Kustosz Pamięci Narodowej. Wspomnienia o Tomaszu Mercie

Tomasz Merta (1965-10.04.2010). Najmądrzejszy człowiek, jakiego znałem – mówi o nim Dariusz Gawin, jeden z najbliższych przyjaciół. – W domu nie tylko miał tysiące książek. On je wszystkie przeczytał! Był przy tym był zdumiewająco przystępny. O trudnych rzeczach, o narodzie, wspólnocie, patriotyzmie, kulturze, mówił i pisał uderzająco łatwo. Łatwo, bo autentycznie.

NA STRONACH:
strona [2] Magdalena Merta: Tomek nie wierzył Rosjanom
strona [3] Tomasz Merta, Patriotyzm jutra
strona [4] Nagroda im. Józefa Mackiewicza

 

Kustosz Pamięci Narodowej – nagroda IPN

22 maja 2013 roku na Zamku Królewskim w Warszawie wręczono nagrody Kustosz Pamięci Narodowej – najważniejsze wyróżnienia, jakie przyznaje Instytut Pamięci Narodowej.

Magdalena Merta odbierając nagrodę przypomniała, że dla jej męża ważna była nie tylko ochrona dziedzictwa narodowego, ale i jego interpretacja. Powiedziała, ze dla niego jednym z najważniejszych miejsc na mapie polskiej pamięci narodowej był Katyń.

„Uważał Katyń za zwornik pamięci narodowej. Sądził, że Katyń jest dla Polaków tym, czym Auschwitz dla Żydów. Marzył, żeby każde polskie dziecko mogło udać się do Katynia – tak jak żydowska młodzież do Auschwitz”.

„Towarzyszy mi ogromne wzruszenie. Jest to radość przez łzy. Żałuję, że Tomek nie może tej nagrody odebrać osobiście. Mój mąż uważał pamięć narodową za najpoważniejszy czynnik pozwalający zachować tożsamość”.

Magdalena Merta Muzeum Historii Polski, które wystąpiło z inicjatywą uhonorowania męża.

Przypomniała też w swoim wystąpieniu o Tragedii smoleńskiej. Jej zdaniem po Tomaszu Mercie sprawa Smoleńska wpisuje się w kontekst katyński i pozwala o tej tragedii na nowo przypomnieć.

***

Tomasz Merta – historyk idei, eseista, nauczyciel akademicki. Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie doktoranckie w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN. Wykładał na UW w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych oraz w Katedrze im. Erazma z Rotterdamu. Publikował w prasie podziemnej („Nurt”, „Orzeł Biały”), a później m.in. na łamach „Opinii”, „Res Publiki Nowej”, „Życia”, „Znaku”, „Kwartalnika Konserwatywnego”, „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej”. Członek Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej. Autor kilkudziesięciu podręczników oraz poradników metodycznych dla nauczycieli w zakresie kształcenia obywatelskiego. Współredaktor książek: „W obronie zdrowego rozsądku” (2000) oraz „Pamięć i odpowiedzialność” (2005). W latach 2001-2002 był dyrektorem Instytutu Dziedzictwa Narodowego. Od roku 2005 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnym Konserwatorem Zabytków. Zginął 10 kwietnia 2010 roku nad Smoleńskiem.

 

By ocalić prawdę – dokument z pobytu członków Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 i przyjaciół w Smoleńsku w listopadzie 2010 roku

 

Wspomnienia przyjaciół

Dariusz Gawin

Konserwatysta i polski inteligent

Poznałem Tomka gdzieś w okolicach 1994 roku, w redakcji „Res Publiki Nowej”. Pojawił się tam razem z Markiem Cichockim. Obaj byli wówczas doktorantami Marcina Króla w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN. Ja także miałem pisać doktorat u redaktora naczelnego. Wspólne zainteresowania, rozmowy o polityce, o książkach, czas razem spędzany, z rodzinami – Magda, żona Tomka przez jakiś czas pełniła rolę sekretarza redakcji „Res Publiki”, zbliżyły nas do siebie.

