Stanisław Swianiewicz w cieniu Katynia

Powołany do wojska w sierpniu, już pod koniec września znalazł się w sowieckiej niewoli. Trafił do obozu w Kozielsku, skąd później wraz z innymi oficerami był wieziony pociągiem w kierunku Smoleńska. Na stacji Gniezdowo wywołano go i umieszczono w innym wagonie, skąd obserwował jak jego współtowarzyszy ładowano do autobusu z zamalowanymi szybami.

strona [2] Fragmenty książki w „W cieniu Katynia”

***

Piotr Zychowicz

Nić Swianiewicza

„Gdyśmy wyszli na zewnątrz, uderzyły mnie zapachy wiosny wiejące od okolicznych pól i lasów, chociaż jeszcze gdzieniegdzie leżały płachty śniegu. Był śliczny wiosenny poranek. Wysoko w błękitach bujał skowronek” – pisał Stanisław Swianiewicz o dniu 29 kwietnia 1940 roku, w którym otarł się o śmierć. Rzecz działa się na stacji kolejowej Gniezdowo pod Smoleńskiem, dokąd Sowieci przywieźli go wraz z innymi oficerami z Kozielska.

Gdy Swianiewicz zachwycał się wiosenną przyrodą, trzy kilometry dalej w Katyniu sowieccy oprawcy strzelali w tył głowy jego kolegom. Odgłosy pistoletowych wystrzałów nie dochodziły tak daleko. Swianiewicz nie miał więc pojęcia, że niewiele brakowało, aby on także z roztrzaskaną czaszką wylądował w masowej mogile. W ostatniej chwili przyszedł jednak rozkaz z Moskwy, aby zachować go przy życiu, jako wybitnego znawcę gospodarki Trzeciej Rzeszy.

Swianiewicza zamknięto w wagonie stojącym na bocznicy. Przez niewielki otwór między deskami obserwował rozwój wydarzeń. „Plac był gęsto obstawiony kordonem wojsk NKWD z bagnetem na broń. Z drogi wyjechał na plac zwykły pasażerski autobus. Okna były zasmarowane wapnem. Autobus podjechał tyłem do stopni sąsiedniego wagonu, tak że jeńcy mogli wchodzić bezpośrednio z wagonu, nie stąpając na ziemię. Po półgodzinie autobus wracał, aby zabrać następną partię”.

Swianiewicz był jedynym oficerem, który dotarł niemal do samego Katynia i przeżył. Jego unikatowa relacja do dziś jest jednym z najważniejszych źródeł dotyczących mechanizmu zbrodni katyńskiej. Zawarta ona została we wspomnieniach Swianiewicza „W cieniu Katynia”, które zostały właśnie po 20 latach (dlaczego dopiero teraz?!) wznowione przez wydawnictwo LTW. To jedna z najważniejszych polskich książek dotyczących ostatniej wojny.

Z okazji tego wydawniczego wydarzenia warto napisać o Swianiewiczu nie tylko w kontekście jego przeżyć katyńskich i łagrowych (skazany został ostatecznie na osiem lat), które są najbardziej znane. Warto także pamiętać, że profesor Stanisław Swianiewicz był jednym z najwybitniejszych uczonych i intelektualistów II Rzeczypospolitej. A przede wszystkim był kimś w Polsce całkowicie nietypowym. Był indywidualistą.

W czasach stadnego, kolektywnego myślenia – zjawisko niezwykle rozpowszechnione zarówno wśród ówczesnych, jak i dzisiejszych Polaków – Swianiewicz nie bał się głosić poglądów sprzecznych z poglądami większości rodaków, jeżeli był przekonany, że są słuszne. Przykład? Stanisław Swianiewicz, wybitny wileński sowietolog i znawca Trzeciej Rzeszy, był germanofilem.

Pozytywnie oceniał pakt zawarty przez marszałka Piłsudskiego z Niemcami w 1934 roku i uważał, że Polska zagrożona przez Związek Sowiecki powinna szukać kompromisu z Niemcami. „Każde wdanie się w wojnę na Zachodzie będzie oznaczało obsadzenie naszych ziem wschodnich przez Rosję [sowiecką]. [To zaś] będzie oznaczało koniec utrzymujących się tam wpływów polskich oraz polskiego stanu posiadania” – pisał.

Zdawał sobie sprawę, że potencjał gospodarczy naszego sąsiada jest tak wielki, że Polska w starciu z nim nie ma najmniejszych szans. Przy całej swojej niechęci do ideologii narodowo-socjalistycznej zalecał, aby Polska nie odtrącała ręki wyciągniętej do niej w latach 30. przez Hitlera. Konsekwencją odrzucenia tej oferty sojuszu a co za tym idzie konfrontacji miała być bowiem nie tylko utrata ziem wschodnich na rzecz Sowietów, ale również wielkie cierpienia ludności cywilnej.

„Było dla mnie zawsze rzeczą jasną, że jeśli dojdzie do wojny z Niemcami hitlerowskimi, będzie to wojna bardzo bezwzględna. Hitlerowska polityka wahała się między dwoma skrajnymi koncepcjami wobec Polski: sojusz lub eksterminacja” – pisał. Gdy dziś myśli się o kilku milionach zabitych polskich obywateli, o utraconych Wilnie i Lwowie, nasuwa się tylko jedna refleksja: dlaczego takich ludzi jak Swianiewicz, Mackiewicz, Bocheński czy Studnicki wówczas nie słuchano?

Kolejną sprawą, w której Swianiewicz szedł wbrew prądom swoich czasów, była niechęć do nacjonalizmu. Wychowany w liberalnej atmosferze wielojęzycznego Dyneburga, uważał, że Polacy powinni starać się stworzyć twór oparty na wzorze przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Nie przez przypadek związał się z Piłsudskim i był jednym z najważniejszych przedstawicieli ruchu federalistycznego.

„Odbudowanie niepodległej Polski po I wojnie musi za sobą pociągnąć również odbudowanie niepodległości innych narodów, które w przyszłości razem z Polską stanowiłyby wspólną Rzeczpospolitą, a więc Ukrainy, Białorusi i Litwy – przedstawiał po latach koncepcję federalistów. – Narody te razem z Polską oraz państwami bałtyckimi winny utworzyć wielki związek obejmujący znaczną część środkowej Europy”.

Związek ten miał być przeciwwagą dla sowieckiej Rosji. Program taki stawiał jednak federalistów „w pozycji ostrego konfliktu zarówno z imperializmem rosyjskim, jak i nacjonalizmem polskim”. Swianiewicz ostro krytykował zresztą nie tylko endeków, ale także władze sanacyjne, które pod koniec lat 30. zaczęły w praktyce realizować ideały Dmowskiego. Szykany wobec niepolskich obywateli II RP, takie jak palenie cerkwi, uważał za szaleństwo.

Jeszcze w 1963 roku przekonywał, że kiedy upadnie Związek Sowiecki, Polacy powinni natychmiast „nawiązać nić braterstwa i współpracy z rozsianymi wokół nich Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami”. Razem powinniśmy stworzyć „nową sugestywną koncepcję Commonwealthu” wschodniej Europy. Niestety, Swianiewicz nie docenił destrukcyjnego wpływu, jaki na Polaków miały z jednej strony nacjonalizm, z drugiej komunizm.

Obie te ideologie sprawiły, że zerwaliśmy nić łączącą nas z wielką ideą naszych przodków. Po odzyskaniu niepodległości nikt w Polsce nie wystąpił z programem bliższego, systemowego związania naszego kraju z narodami tworzącymi niegdyś Rzeczpospolitą. W efekcie III RP jest państwem plemiennym, etnicznym, „Polską tylko dla Polaków”. Swianiewicz, który umarł w 1997 roku, musiał być rozczarowany.

http://www.rp.pl/

 

Wydawnictwo LTW, Łomianki 2010

Książka ” W cieniu Katynia „– wg słów ś.p. Andrzeja Przewoźnika „stanowi jedną z najważniejszych pozycji w bibliografii zbrodni katyńskiej. Składamy hołd niezwykłemu Człowiekowi, świadkowi Katynia, profesorowi Stanisławowi Swianiewiczowi. ”

W 1976 roku nagrodzona została jako najwybitniejsza książka pisarza polskiego, wydana na emigracji .

Autor książki: ” Znaczną część tej książki napisałem, siedząc przy łóżku mojej powoli ugasającej żony oraz myśląc o naszych porozrzucanych po świecie wnukach, którym chcieliśmy przekazać słowa o tym, co kochali, do czego dążyli i o co walczyli ich dziadkowie”

***

Stanisław Swianiewicz urodził się w 1899 roku w Dyneburgu na Łotwie, w rodzinie szlacheckiej o silnych tradycjach patriotycznych. Studiował m.in. na Uniwersytecie Moskiewskim, na Uniwersytecie Wileńskim, w Paryżu, Wrocławiu, Kilonii. W 1919 roku został komendantem POW w Inflantach, wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej, w październiku 1920 uczestniczył w tzw. buncie gen. Lucjana Żeligowskiego.

