezji wieszcza. Rozmyślała trybem przyziemnym. Ciągle o tym zakłóconym porządku widzeń. Pełna obaw. Mimo zakazu tak surowo wypowiedzianego w budynku administracji chciała go poczęstować przygotowanymi rano kanapkami z węgierskim salami. Pokręcił przecząco głową. Nie chciał jeść. Tylko wypił łapczywie dwa kubki kawy, którą przyniosła w termosie i palił nieustająco. Twarz miał szarawą – ten dwuletni brak powietrza i słońca wycisnął jednak już na niej charakterystyczne piętno.

Wzięła się w garść i chcąc utrzymać się w lekkiej konwencji tej towarzyskiej konwersacji, opowiedziała autentyczną historię o młodym kamerzyście z telewizji. Zwolniony z tej instytucji ze względu na aktywną przynależność do „Solidarności”, postanowił emigrować do RFN, powołując się na niemieckie pochodzenie matki. Otrzymał odmowę. Nie zrezygnował jednak i teraz zakłada Towarzystwo Kulturalne Niemiec w Polsce, licząc, że w ten sposób rozwścieczy władzę i zechcą się go pozbyć ostatecznie.

Zaniepokoiła się nagle. Czy on nie odbierze tego zbyt osobiście? Jako sugestii skłaniającej go również do emigracji? Przecież niedawno była o tym mowa na konferencji prasowej rzecznika rządu. Zechcą emigrować, proszę bardzo! Spowodujemy umorzenie postępowania karnego i damy im paszporty.

W tym duchu mówił Urban. A jego odpowiedź zawierała jedno twarde ?Nie!?.

Nie odebrał tego jednak jako aluzji do siebie. Wybuchnął śmiechem.

– Niezłe – uznał.

Ona zaś nie wiedziała, o czym mówić dalej. Zapanowało kłopotliwe milczenie.

Jego żywy, chłonny umysł nie znosił takiej martwoty i bezczynności. Po chwili więc streszczał jej już treść wywiadu udzielonego przez pewnego profesora nauk humanistycznych temu jedynemu niezależnemu tygodnikowi katolickiemu, którego prawo prenumeraty uzyskał po długich zabiegach. Pamięć miał niezwykłą i zacytował jej fragment wypowiedzi profesora dotyczący dramatycznego zerwania więzi generacji starców z młodym i średnim pokoleniem. Donośnie brzmiał jego głos z owym charakterystycznym zacinaniem się, dodającym jeszcze werwy jego słowom:

– „Lepiej niż gdziekolwiek widać to w środowisku inteligencji twórczej, gdzie ostatnio mamy do czynienia z czymś w rodzaju starczej kontrrewolucji. Nader sceptycznie oceniana jest mądrość ludzi sędziwych o znanych nieraz nazwiskach, którzy dają dowody kompletnego niezrozumienia sytuacji, w jakiej się znajdują. Doświadczenie, które mają do przekazania, jeśli jest pouczające, to przede wszystkim negatywne ? jako przestroga dla następców. Cóż zaś z wiedzy, która nie daje oparcia myśleniu przyszłościowemu, zatrzaśnięta w rutynie świata niechcianego”. W dosłownym brzmieniu – zakończył nie bez dumy.

Przez chwilę wydał się jej odpychająco nieludzki. Te jego oczy niebieskie, intensywne. Śmieje się tak zaraźliwie, sympatycznie, a oczy pozostają poważne – lodowatym odblaskiem w głębi. Niezłomny w swoim oporze. Czyżby to pycha? Jeśli tak, to przecież największym kosztem. Tyle wyrzeczeń, straconego życia. W tych wątpliwościach sama sobie wydała się małoduszna. Zdławiła je w zarodku. Patrzyła z podziwem na swego klienta, tak pełnego ekspresji w gestach i mimice. Spróbowała policzyć ilość lat spędzonych przez niego w więzieniu. Zaczął termin już jako osiemnastoletni chłopak.

Mówi teraz o towarzyszu niedoli z celi, jakimś facecie oskarżonym o przestępstwa gospodarcze.

– Ciągle płacze. Kilka razy na dzień!