Rodziły się kolejne dzieci, zmienialiśmy mieszkania, mijały wspólnie spędzane Sylwestry. Gdy Tomek i Magda mieszkali na Ursynowie, w mieszkaniu na Puszczyka w piątkowe wieczory prowadzili salon otwarty. Żyliśmy polityką i lekturami filozoficznymi. Wszystko to jakoś splatało się w jedną całość.

Razem z Tomkiem, Markiem Cichockim, Darkiem Karłowiczem, Januszem Ostrowskim, Robertem Krasowskim, Pawłem Paliwodą i Andrzejem Gniazdowskim założyliśmy w 1996 roku Warszawski Klub Krytyki Politycznej. Wiele rzeczy robiliśmy wtedy wspólnie i Tomek odgrywał w naszym gronie istotną rolę. Na spotkaniach klubu na Sieleckiej, w ówczesnym mieszkaniu Marka, spokój, ciepła ironia i rozsądek Tomka stanowiły nieodłączny element każdego wieczoru. Czytaliśmy wspólnie Platona, dyskutowaliśmy najnowsze książki z zakresu filozofii politycznej, rozmawialiśmy z zaproszonymi gośćmi – m.in. Jerzym Szackim, Zdzisławem Krasnodębskim, Jarosławem Gowinem, Ryszardem Legutką.

Choć zajmowaliśmy się filozofią polityczną, nie stroniliśmy także od bieżącej polityki. Były to czasy dominacji postkomunistów. Gdy po zwycięstwie AWS otworzyły się możliwości przełożenia teorii na praktykę, to właśnie Tomek okazał się z nas najbliższy materii polityczności. Poprzez swoje kontakty ze środowiskiem skupionym wokół Kazimierza Ujazdowskiego wszedł do kierowanego przez niego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Nas także wciągał w praktyczny wymiar polityki. Na początku 2001 roku zaproponował mi wejście do powołanego właśnie Instytutu Dziedzictwa Narodowego, którego został dyrektorem. Pracowałem tam przez kilkanaście miesięcy jako jego zastępca (po powrocie postkomunistów do władzy w 2001 roku IDN został dość szybko spacyfikowany). Uczyliśmy się budowania instytucji. Przez ten krótki czas przez IDN przewinęli się m.in. Jan Ołdakowski, Jacek Kopciński, Paweł Skibiński, Łukasz Michalski. Trudno zliczyć wspólne przedsięwzięcia z tego czasu. Tomek w tamtych latach wyrastał na jednego z liderów młodego pokolenia polskich konserwatystów (a dodać można – i republikanów, bo wtedy właśnie zrodziło się, z naszych wspólnych rozmów i spotkań, jego zainteresowanie dla idei republikanizmu, a szczególnie republikanizmu polskiego z czasów I Rzeczpospolitej).

Jedno przedsięwzięcie jednak było właśnie nasze wspólne, moje i jego – chodzi o seminarium na Uniwersytecie Warszawskim, które prowadziliśmy przez kilka lat. Seminarium nadaliśmy nazwę „Polskie zmagania z historią”. Oprócz Platona, Hobbesa i Straussa interesowała nas bowiem także polska tradycja intelektualna – w tym tradycja polskiej inteligencji. Koniec lat dziewięćdziesiątych to nie był dobry czas dla polskich inteligentów. W wolnej Polsce przez pierwsze lata wmawiano im, że ich czas minął, że zastąpi ich klasa średnia, że są częścią grupy społecznej określanej pogardliwym mianem „budżetówki”. Powiedzieć, że to nas z Tomkiem bolało – jako ludzi określających siebie jako inteligentów właśnie, to mało. Uważaliśmy, że jest to także niemądre, bo polska tradycja inteligencka to element ciągłości, którego w kraju tak doświadczanym przez historię nie można lekką ręką odkładać do lamusa. Nasza inteligenckość spotykała się w tym odruchu sprzeciwu z naszym konserwatyzmem – dla uczniów Oakeshotta idea ciągłości kultury ma wszakże swoją wagę. Chodziło nam przy tym o całą tradycję inteligencką – zarówno tę, tworzoną przez ludzi lewicy jak i tych, którzy stali raczej po prawej stronie. A że polskich inteligentów w przeważającej mierze nie kształtowali filozofowie polityki lecz raczej pisarze czy eseiści, postanowiliśmy czytać na sposób filozoficzny i polityczny zarazem książki znane bardziej z lekcji polskiego niż z seminariów filozoficznych. Kryło się za tą decyzją założenie, że czytanie Brzozowskiego, Prusa, Żeromskiego, Kadena-Bandrowskiego objaśnia Polskę nie tylko tamtą, minioną, ale jest także warunkiem rozumienia tej naszej, współczesnej. Czytaliśmy także publicystykę, dzieła ideologiczne i polityczne, słowem książki za pośrednictwem których Polacy zmagali się z własną historią, własnym losem. Dlatego też obok autorów lektur szkolnych proponowaliśmy czytanie również Dmowskiego i Piłsudskiego, Wyszyńskiego i Michnika, Gombrowicza i Szackiego. Studenci bardzo lubili Tomka. Sam nieraz uczyłem się od niego w trakcie naszego seminarium, pamiętam na przykład jego świetne zajęcia o Adolfie Bocheńskim czy „Generale Barczu” Kadena-Bandrowskiego.