W książce „Dzieciństwo i młodość” tak napisał o miejscu swego urodzenia:

„Dyneburg wyrósł w połowie XIX wieku jako ważny punkt handlowy położony na przecięciu dwóch linii kolejowych: Petersburg-Warszawa i Orzeł-Ryga. Do miasta napłynęło z różnych części imperium dużo ludności żydowskiej, która zamieszkiwała centralne dzielnice miasta. Przedmieścia były zamieszkałe przeważnie przez ludność mówiącą po polsku, która napłynęła z różnych części dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Inflant. We wschodniej części miasta, za torami kolei Rygo-Orłowskiej powstała na przełomie stulecia zupełnie nowa, prawie całkowicie polska dzielnica Nowo-Strojenie. Zamieszkiwali tam przeważnie drobni urzędnicy, pracownicy rozmnażających się firm handlowych, technicy, kwalifikowani robotnicy z warsztatów kolejowych, maszyniści kolejowi, drobni przedsiębiorcy. Ludność ta w dużym stopniu pochodziła z drobnej szlachty spod Brasławia, Opsy, Jezioros (przemianowanych przez zaborców na Nowo-Aleksandrowsk), Połocka i Kresławia”.

Prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego ukończył w 1924 roku. Studia uzupełniające odbywał w Paryżu, Wrocławiu oraz w Kilonii. Przedwojenne życie zawodowe związał z Uniwersytetem Stefana Batorego w Wilnie, gdzie zajmował się analizą gospodarki sowieckiej. Był też członkiem Instytutu Naukowo-Badawczego Europy Wschodniej. W kwietniu 1939 roku prezydent Ignacy Mościcki wręczył mu nominację na tytuł profesora nadzwyczajnego.

W dniu 2 sierpnia 1939 roku Stanisław Swianiewicz otrzymał kartę powołania do wojska:

„Wróciłem więc do domu, przebrałem się w mundur, spakowałem najbardziej potrzebne rzeczy do plecaka (…). Przypiąłem pistolet, zostawiając jednak w domu szablę (…). Pomodliłem się przez chwilę z żoną i dziećmi, mówiąc im, że jeżeli wojna naprawdę wybuchnie – to nie wiadomo, czyj los okaże się cięższy: mój w walczącym oddziale, czy ich w tym mieście, które już zaznało w dniach mojej młodości okupacji niemieckiej oraz okupacji bolszewickiej (…). Poszedłem do Ostrej Bramy, która była na szlaku szosy prowadzącej do Nowej Wilejki, gdzie stacjonował mój pułk”.

Wycofany w Gniezdowie z dalszego transportu został przewieziony najpierw do więzienia w Smoleńsku, a potem do więzienia śledczego na Łubiance w Moskwie. Śledczych interesowała książka Swianiewicza pt. „Polityka gospodarcza Niemiec hitlerowskich”, wydana w 1938 roku. Bardziej może od samej książki interesowały śledczych informacje, jakie Swianiewicz zbierał dla polskich służb tajnych na terenie Niemiec (wyjazd naukowca finansował Oddział II Wywiadowczy Sztabu Głównego Wojska Polskiego, zwany „dwójką”). W czasie nocnych przesłuchań profesor musiał odtwarzać z pamięci treść książki.

Po kilkumiesięcznym śledztwie na Łubiance, kontynuowanym jeszcze na Butyrkach, Swianiewicz został osadzony w łagrze w Republice Komi z wyrokiem 8 lat pobytu za rzekome szpiegostwo przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Został zwolniony dzięki energicznym zabiegom dyplomatycznym polskiego rządu po zawarciu układu Sikorski–Majski.

Po wojnie osiadł w Londynie. Mieszkał też i wykładał w Indonezji, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Najdłużej był związany z Saint Mary’s University w Halifaxie. Po 18 latach rozłąki spotkał się z żoną, której udało się opuścić Polskę dopiero po październikowej odwilży. Rodzina przeżyła wojnę na Litwie, zaś potem osiadła w Tczewie.

Odwiedził Polskę tylko raz, latem 1990 roku, gdy przyjechał na ślub wnuka.

Ostatnie lata mieszkał w Domu Kombatanta „Antokol” pod Londynem, którego nazwa była bliska sercu profesora, bo na wileńskim Antokolu mieszkał przed wojną. W domu, którego gospodarzem był generał Tadeusz Pełczyński z żoną, mieszkało wielu wybitnych rodaków. Stanisław Swianiewicz zmarł 22 maja 1997 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii. Został pochowany w Halifaksie obok żony Olimpii.

Stanisław Swianiewicz jest autorem raportu o zaginionych polskich oficerach, który stał się częścią publikacji zredagowanej przez Józefa Mackiewicza i Zdzisława Stahla pt. „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów” (1948) – polskiej białej księgi, najbardziej wyczerpującego aktu oskarżenia Związku Sowieckiego o zbrodnię ludobójstwa na polskich jeńcach wojennych. Książkę tę opatrzył wstępem gen. Władysław Anders.

 

 

źródła:
http://www.gazetaprawna.pl/
http://www.panstwo.net/

***

Piotr Lisiewicz

Świadek w masce

Ile wynosi prawdopodobieństwo, że w momencie egzekucji skazańca na krześle elektrycznym, elektrownia wyłączy prąd? Albo że urwie się sznur na szubienicy? „Gdy w starożytnym Rzymie, podczas krwawych igrzysk, któryś ze skazańców lub gladiatorów cudem uniknął niechybnej, zdawałoby się, śmierci, widownia stawała po jego stronie i żądała darowania mu życia” – pisał Stanisław Swianiewicz.

Był 1978 r., gdy na londyńskiej pustej ulicy prawie 80-letni emerytowany profesor amerykańskich uczelni został uderzony w tył głowy. Stracił przytomność i upadł. Swianiewicz szykował się właśnie do wyjazdu do Danii, gdzie miał wziąć udział w tzw. przesłuchaniach sacharowskich, dotyczących praw człowieka w bloku wschodnim. Lada dzień miała ukazać się jego książka „W cieniu Katynia”. Na londyńskiej ulicy dogoniła go jego przeszłość sprzed prawie 40 lat.

Pobicie za prawdę dla wnuków

Wtedy, w letnią noc, o 3 nad ranem, pożegnał się z żoną. 39-letni naukowiec, profesor Uniwersytetu Wileńskiego, ojciec czwórki dzieci, od kilku dni chodził w mundurze, jako dowódca zaopatrzenia pułku. Kończył się sierpień 1939 r. Swianiewicz nie miał pojęcia, że żonę następny raz zobaczy za… 18 lat na lotnisku w Dżakarcie na Filipinach. I nie będzie już wtedy mieszkańcem Wilna, lecz obywatelem brytyjskim. „Zaczynała się wielka przygoda lub raczej cały łańcuch nieprawdopodobnych przygód” – pisał.

Był jedynym, który ocalał z transportu do Katynia. Przez otwór wagonu obok dachu widział, jak pozostali wsiadają do autobusu z szybami zasmarowanymi wapnem. Sowieci oddzielili go od reszty, by poddać go śledztwu pod zarzutem szpiegostwa, za które groziła kara śmierci. Tym samym ocalili mu życie.

Los chciał, że śledczy ocalili pierwszego polskiego sowietologa. Swianiewicz był bowiem przed wojną twórcą wileńskiego Instytutu Europy Wschodniej, pierwszej, na długo przed amerykańskimi, sowietologicznej placówki badawczej na świecie. Jak mało który z jeńców rozumiał więc to, co widział dookoła.

Nazwisko Swianiewicza jako świadka Katynia znane jest dziś rodzinom zamordowanych i tym, którzy interesują się sprawą. Zdecydowanie mniej znane pozostają jego dorobek i życiowa droga. Tymczasem, jak pisał Józef Mackiewicz, książka Swianiewicza „W cieniu Katynia” to „niewątpliwie najwybitniejsze, najbardziej frapujące z tego, co się na tle mordu katyńskiego napisało” (z książki tej czerpię sporą część cytowanych opinii Swianiewicza).

Co motywowało prawie 80-letniego profesora, że postanowił narazić się na spotkanie z „nieznanymi sprawcami” na londyńskiej ulicy, z którego to zagrożenia on, sowietolog, zdawał sobie sprawę jak nikt inny? Gdy w 1978 r. otrzymał za książkę „W cieniu Katynia” nagrodę londyńskich „Wiadomości”, powiedział, że pisał ją, myśląc o wnukach, którym chciał przekazać wiedzę o tym, „co kochali, do czego dążyli i co walczyli ich dziadkowie”.

