Kustosz Pamięci Narodowej. Wspomnienia o Tomaszu Mercie

11 listopada 2012 roku w Domu Literatury w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia Literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza.

Nagrodę przyznano w tym roku pośmiertnie Tomaszowi Mercie. Nagrodzono go za tom pism zebranych „Nieodzowność konserwatyzmu”, wydany przez Teologię Polityczną i Muzeum Historii Polski.

Laudację wygłosił prof. Jacek Bartyzel:

Słuszną i chwalebną jest rzeczą zbierać perły myśli rozsiane przez tych, którzy nie zdążyli sami ich złączyć i dopiąć w kolię traktatu. Takim zbiorem pereł, z pieczołowitą troską zebranych i opublikowanych przez „Teologię Polityczną” są pisma wybrane śp. Tomasza Merty, eseisty, publicysty i działacza państwowego, jednej z 96 ofiar tragicznej katastrofy smoleńskiej, zatytułowane „Nieodzowność konserwatyzmu.”

Skoro tak mocno wyakcentowana została „nieodzowność” konserwatyzmu – jest to zresztą tytuł jednego z najważniejszych esejów autora, poniekąd rodzaj jego ideowego credo – to musimy zapytać nie tylko o to, dlaczego konserwatyzm jest „nieodzowny”, ale również i naprzód czym konserwatyzm jest dla tego myśliciela i publicysty? Mając bowiem na uwadze już choćby tylko oficjalną metrykę narodzin konserwatyzmu jako samoświadomej postawy i filozofii politycznej, wypracowanej jako odpowiedź na „schizmę bytu” dokonaną przez Rewolucję, musimy dostrzec także wewnętrzne zróżnicowanie, świadczące również o bogactwie tego nurtu i tego rodzaju namysłu nad rzeczywistością, jaki był i jest nadal podejmowany przez konserwatystów. Lektura książki Tomasza Merty nie pozostawia cienia wątpliwości co do tego, iż głównym źródłem jego inspiracji, krynicą, z której zaczerpnął najwięcej ożywczych myśli była anglosaska tradycja konserwatyzmu: brytyjskiego i amerykańskiego. Jest tu oczywiście sam „ojciec” tej odmiany konserwatyzmu – Edmund Burke oraz współczesny kontynuator angielskiego sceptycyzmu względem racjonalistycznych konstrukcji ideologicznych – Michael Oakeshott; są konserwatywni „ojcowie założyciele” arystokratycznej republiki: John Adams czy Alexander Hamilton, dżentelmeni z ziemiańskiego Południa – John Randolph of Roanoke i John C. Calhoun oraz ich „późny wnuk” – Richard Weaver; są (jakże odmienni od stereotypowego wyobrażenia o amerykańskim konserwatyzmie bałwochwalców dolara) pesymistyczni konserwatyści z przełomu XIX i XX wieku: Henry Adams, Irving Babbitt czy George Santayana, jak również „urodzony w niewłaściwym kraju” właściciel „nieoświeconej głowy na gotyckim karku” – Russell A. Kirk. Jeśli nawet do tego wyróżnionego grona obdarzanego szczególną atencją trafi jakiś Europejczyk „kontynentalny”, to będzie nim właśnie ten, który ze szczególną wnikliwością zbadał naturę nowego, demokratycznego społeczeństwa powstającego w Ameryce i przewidział wszystkie wynikające z tego zagrożenia i problemy, czyli oczywiście Alexis de Tocqueville. Zasadnicza odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie ten nurt konserwatyzmu wydaje się „nieodzowny”, znajduje się w eseju poświęconym Burke’owi; tą kardynalną cnotą polityki preferowanej przez konserwatystów jest phronesis – prudentia – roztropność. W słowach, które chcę tu przywołać, dostrzegam nie tylko rekonstruującą rekapitulację Burke’owskiego stylu myślenia, ale również – jestem tego pewien – fundamentalną polityczną maksymę samego śp. Tomasza Merty, także jako konserwatywnego „państwowca” in actu, ministra kreującego politykę, zwłaszcza historyczną i kulturalną, godną wracającego do swojej tożsamości, dumnego narodu: „Główną ideą Burke’a jest harmonia. Dostrzega ją w naturalnie ukształtowanym w ciągu wieków porządku świata (bo przecież Opatrzność działa – choć raczej za pomocą naturalnych niż ponadnaturalnych środków), w relacjach między człowiekiem a światem, między rządzącymi a rządzonymi, w nierozerwalnym związku między interesami prywatnymi a publicznymi interesami, w więzi łączącej następujące po sobie pokolenia, w strukturze społecznej. Jego filozofia polityczna jest równocześnie postulatem i opisem. Nie może być zresztą inaczej: teoria ma dla niego sens tylko w powiązaniu z praktyką, rozum musi nieustannie odwoływać się do doświadczenia, od empirii wychodzić i do niej powracać” (Roztropność Edmunda Burke’a, w: Nieodzowność konserwatyzmu, s. 59).

Ten konserwatyzm, który umiłował Tomasz Merta oznacza również rehabilitację arystokratyzmu, wyklętego przez demokratyczną mentalność – przypomnijmy, iż za cechę dystynktywną demokratycznej epoki „buntu mas” José Ortega y Gasset uważał odio a los mejores („nienawiść do lepszych”). Wprawdzie, „Odbudowanie społeczeństwa arystokratycznego wydaje się (…) niemożliwe, a ideał arystokratyczny posiada czas przeszły dokonany i przyszły niedokonany, lecz brak mu czasu teraźniejszego (Nic nie może stworzyć szlachcica, w: tamże, s. 89)”, to jednak niewzruszony pozostaje Arystotelesowski nakaz obowiązku samodoskonalenia się tej „arystokracji z natury”, która poświęcając się kontemplacji, bíos thēorētikós, wpływać winna swoim przykładem na tych, którzy podejmują się działania politycznego.