Spotykaliśmy się w poniedziałki, w Katedrze Erazma z Rotterdamu na UW (Marek Cichocki, który pracował wtedy w Katedrze, udostępnił nam tę niewielką salkę na tyłach Krakowskiego Przedmieścia), trwało to od początku 1998 roku przez blisko pięć lat. Na każde zajęcia przypadała jedna książka. Zajęcia prowadziliśmy na zmianę – raz Tomek, raz ja, choć zawsze byliśmy obecni obaj. Zaczęliśmy od „Lalki” Prusa, kończyliśmy w latach dziewięćdziesiątych, bodajże „Kościołem po komunizmie” Jarosława Gowina – w sumie dobra setka tytułów. Pomyślane jako elitarne, seminarium okazało się popularne. Przyciągało bardzo dobrych studentów, głównie z MISH-u (Kolegium Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW). Przez te kilka lat przewinęło się przez nie kilkadziesiąt osób. Niektóre z nich same podjęły później dzieło polskich inteligenckich zmagań z historią – byli wśród nich m.in. Michał Łuczewski, Paulina Bednarz-Łuczewska, Piotr Kieżun, Sławomir Sierakowski, Agata Szczęśniak, Wojciech Przybylski. Te nazwiska dzisiaj tworzą szerokie spektrum młodej inteligencji – od prawej do lewej strony, od „44”, przez „Kulturę Liberalną”, „Res Publikę” do „Krytyki Politycznej”.

Dziś, kiedy nie ma Tomka wśród nas, myślę, że jego życie stanowi przekonywujący dowód na żywotność polskiego inteligenckiego etosu. Umiał bowiem łączyć anglosaski konserwatyzm z naszą lokalną tradycją, Platona z Sienkiewiczem, Kendalla czy Straussa z Bocheńskim lub Starowolskim. To wszystko było dla niego naturalne i potrzebne – tak jak praca, bo pracować umiał jak mało kto. Udowodnił to, gdy pełnił funkcję wiceministra kultury. Był mądry, cierpliwy i pogodny. Nikt z nas nie potrafi go zastąpić.

za: http://www.teologiapolityczna.pl/

 

Wspomnienie 

 

Robert Mazurek

Miewał wariackie pomysły

T o m a s z  M e r ta (1965-2010) Secesyjna kamienica, w niej spore mieszkanie. Za biurkiem zawalonym książkami trzydziestoparolatek. Przydługie włosy, grube szkła, zagubiony wzrok. Tak w siedzibie Instytutu Dziedzictwa Narodowego poznałem Tomka Mertę.