Katyń i Czeczenia – zemsta za walkę z Moskwą

Swianiewicz przeżył zamach. Raz ocalony w nieprawdopodobnych okolicznościach dostał od Pana Boga długie życie – doczekał III RP, którą odwiedził zresztą tylko raz. Miał więcej szczęścia niż Anna Politkowska, rosyjska dziennikarka pisząca o wojnie w Czeczenii, zastrzelona w windzie w 2006 r. O Politkowskiej wspominam nie bez powodu, bo obu tych świadków historii łączy nie tylko ukończenie tej samej uczelni – Uniwersytetu Moskiewskiego.

Sowietolog Swianiewicz w swych publikacjach wskazywał na dwie sowieckie zbrodnie RÓŻNIĄCE SIĘ od pozostałych. Chodziło o ludobójstwo dokonane na Polakach oraz Czeczenach i innych narodach Kaukazu. Bo Katyń i deportacje Czeczenów z lat 40. (co czwarty z nich nie przeżył) łączyło coś, co wykraczało poza logikę sowieckiego terroru.

Dostrzegał to, bo był autorem prac o ekonomicznym uzasadnieniu niewolniczej pracy w łagrach. Katyń i deportacje nie pasowały do tego uzasadnienia. Przeciwnie. O deportacjach pisał: „Wyrwanie z aparatu gospodarczego w okresie głodu spowodowanego wojną kilkuset tysięcy producentów środków żywnościowych i rzucenie ich w bezludne stepy było nonsensem gospodarczym”. A o Katyniu: „tak samo […] nonsensem gospodarczym było zlikwidowanie fizyczne tylu wysoko kwalifikowanych specjalistów”.

Zwracał uwagę, że „obydwie akcje […] były powiązane w czasie oraz powstawały pod tym samym naczelnym kierownictwem. Obydwie były przeprowadzane przez aparat wykonawczy NKWD”. Uważał, że „model katyński i model deportacyjny były tylko dwoma stronami tej samej zharmonizowanej akcji zmierzającej do oczyszczenia przedpola potrzebnego dla dalszej ekspansji imperializmu sowieckiego”.

Dlaczego likwidowano akurat Polaków i Czeczenów? Swianiewicz zwracał uwagę, że w czasie deportacji „przejawiło się dążenie do zniszczenia przede wszystkim tych szczepów, które przeciwstawiały się zbrojnie zawojowaniu Kaukazu przez Rosję w XIX wieku”. Analogicznie Polacy mieli być zniszczeni w zemście za 1920 r., gdy zatrzymali ekspansję komunizmu w Europie.

Prochwost, co wieszał i niszczył

Stanisław Swianiewicz urodził się w 1899 r. w Dyneburgu (Dźwińsku) na Łotwie. Ojciec, inżynier kolejnictwa, zajmował stanowisko naczelnika odcinka kolejowego Dyneburg-Orzeł. Matka ukończyła instytut dla szlachetnie urodzonych panien w Wilnie. Pracowała jako nauczycielka w bogatych rosyjskich domach. W domu posługiwano się trzema językami: polskim, rosyjskim i niemieckim (wspomnienia Swianiewicza z wczesnych lat zatytułowane „Dzieciństwo i młodość” ukazały się w 1996 r.).

Na dziecku duże wrażenie robiła pamiątka po pradziadku – masywny srebrny kieszonkowy zegarek zwany cebulą. Pradziadek skazany został na śmierć za powstanie listopadowe, a cały jego majątek skonfiskowany. Dziadek w czasie powstania styczniowego miał w swoim majątku skład broni dla powstańców, za co groziła kara śmierci.

Jako dziecko szczególnie lubił bawić się żołnierzykami. Pewnego wieczoru ustawił je w szyku na półkach w szafie. Rano obudziły go dźwięki orkiestry wojskowej. Szybko otworzył szafę, by popatrzeć na nie przy defiladowych dźwiękach. Rodzina uznała, iż doszedł do wniosku, że to gra jego orkiestra.

O losach Polaków w Rosji, carze i świecie opowiadała mu w dzieciństwie ciotka Bogusia. Było to znakomitym przygotowaniem do lekcji historii w szkole, które przedstawiać ją miały z rosyjskiego punktu widzenia.

Wielki wpływ na jego dalsze życie wywarła śmierć 86-letniego dziadka. Przed zgonem mówił mu o Murawiewie: „Ten prochwost (nikczemnik) wieszał i niszczył”. Zapamiętał, jak dziadek robił nad nim znak krzyża. Jak wspominał „nieraz czuł, że to błogosławieństwo, które otrzymał od dziadka przed wyjazdem z Petersburga, do czegoś go zobowiązuje, chociaż nie umiał jasno sformułować, do czego. Dopiero po kilku latach odpowiedział sobie na to pytanie”.

Co to jest dom publiczny?

Gdy skończył 11 lat, zaczął naukę w gimnazjum. Do egzaminów przygotowywała go głównie matka, ale w końcu posłano go też do zawodowego nauczyciela. Udając się na te lekcje, chodził niedużą uliczką Podolską. Jego uwagę zwracały tam dziewczyny, które siedziały mocno umalowane przed domkami lub w ich oknach. Koło nich zbierali się czasem żołnierze. Kiedyś zapytał rówieśniczkę, co to za domki. Dowiedział się, że to domy publiczne.

Podczas uroczystego obiadu, na który Swianiewiczowie zaproszeni byli jako goście, pytanie, co to jest dom publiczny, postanowił zadać matce. Ta udała, że nie słyszy. Kiedy po chwili głośno je powtórzył, usłyszał, że niegrzecznie jest mieszać się przy stole do rozmowy starszych, a już w szczególności z niemądrymi pytaniami.

Do szkoły chodził w Orle w centralnej Rosji. Tajemnicę domów publicznych przyszło mu poznać dopiero w rozmowach z kolegami, od których dowiedział się, że niektórzy uczniowie starszych klas korzystają z takich udogodnień. Groziło za to obniżenie oceny ze sprawowania do trójki. Była to kara niższa, niż za posiadanie polskich książek – za to wylatywało się ze szkoły z wilczym biletem, bez prawa przyjęcia do jakiejkolwiek innej szkoły w Rosji.

Poznawanie Rosjan, począwszy od Lali

Poznawanie Rosjan przyszły sowietolog rozpoczął w wieku 13 lat od Lali, córki sąsiada, rosyjskiego pułkownika żandarmerii. Dzielił z nią tajemnicę – dokarmianie potomstwa kury, którą Lala hodowała do momentu, gdy porwał ją jastrząb. Z jej jajek wykluły się „cyplionok” i „utionok”, czyli kurczątko i kaczątko.

Lala była inteligentna ponad wiek. Stanisławowi było wstyd, że szybciej od niego przeczytała „Quo vadis” w rosyjskim przekładzie. Oboje lubili wiersze Lermontowa. Pewnego dnia ustalili, że urodzili się… tego samego dnia, 26 października 1899 r. „Gdy podając sobie ręce, spojrzeli wzajemnie w oczy, błysnęły dwa odbicia promieni tej samej gwiazdy” – pisał. Włóczyli się razem po inflanckich błotach pełnych żmij. Rozmawiali o wielu tematach, ale Lala wiedziała, że on czegoś niedopowiada, coś w sobie dusi. Po kilku latach matki obojga zainteresowały się legendą o „wspólnej gwieździe” i okazało się, że ksiądz wpisujący do metryki Swianiewicza datę urodzenia pomylił się o trzy dni.

Różnice dawały o sobie znać – Lala była bardziej przygotowana, by obracać się na salonach. Była Rosjanką urodzoną w Warszawie. On był Polakiem, który nigdy nie widział Warszawy ani nawet Bugu. Miastem najbardziej wysuniętym na Zachód, które odwiedził, było Wilno. Oboje interesowali się antyreżimowymi ruchami w Rosji. „Temat dekabrystów był nieco delikatny, bo wtedy właśnie Mikołaj I, aby uniknąć powtórzenia czegoś podobnego w przyszłości, ustanowił korpus żandarmów, którego przedstawicielem na tym terenie był ojciec Lali. Lala ogromnie ojca kochała” – pisał Swianiewicz. W tym czasie on działał w polskich uczniowskich kółkach konspiracyjnych.