Spróbowała się uśmiechnąć. Ale myślała o czymś zupełnie nieśmiesznym. Co będzie z tym przygotowywanym od przeszło roku procesem? Te tomiska akt zawierające setki stron wypisów z artykułów, przemówień i wywiadów oskarżonych. Proces po raz któryś utknął w martwym miejscu. Mówi się o rozmowach episkopatu z rządem. Właśnie na temat tych jedenastu więźniów politycznych. O treści tych rozmów nie ma żadnych oficjalnych wiadomości. Jeszcze raz zmobilizowała się i zapytała go o postępy w pisaniu pracy doktorskiej.

– Niestety, nie ma żadnych – odparł. – Prezes sądu wojskowego odmówił pozwolenia, którego uprzednio udzielił prokurator zajmujący się przygotowaniem procesu.

Poradziła, żeby w tej sprawie wystosował odwołanie. Zgodził się.

Jest chyba jednak zdenerwowany. Zna już dosyć dobrze jego reakcje. Oto zapala łapczywie kolejnego papierosa. Pociera dłonią czoło. Po chwili skręca i wichrzy swoje krótkie włosy.

Nagle wyprostował się i patrząc tam w żarówkę pod sufitem, jeszcze raz wypowiedział swoje stanowisko:

– Nie mam najmniejszego zamiaru dać się stąd wyrzucić! Nawet jeśli do wyboru będzie drakoński wyrok lub wyjazd do wolnego kraju. Choćby na Riwierę, jak to łaskawie proponował pan minister spraw wewnętrznych, generał Kiszczak. – Jego oczy błyszczały całkiem stalowo. – Chyba starczy na dziś – zdecydował.

Skwapliwie kiwnęła głową. Nie była w najlepszej formie.

Więzień przycisnął guzik umieszczony w ścianie obok drzwi. Drzwi uchyliły się zaraz i pojawił się ten przystojny, niemy blondyn w szarym garniturze. Więzień pożegnał się serdecznie ze swoim adwokatem. Całkiem spontanicznie pocałował ją w oba policzki. Cywil patrzył na tę poufałość obojętnym wzrokiem bez wyrazu.

– Zaraz wrócę po panią mecenas – rzekł. – Tylko odprowadzę. Nieznacznym ruchem brody wskazał więźnia.

Drzwi zamknęły się bezszelestnie.

Pozostała sama. Znajdowała się w głębi więzienia. Nawet ten pokój był zamknięty. Jakiś znak o sobie dać mogła jedynie za pomocą przycisku.

A może ukryte gdzieś oko kamery patrzy na nią nieustająco. Odbyła pouczającą wycieczkę przez kraty i korytarze w asyście grzecznych, milczących funkcjonariuszy. Ta wyprawa uprzytomniła jej, jak łatwo i niezauważalnie można zostać więźniem. Oto nagle i wskutek nieznanych jej okoliczności znalazła się w samym brzuchu tego zamkniętego obszaru. Poddana niespodziewanej presji, musiała posłusznie wędrować przez piętra, oddziały, korytarze. Powróciły z męczącą wyrazistością obrazy z filmu Bugajskiego. Młoda, ładna kobieta prosto z wesołej hulanki zostaje przewieziona do więzienia. Nieświadoma miejsca swego pobytu. Nie popełniwszy żadnego przestępstwa. Przesłuchanie w takim jak ten pokoju. Może właśnie w tym. Dwóch cywilów. Grożą, obiecują. Podczas tej swoistej projekcji filmu coraz bardziej utożsamiała się z bohaterką, graną przez aktorkę Jandę. Odczuwała jej strach, wyczerpanie i heroiczny upór. Równolegle z obrazami filmowymi wychynęły z pamięci strzępy „Rozmów z katem”, szczególnie powroty narratora z przesłuchań. Jego list do obrońców i opisy kilkudziesięciu rodzajów maltretacji psychicznej i fizycznej. Jednego z tych obrońców, wiekową panią Anielę, zna osobiście. W pobudzonej pamięci pojawili się także ludzie, których niegdyś znała, rozmawiała z nimi, żartowała, tańczyła. A oni przebywali właśnie tutaj. Ten starszy pan z wąsikiem, o wyglądzie naczelnika prowincjonalnej poczty – sześć lat. Ten drugi, młodszy – pięć lat. Pierwszy z wyrokiem śmierci, drugi skazany na piętnaście lat. Doszła naraz do przekonania, że w tym okratowanym świecie za grubymi murami wszystko może się nagle zmienić i powróci tamten czas. Najzwyczajniej przyjdzie polecenie z góry i cała ta machina – naczelnik, strażnicy, oficerowie śledczy ? zaczną z gorliwością służbistów spełniać owo polecenie.