Tomasz Merta dostrzegł także paradoks towarzyszący konserwatyzmowi od samego początku, gdy tylko wyartykuował się on jako odpowiedź na wspomnianą schizmę bytu – ten, iż w niekonserwatywnym świecie konserwatysta nie może po prostu kontentować się prostym odruchem zachowawczym w stosunku do zastanej rzeczywistości, bo to prowadziłoby właśnie do akceptacji zła rozprzestrzeniającego się z siłą śmiercionośnego wirusa; prawdziwy konserwatysta musi zatem być poniekąd „buntowniczym” rewolucjonistą, acz z innych niż rewolucjonista powodów: „Bunt rewolucjonisty jest otwartym zanegowaniem zastanego świata. Bunt konserwatysty jest z pewnością bardziej umiarkowany (może nie w języku, ale z pewnością w podejmowanych działaniach), ale i on wyrasta z poczucia niezadowolenia, tyle że w jego przypadku niezadowolenie to jest skutkiem braku akceptacji zmian, jakie w świecie się dokonują (Konserwatywny sen o potędze, w: tamże, s. 574).”

Jakkolwiek rozległe i dogłębnie przeanalizowane byłyby inspiracje z obszaru klasyki i współczesności konserwatyzmu powszechnego, Tomasz Merta nigdy nie zapominał, że powinnością polskiego konserwatyzmu jest konserwowanie tego, co polskie właśnie i zreflektowane na „odpomnienie” raczej zasypanych fundamentów i źródeł, z których można by dopiero wyprowadzić nić wiodącą w przyszłość i odpowiadającą wymogom patriotyzmu jutra, aniżeli na prostą kontynuację, a zwłaszcza zachowywanie tego, co zastane. Wiedział bowiem dobrze, iż „konserwatyzm w III Rzeczypospolitej ma spore kłopoty ze swoją tożsamością”, trudność ta wszelako nie usprawiedliwia małodusznej rezygnacji, prowadzącej do nieuprawnionego wniosku, „iżby należało z tego wyciągać radykalny wniosek na temat jego nieistnienia (Nieodzowność konserwatyzmu, w: tamże, s. 73)”. Skoro jednak współczesny konserwatysta polski nie może afirmować rzeczywistości zastanej – to bowiem prowadziłoby do niedorzecznego (acz niekiedy formułowanego, i to nie bez pewnej finezji) wniosku, iż w III Rzeczypospolitej Edmund Burke zapisałby się do SLD – to pojawia się pytanie, jak i gdzie, w jakiej tradycji odnaleźć ów życiodajny, swoiście polski idiom konserwatyzmu?

Odpowiedź Tomasza Merty na ten fundamentalny problemat jest wyjątkowo wprost klarowna i konsekwentna; ów „polski idiom”, ducha dziejów Polski wiecznej stanowi tradycja republikańska. Nie chodzi tu oczywiście o wykoślawiony nienawiścią do monarchii, jako rzekomej tyranii, i zainfekowany demokratyczną zawiścią, pseudorepublikanizm, wymyślony przez nowożytnych rewolucjonistów. Republika – przypomina Merta (powołując również swoich ulubionych myślicieli, jak John Adams – ani nie musi być demokratyczna, ani nie jest sprzeczna z arystokracją i monarchią. Chodzi tu o klasyczny, zrodzony w Grecji i Rzymie sens politei – republiki, będący zarówno ideą filozoficzną, jak realnym bytem politycznym, w którego ramach egzystuje wspólnota – koinonia, civitas – i który, aby zasługiwał na tę nazwę, musi, niezależnie od formy ustrojowej, spełniać dwa warunki: „ma być „rzeczą publiczną”, sprawą wszystkich (lecz owa „sprawa” nie musi przecież ozna­czać udziału ludu w rządzeniu); rząd zaś powinien dążyć do realizacji nie interesów tej czy innej grupy lub klasy społecznej, lecz dobra publicznego. Wiąże się więc z tym także przekonanie o trwałym związku sfery polityki i moralności i o koniecznym charakterze etycznych funkcji wspólnoty politycznej. Dobre państwo wymaga dobrych obywateli, dlatego sprawa cnoty obywatelskiej jest sprawą zasadniczej wagi. Wspólne prawo, zabezpieczenie przed wzajemnymi krzywdami i ochrona wymiany handlowej to za mało, by mówić o republice” – z tego zatem, Arystotelesowskiego, punktu widzenia – „nowożytne roszczenia do tego terminu okazują się w zde­cydowanej większości nieuprawnione” (Kryzys republiki?, w: tamże, s. 37-39). Płynie z tego wniosek, iż „potrzeba republikańskiej wiary w styczność dobra wspólnego i dobra jednostki, potrzeba wreszcie republikańskich cnót. Taki republikański konserwatyzm – bo jednak konserwatyzm, skoro nie traktuje demokratycznych procedur jako wystarczających do zbudowania dobrego państwa i stara się o zachowanie aksjologicznej ciągłości – nie stanowi w Polsce absolutnej nowości (…), nigdy jeszcze jednak nie był do tego stopnia niezbędny” (Nieodzowność konserwatyzmu, w: tamże, s. 84). Wyposażony w tak po wielokroć sprawdzone i precyzyjne narzędzie identyfikacji rdzennej polskiej tradycji Merta demonstruje umiejętność odczytania głębszego i znacznie bardziej wartościowego, niż na przykład romantyczne mistyfikacje, sensu takich kluczowych zdarzeń z naszej historii, jak choćby Konfederacja Barska. „Nade wszystko” – powiada – „należy zwrócić uwagę na błąd kryjący się już w romantycznym założeniu – konfederaci nie rozpoczynają wcale walki jako straceńcy szukający pięknej klęski. Konfederacja jest nade wszystko ruchem politycznym, który z pomocą politycznych i militarnych środków chce zrealizować swoje cele i niemal do końca wierzy w szansę ich urzeczywistnienia. Walczy o zwycięstwo tu i teraz (i wierzy w to, że jest ono możliwe), a nie o zwycięstwo w wypełniających się w przyszłości zmaganiach duchów. (…) dostrzec można coś zgoła innego – nie zerwanie ciągłości z tradycjami politycznymi I Rzeczypospolitej, ale właśnie odnowienie XVI- i XVII-wiecznego republikanizmu. Ten republikanizm – zdawać by się mogło zdruzgotany ostatecznie w czasach saskich – trwał jednak w uśpieniu, by przebudzić się w Barze. Okazało się bowiem, że na trwałe naznaczył on polski sposób przeżywania tego, co polityczne, tak że nowa, tragiczna sytuacja również musiała być zinterpretowana w języku tradycyjnego republikanizmu” (Konfederacja Barska – odnowienie polskiego republikanizmu, w: tamże, 218-220).