Patrząc na rewolucję w Moskwie

Razem znaleźli się na studiach na Uniwersytecie Moskiewskim. On studiował ekonomię, ona – literaturę i teatr. W Moskwie zastała ich rewolucja październikowa. W wirze wydarzeń chciał odnaleźć Lalę. Gdy szedł do jej domu, wystrzelono w jego kierunku kilka kul. Jak się dowiedział, powodem była jego studencka czapka – studenci byli w większości wrogami bolszewików. Zdołał wyjechać z Moskwy, pociągiem towarowym dojechał do Orła. Współpracował już z POW, do Orła przyjeżdżał nikomu nieznany wówczas por. Józef Beck. Tymczasem w Moskwie pozornie życie wróciło do normy, zaczął działać na nowo uniwersytet. W końcu odnalazł Lalę. „Jej twarz w ciągu tych kilku miesięcy, podczas których on jej nie widział, nabrała jakichś szarych odcieni” – pisał. On był pełen optymizmu, bo Polska miała szanse na niepodległość. Ona – przerażona. „Stali obok niemal przytuleni do siebie oparci o balustradę mostu, patrzyli pochyleni na wodę, z której zszedł już lód i rozmawiali o rzeczach pozornie obojętnych” – wspominał.

Nie wiedzieli, że widzą się po raz ostatni. On pojechał do rodzinnego Dyneburga, będącego w rękach niemieckich. W pociągu czytał „Prawdę”. Na liście rozstrzelanych odnalazł ojca Lali. Wieści z Moskwy mówiły o tym, że jej matka trafiła do szpitala psychiatrycznego, zaś ona sama wyszła za mąż za lekarza, którego Swianiewicz podejrzewał wcześniej o to, że był kochankiem matki Lali. Tę ostatnią wiadomość odebrał jako dobrą – dawała ona Lali większe szanse na przetrwanie, bo nie musiała tłumaczyć się, kim byli jej rodzice.

W zajętym przez Niemców Dyneburgu Swianiewiczowie potrafili się odnaleźć dzięki płynnej niemczyźnie matki. Ale do miasta zaczęli zbliżać się bolszewicy. Stalin chciał upowszechniać szkolnictwo, a nie miał do tego nauczycieli, więc w zajętym przez bolszewików Dyneburgu ogłoszono, że absolwenci szkoły średniej mogą być nauczycielami. Został nim 18-letni Stanisław. W tym samym czasie dostał z POW rozkaz zorganizowania jej struktur na Inflantach. Po kolejnych aresztowaniach stało się jasne, że musi uciekać. Umówił się na ostatnie, pożegnalne spotkanie z matką, do którego doszło przy okazji wychodzenia z mszy w jednym z kościołów. Napisał później: „Patrzył na oddalającą się matkę tak długo, aż znikła z jego pola widzenia na nieco zatłoczonym chodniku. Serce jego ścisnęła bolesna myśl, że matki może już w życiu nie zobaczyć”.

W 1919 r. został komendantem POW w Inflantach. Przedostał się do Wilna, gdzie walczył z bolszewikami. Znalazł się w oddziale, który w październiku 1920 r. wziął udział w słynnym buncie Żeligowskiego. Było to o tyle paradoksalne, że żyjący tradycjami Wielkiego Księstwa Litewskiego Swianiewicz uważał, iż Wilno powinno być stolicą niepodległej Litwy.

Park pomysłów
Dla kogo Marx
Lassal i Smith.
I wizje wielkie Prudhona.
A dla mnie park
pomysłów mych,
wszystkie doktryny pokonam.

Tę piosenkę z szopki studenckiej, poświęconą profesorowi Swianiewiczowi, przypomniał w „Tygodniku Powszechnym” jego student, Czesław Miłosz.

Jeszcze w czasie wojny, jako żołnierz, Swianiewicz zapisał się na studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wileńskiego. „Odstawiłem karabinek do kąta, rozpiąłem mundur i wyciągnąłem zawieszony na szyi woreczek z dokumentami” – tak wspominał wizytę w dziekanacie. Od przyglądającego mu się badawczo profesora dowiedział się, że jest przyjęty, mimo że oznaczało to ominięcie niektórych przepisów. „Spojrzeliśmy sobie w oczy i wydawało się, że zawiązuje się pomiędzy nami jakaś nić. […] Był to niewątpliwie przełomowy dzień w moim życiu” – pisał. „Po wyjściu z dziekanatu dowiedziałem się, że ten brunet to prodziekan wydziału, prof. Władysław Zawadzki, jeden z pionierów współczesnej ekonomii matematycznej”.

Studia ukończył w 1924 r. Uczniem Zawadzkiego, przyszłego ministra skarbu z lat 1932–1935, czuł się przez całe życie. Był asystentem w jego katedrze, potem jego następcą, wreszcie przemawiał nad trumną swojego mistrza.

Należał do założycieli Instytutu Europy Wschodniej, pierwszej na świecie placówki prowadzącej badania sowietologiczne. Instytut zgromadził największy na owe czasy, poza Sowietami, zbiór sowieckich książek. Paradoksalnie, Swianiewicz nie był w tym czasie radykalnym krytykiem wszystkich ekonomicznych postulatów marksizmu (niektórzy stawiali mu z tego powodu zarzuty). Z biblioteki jego instytutu korzystali także… komuniści. Gdy trafił do łagru, sowieccy śledczy, zbierając o nim opinie, dziwili się – z jednej strony– w czasie śledztwa okazywał się być zatwardziałym reakcjonistą, z drugiej – opinie zebrane o nim wśród komunistów bywały niekiedy życzliwe.

W książce „Ptasznik z Wilna” Włodzimierz Bolecki zalicza Swianiewicza do zwolenników idei krajowej, współżycia narodów na terenach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dorota Przyłubska w czasopiśmie „Wspólnota Polska” pisze, że „był przedstawicielem odchodzącej klasy kresowej inteligencji, wychowanej w duchu wielonarodowościowej Rzeczypospolitej”. Gdy jako dziecko czytał Trylogię, pozytywnym bohaterem był dla niego nie Jarema Wiśniowiecki, lecz Bohun.

Był przeciwnikiem nacjonalizmów, działał w Klubie Włóczęgów Seniorów, wileńskim kole dyskusyjnym, poważnie traktującym miejsce Wilna jako stolicy Wielkiego Księstwa, przechowującym idee federacyjne młodego Piłsudskiego. Z kolei na jednym ze spotkań Koła Przyrodników poznał swoją przyszłą żonę, Olimpię, z domu Zambrzycką, przyszła matkę jego czworga dzieci. Była ona kurierką POW odznaczoną Medalem Niepodległości. Poglądy na sprawy wschodnie zbliżyły go do „Polityki”, pisma wydawanego przez Jerzego Giedroycia. W bibliotece „Polityki” ukazała się w 1930 r. książka Swianiewicza „Lenin jako ekonomista”.

Odcięta głowa niemieckiej kukły

Jeździł też w celach naukowych do hitlerowskich Niemiec. W czasie pobytu w Kilonii niemieccy naukowcy zaprosili go na „piwny wieczór”. Podczas jego trwania odbył się sąd nad homo oeconomicus. „Ów nieszczęśnik, który niegdyś był powodem oblewania na egzaminach, został skazany na śmierć i odpowiedniej kukle ucięto głowę przy hucznych oklaskach” – wspominał Swianiewicz.

Niemieckie kontakty Swianiewicza rozpoczęły się od przyjazdu na wileńską uczelnię wycieczki niemieckich studentów i ich profesora z Królewca. Rektor powierzył mu zajęcie się gośćmi. Po obejrzeniu zabytków Swianiewicz zaprosił ich na dobrze utrzymany cmentarz niemieckich żołnierzy z I wojny światowej, gdzie Polacy zdjęli kapelusze. „Zademonstrowaliśmy dyskretnie naszym gościom, że Polacy są narodem rycerskim, który umie oddawać hołd żołnierzom, z którymi POW walczyła w ostatnim okresie wojny” – pisał.

Rewizyta polskich studentów w Niemczech nie była już możliwa, ale sam Swianiewicz dwa razy odwiedził niemieckie uczelnie. Klimat tego czasu oddawał fakt, że w czasie jego przyjazdu rektor jednej z nich powołany został na… ćwiczenia wojskowe. Był też świadkiem wizyty Hitlera. Usiłował wypytywać niemieckich naukowców o „nonsens hitlerowskiego antysemityzmu”. „Byli raczej zakłopotani, bowiem w głębi duszy uważali to również za nonsens lub co najmniej grubą przesadę. […] Moje ogólne wrażenie było takie, że uważali, że trzeba się z tą aberracją jakoś pogodzić, jako częścią tego systemu, który bądź co bądź podnosi, wbrew oczekiwaniom ortodoksyjnych ekonomistów, produkcję i likwiduje bezrobocie” – pisał. Dodawał: „Trudno było sobie wówczas wyobrazić, że z tego wszystkiego wynikną piece gazowe do spalania ludzi”. Plonem tych wyjazdów była książka „Polityka gospodarcza Niemiec hitlerowskich” wydana w 1938 r. przez „Politykę”.