To trzeba było zobaczyć – wypisz, wymaluj intelektualista, siłą odciągnięty od tłumaczenia Platona na sanskryt i z powrotem. Długo go za takiego miałem. Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałem się, że jest nie tylko powszechnie lubianym, ale i cenionym za sprawność organizatorem. Czasem wpadał na pomysły wariackie, jak sprowadzenie prochów Norwida (którego twórczość znał na pamięć) do Polski. Innym razem tak dzielił marne dotacje, że dla każdego starczyło i nikt nie śmiał posądzić Merty – skądinąd nieukrywającego swojego konserwatyzmu – o stronniczość. Ale Tomek był stronniczy. Stronniczym na Polskę, której – błagam o wybaczenie patosu – służył ze wszystkich sił, czego dowód dał, on, członek komitetu poparcia Lecha Kaczyńskiego, zostając na stanowisku w ekipie Tuska.

„Najmądrzejszy człowiek, jakiego znałem” – mówi o nim ze łzami w oczach Dariusz Gawin, jeden z najbliższych przyjaciół. W domu nie tylko miał tysiące książek. On je wszystkie przeczytał! Bardzo się cieszył ze stołu bilardowego, który postawił w piwnicy, ale nawet nad nim na półkach tkwiły paryskie wydania „Kultury”. Był przy tym zdumiewająco przystępny. Sowa Przemądrzała, według klasycznej definicji Kubusia Puchatka, „mówiła trudno o rzeczach trudnych”. Tomek o tych trudnych rzeczach, o narodzie, wspólnocie, patriotyzmie, kulturze, mówił i pisał uderzająco łatwo. Łatwo, bo autentycznie. Po prostu mówił o tym, czym żył.

***

Jacek Kopciński

Jeszcze tylko kilka słów

Msza żałobna za duszę Tomka Merty. Po błogosławieństwie wspomnienia przyjaciół tragicznie zmarłego. Siedzę trochę z boku i nie widzę osób. Wsłuchuję się w głosy. Trzy męskie, a potem jeden dziewczęcy, choć przecież wiem, że należy do dojrzałej już kobiety. Zrazu brzmi delikatnie i łagodnie, potem nagle potężnieje, choć ciągle igrają w nim żywe, przekorne nuty. Cały kościół wypełnia się naraz poezją Norwida: „Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur / Nie-porozpychanych nozdrzem konia; / Jeszcze tylko kilka stromych gór, / A potem – już słońce, i harmonia!?”.

„Wiesz, kiedy Budzisz-Krzyżanowska mówi Norwida, godzinami mógłbym jej słuchać” – przypomni potem słowa Tomka jego żona, Magda. Zaprosiła aktorkę na mszę, byśmy mogli zachwycić się tym, czym zachwycał się jej mąż. Czy istnieje lepszy sposób na obcowanie ze zmarłymi? Chyba tylko modlitwa.

Pamiętam, jak wspólnie słuchaliśmy głosu pani Teresy, gdy w Paryżu, razem z Andrzejem Sewerynem, układała ciemne słowa Norwida w jasną, żywą partyturę myśli. Ironicznej a zarazem głębokiej, przenikniętej tragizmem i wiarą. Tomek przepadał za poezją Norwida i kiedy dziesięć lat temu, w 180. rocznicę urodzin romantycznego poety, zaproponowałem mu organizację międzynarodowego festiwalu „Norwid bezdomny”, przyjął pomysł z entuzjazmem. Jako szef Instytutu Dziedzictwa Narodowego ani przez chwilę nie wątpił, że dziedzictwo myśli jest dla wspólnoty równie ważne, jak spadek materialny, którym – już jako wiceminister kultury i generalny konserwator zabytków – pieczołowicie się opiekował. Czasem opowiadał mi o ratowanych przed zagładą klasztorach czy szlacheckich dworkach i wtedy widziałem w jego oczach radość.