Pod prąd zastarzałych nawyków myślowych – i to przeciwstawnych sobie – Tomasz Merta potrafił iść także na przykład w tak roznamiętniającej kwestii, jak antykomunizm. Zauważał, iż „przede wszystkim (…) musimy mieć świadomość, że od antykomunizmu z samej natury rzeczy nie należy zbyt wiele oczekiwać. W odróżnieniu od komunizmu, stanowiącego realną i spójną propozycję ideologiczną, antykomunizm zawsze pozostawał jedynie płynną substancją, która może przyoblekać się w bardzo różne kształty. Określenie kogoś jako komunisty było informacją, na podstawie której można było zrekonstruować jego poglądy i cele. Nazwanie kogoś antykomunistą także wiele mówi, ale niewiele wniosków dane jest nam z tego określenia wyciągnąć. Co więcej, u większości antykomunistów sprzeciw wobec komunizmu jedynie uzupełniał i dopełniał ich zasadnicze poglądy. Gdyby komunizm któregoś dnia zniknął i rozróżnienie komunizm-antykomunizm utraciło wszelki sens, nie obudziliby się jako ludzie bez politycznych wizji i mocnych przekonań. Marian Zdziechowski pozostałby kulturowym pesymistą, Adolf Bocheński – politycznym realistą, Józef Mackiewicz – konserwatywnym liberałem, a Adam Ciołkosz – socjalistą” (Jałowy antykomunizm, s. 304). Wprowadzając tedy dystynkcję pomiędzy antykomunizmem „jałowym” a „roztropnym”, wartość tego drugiego uzależniał od wypełnienia przezeń trzech zadań, których wspólnym mianownikiem jest to, że sytuują się one raczej w sferze metapolitycznej, aniżeli praktyczno-politycznej. Po pierwsze, ów roztropny antykomunizm „powinien starać się opisać i zrozumieć fenomen komuni­zmu, zarówno w jego teoretycznym kształcie, jak i historycznych realiza­cjach. Po drugie, jego zadaniem byłaby likwidacja skutków komunizmu zwłaszcza na polu bitwy o pamięć Polaków. Po trzecie winno to być dąże­nie do ustanowienia antykomunizmu jako warunku brzegowego polskiej polityki” (Anty-antykomunizm, czyli antykomunizm roztropny, w: tamże, s. 321-323), ale właśnie to zadanie możliwe będzie do spełnienia jedynie dzięki pewnemu wyciszeniu politycznej retoryki antykomunistycznej względem konkretnych ugrupowań czy nawet grup społecznych będących ich zapleczem, po to by uzyskać autentycznie szerokie uznanie społeczne dla ostatecznej moralno-politycznej dyskwalifikacji komunizmu.

Z całego wielopłaszczyznowego obszaru namysłu śp. Tomasza Merty nad sensem i zadaniami realnego polskiego konserwatyzmu naszych czasów chciałbym na koniec wyłuskać i wyakcentować tę przestrogę, która – mimo iż sformułowana kilkanaście lat temu, a o jej ówczesnych, bezpośrednich adresatach, owych efemerycznych stronnictw i partyjek nadużywających dla doraźnych gierek szlachetnego miana „konserwatywnych” – zachowuje niesłabnącą aktualność. „Najgorszą rzeczą” – przestrzegał – „jaka mogłaby się przydarzyć polskiemu konserwatyzmowi, to ześlizgnięcie się w tani wolnorynkowy pragmatyzm. Konserwatyści nie powinni godzić się na traktowanie polityki jako turnieju politycznego cynizmu, w którym idzie tylko o zdobycie i utrzymanie władzy i realizację partykularnych interesów. Z najwyższym też tylko trudem mogą ujść za entuzjastów wolnego rynku – wypada pamiętać, że konserwatyzm narodził się jako protest feudalnego świata wobec triumfującego kapitalizmu i że konserwatywna koncepcja własności bardzo różni się od liberalnej.” Nawet przecież uchodzący za wyjątkowo liberalnego w sferze ekonomicznej Edmund Burke „zdawał sobie sprawę z zachodzącej zmiany, trudno jednak powiedzieć, by przesadnie się z tego powodu radował, kiedy pisał: „cza­sy rycerstwa przeminęły. Nastały czasy sofistów, ekonomistów i kalkulatorów, a chwała Europy zgasła na zawsze” (Konserwatywny sen o potędze, w: tamże, 575).