Po latach napisze: „Nie wiedzieliśmy wówczas, że był jeszcze ktoś inny, kto się tymi moimi studiami również interesował i bacznie obserwował moje poruszenia w Niemczech”. O tym miał się dowiedzieć dopiero na Łubiance.

Sowieci i Dżyngis-chan

W kwietniu 1939 r. prezydent Ignacy Mościcki wręczył Swianiewiczowi nominację na profesora nadzwyczajnego. Obawy Swianiewicza odbiegały od urzędowego optymizmu w obliczu nadchodzących wydarzeń. Był przekonany, że wojna z Niemcami oznacza nieuniknione wkroczenie Sowietów. Pisał: „Standardową odpowiedzią na uwagę, że w razie wojny z Niemcami Sowiety mogą nas zaatakować, było, że »Rosja jest wielka i żadnych dodatkowych terenów nie potrzebuje«. Powtarzali to politycy, dziennikarze, wyżsi wojskowi, profesorowie uniwersytetów, ludzie, którzy, zdawałoby się, musieli znać historię Polski i znać dzieje rozbiorów”.

Politykę rządu wobec Niemiec uważał za samobójczą, sądził, że Polacy powinni pójść z Berlinem na kompromisy. Jak to możliwe, że polskie elity nie potrafiły przewidzieć wkroczenia Sowietów? Pisał o taktyce Dżyngis-chana: „W okresach bezpośrednio poprzedzających zdobycie pewnych terenów byli wysyłani zwiastuni, opowiadający dyskretnie o dobrodziejstwach dla ludności, które niosły hordy tatarskie. Dżyngis-chan miał doskonale zorganizowany aparat szeptanej propagandy, który osłabiał wolę oporu zaplanowanej ofiary”.

Koniec dworków z kolumienkami

Powołanie do wojska w sierpniu 1939 r. i skierowanie go do jednostki liniowej było dla Swianiewicza pewnym zaskoczeniem, podejrzewał nawet, że mogła to być „kara” za jego „germanofilskie” poglądy. Podczas pożegnania powiedział rodzinie „Módlcie się, żeby tu przyszli Litwini, a nie bolszewicy”. Uczestniczył w bitwie pod Krasnobrodem. Po wejściu Sowietów z niedobitkami oddziału próbował przedrzeć się w stronę węgierskiej granicy.

Szeregowi żołnierze, którzy chcieli uciekać na własną rękę, postanowili zniszczyć broń, by nie wpadła w ręce Sowietów. „Podpalono oblany naftą stos broni. Płomień buchnął niemal momentalnie” – wspominał.

Tymczasem niektórzy inteligenci w oddziale byli przekonani, że Sowieci wchodzą jako… przyjaciele. „Pomyślałem sobie: »O ileż więcej rozumu mieli owi zmobilizowani do naszej dywizji chłopi białoruscy i »żłoby« wileńskie, którzy przed kilku godzinami zniszczyli broń, aby nie dostała się w ręce bolszewików«” – pisał.

Ciężka była rozmowa z dowódcą: „Oczy nasze się skrzyżowały i w tej chwili z ust pułkownika wyrwał się szept, który był jednocześnie jękiem: »Poruczniku… Polska umiera…«”. „Myślałem o swoich latach chłopięco-młodzieńczych […] Czy te dwadzieścia lat nie było tylko krótkim snem?” – pisał. Pocieszał się myślą, że jakaś Polska jednak będzie. Ale nie była to podstawa do optymizmu: „Nasza tradycja – to dworki z kolumienkami i liczne zaścianki, to mahoniowe kanapy i czeczotkowe sekretarzyki; to pożółkłe karty starych dokumentów po rusku pisanych; to wierne oczy naszych kobiet, co dając siebie, dają również swoje dusze; to fluidy zamknięte w starych murach wileńskich. Pogoń na sztandarze naszego pułku i na patkach mundurów była również jednym z elementów tej tradycji. To wszystko nie przetrzyma tej nowej nawały sowieckiej”.

Jeśli Moskwa podbije psychicznie Polskę, to przez intelektualistów

Wpadli w ręce Sowietów. Poprzez przejściowy obóz w Putiwlu trafili do Kozielska. W książce „W cieniu Katynia” Swianiewicz kreśli sylwetki tych, którzy mieli wkrótce zginąć, w tym świeżo upieczonego prof. Godłowskiego. Był on wybitnym badaczem mózgu, jego instytutowi powierzono zbadanie mózgu Józefa Piłsudskiego. Gdy wybuchła wojna, skierowany został do wojska w roli lekarza. W obozie przejściowym wygłosił wykład o badaniach mózgu. Swianiewicz wspominał: „Gdyby nie wojna, to prawdopodobnie mniej więcej w tym samym czasie dr Godłowski jako świeżo mianowany profesor miałby swój wykład inauguracyjny”, będący wydarzeniem w historii wydziału. Teraz Godłowskiemu przyszło wygłaszać wykłady w „fantastycznie odmiennych warunkach”: „Za małymi okienkami izby było widać druty kolczaste i straż bolszewicką, a dalej rozciągały się rozlegle pola buraczane. Na podłodze w nieprawdopodobnym ścisku siedzieli oficerowie, słuchając wykładu. »To ten, któremu powierzony był mózg Marszałka«” – szeptał ktoś za mną sąsiadowi”.

W niewoli czynił dalsze obserwacje odmiennego podejścia do Sowietów ze strony inteligentów i zwykłych żołnierzy. Pisał: „Wielu oficerów – w szczególności rezerwiści – z pewną dozą zainteresowania i dobrej wiary, przysłuchiwało się temu, co mówili politrucy lub pokazywały wyświetlane późnym wieczorem na podwórzu filmy propagandowe. Gdy oficerowie odpowiadali politrukom, że chcieliby widzieć Rosję jako sprzymierzeńca Polski w walce z Niemcami, mówili to niewątpliwie jak najbardziej szczerze”.

Inaczej – ich podwładni: „Była to postawa absolutnej obcości w stosunku do wszystkiego, co widzieli w Związku Sowieckim […] Zaczęło to przybierać postać tezy, że jeżeli kiedykolwiek Rosja psychicznie podbije Polskę, uczyni to poprzez polskich intelektualistów, a nie zaś przez zdobywanie sympatii polskich mas ludowych”.

Bardzo szybko zorientował się, że Kozielsk to obóz śledczy, w którym na potrzeby NKWD rozpracowywano internowanych. Początkowo ukrywał, kim jest, jednak wydało się to, gdy jednego z przesłuchiwanych zapytano, jakich zna w obozie profesorów. W Kozielsku „było sporo wypadków, że ludzie, którzy nie zaliczali się przed wojną do praktykujących katolików, odbywali teraz spowiedź z całego życia i przystępowali do komunii świętej” – pisał. To księża mieli zginąć w Katyniu jako pierwsi.

29 kwietnia 1940 r. wraz z innymi wywieziony został pociągiem więziennym z Kozielska do stacji Gniezdowo koło Katynia. Tam nieoczekiwanie odłączono go od reszty. „Gdy tak szliśmy pomiędzy torami obok siebie, pułkownik zwrócił do mnie twarz i zapytał, czy nie napiłbym się czajku?” – wspominał.

Pisał potem: „Kiedyś czytałem nowelkę […] o skazańcu, przy wieszaniu którego oberwał się stryczek i wtedy wszyscy obecni, nie wyłączając katów, stali się jego przyjaciółmi […]. Otóż z punktu widzenia tych enkawudzistów […] moje losy stanowiły wypadek równający się oberwaniu się stryczka […] Gdy rano w dniu 30 kwietnia ów pułkownik, który widocznie kierował całą operacją, wydzielił mnie z grona moich kolegów jadących na egzekucję, pierwszym jego odruchem było zapytać mnie, czy nie napiłbym się »czajku«”.

W pociągu położył się na półce na bagaż, przeciwko czemu strażnik dziwnie nie zaprotestował. Przez mały otwór pod sufitem obserwował, jak wyprowadzonych umieszczano w autobusach z oknami zasmarowanymi wapnem.

Z katyńskiego lasku trafiał kolejno do więzienia w Smoleńsku, do wewnętrznego więzienia NKWD na Łubiance i do więzienia butyrskiego w Moskwie. Powodem konfliktu ze strażnikami był fakt, że Swianiewicz nie chciał podpisywać niczego, czego nie przeczytał, obawiając się, by nie podsunięto mu zobowiązania do współpracy. Tymczasem każde opuszczenie celi i wyjście na przesłuchanie wymagało podpisu. Miejsce nad podpisem było zasłonięte, by więzień nie wiedział, kto wychodził przed nim. Traktowanie więźniów nie było w tym czasie najgorsze. Paradoksalnie, Katyń miał miejsce w czasie… odwilży, gdy chodzi o stalinowski terror.