Gdyby więc została zatrzymana, co ma robić? Jak się bronić? Tylko wypróbowanymi sposobami doświadczonych więźniów. Odmówić przyjmowania pokarmów. Próbować wysyłać grypsy. Zaczną się przesłuchania. Od czego by zaczęli w jej przypadku? Zastanowiła się, czy jest to strach. Raczej poczucie zupełnej bezsilności wobec nieoczekiwanej zmiany swego losu. Będzie krzyczeć, protestować! Takie krzyki giną bez echa w tych murach. Postanowiła zaprzestać posępnej wędrówki w wyimaginowaną przyszłość. Zajęła się więc swoim wyglądem. Wyjęła z torebki kosmetyki, przypudrowała twarz, starannie wymalowała usta, uczesała włosy.

Spojrzała w stronę drzwi. Z tego przycisku nie chciała skorzystać. Odczytaliby ów sygnał jednoznacznie. Jako dowód jej strachu, zdenerwowania. Usiadła wygodniej na krześle, założyła nogę na nogę. Czas dłużył się nieznośnie. Kontur krat za firanką. Jasny seledyn ścian. Sufit. Jak może być zamontowany podsłuch lub to wszędobylskie oko pod kloszem żarówki?

Kiedy drzwi uchyliły się bez szmeru, lekko drgnęła. Ten sam blondyn po cywilnemu w progu. Pewnie zauważył jej nerwowy odruch. Mógł mieć satysfakcję. Poczuła się upokorzona.

– Dlaczego musiałam czekać tak długo? – zapytała nienaturalnie ostrym głosem.

– Odprowadzałem więźnia na oddział – odpowiedział.

Rozpoczęła się powrotna wędrówka przez kraty, korytarze, piętra. W pewnym miejscu, przy kolejnej kracie (nie mogła się jednak zorientować, czy wracają tą samą drogą) opiekun w cywilnym ubraniu przekazał ją funkcjonariuszowi w mundurze, również milczącemu i uprzejmemu. Szli i szli. Czyżby więc dłuższą drogą? Wreszcie – w znajomym budynku administracji. Od razu poczuła się raźniej. Już ten ciemnawy korytarz, skąd drogę do wyjścia doskonale zna. Wnet biuro przepustek, brama i koniec tej przykrej wycieczki.

– Trafię już sama – oświadczyła.

Funkcjonariusz zgodnie pokiwał głową.

– Ja panią mecenas odprowadzę.

Nie oponowała.

Poszli jednak gdzie indziej. Znowu zaskoczenie. Schodami na pierwsze piętro. Mimo to o nic już nie pytała.

Korytarz na pierwszym piętrze miał charakter zwyczajnego biurowego korytarza jak na wolności. Jasny i czysty. Można powiedzieć, podobny do tamtego na trzecim piętrze w pawilonie. Funkcjonariusz otworzył drzwi. Wprowadził ją do pokoju przypominającego sekretariat. Siedziała tu za stołem młoda kobieta; pisała na maszynie. Na ścianie kalendarz z kolorowym kobiecym aktem. Funkcjonariusz zapukał delikatnie do następnych drzwi, obitych poduszkową dermą. Wszedł tam i zaraz wrócił.

– Towarzysz naczelnik pragnie porozmawiać z panią mecenas – oświadczył i usunął się z progu, przepuszczając ją do gabinetu.

Zza biurka wstał rosły, smolistej urody mężczyzna w mundurze z dystynkcjami majora. Był to naczelnik tego największego w stolicy więzienia. Uprzejmie wskazał jej krzesło wyłożone miękką poduszką. Siadła wygodnie; przede wszystkim starała się być spokojna i niczym niezaskoczona.