W jednym ze swoich tekstów Tomasz Merta napisał o Józefie Mackiewiczu: był „patronem niezależnego, suwerennego myślenia. Człowiekiem nieuznającym rzeczy, o których „nie trzeba głośno mówić” „(Żyj i pozwól żyć, w: tamże, s. 291). Niechaj ten przyznany dziś pośmiertnie laur im. Mackiewicza będzie larą i penatą, czuwającymi nad naszą pamięcią o tym, który też myślał niezależnie i suwerennie.

za: http://www.teologiapolityczna.pl/

Magdalena Merta po odebraniu nagrody powiedziała:

http://youtu.be/TZWWdVAj7cA

Z ogromnym wzruszeniem stoję tutaj dzisiaj przed Państwem , przyjmując w zastępstwie mego nieżyjącego męża nagrodę, której patronuje pisarz niebywale przez Tomka ceniony, stawiany w jednym szeregu z największymi polskimi twórcami, jak Sienkiewicz, Prus czy Żeromski. Myślę, że byłby niezwykle dumny, że Nagroda im. Józefa Mackiewicza przypadła właśnie jemu.

Proszę wybaczyć, że nie mogę być tak radosna, jak pozostali dzisiejsi laureaci, że moja radość jest radością po trosze przez łzy. Na to wielkie odczuwalne szczęście , że tę nagrodę przyznaną właśnie książce Tomka kładzie się cieniem jego dzisiejsza nieobecność. Myślę, że Tomek cieszyłby się również z dnia, w którym ta nagroda zostaje ogłoszona. On miał niezwykłą wrażliwość na przeżycia wspólnotowe. I dzień Marszu Niepodległości, dzień święta Niepodległości byłby dla niego zapewne ogromnie symboliczny. Sam śmiał się, że jego data urodzin jest niezwykle niefortunna (urodził się 7 listopada – w rocznicę Rewolucji Październikowej), więc tym bardziej cieszyłby się z dobrych dat, które wiązałyby się z czymś dla niego osobistym.

Proszę Państwa, trudno mi mówić o książce Tomka . Ja całe życie (..)byłam pierwszą czytelniczką wszelkich jego tekstów, pierwszym redaktorem. Nie mam do nich dystansu, zwłaszcza nie mam tego dystansu po 10 kwietnia. I pewnie nie uchodzi, żeby żona chwaliła swojego męża. Może więc po prostu powiem kilka słów o samym Tomku.

Tomek nie tylko zajmował się konserwatyzmem, nie tylko analizował, badał – jako historyk idei – ale również konserwatystą był. W najlepszym i najgłębszym rozumieniu tego słowa. Nasz przyjaciel- Tymothy Slider -powiedział kiedyś, użył takiego sformułowania , że „konserwatysta odruchowy” (trzewiowy) to ktoś, którego konserwatyzm nie jest wyrozumowany, nie jest skutkiem intelektualnej analizy, ale taką dyspozycją osobowości. Za kogoś takiego uważał mojego męża. I myślę, że miał rację, że Tomek był takim „odruchowym” konserwatystą. Był też człowiekiem niezwykłej integralności poglądów i życia. Z całego dorobku mojego męża chyba najbardziej lubię „Rozważania o wychowaniu” i „Rozważania o edukacji”. Uwierzcie mi państwo, że on rzeczywiście realizował w swoim życiu , w naszym wspólnym życiu, na naszym prywatnym gruncie, te wszystkie ideały, które głosił publicznie. Postaram się państwu to udowodnić, czytając fragment listu mojego męża z 1996 roku, pisany do córki. O czytaniu. „Uwierz mi, że nie ma nic ważniejszego dla rozwoju człowieka, jak czytanie . dlatego tak bardzo mamie i mnie zależy, abyś uzależniła się od książek. To jedyny nałóg, który wzbudza nasz entuzjazm. Ludzie, którzy dużo czytają, bardzo różnią się od tych, którzy tego nie robią. Ci pierwsi mają bogatsze horyzonty, wiedzą więcej i szybciej myślą. Kiedyś mówiło się o nich, że mają dużo ogłady. Człowiek, który nie czyta, przypomina grubo ciosany kamień: jest ociężały, trochę toporny. Brakuje mu błyskotliwości, szybkości w podejmowaniu decyzji, a nade wszystko – niezależności; prawdziwej niezależności bowiem uczymy się między innymi obcując z literackimi bohaterami. Człowiek unikający książek jest także najczęściej pozbawiony poczucia humoru, wyrafinowanego poczucia humoru. Nie pojmuje ironii, aluzji, autoironii, nie rozumie historycznych anegdot, a literackich skojarzeń po prostu nie ma. Pozostaje mu więc rechot, nie śmiech – z opadających spodni, prostackich kawałów i cudzego nieszczęścia”.

Myślę, że te słowa mogłyby się znaleźć w dorobku publicystycznym mojego męża. A to jest prywatny list do córki, do dziecka, które wychowywał. Tak często w tekstach Tomka odnajduję prawdy, którymi żył na co dzień, rzeczy, które mówił nam, domownikom, swoim studentom. On rzeczywiście zachował jedność – tego co robił, tego co myślał, tego co czuł.

W tekstach Tomka nie ma jego pełnego obrazu , nie ma przede wszystkim jego fenomenalnego poczucia humoru. Myślę, że tylko satyrycy pozostawiają nam na piśmie ślady swojego poczucia humoru. Być może ta jego pogoda ducha , pogoda z jaką przyjmował życie, przetrwa w jego najbliższych, w anegdocie, a może po prostu w tym, jak kształtował ludzi wokół siebie.