W śledztwie pytano go nie tylko o „szpiegowskie” badania nad sowiecką gospodarką, lecz także o pobyt w Niemczech. Śledczy zażądał, aby Swianiewicz opisał, jak Niemcy się zbroili. „Od tego czasu śledztwo polegało na tym, że późnym wieczorem zabierano mnie do gabinetu sędziego śledczego i tam przez całą noc pisałem to, co powyżej określiłem jako »model gospodarczy niemieckiego dozbrojenia«” – wspominał. Za szpiegostwo dostał wyrok ośmiu lat zesłania do łagru w Republice Komi.

Kotlety od dyktatora Węgier

Karna brygada pracująca w łagrach przy ścinaniu drzew składała się wyłącznie ze szpiegów i dywersantów. Byli w niej niemal sami Chińczycy skazani za szpiegostwo na rzecz Japonii. Wśród nich wyróżniało się kilku Europejczyków, w tym Polak i Węgier. Owym Węgrem był Matyas Rakosi, przyszły stalinowski dyktator Węgier. Polakiem – Swianiewicz. „Miałem z nim więcej wspólnego niż z innymi członkami brygady ze względu na podobieństwo naszych zainteresowań i studiów. Z natury spowodowało to pewne zbliżenie między nami” – wspominał Swianiewicz.

Rakosi zwierzał się mu z przebiegu dotychczasowej kariery – w konspiracji, w węgierskim rewolucyjnym rządzie w 1919 r., wreszcie na stołku prezydenta sowieckiej Akademii Architektury, o której to architekturze miał zresztą niewielkie pojęcie.

Wspominał też, że ktoś w Moskwie czuwa nad tym, by przeżył łagier. Faktycznie – wkrótce został zawiadowcą stołówki dla personelu łagrów, co oznaczało niewyobrażalne szczęście. „Nie zapominał o mnie” – pisał Swianiewicz. „Przynosił mi w wielkim sekrecie nieco jedzenia. Raz były to nawet autentyczne kotlety”. Emigranci węgierscy, z którymi Swianiewicz rozmawiał później w Ameryce, twierdzili, że był on jedynym człowiekiem, który miał o krwawym dyktatorze coś dobrego do powiedzenia.

W łagrze mógł prowadzić swoiste badania nad sowiecką ekonomią. Siedział z inżynierem fabryki traktorów koło Charkowa, konstruktorem artyleryjskim, dyrektorem trustu młynowego na Dalekim Wschodzie, szefem planowania rosyjskiej floty i głównym inżynierem zakładów lotniczych.

W pewnym momencie wydawało mu się, że może nie przeżyć z powodu zimna. Zaliczał się już do kategorii tzw. dochodiagów, czyli więźniów, których koniec był bardzo bliski. Uratowała go ziemianka, w której ogrzewane były zamarznięte zwłoki, zanim poddano je pośmiertnym badaniom. Wpuszczał go tam więzień anarchista, który „gdy przywożono mu trupy do odgrzania, starał się czasem przemycić pomiędzy nimi żywego jeszcze człowieka, który potrzebował nieco ciepła, aby jakoś przedłużyć swoje życie”.

W wyniku amnestii w sierpniu 1941 r. Swianiewicz został zwolniony z obozu, ale natychmiast wyłączony z kategorii amnestionowanych i wysłany do niego z powrotem. Akcja polskiego ambasadora, prof. Stanisława Kota, doprowadziła do ostatecznego odzyskania przez niego wolności. Po dotarciu do armii Andersa złożył relację z pobytu w Kozielsku i lasku katyńskim.

Ambasador Kot zatrudnił go jako jednego ze swych współpracowników. Gdy personel dyplomatyczny wyjeżdżał z ZSRR, władze sowieckie do ostatniej chwili opóźniały wydanie mu paszportu. Na statek wskoczył, pokonując niemal metrową lukę od mostku, gdy ten już odpływał. Kolejny raz uciekł śmierci. Dotarł do Astrachania i dalej do Teheranu. Ten przywitał go niewidzianymi od trzech lat neonami reklam i zrobił na nim wrażenie niesłychanie nowoczesnej światowej metropolii.

Świadek w masce

Rodzina Swianiewicza podczas wojny otrzymywała anonimowe paczki żywnościowe. Przychodziły z Teheranu i Lizbony. Domyślali się, że oznacza to, iż ojciec żyje.

Swoją relację Swianiewicz złożył także ambasadorowi Wielkiej Brytanii przy polskim rządzie. Stała się też ona częścią dokumentacji przedstawionej w 1948 r. w publikacji „Zbrodnia katyńska”. We wrześniu 1951 r. Kongres USA powołał specjalną komisję do zbadania zbrodni. Swianiewicz wystąpił przed nią w masce, z uwagi na bezpieczeństwo pozostającej w kraju rodziny.

Po wojnie najpierw zamieszkał w Londynie. Potem mieszkał i wykładał w Indonezji, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Najdłużej był związany z Saint Mary’s University w Halifaksie. W 1965 r. opublikował w Oxford University Press swoją najsłynniejszą pracę ekonomiczną „Forced Labour and Economic Development” („Praca przymusowa i rozwój gospodarczy”). Łagry to największe przedsiębiorstwo na świecie – tak streścić można szokującą dla anglojęzycznego czytelnika tezę, którą w niej postawił. Wskazywał na rolę łagrów w sowieckiej polityce inwestycyjnej. „Dochody z łagrów pokrywały poważną część kosztów związanych z przyrostem kapitału narodowego Sowietów, a w każdym razie pokrywały prawie całkowicie koszt utrzymania ogromnego aparatu NKWD, które za czasów stalinowskich wyrosło do rozmiarów jednego z największych, a można zaryzykować twierdzenie, że największego przedsiębiorstwa na świecie” – pisał.

Dalej opisywał inwestycje w tej gałęzi biznesu: „Prowadziło ono ogromne roboty konstrukcyjne, przeważnie w oddalonych od centrum rejonach Związku Sowieckiego, budowało koleje żelazne, drogi i kanały, eksploatowało lasy na ogromnych przestrzeniach pomiędzy granicą fińską a Pacyfikiem, posiadało własne kopalnie i farmy, a także własne instytuty badawcze”. Jak na ekonomistę przystało, zwracał też uwagę na liczbę pracowników oraz sposób ich pozyskiwania: „Całość siły roboczej wolnej i niewolniczej zatrudnionej w przedsiębiorstwach NKWD w okresie, gdy byłem tam w sytuacji niewolnika, musiała wynosić ponad 7 mln ludzi, a było to w okresie, gdy NKWD odczuwało ogromny brak siły roboczej. Konieczność znalezienia nowych źródeł tej siły była jednym z czynników ogromnej fali aresztów w 1937–1938 roku: tzw. pobór Jeżowa”.

Gdy w 1978 r. wydał „W cieniu Katynia”, książka dostała nagrodę londyńskich „Wiadomości”. „Niemal słyszę, jak to opowiada swoim ślicznym wileńskim akcentem, słyszalnym nawet w angielszczyźnie” – rekomendowała książkę Maria Danilewicz-Zielińska.

Stefania Kossowska zwracała uwagę na fragmenty książki niedotyczące Katynia: „Żaden opis Września – tragicznego bezładu i rozpaczy zgubionego, opuszczonego żołnierza – nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak nie-dramatyczna relacja w tej książce”. Józef Mackiewicz mówił, że „treścią książki Swianiewicza jest głównie opis faktów i – powiedziałbym – twarzy ludzkich. Chociaż nie raz nazywamy je dlatego »nieludzkimi«. Przez tę prostotę narracji i jej naturalność, jasność opisu, przeistacza się czasami w wielki epos naszych czasów”.

Profesor Wiktor Weintraub dowodził, że „Podbija ona nade wszystko swoją szlachetnością tonu, życzliwością dla świata i ludzi, poczuciem odpowiedzialności za słowo, subtelnym i wnikliwym zmysłem analizy psychologicznej”.

Potępiam rozkaz niestrzelania do Sowietów

Po 1989 r. Swianiewicz pojawił się w Polsce tylko raz, w 1990 r., by przyjąć odznaczenie za wojnę z 1920 r. Mając 91 lat, powiedział: „Myśl moja biegnie do walk 1939 roku. Myślę, że główny motyw wydania przez Marszałka Rydza-Śmigłego rozkazu niestrzelania do wojsk rosyjskich był oparty na jego dążeniu do zmniejszenia przelewu krwi. Jednak polscy oficerowie, którym zakazano walczyć, zostali podstępnie zamordowani przez Sowietów. Dziś, w imieniu tych oficerów, jako jedyny, któremu udało się uniknąć mordu, muszę złożyć oświadczenie potępiające ten rozkaz”.