– Pragnę poinformować panią mecenas – naczelnik zasiadł z powrotem za biurkiem – że widzenia z osadzonym odbywać się będą odtąd w sposób obostrzony. Tak jak dzisiaj. Decyzję tę wydałem z powodu śledztwa, które wszczęła prokuratura w związku z paszkwilami pisanymi przez osadzonego. Paszkwile te przenikają poza mury i są rozpowszechniane przez dywersyjne rozgłośnie radiowe. – Wygłosił tę kwestię spokojnym, równym głosem, akcentując jedynie z naciskiem słowa „z powodu śledztwa, które wszczęła prokuratura”. Patrzył ciemnymi, uważnymi oczyma na kobietę siedzącą po drugiej stronie biurka.

Wytrzymała jego spojrzenie i nie odezwała się.

Naczelnik po dłuższej przerwie (jakby czekał jednak na jej reakcję) począł mówić dalej:

– Zaostrzenie rygoru widzeń polega głównie na przeniesieniu miejsca widzenia do specjalnie wybranego w tym celu pomieszczenia w pawilonie. Mieliśmy z tym nawet trochę kłopotów: należało odmalować ściany, wstawić meble, po prostu przygotować należycie wnętrze.

– Zdania budował starannie, z wyraźną dbałością o formę. – Droga do poprzedniego miejsca widzeń była, jak zauważyła zapewne pani mecenas, dosyć długa i osadzony mógł się stykać z rozmaitymi osobami. Starając się wykluczyć ewentualność jego niepożądanych kontaktów z otoczeniem, to znaczy uniemożliwić przenikanie paszkwilanckich pism poza mury ośrodka odosobnienia, skróciliśmy właśnie tę drogę do minimum. – Naczelnik ponownie uczynił wymowną pauzę, Najwyraźniej czekał na jej reakcję, ruch rąk, zmianę wyrazu twarzy czy jakąś wypowiedź.

Nie podjęła jednak dialogu. Milczała. W myślach obracała słowo „osadzony”, na które zwróciła uwagę. Naczelnik posługiwał się nim z wyraźnym upodobaniem. Skojarzyło się jej to słowo z dawną karą wbijania na pal.

– Osadzony na palu?. Tak to brzmiało.

Milczenie przedłużało się. Naczelnik wygładził stos zadrukowanych arkuszy papieru. Umieścił na nich metalowy przycisk.

– Czy wyrażam się zrozumiale? – zapytał.

Wtedy odezwała się po raz pierwszy:

– Zrozumiałam pana naczelnika – odpowiedziała, krótko kwitując jego wywody. – Niemniej pozostaje jeszcze jedna sprawa. Dosyć dla mnie istotna. Otóż w „rozmieszczeniu” zabroniono mi nagle częstować mego klienta jedzeniem i napojem. Dotychczas nie czyniono w tym względzie żadnych trudności, dziwię się więc…

Naczelnik poruszył się niecierpliwie.

– Pani mecenas wybaczy – przerwał jej niedokończone zdanie, gładząc pieszczotliwie przycisk na biurku – jednakże praktyka podawania posiłków osadzonym nie wynika bynajmniej z regulaminu. Była powodowana naszą… moją – poprawił się – dobrą wolą. Tolerowałem ten zwyczaj jako swoistą ulgę, pewien rodzaj złagodzenia obowiązującego reżimu. Ale obecnie nie widzę powodu, żeby dalej utrzymywać to odstępstwo od regulaminu, skoro pewne osoby tutaj przebywające i korzystające z tych udogodnień obrzucają mnie obelgami i kłamliwymi zarzutami w swoich oświadczeniach przemycanych na zewnątrz. Tak, nie widzę, wobec powyższego, sensu przyznawania im szczególnych względów i ulg. Dlatego proszę ? jego głos stężał nieprzyjemnie – o niepodawanie osądzonemu żadnych posiłków i napojów.

Poszperała w torebce i wyciągnęła papierosa. Naczelnik pośpieszył uprzejmie ze swoją zapalniczką. Zaciągając się chciwie dymem, czuła na sobie jego ciężki wzrok. Powiedziała tak:

– Ta nowa sytuacja o tyle jest dla mnie niezręczna i kłopotliwa, że, jak panu wiadomo, spędzając tu dużo czasu, sama odczuwam głód i pragnienie. Jakże więc jeść i pić, nie częstując więźnia?

Rozłożył szeroko ręce. Dłonie miał silne, owłosione, z bardzo starannie obciętymi paznokciami.