Ja wczoraj besztając za coś moje dzieci użyłam sformułowania „tata się w grobie przewraca”, a moje dziecko pyskując powiedziało: „ciekawe czyim grobie…”. Po pierwszym momencie szoku, pomyślałam ”Boże, przecież to jest cały Tomek!”. To jest ta jego niezgoda na zgorzknienie, na rozpacz, to jego przezwyciężanie humorem i śmiechem wszystkiego, co najgorsze. Myślę, że może ci, którzy obcowali z nim, którzy go znali , gdzieś poniosą ten jego humor, tę jego niezgodę na rozgoryczenie. Bo nawet gdy Tomek wygłaszał gorzkie refleksje, co się zdarzało, to te refleksje były gorzkie, a nie Tomek zgorzkniały. Mam nadzieję, że to jakoś w tych tekstach mojego męża widać.

Proszę państwa, chciałam na koniec przeczytać fragment mojego ulubionego wiersza Adama Asnyka . Stał się moim ulubionym dopiero po 10 kwietnia . Sam Tomek nie zachwycał się zanadto Asnykiem(…), ale ten wiersz, choć pewnie mój mąż uważałby, że jest nadto „koturnowy”, mam wrażenie, że zawiera w sobie pewien dekalog Tomasza Merty.

Miejmy nadzieję!… nie tę chciwą złudzeń,
Ślepego szczęścia płochą zalotnicę,
Lecz tę, co w grobach czeka dnia przebudzeń
I przechowuje oręż i przyłbicę.

Miejmy odwagę!… nie tę jednodniową,
Co w rozpaczliwy – przedsięwzięciu pryska,
Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową
Nie da się zepchnąć z swego stanowiska.

Miejmy odwagę!… nie tę tchnącą szałem,
Która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem
Przeciwne losy stałością zwycięża.

Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje
I przechowywać ideałów czystość;
Do nas należy dać im moc i zbroję,
By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość.

Mam nadzieję, że mój mąż – wszystko jedno, w którym grobie spoczywa – przechowuje gdzieś dla nas oręż i przyłbicę. Mam nadzieję, że to co napisał, to co po sobie zostawił, jest takim kamykiem do niezłomnego asnykowskiego wału przezwyciężającego stałością przeciwności.

Mam nadzieję też, że jego dorobek – ten literacki, myślowy, ale też dydaktyczny , ten dorobek wychowawcy młodszych pokoleń – będzie takim szczebelkiem w drabinie przechodzenia tych ideałów , świętości – z marzeń do rzeczywistości.

http://solidarni2010.pl/11587

Pełna relacja z uroczystości >http://www.blogpress.pl/node/15045

>Więcej o tegorocznej nagrodzie, nominacje

***

Tekst z książki Tomasza Merty „Nieodzowność konserwatyzmu” (Wydaną przez Teologię Polityczną i Muzeum Historii Polski), za którą został pośmiertnie odznaczony Nagrodą Literacką im. Józefa Mackiewicza.

Tomasz Merta

Upadek reżimów totalitarnych w Europie Środkowej i Wschodniej zdawał się stwarzać znakomitą okazję do pogłębionej refleksji na temat totalitaryzmu, z tej choćby przyczyny, że znikły cenzuralne, instytucjonalne i polityczne uwarunkowania, które taką debatę wcześniej utrudniały czy uniemożliwiały. Tak się jednak nie stało. Debata na temat totalitaryzmu została zamknięta, zanim na dobre się w Polsce rozpoczęła. Wiele osób uznało, że rzecz nie jest już ciekawa, dotyczy bowiem zamkniętego okresu historii, z którego nie można wiele dowiedzieć się ani o rzeczywistości, w której żyjemy, ani o nas samych. Zakwestionowano też prawomocność samej kategorii totalitaryzmu jako użytecznego narzędzia historycznego opisu czy filozoficznej analizy. Brak poważnych prac na temat totalitaryzmu nie oznacza jednak, że samo słowo znikło z naszego języka. Tyle tylko, że wiedzie ono teraz żywot nie w debacie naukowej ale raczej publicystycznej. Moje uwagi dotyczą właśnie tego, w jaki sposób jest w tej debacie wykorzystywane i rozumiane.

Richard Weaver w swej kiedyś głośnej, a dziś zapomnianej książce Ethics of Rhetoric, poświęconej analizie politycznego dyskursu, zwrócił uwagę, że w każdym kraju w debacie publicznej dają się wyróżnić dwa specyficzne kategorie terminów, które określił jako god-terms i devil-terms. Słowa te, pochodzące z języków specjalistycznych – naukowego, filozoficznego czy teologicznego – tracą pierwotną złożoność, a nawet w dużym stopniu odrywają się od swojego początkowego znaczenia, stając się jedynie sposobem wyrażenia aprobaty bądź dezaprobaty. Choć na pierwszy rzut oka mają one charakter deskryptywny, w istocie okazują się preskryptywne i perswazyjne. God – i devil-terms używać można na wiele różnych sposobów, bo stałe jest w nich nie tyle pole znaczeniowe, ale kwalifikacja emocjonalna – jedne terminy budzą automatycznie pozytywne odczucia, inne negatywne. Nie jest jednak tak, że god – i devil-terms tracą w ogóle wszelki związek ze źródłowym polem znaczeniowym – często dochodzi do utożsamienia jakiegoś elementu znaczenia z całym terminem. Możliwe więc staje się używanie tego samego słowa w zupełnie przeciwstawnych znaczeniach. Okrzyk „to niedemokratyczne!” może dotyczyć zarówno zniesienia kary śmierci (god-term „demokracja” jako wola większości obywateli), jak i jej wprowadzenia („demokracja” jako poszanowanie podstawowych praw człowieka).