Przez ostatnie lata życia mieszkał w Domu Kombatanta „Antokol” pod Londynem. Jak pisze Przyłubska, nazwa ta była bliska sercu profesora, bo na wileńskim Antokolu mieszkał przed wojną. Zmarł w 1997 r. w Londynie w wieku 98 lat. Pochowany został w Halifaksie, gdzie wcześniej spoczęła jego żona.

Nowe Państwo 27/2008 NGP

DALEJ

strona [2] Fragmenty książki w „W cieniu Katynia”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Eseje, Historia, II wojna światowa, Recenzje, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Stanisław Swianiewicz w cieniu Katynia

  1. Jerzy pisze:

    Kochani, polscy, cisi bohaterowie. Mądrzy i umiejący wyciągać wnioski. Ziemia angielska „gościła” ich wielu. Cmentarze londyńskie i nie tylko, pełne są grobów tych ludzi. Dlaczego my żyjący w kraju nie chcemy wyciągać wniosków z ich spostrzeżeń i przeżyć. A przygłupki z”Wielkiej Polski” piszą listy poddańcze do Rosjan, naśladując wprost „palikociarnię”. Dmowski przewraca się w grobie. Panslawizm to nie serwilizm . Choć nie uwielbiam Dmowskiego to ci co się mienią jego fanami muszą coś z niego poczytać. Pamiętajmy, że „kochane Ruskie” wymordowali nam połowę inteligencji i zabrali 1/2 powierzchni kraju, niszcząc polskość poprzez mordy i wywózki.

    • gość pisze:

      Dmowski przewraca się w grobie? W 1914 pisał „Głęboko wzruszeni orędziem Waszej Cesarskiej Wysokości, które nam obwieszcza, że waleczna armia rosyjska, dobywszy oręża w obronie Słowian, walczy i za świętą dla naszego narodu sprawę wskrzeszenia zjednoczonej Polski, złączenia w jedną całość wszystkich jej rozdartych części pod berłem Jego Cesarskiej Mości, niżej podpisani przedstawiciele stronnictw politycznych i grup społecznych polskich wierzymy mocno, że krew synów Polski, przelewana łącznie z krwią synów Rosji w walce ze wspólnych wrogiem, stanie się rękojmią nowego życia w pokoju i przyjaźni dwóch narodów słowiańskich. W dniu historycznym tak ważnego dla narodu polskiego orędzia przejęci jesteśmy gorącym pragnieniem zwycięstwa armii rosyjskiej, stojącej pod najdostojniejszym Waszej Cesarskiej Wysokości i oczekujemy jej zupełnego na polu walki triumfu. Te życzenia i nasze wiernopoddańcze uczucia prosimy Waszą Cesarską Wysokość złożyć u stóp Jego Cesarskiej Mości, Najjaśniejszego Pana.”

  2. moherowy beret pisze:

    takich ludzi już nie będzie.Polską rządzą i będą rządzić agenci różnej maści.A właściwie Polski już nie ma jako wolnego suwerennego niezależnego (od obcych nakazów/zarządzeń).Oni już wtedy wiedzieli,gdzy mordowali w Katyniu,potem eksterminowali walczących po wojnie.No i jak coś zaświtało,to fru i samolot rozsypał się.A w Jałcie to co postanowili?Niby im chodziło o dobro Polaków?Polacy przyzwyczajają się do roli niewolników(niskopłatnych iganiających za pracą po świecie).Ani domu,ani rodziny,ani stabilizacji.Polacy nie mogą mieć żadnych planów w swoim życiu.Byle jakie wykształcenie,brak osobistej kultury,praca do 67 roku życia – takie są perspektywy Polaków.A mój rodak Świaniewicz załąmuje ręce w niebie.

  3. Artur pisze:

    Przede wszystkim, Swianiewicz ocalenie zawdzięczał głównie temu że krytykował radykalną politykę Dmowskiego, a nie tylko znajomości niemieckiej gospodarki i ekonomii. Poza tym nieprawdą jest że Stanisław Swianiewicz ukończył uniwersytet w Moskwie! Stanisław Swianiewicz, autor „W cieniu Katynia”, ukończył Polski Uniwersytet Stefana Batorego.
    Sam artykuł przypomina manipulacje „Bzdety Wyborczej”.

    Po napadzie Teutonów na Polskę w ’39, nasi tzw. sojusznicy oscentacyjnie wysyłają statki z uzbrojeniem…kiedy okazuje się że wbrew przewidywaniom anglików, Polska obrona nie załamała się po tygodniu walk z niemcami i Polacy mają szanse odebrać wysłaną pomoc…sojusznicy decydują się zawrócić statki z zaopatrzeniem.

    WNIOSKI

    Gdyby Swianiewicz miał możliwość wprowadzenia w życie swoich federacyjnych koncepcji, sytuacja Polski wcale nie była by lepsza…co najwyżej proces eksterminacji Polaków przesunięto by w czasie. Dowód? Próba realizacji przez prezydenta L. Kaczyńskiego federacyjnych koncepcji Swianiewicza. Skończyło się dokładnie tak samo jak wtedy gdy gen. Sikorski i ówczesne kierownictwo polskiego podziemia stali się niewygodni dla anglików.

    Tak więc w sytuacji w której wówczas Polska się znajdowała i w której znajduje się obecnie, jedyną słuszną koncepcją wydaje się właśnie radykalna koncepcja Dmowskiego dająca większe szanse uzyskania pełnej nieżależności politycznej i gospodarczej.
    Dlaczego?
    Odpowiedź może wydać się naiwna. Ten kto nie walczy, nie wygrywa…a Swianiewicz akceptował politykę ustępstw, które jak widzimy do niczego dobrego nie prowadzą.
    Przyjmijmy że Polsce w 2030r. udaje się uzyskać pełną niepodległość i że klasa rządząca wciela w życie koncepcje Swianiewicza.

    EFEKT….teoretyczna niezależność słabszych państw (członków federacji) powoduje, że w dalszej perspektywie owe państwa wspierane przez od zawsze wrogo nastawione Niemcy i Rosję, tu dzież, przez pseudo-demokratyczne USA, będą chciały uzyskać „niepodległość”.
    Różne mniejszości zaczną domagać się coraz większych przywilejów i…
    Jeśli ktoś zna historię i sytuację Polski przed rozbiorami a potem przed IIw. światową, wie czym to się skończy.

    Natomiast w przypadku koncepcji Dmowskiego, wróg ma znacznie bardziej ograniczone możliwości działania, finansowania dywersji i rozbicia państwa od wewnątrz.
    Już słyszę jazgot lewactwa z Czerskiej: faszyzm narodowcy wprowadzą i chcą podstępnie zapanować nad światem.
    To oczywiście brednie i chore urojenia czerwonych fanatyków. Narodowy obóz radykalny – w przeciwieństwie do tak radzieckich jak i niemieckich (hitlerowskich) socjalistów – nigdy nie rościł sobie praw do panowania nad światem.
    A dzisiejszym mieszkańcom Lwowa wcale nie żyje „swabodniej” niż wtedy gdy Lwów leżał w granicach Polski.