Wiem jednak, że szkoda mu było porzucać takie projekty, jak ten norwidowski, kiedy za sprawą nowoczesnej formuły festiwalowej udawało się spotkać ze sobą ludzi różnych talentów, powołań i profesji. Przeglądam program festiwalowej konferencji „Cypriana Norwida – projekt cywilizacyjny” i widzę tam nazwiska Jadwigi Puzyniny, Ryszarda Legutki, Tomasza Łubieńskiego, Jacka Salija. Gościliśmy wtedy w Krakowie Tymoteusza Karpowicza, który chyba po raz ostatni przyjechał wtedy do Polski. Mieliśmy bowiem przeczucie, że dziedzictwo myśli Norwida nie jest wyłącznie domeną historyków, ale także poetów. Stało się to jasne, gdy kilka dni później, w Warszawie, do Karpowicza dołączyli Julia Hartwig, Adam Czerniawski, Krzysztof Karasek, Ryszard Krynicki i Tomasz Różycki, dopiero wtedy debiutujący. Gdy następnego dnia szliśmy obaj na norwidowski koncert Czesława Niemena – jak się okazało, ostatni – Tomek z błyskiem w oku komentował wystąpienia poetów.

Było to 29 września 2001 roku – pięć dni wcześniej wmurowywaliśmy na Wawelu urnę z ziemią z grobu Norwida we Francji, którą wcześniej poświęcił w Rzymie Jan Paweł II. Potrzeba było wiele fantazji, by wyobrazić sobie całe to przedsięwzięcie, ale Tomek miał fantazję!

Intelektualiści, poeci, pisarze, artyści, animatorzy kultury, nauczyciele – Tomek czuł się wśród nich doskonale, z każdym szybko nawiązywał porozumienie, znał ich dobrze, cenił, rozumiał. Polonista i historyk idei, był człowiekiem wielu pasji. Literatura, muzyka, malarstwo – potrafił o nich mówić pięknie i bardzo kompetentnie. A historia, dzieje myśli politycznej, edukacja obywatelska? A jego miłość do starych dokumentów, pięknych książek, rycin? Zawsze onieśmielał mnie swoją erudycją, której jednak nie podkreślał, bo traktował ją lekko, jak młody humanista w ogrodzie sztuk i nauk. Pasje zbliżały go do ludzi i wspominając dziś Tomka, staję w gronie bardzo licznym. Dopiero wspólnie dostrzegamy, kogo naprawdę straciliśmy.

Poznałem go w połowie lat osiemdziesiątych na Wydziale Polonistyki UW, ale podpatrywałem raczej z daleka, bo studiowało się wtedy w grupach, a nie trafiliśmy do tej samej. Wysoki, chudy blondyn, w mocnych okularach i jakimś dziwnym ubraniu wesołego abnegata. Kolegował się z anarchistami, szła za nim fama, że jest buddystą. Kiedy po latach spotkałem go w środowisku młodych konserwatystów, wspominał studia z figlarnym uśmiechem. To były już zupełnie inne czasy i inna postawa wobec rzeczywistości, nie ucieczka od niej go interesowała, ale jej kształtowanie. Konserwatyzm oznaczał wtedy mozolne odbudowywanie instytucji nareszcie wolnego, ale przecież zdemolowanego państwa. Tomek wierzył w instytucje, choć ludziom z naszego pokolenia nadal kojarzyły się one z machiną opresyjnego i zbiurokratyzowanego kraju nad Wisłą. On jednak wiedział, że tylko sprawne instytucje mogą nas uchronić przed bezwładem i korupcją, mogą zapewnić wysoki standard życia publicznego i ochronić wartości, czemu pojedynczy człowiek nie zawsze potrafi sprostać.

Idąc za tą myślą, w zupełnie naturalny sposób zaczął w pewnym momencie pełnić ważne funkcje państwowe i szybko stał się wzorem urzędnika. To właśnie znajomość z Tomkiem spowodowała, że na pogardliwe słowo „urzędas”, nieraz pojawiające się w kuluarowych rozmowach ludzi nauki i kultury, odpowiadam oburzeniem. Każdemu z nas życzę takiej wiedzy, wrażliwości, wyrozumiałości i odpowiedzialności za wspólne dobro, jakie miał Tomek. Kiedy w 2000 roku budował Instytut Dziedzictwa Narodowego, w jego logotypie umieścił wielki dąb o potężnych, silnych korzeniach i zielonej koronie, w której – domyślamy się – pomieszkują różnobarwne ptaki. Myślę, że tak wyobrażał sobie życie narodowej wspólnoty w dobrym państwie. Kiedy dziś patrzę na ten znak, przypomina mi się monolog Sokratesa z „Jaskini filozofów” Zbigniewa Herberta: „Mam głowę pełną siwych włosów i ładu. Ty masz głowę pełną zielonego szumu. A jednak od ciebie nauczyłem się mądrości i trwania. / Korzeniom twoim kłania się Sokrates”.