Siła god- i devil-terms jest tak wielka, że w dużej mierze definiują one przestrzeń debaty publicznej i uprawnione w niej środki. Nie oznacza to, że wszyscy zaczynają się nagle ze sobą zgadzać, ale że starają się wyrażać swoją niezgodę bez naruszania porządku języka debaty określanego przez god- i devil-terms. Tak więc częściej spotkamy dzisiaj konserwatystę, który powie, że wolność trzeba inaczej rozumieć, niż takiego, który otwarcie wyrazi swój sceptycyzm wobec wolności jako najwyższej wartości w porządku ludzkiego bytowania. Temu też należy przypisać gwałtowność negatywnych reakcji, gdy profesor Ryszard Legutko zdradził się w tytule swej książki z brakiem sympatii do innego god-term naszych czasów – tolerancji.

Problem z god- i devil-terms wydaje się oczywisty: są one raczej narzędziem retorycznej walki a nie argumentem w merytorycznym sporze, choć taki argument właśnie udają, dlatego częściej dyskusję uniemożliwiają niż rozjaśniają. Totalitaryzm jest jednym z devil-terms współczesnych debat publicznych. Przyjrzyjmy się teraz kilku typowym sposobom jego wykorzystywania.

Zacznijmy od takich sposobów używania terminu totalitaryzm, które są bezpośrednią pochodną poważnych sporów naukowych, przede wszystkim sporu o definicję totalitaryzmu. Istnieje oczywisty związek pomiędzy przyjętą definicją totalitaryzmu a oceną PRL-u i wywodzącej się z niego postkomunistycznej formacji politycznej. Jeśli totalitaryzm zostaje zdefiniowany – jak to się często dzieje – jako stan totalnej kontroli i totalnego zniewolenia ideologicznego, zinternalizowanego przez obywateli, łatwo stać się może terminem nie z tego świata. To zaś prowadzi do konstatacji, iż jest on jedynie pewnego rodzaju modelem idealnym, który z natury rzeczy nigdy nie mógł zostać zrealizowany: totalitaryzm jest więc złem, złem zdemaskowanym i surowo potępionym, ale tak naprawdę zawsze niedokonanym. Przyjmując taką interpretację totalitaryzmu można co najwyżej określać poziom przybliżenia się do niego, np. stwierdzając, że większe natężenie cech mu właściwych zaobserwować można w Polsce przed 1956 r., a zdecydowanie mniejsze w okresie późniejszym. Takie rozstrzygnięcie teoretyczne nie miałoby może większego znaczenia, gdyby nie to, że można z niego wyciągnąć bardzo niepokojące wnioski na temat istoty PRL-u. Jeśli bowiem nie była totalitaryzmem, czym właściwie była? Totalitaryzm, którego istnienie zależy nie od instytucjonalnej formy czy metod sprawowania władzy, ale od skuteczności inżynierii społecznej – np. poziomu indoktrynacji obywateli – albo szczerości ideologicznych deklaracji członków partii rządzącej, zdaje się prowadzić na manowce: skłania do interpretowania PRL-u w kategoriach pragmatycznej a nie ideologicznej polityki, a w końcu do uznania okresu po roku 1956 za miękką formę autorytaryzmu z geopolitycznej konieczności, zatem w jakiejś mierze uzasadnionej, a przynajmniej usprawiedliwionej. Transformacja formacji rządzącej -jeśli miała ona charakter pragmatyczny – do działania w demokracji jest niekontrowersyjna: to, co pragmatyk czynił wcześniej, było jedynie skutkiem uwarunkowań, w jakich przyszło mu działać, teraz zaś bez trudu dostosuje się do nowej sytuacji. Z formacją ideologiczną rzecz jest znacznie trudniejsza – jej stopień niedopasowania musi być na tyle wysoki, że można zakładać, iż nie pozostanie bez poważnych konsekwencji dla jakości życia politycznego.

Bezpośrednio z tą problematyką wiąże się także kwestia „hierarchii totalitaryzmów”. Spektakularne jej przejawy (dyskusja wokół Czarnej księgi komunizmu we Francji i ostre reakcje na wystąpienie minister kultury Łotwy na targach książki w Niemczech w 2004 r.) pokazują, jak bardzo drażliwy i sporny to temat. Zgoda co do istnienia podobieństw komunizmu i nazizmu ma dla wielu uczestników debaty charakter jedynie warunkowy i ich zdaniem w żadnym razie nie może prowadzić do wniosku o równorzędności totalitaryzmów. Systemem bardziej zbrodniczym pozostaje zawsze nazizm, albo – z charakterystyczną dla debat publicystycznych precyzją – faszyzm. Można tu zresztą zaobserwować symptomatyczną różnicę pomiędzy Europą Zachodnią i krajami, które należały do sowieckiej strefy wpływów – w tych drugich myśl o równorzędności totalitaryzmów jest krytykowana, lecz właściwie swobodnie artykułowana, na Zachodzie (zwłaszcza w Niemczech i Francji) praktycznie niedopuszczalna i dyskwalifikująca. Tę różnicę można chyba tłumaczyć – bardzo kwestię upraszczając – wskazując na to, że w naszej części Europy mamy tu do czynienia jedynie z argumentem biograficznym, podczas gdy na Zachodzie także z obezwładniającym argumentem moralnym. W Polsce mniejszą zbrodniczość komunizmu uzasadnia się najczęściej dobrymi intencjami działaczy i szlachetnymi celami, które zamierzali osiągnąć. Pozwala to wpisać akces do komunizmu w długą historię nonkonformistycznych strategii lewicowej inteligencji dążącej do modernizacji społeczeństwa. Na Zachodzie ten argument także jest obecny, ale decydującą rolę odgrywa inny – uznanie Holocaustu za zło absolutne. Uznanie równorzędności opresywności komunizmu odczytywane jest jako próba relatywizacji, pomniejszenia zła absolutnego – stąd też pojawiające się wobec tych, którzy upierają się przy równorzędności totalitaryzmów, zarzuty o antysemityzm.