  4. Mery Orzeszko pisze:

    „W cieniu Katynia” Stanisława Swianiewicza to książka-legenda, zakazana w PRL-u i potajemnie przepisywana we fragmentach na maszynach do pisania. Jej kopie były robione od razu w kilku egzemplarzach, przez kalkę, w ten sposób, by więcej osób mogło przeczytać ten słynny fragment wspomnień, kiedy to autor był prawie świadkiem katyńskiej zbrodni.
    „Prawie”, bo przecież nie widział, jak rozstrzeliwano jego kolegów, tylko patrzył jak ich wywożono ze stacji kolejowej gdzieś w nieznane. A on się został i pojechał na śledztwo do Moskwy. Dlaczego Swianiewicza nie rozstrzelano w Katyniu razem z innymi polskimi oficerami? Ano, dlatego, że był profesorem ekonomii i przed wojną napisał dwie ważne książki: „Lenin jako ekonomista” i (jeszcze ważniejszą) książkę o ekonomii i gospodarce III Rzeszy. Taki specjalista, do tego znakomicie znający zarówno język niemiecki, jak i rosyjski, mógł się przecież jeszcze przydać Związkowi Radzieckiemu…
    Swianiewicz był człowiekiem z Kresów, a dokładnie z pogranicza polsko-rosyjskiego. Jego ojciec pracował na kolei w głębi carskiego imperium, on zaś kształcił się najpierw w rosyjskim gimnazjum, potem na uniwersytecie w Moskwie. Pochodził z mieszanej, polsko-rosyjskiej rodziny, miał rosyjskie ciotki i kuzynów. Z jednej strony był zafascynowany kulturą rosyjską, z drugiej nienawidził Rosji i Rosjan. Dlatego właśnie, na wzór wielu innych ludzi z Kresów, zapałał (dziwaczną i mało zrozumiałą dla człowieka z głębi Polski) sympatią do Niemców i ich sposobu gospodarowania. Jeździł do Niemiec, a raczej do III Rzeszy w latach 1930., już w czasie panowania Adolfa Hitlera, przyjaźnił się z niemieckimi naukowcami z Królewca, pisał o Niemcach i ich sposobach gospodarowania.
    Germanofilia Swianiewicza posunięta była do tego stopnia, że – jak pisze w tej książce – gotów był oddać Niemcom słynny „polski korytarz” (tereny dawnego zaboru pruskiego) oraz zrzec się w imieniu Polski wszelkich pretensji do Gdańska. Taki mądry profesor jak Swianiewicz, zupełnie nie rozumiał, dlaczego ci Polacy z Pomorza robią takie hallo o ten cały korytarz. Dla Swianiewicza autorytetem był na przykład taki Władysław Studnicki, jedyny polski kolaborant, który jesienią 1939 roku, już po zajęciu Polski przez hitlerowskie wojska skierował do władz III Rzeszy „Memoriał w sprawie odtworzenia Armii Polskiej i w sprawie nadchodzącej wojny niemiecko-sowieckiej”, gdzie postulował, by wojsko polskie walczyło w Rosji przy boku Wehrmachtu. Autor „W cieniu Katynia” pisze o Studnickim w samych superlatywach.
    Przed wojną Swianiewicz pracował na uniwersytecie wileńskim, przyjaźnił się ze Stanisławem Mackiewiczem, z którym jeździł na konne spacery za miasto. Znał środowisko wileńskich pism „Słowo” i „Kurier”. Lato 1939 roku spędzał z żoną w majątku jej rodziców, a właściwie resztówce (dwór i kawałek ziemi), która pozostała po polskiej stronie granicy. Reszta gruntów była już po stronie radzieckiej, koło domu przebiegała granica i stały zasieki z drutu kolczastego, a część pokoi zajęta była na strażnicę graniczną dla polskiego wojska. Ostatnie wakacje przed wojną przerwała mobilizacja do wojska. Tuż po wybuchu wojny Swianiewicz pożegnał się z żoną i czwórką dzieci. Nie wiedział wtedy, że z żoną zobaczy się dopiero 18 lat później.
    Wielką zaletą tej książki jest barwny opis kampanii wrześniowej 1939 r. Autor wraz ze swoim oddziałem był przerzucany z Wilna do Mołodeczna, z Mołodeczna do Grodna, potem gdzieś pod Piotrków Trybunalski. A potem była już tylko paniczna ucieczka na wschód przed Niemcami i kombinowanie, co robić dalej. Rzucać wszystko i przebijać się za granicę, czy zostać ze swoim oddziałem? Swianiewicz uważał się za człowieka honoru i został. Później dał się wziąć do niewoli przez żołnierzy Armii Czerwonej i trafił wraz z innymi polskimi oficerami do Kozielska. Tam był przesłuchiwany przez oficerów NKWD i wzbudził zainteresowanie radzieckiego wywiadu. No i właśnie dlatego nie zlikwidowano go w Katyniu. Dalej były więzienia w Moskwie, radzieckie łagry na dalekiej Północy, armia polska w ZSRR, emigracja na Zachód i dalsze życie za granicą.
    W narrację o swojej wojennej niedoli wplata Swianiewicz wiele ciekawych wątków związanych z historią, ekonomią, gospodarką, a nawet mistycyzmem. Pisze także dużo o Rosji, którą darzy uczuciem zwanym niegdyś „odi et amo”, a poźniej „hassliebe”. On tę Rosję zarówno kocha jak i nienawidzi, i próbuje w książce uporządkować swoje odczucia.
    Pamiętam, że opis jak Swianiewicz przez małe okienko pociągu obserwował Polaków wywożonych na rozstrzelanie w Katyniu czytałam w wersji pisanej na maszynie, jeszcze bez podania autora, jeszcze w PRL-u, w latach 1980. Wtedy była taka moda, że ludzie słuchali i nagrywali audycje Radia Wolna Europa, a potem przepisywali to na maszynie i puszczali w obieg. Po latach trafiła do mnie książka Swianiewicza w całości i rozpoznałam ten fragment. A teraz sięgnęłam ponownie po tę pozycję, by znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd redaktor Piotr Zychowicz wziął dziwaczne teorie, że w 1939 roku trzeba było oddać Niemcom „polski korytarz” a nawet Gdańsk (pisał tak w jednej ze swoich książek). No i voila! Już wiemy!
    Czytałam Swianiewicza i myślałam też o tym, że dzisiaj tak bardzo rozdmuchuje się sprawę zakazanego przez cały okres PRLu Katynia, a zapomina się lub celowo przemilcza inne zbrodnie popełnione na Polakach. Niemodne stało się pisanie i mówienie o tym, ilu Polaków zamordowali Niemcy jeszcze w 1939 roku i to właśnie w owym „polskim korytarzu”, który profesor Swianiewicz lekką ręką oddałby III Rzeszy.
    A jesienią 1939 roku, właśnie w „polskim korytarzu” niemiecki Selbstchutz rozstrzelał tysiące Polaków, których masowe mogiły znajdują się w Lasach Piaśnickich, w Lasach Szpęgawskich, w bydgoskiej Dolinie Śmierci i wielu, wielu innych miejscach, na Pomorzu i w Wielkopolsce. Ogromna większość tych polskich ofiar do tej pory nie została zidentyfikowana. Niemcy rozstrzelali wtedy kwiat polskiego narodu. Na pierwszy ogień poszli ziemianie, księża, nauczyciele, fabrykanci, urzędnicy, artyści i cała inteligencja. Mało kto dzisiaj wie o tym, że Niemcy weszli do Polski w 1939 r. ze specjalnymi książeczkami, wydrukowanymi w tysiącach egzemplarzy przed wojną w Berlinie, a tam były napisane dokładne dane Polaków przeznaczonych do zlikwidowania, ich nazwiska i adresy. Więcej Polaków zginęły w polskim korytarzu w 1939 roku niż ich kiedykolwiek rozstrzelali Sowieci!
    Druga sprawa, dla której nie jaram się Katyniem, jest taka, że obecnie rząd polski celowo przemilcza kwestię ludobójstwa popełnionego na Polakach przez Ukrainców. Według ostatnich szacunków, było to około 100 tysięcy polskich obywateli zamordowanych przez bandy UPA na Wołyniu, w okolicach Lwowa i Stanisławowa.
    A więc to jest tak: sto tysięcy zamordowanych przez UPA kontra parę tysięcy zamordowanych w Katyniu. A ja się pytam: dlaczego sprawa mordów UPA jest wyciszana i zmiatana pod dywan, zaś sprawa Katynia jest rozdmuchiwana do gigantycznych rozmiarów?
    O co tu naprawdę chodzi? Kto za tym stoi, by wydobywać na światło jedną tylko zbrodnię i nastawiać Polaków przeciwko Rosji, a zmiatać pod dywan o wiele większe i okrutniejsze zbrodnie Niemców i Ukraińców? Mam wrażenie, że za rozdmuchiwaniem sprawy Katynia stoi dzisiaj „opcja niemiecka”, a także „opcja ukraińska”, której zależy na przykryciu własnych zbrodni.
    Oczywiście, Swianiewicz nic tu nie zawinił, poza swoją germanofilią. Jego książka jest dobrze napisana, barwnym językiem, czyta się ją z zainteresowaniem. Ale po lekturze pozostaje żal i pytanie: co z tym Katyniem? Jestem zmęczona tym gadaniem o Katyniu…
    Dlaczego nie mówi się o tym, co zrobili nam Niemcy i Ukraińcy?
    Swianiewicz Stanisław, „W cieniu Katynia”, wy. Czytelnik, Warszawa 1990

    • gość pisze:

      „nie jaram się Katyniem” gdzie uczą takiego słownictwa?
      „Więcej Polaków zginęły w polskim korytarzu w 1939 roku niż ich kiedykolwiek rozstrzelali Sowieci” czyli ile? Wedle raportu 16 Einzatzkommando z 20 listopada 1939 około 20 tysięcy, zaś w Katyniu i kilku innych miejscach w wykonaniu uchwały Politbiura 21 tysięcy 856 (wedle raportu Sierowa z 1959)

  5. gość pisze:

    „W cieniu Katynia”, naiwne dzieło Swianiewicza, w którym można przeczytać, że „pańszczyznę w Rosji zniesiono w 1861” (vide „Od białego do czerwonego caratu” że to pobożne życzenie) i że Stalin był niedobry, bo prześladował starych bolszewików (jakby starzy ci bolszewicy mieli jakieś odmienne od Stalina pomysły).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.