Nieraz spotykaliśmy się w teatrze. Tomek przepadał za operą, ale też niezwykle cenił wybitnych aktorów dramatycznych. Ubolewał, że współczesne przemiany estetyki teatralnej odbierają im możliwość dzielenia się swoim talentem. Do mistrzów słowa odnosił się z prawdziwą czcią, ale potrafił też docenić młodszych artystów. Pamiętam, jak z sympatią mówił o absolwentach warszawskiej Akademii Teatralnej, którzy małymi grupkami, co kilka sezonów, trafiali na deski Teatru Narodowego. Miał swój gust i swoje zdanie, czasem bardzo krytyczne. Kpił bezlitośnie z modnych reżyserów, którzy wchodzą do opery bez znajomości nut, żartował ze scenografów, którzy większość czasu spędzają w sklepach z artykułami sanitarnymi. Nie zawsze się z Tomkiem zgadzałem, ale bardzo szanowałem jego niezależny sąd prawdziwego konesera, coraz rzadszy w polskim teatrze.

I nie zapomnę o wsparciu, jakiego udzielił prowadzonemu przeze mnie miesięcznikowi „Teatr”, gdy jesienią 2005 roku z powodów finansowych musiał on zawiesić swoją działalność. Tomek był wtedy wiceministrem kultury w gabinecie kierowanym przez Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Obaj urzędnicy pozytywnie odnieśli się do prośby Janusza Majcherka – ówcześnie naczelnego „Teatru” – i wprowadzili pismo do grupy czasopism patronackich. Decyzja ta uratowała wtedy byt miesięcznika, który wkrótce miał obchodzić swoje sześćdziesięciolecie. To dzięki Tomkowi „Teatr” znowu należy do grona ważnych instytucji polskiej kultury teatralnej. Wiem, że nas czytał, jakże żałuję, że więcej nie usłyszę Jego krytyki jakiegoś artykułu, recenzji czy rozmowy. I brakuje mi naszych dyskusji – szkoda, że tak rzadkich. Zawsze wydawało się nam, że na wszystko mamy jeszcze czas.

A teraz pozostało nam tylko spotykać Cię czasem, Tomku, w Twoim zachwycie. Jak podczas tamtej żałobnej mszy, kiedy Teresa Budzisz-Krzyżanowska czytała pięknie Norwida: „- Za czarnością trumien świta mir, / Wynagradzający słusznie; / I wciąż tylko jeden jeszcze trud – / Wysilenie jedno – jeden cud – / A potem – już nie!?”.

za: http://smolensk.muzhp.pl/

Pielgrzymka do miejsca Tragedii

 

Śp. Tomasz Merta urodził się 7 listopada 1965 r. w Legnicy, zginął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu koło Smoleńska. Polonista, historyk idei, wysoki urzędnik państwowy.

Szkołę średnią kończył w Kielcach (jako absolwent IV Liceum Ogólnokształcącego im. Hanki Sawickiej). Ukończył następnie studia w zakresie filologii polskiej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, studia podyplomowe Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz doktoranckie na Wydziale Stosowanych Nauk Społecznych UW.

W latach 1996-1998 pracował jako asystent w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. Od 1996 do 1999 wchodził w skład zespołu redakcyjnego pisma „Res Publica Nowa”. W latach 1996-2000 był polskim korespondentem „East European Constitutional Review”, następnie do 2002 był redaktorem naczelnym „Kwartalnika Konserwatywnego”.

W latach 2000-2001 pełnił funkcję doradcy ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Od 2001 do 2002 był dyrektorem Instytutu Dziedzictwa Narodowego.