Przyjrzyjmy się teraz przypadkom, gdy wojuje się nie o znaczenie pojęcia, ale za jego pomocą. Pierwszy jest najpewniej skutkiem zacierania się w publicystyce rozróżnienia autorytaryzm – totalitaryzm. Nic to zresztą dziwnego: oba te pojęcia w najbardziej popularnej współcześnie typologii ustrojów politycznych są przeciwstawiane god-term, jakim jest demokracja, oba mają silnie negatywne konotacje. W efekcie dawny wynalazek szkoły frankfurckiej rozpropagowany przez niektórych amerykańskich socjologów – teoria osobowości autorytarnej – często odżywa w pojawiających się obecnie oskarżeniach o „totalitarne skłonności”. Możliwe, że przyczyną jest także pewna kompromitacja reductio ad Hitlerum – nazywania każdego negatywnego (czy raczej po prostu nie lubianego zjawiska) faszyzmem. „Totalitaryzm” użyty w tej funkcji brzmi bardziej poważnie i uczenie. Owe „skłonności totalitarne” są pojęciem tyleż niekonkretnym, co pojemnym – bo mogą za nie zostać uznane wszelkie przejawy „mocnego myślenia”, podkreślania związku praw i powinności, czy sugestie budowania prawnoustrojowego porządku na fundamencie etyki czy absolutyzacji wartości. Totalitaryzm jest w tym sposobie myślenia – czy raczej mówienia i pisania – utożsamiany z ograniczeniem wolności, likwidacją pluralizmu, albo próbami kiełznania woli jednostki. W istocie rzeczy totalitaryzmem może się okazać każda forma wyjścia poza reguły demokracji proceduralnej. Ci, którzy chętnie posługują się w ten sposób pojęciem totalitaryzmu, zdają się uważać, że każde, choćby najskromniejsze i najostrożniejsze, roszczenie do prawdy zawiera w sobie totalitarne ziarno. (Ziarno zaś jest tożsame z rośliną, która – jeśli nie zostanie zdruzgotane – w sposób absolutnie konieczny i właściwie automatyczny wyrośnie, przybierając najbardziej monstrualną i przerażającą formę…) Mocne” myślenie okazuje się jedynie repetycją totalitarnej ideologii. Kompromitacja jednej idei ma zdaniem poszukiwaczy „totalitarnych skłonności” uzasadnić tezę o niebezpieczeństwie wszelkich idei w polityce. Czasem można mieć wręcz wrażenie, że totalitarna jest dla nich każda ortodoksja, zaś bunt przeciw totalitaryzmowi nie jest niczym innym niż wystąpieniem przeciw schematycznej i petryfikowanej przez ortodoksję rzeczywistości. W postaci kapłana zawierają się w sposób immanentny owe totalitarne skłonności, błazen natomiast ma zawsze zadatki na to, by stać się antytotalitarnym buntownikiem.

Specyficznym wariantem tego ujęcia jest postmodernistyczna próba uczynienia z totalitaryzmu narzędzia zwalczania cywilizacji europejskiej. Owa niebezpieczna ideologiczność i pretotalitarność miałaby kryć się już to w nowoczesności, mechanizacji i biurokracji, już to w samej idei racjonalności czy dwuwartościowej logice. Skoro totalitaryzm jest skutkiem najgłębszych założeń cywilizacji europejskiej, owej greckiej dominacji Tego Samego i Jednego, którą z zapałem godnym lepszej sprawy tak wytrwale zwalczał Jacques Derrida, możliwość jego powrotu jest zawsze otwarta, a jedynym na to remedium jest odrzucenie owych fundamentalnych założeń i stworzenie alternatywnego projektu kultury europejskiej. To stanowisko jest w pewnej mierze radykalizacją Popperowskiej krytyki projektu doskonałego państwa Platona. O ile jednak Popper oskarża o pretotalitarność filozofię Platona, o tyle pod postmodernistycznym pręgierzem staje filozofia jako taka, będąca jedną z najgroźniejszych postaci opresywnego i przesłaniającego prawdziwą naturę rzeczywistości logocentryzmu.

Szermujący wyrażeniem „totalitarne skłonności” mają najczęściej na myśli specyficznie pojmowany „faszyzm”, po prawej stronie totalitaryzm kojarzy się natomiast najczęściej z komunizmem, czy raczej z tym, co uważa się za jego jądro. W tym przypadku totalitaryzm okazuje się być terminem obejmującym wszystko, co można uznać za owoce oświecenia – totalitarne są więc wszelkie lewicowe czy liberalne pomysły i rozwiązania, jeśli przypominają – choćby w niewielkim stopniu – te, z którymi mieliśmy do czynienia w totalitaryzmie. O ile więc w poprzednim wypadku totalitaryzm sprowadzany był do pewnej struktury politycznego działania, o tyle tutaj nacisk położony zostaje na treści konkretnych rozwiązań. Totalitarna może więc okazać się tendencja do centralizacji i unifikacji, Unia Europejska, neutralność światopoglądowa państwa, projekt wprowadzenia wychowania seksualnego do szkół, czy prawo przyzwalające na aborcję. Totalitaryzm opisuje tutaj wszystko, co zostaje rozpoznane jako forma walki z tradycjonalistycznym ładem. Oba te użycia – totalitaryzm jako mocne myślenie i totalitaryzm jako projekt modernizacyjny – zdają się być lustrzanymi odbiciami: oba, choć tak do siebie niepodobne, chętnie nawzajem nazywają się totalitaryzmem.