– Radzę po prostu zjeść obfite śniadania przed samym widzeniem. Ja osobiście

– dodał – zjadam pierwszy posiłek około siódmej rano, a drugi dopiero w późnych godzinach popołudniowych.

– Lecz tak długie wyczekiwanie… – Spojrzała na zegarek. – Dziś straciłam na przykład około godziny, nim doszło do widzenia. Poza tym czekałam jeszcze po widzeniu. W dodatku to wyprawa przez całe więzienie.

Naczelnik uśmiechnął się lekko.

– To tylko część więziennego kompleksu. – Śniada cera, czarne włosy i czarne oczy. Typ mołojca, kozaka. Takim jej się wydał. – A jeśli chodzi o stratę czasu – ciągnął dalej – tak, doskonale panią mecenas rozumiem. Straciła pani wiele czasu. Niestety, ta przedłużona procedura spowodowana jest szczególnymi okolicznościami. Osadzony musi być obecnie dokładnie przeszukany przed doprowadzeniem do pokoju widzeń. Czy czegoś… ? Nie dokończył zdania. Patrzył na nią ciemnymi oczyma. – Ale… – Uniósł się na krześle, przypalając jej z uprzejmością następnego papierosa. Była jednak zdenerwowana. Ten idiotyczny nawyk sięgania po papierosa. Złudna nadzieja dymnej zasłony, za którą znajdzie spokój. – Ale – powtórzył – widzę następujące rozwiązanie: dzień przed widzeniem zechce pani zadzwonić do dyżurnego w „rozmieszczeniu” i uprzedzić o swojej wizycie. Wtedy postaram się przygotować osadzonego zawczasu i skrócić do minimum stratę czasu pani mecenas. – Uśmiechnął się ze swoistą życzliwością. Wymienił numer telefonu.

Zapisała w notesie.

Cały czas patrzył na nią uprzejmym, lecz przenikliwym wzrokiem. Miała wrażenie, że wciąż oczekuje czegoś więcej z jej strony. Jakiejś wypowiedzi dotyczącej oceny jego decyzji czy opinii o wszczęciu dochodzenia w związku z przemycaniem przez więźnia wypowiedzi, listów i oświadczeń na wolność. „Osadzonego” – poprawiła się w myśli i uśmiechnęła się blado.

Naczelnik zauważył jej uśmiech. Popatrzył z wyczekującym zainteresowaniem.

– Zastosuję się do rady pana naczelnika – oświadczyła rzeczowo. – O każdym widzeniu będę uprzedzała dzień wcześniej, telefonując pod podany numer.

– Doskonale. – Przesunął dłonią po ciemnym, gładko wygolonym policzku.

– Dziękuję – powiedziała wstając.

Też wstał i na pożegnanie pocałował ją szarmancko w rękę. – Pozwoli pani przepustkę. – Podpisał się zamaszyście i oddał jej karteczkę.

– A do kogo mam zwrócić się o pieczątkę?

– Pani mecenas! – uśmiechnął się naprawdę wesoło, ubawiony jej naiwnością.

– Mój podpis wystarczy! Znają go tutaj wszyscy. – Nacisnął zielony guzik na tablicy centralki telefonicznej, którą miał na biurku.

Rzucił przyciszonym głosem jedno niezrozumiałe słowo. Co mogło znaczyć? Nie zatrzymywać? Wyprowadzić? Odprowadzić?

Zakończyło się to widzenie bardzo sprawnie i szybko. Niedługa droga korytarzem budynku administracji. Przestrzeń do bramy. Biuro przepustek. Funkcjonariusz odbiera karteczkę z podpisem naczelnika. Rytualny brzęczyk i ostatnia krata otwiera się natychmiast. Energicznie pchnęła drzwi.

Znalazła się na ulicy. Odetchnęła głęboko. Dzień nie był już wcale pogodny. Szary, z niskim i brudnym niebem. Auta wzbijają bryzgi wody z jezdni. Przechodnie uskakują od krawężników, klnąc i złorzecząc. Twarze mają posępne i przygnębione. Zapędzeni w czasie powrotów z pracy i gorączkowych zakupów w marnie zaopatrzonych sklepach. Obejrzała się i popatrzyła na wysoki, solidny mur.

 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Opowiadania, Po 1980 i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.