Należał do współautorów programu Prawa i Sprawiedliwości w dziedzinie kultury. Zasiadał w radzie programowej Muzeum Powstania Warszawskiego. W 2005 należał do Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

4 listopada 2005 został powołany na stanowiska podsekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, gdzie był najbliższym współpracownikiem ministra Kazimierza M. Ujazdowskiego. Po powołaniu nowego rządu 16 listopada 2007 pozostał na tych stanowiskach i stał się bliskim współpracownikiem ministra Bogdana Zdrojewskiego.

W latach studiów związany z opozycją niepodległościową, potem środowiskiem Res Publiki Nowej. W latach 90tych był w gronie Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej, wreszcie od 2000 r. z kręgiem konserwatywnych intelektualistów i polityków skupionych wokół Kazimierza M. Ujazdowskiego. Współautor i współredaktor książek publicystycznych „W obronie zdrowego rozsądku” (2000) oraz „Pamięć i odpowiedzialność” (2005). Publikował także m.in. w „Znaku”, „Życiu”, „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Wyborczej”, „Przeglądzie Politycznym”, „Więzi”, „Newsweeku” i „Ozonie”. Konsultant merytoryczny w Centrum Edukacji Obywatelskiej, współautor programów nauczania i podręczników do wiedzy o społeczeństwie, historii i przedsiębiorczości oraz metodycznych poradników dla nauczycieli.

źródło: http://stacjakultura.pl/

DALEJ

strona [2] Magdalena Merta: Tomek nie wierzył Rosjanom
strona [3] Tomasz Merta, Patriotyzm jutra
strona [4] Nagroda im. Józefa Mackiewicza

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Eseje, Historia, III RP, Teatr TV, film, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Kustosz Pamięci Narodowej. Wspomnienia o Tomaszu Mercie

  1. emka pisze:

    Tomasz Merta: Proza stanu wojennego

    Dyskusje wokół literatury lat osiemdziesiątych zawsze właściwie za­trzymywały się na poziomie ogólników. Dlatego też – mimo że minęła cała epoka – wciąż wiemy o niej niewiele. Dotyczy to szczególnie prozy fabularnej (poezja miała więcej szczęścia).
    Próbując kreślić mapę te­go niezbadanego obszaru, trudno nie zauważyć wyraźnie dwóch tendencji: do opisywania świata ze­wnętrznego – samego opisywania (jakby ciśnienie faktów nie pozwalało na pogłębioną analizę) i, powiedzmy, bardziej introwertyczną, do przygląda­nia się nie tyle wydarzeniom, ile ich wpływowi na jednostkę ludzką.
    Doświadczenie zbiorowości, zawarte w literackiej opowieści o wydarzeniach stanu wojennego, zyski­wało niezwykły ciężar społeczny – stawało się znaczącym faktem w wojnie propagandowej, miało da­wać świadectwo nie tyle poszukiwa­niom i przeżyciom twórcy, ile praw­dzie. Z tych rozbudowanych funkcji społecznych wynikały ograniczenia powstającej prozy: jej doraźność i im­peratyw potocznie rozumianego re­alizmu. […]

    Literatura rozwiązań nietypowych, prawd trudnych, a nie obiegowych, jest chyba jedyną mają­cą szanse przetrwania, niezagrożoną natychmiastowym potępieniem i unicestwieniem w pamięci czytelników – przeczytaj, jak Tomasz Merta pisze w Nieodzowności konserwatyzmu o twórczości w stanie wojennym:
    http://www.teologiapolityczna.pl/proza-stanu-wojennego/

  2. emka pisze:

    Patriotyzm jutra
    Wydaje się, że obecnie obserwujemy słabnięcie tej naturalnej, domowej edukacji patriotycznej, że patriotyzm częściej widziany jest dzisiaj jako problem niż oczywistość – tekst ukazał się w przygotowanym przez Teologię Polityczną i Muzeum Historii Polski zbiorze pism Tomasza Merty. […]
    http://www.teologiapolityczna.pl/tomasz-merta-patriotyzm-jutra/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.