Totalitaryzm jest też w naszych debatach obecny jako argument krytyczny zwracany przeciw ruchom nowolewicowym, w których niektórzy komentatorzy widzą kolejną aktualizację tego, co można by nazwać totalitarną strukturą myślenia – to znaczy taką, w której wychodząc od realnego lecz cząstkowego problemu przechodzi się nie do propozycji równie cząstkowego rozwiązania, ale do specyficznego uogólnienia – jedna przesłanka prowadzi do ogólnej teorii wszystkiego, zaś rozwiązanie owego cząstkowego problemu okazuje się niemożliwe bez całkowitej reinterpretacji rzeczywistości dokonywanej w oparciu o ową ideologiczną przesłankę. Towarzyszy temu silna polaryzacja – świat wedle Schmittowskich reguł zaczyna dzielić się na sprzymierzeńców i wrogów, wrogów zaś nie można w istocie przekonywać, lecz jedynie zwyciężać. Ta wola zmiany świata poprzez narzucenie mu prostego, bo jednowymiarowego rozwiązania, wraz ze specyficzną formą zacietrzewienia, która wielu kojarzy się z fanatyzmem wyznawców totalitarnych ideologii, sprawia, iż porównania ruchów nowolewicowych z totalitaryzmem nie są całkowicie bezzasadne, choć patrząc na problem chłodnym okiem, nie wydają się jednak w pełni uzasadnione. Można by powiedzieć, że zależy to nieco od tego, jakie obrazy pojawiają się automatycznie w naszych umysłach, gdy przywołany zostaje totalitaryzm. Jeśli owym obrazem jest Orwellowskie państwo w pełni kontrolujące język, zachowanie i sposób myślenia poddanych czy nawet ich historię – wtedy istotnie poprawność polityczna, czy zachłanność legislatorów, wdzierających się coraz brutalniej we wszystkie sfery naszego życia mogą zostać uznane za rodzaj wstępu do totalitaryzmu. Jeśli jednak owym obrazem jest raczej sowiecki gułag, czy ubeckie kazamaty, wtedy należy bardziej ostrożnie posługiwać się takim porównaniem.

Z pewnością wciąż możliwa i potrzebna jest refleksja naukowa na temat totalitaryzmu. Nie należy jednak łudzić się, że znacząco wpłynie ona na sposób, w jaki termin „totalitaryzm” jest obecny w języku debaty publicznej. Można zasadnie twierdzić, że rzecz ma się wręcz odwrotnie: to złe i upraszczające sposoby używania pojęcia w debacie publicystycznej wywierają poważny wpływ na debatę akademicką – i z pewnością nie jest to wpływ błogosławiony.

Walka z uzusem, z ukształtowanym przez lata polem znaczeniowym słów nie ma rzecz jasna zbyt wielkiego sensu i nie rokuje wielkich nadziei na zwycięstwo. Wniosek, z tego, co tutaj zostało powiedziane, jest więc dość banalny, co wcale nie znaczy, że pozbawiony sensu: ważyć słowa trzeba zawsze, ale szczególna ostrożność zalecana jest przy posługiwaniu się god- i devil-terms, bo słowa te często w dyskusjach publicystycznych nie rozjaśniają a jedynie obezwładniają i paraliżują.

za: http://www.teologiapolityczna.pl/
  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Eseje, Historia, III RP, Teatr TV, film, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Kustosz Pamięci Narodowej. Wspomnienia o Tomaszu Mercie

  1. emka pisze:

    Tomasz Merta: Proza stanu wojennego

    Dyskusje wokół literatury lat osiemdziesiątych zawsze właściwie za­trzymywały się na poziomie ogólników. Dlatego też – mimo że minęła cała epoka – wciąż wiemy o niej niewiele. Dotyczy to szczególnie prozy fabularnej (poezja miała więcej szczęścia).
    Próbując kreślić mapę te­go niezbadanego obszaru, trudno nie zauważyć wyraźnie dwóch tendencji: do opisywania świata ze­wnętrznego – samego opisywania (jakby ciśnienie faktów nie pozwalało na pogłębioną analizę) i, powiedzmy, bardziej introwertyczną, do przygląda­nia się nie tyle wydarzeniom, ile ich wpływowi na jednostkę ludzką.
    Doświadczenie zbiorowości, zawarte w literackiej opowieści o wydarzeniach stanu wojennego, zyski­wało niezwykły ciężar społeczny – stawało się znaczącym faktem w wojnie propagandowej, miało da­wać świadectwo nie tyle poszukiwa­niom i przeżyciom twórcy, ile praw­dzie. Z tych rozbudowanych funkcji społecznych wynikały ograniczenia powstającej prozy: jej doraźność i im­peratyw potocznie rozumianego re­alizmu. […]

    Literatura rozwiązań nietypowych, prawd trudnych, a nie obiegowych, jest chyba jedyną mają­cą szanse przetrwania, niezagrożoną natychmiastowym potępieniem i unicestwieniem w pamięci czytelników – przeczytaj, jak Tomasz Merta pisze w Nieodzowności konserwatyzmu o twórczości w stanie wojennym:
    http://www.teologiapolityczna.pl/proza-stanu-wojennego/

  2. emka pisze:

    Patriotyzm jutra
    Wydaje się, że obecnie obserwujemy słabnięcie tej naturalnej, domowej edukacji patriotycznej, że patriotyzm częściej widziany jest dzisiaj jako problem niż oczywistość – tekst ukazał się w przygotowanym przez Teologię Polityczną i Muzeum Historii Polski zbiorze pism Tomasza Merty. […]
    http://www.teologiapolityczna.pl/tomasz-merta-patriotyzm-jutra/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.